Trudno przewidzieć ostateczny scenariusz zmian na globalnym rynku, ale jedno jest pewne: choć dolar nie odzyska już takiej rangi, jaką miał po drugiej wojnie, świat finansów długo jeszcze nie zaufa innemu pieniądzu. Bez dolara, tak jak kiedyś bez złota, finansowym rynkom grozi paraliż, a wielu instytucjom, a nawet krajom – bankructwo. Ale żeby pojąć, czym jest amerykański pieniądz dla świata, cofnijmy się w przeszłość.

Słynny finansista Victor Rothschild (trzeci baron) powiadał, że spotkał w swoim życiu tylko dwie osoby rozumiejące znaczenie złota w gospodarce. Jeden z nich był szefem banku Francji, a drugi Anglii. I obaj mieli odmienne zdania. Spór ich toczył się w 1967 r. , kiedy to dolar mocno tracił na wartości. Dziś też spada wartość dolara i pytania o jego przyszłość wracają. I czy nie warto znowu wprowadzić parytetu złota? I czy amerykański pieniądz przetrwa kryzys?
Czas złotej waluty
Przez tysiące lat uniwersalnym środkiem płatniczym w transakcjach handlowych było złoto. Dolar pojawia się dopiero w pod koniec XVIII wieku, ale jeszcze przez ponad 150 lat w światowych finansach ogrywa rolę marginalną. Wszystkie międzynarodowe transakcje handlowe rozliczane są tylko w trzech walutach: brytyjskim funcie szterlingu, niemieckiej marce i francuskim franku. Są one najbardziej wiarygodne, bo mają najmocniejszy parytet w złocie (parytet to ilość złota, którą bank musi wydać każdemu, kto chce wymienić papierowe banknoty na złoty kruszec). Banki centralne, aby utrzymać siłę swoich walut, muszą pilnować, żeby wartość pieniędzy w obiegu była zbliżona do wartości zgromadzonego w skarbcu złota. Największe zasoby cennego kruszcu mają najsilniejsze gospodarczo kraje, te, które więcej eksportują niż importują.
Podstawową jednostką, w której przelicza się kruszec na pieniądze, jest uncja, czyli 31,1 grama czystego złota. Na przełomie XIX i XX wieku za jedną uncję trzeba zapłacić ok. 4,24 funta. A w Stanach Zjednoczonych - 20, 67 USD. W czasach, gdy miernikiem wartości pieniędzy jest złoto, gospodarka światowa rozwija się w sposób zrównoważony, zarówno kursy walut, jak i inflacja są w marę stabilne. Co ważne, równowaga ta nie jest efektem umowy pomiędzy krajami, ale sił rynkowych i autonomicznych decyzji poszczególnych rządów.
Sytuacja zmienia się wraz z wybuchem I wojny światowej. Kwitnące do tej pory gospodarki, czyli Niemcy, Wielka Brytania i Francja, potrzebują coraz więcej pieniędzy, by sfinansować wydatki przedłużających się działań wojennych. Naruszają więc swoje rezerwy złota, przez co pełna wymienialność pieniądza staje się fikcją. Ich waluty słabną, co oznacza, że coraz więcej marek czy funtów trzeba wyłożyć, by kupić uncję złota. Ostatecznie w Europie dochodzi do zawieszenia wymienialności banknotów na złoto i nawet zakończenie wojny w 1918 r. nie przywraca złotej równowagi. Wszystkie kraje muszą bowiem nadal wydawać olbrzymie sumy na odbudowę i świadczenia socjalne. Najłatwiejszym zaś sposobem łatania dziur w budżecie są nowe emisje papierowych banknotów. W Niemczech, które muszą spłacać wojenne kontrybucje w złocie, bank centralny zaczyna drukować pieniądze bez pokrycia; ludzie z taczkami pełnymi marek jeżdżą po chleb, palą nimi w piecach. 1920-1929 to lata hiperinflacji, a złoto jest tak cenne, że za kilka uncji w Berlinie można kupić dom. W 1923 roku uncja złota to równowartość 100 mld marek, podczas gdy cztery lata wczesniej – niespełna 100 marek.
Lata I wojny światowej to jeden z najtrudniejszych okresów w historii Europy, ale to właśnie wtedy następuje rozkwit gospodarczy Stanów Zjednoczonych i umocnienie dolara. Ameryka staje się zapleczem uzbrojenia dla walczących mocarstw, a potem największym kredytodawcą i dostawcą towarów do osłabionego konfliktem starego kontynentu. Rosnący eksport nakręca gospodarkę. Dolar umacnia się w miarę, jak w banku centralnym rosną zapasy złota.
Wspaniały czas dolara zakłóca Wielki Kryzys: w 1929 roku rusza lawina bankructw spółek giełdowych, a potem całej gospodarki. W ciągu roku o 50 proc. spada produkcja przemysłowa, gwałtownie rośnie bezrobocie, kurczą się dochody ludności.
Kryzys szybko dociera do Europy. Wielka Brytania i Niemcy, które w drugiej połowie lat 20. stanęły gospodarczo na nogi i znów wprowadziły wymienialność walut na złoto, teraz z wielkim trudem próbują bronić wartości swoich walut, np. zakazując transferów złota. Do załamania dochodzi 14 maja 1931 r., kiedy bankructwo ogłasza największy bank w Austrii Creditanstalt, silnie powiązany kapitałowo z instytucjami finansowymi w całej Europie. W Niemczech, Francji, Szwajcarii, Włoszech ludzie zaczynają w panice wycofywać pieniądze z banków i kupować złoto. W efekcie niemal wszystkie waluty na świecie tracą na wartości. Popyt na kruszec nakręcają też banki centralne, które żeby uchronić swoje rezerwy, masowo zamieniają aktywa w walutach na złoto. Jego ceny rosną niemal tak szybko jak w czasach hiperinflacji – po kilka, czasem kilkanaście procent dziennie – co pociąga za sobą dalszy spadek wartości narodowych walut.
Pierwsza daje za wygraną Wielka Brytania. 20 października 1931 roku rząd zawiesza wymienialność funta na złoto i dewaluuje go o ponad 30 proc. W ślad za nią czynią to wszystkie państwa wchodzące w skład imperium brytyjskiego, a także Portugalia, Egipt, Tajlandia, później Francja, Włochy, Belgia i Polska. Kraje, które obniżają cenę swojego pieniądza wobec innych, stają się bardziej konkurencyjne w handlu zagranicznym, zwiększają więc wpływy z eksportu, co z kolei wpływa na ożywienie produkcji i całej gospodarki.
Stany Zjednoczone na początku próbują utrzymać powiązanie dolara ze złotem i bronić jego wartości. Ale ponieważ amerykańskie produkty nie są w stanie konkurować na rynkach światowych z tańszymi towarami krajów, które zdecydowały się na urzędową dewaluację, również podejmują taką decyzję. 21 stycznia 1934 roku Kongres Stanów Zjednoczonych obniża cenę złota do 35 dolarów za uncję, co jest jednoznaczne z dewaluacją dolara o 41 proc. Jednocześnie prezydent Franklin Delano Roosevelt wydaje dekret nakazujący wszystkim instytucjom i osobom prywatnym odsprzedanie złota państwu.
Lata 30., zarówno w Europie, jak i Stanach Zjednoczonych, to czasy interwencjonizmu państwa w gospodarkę i rozkwit protekcjonizmu. Niemal wszystkie rządy manipulują kursami walut, żeby zwiększyć eksport, wprowadzają cła, aby wspomóc swój przemysł. Zwiększają wydatki na walkę z bezrobociem, finansując roboty publiczne. To właśnie w czasach polityki gospodarczej New Deal Franklina Roosevelta rząd zaczyna wypłacać zasiłki dla bezrobotnych, wprowadza system ubezpieczeń emerytalnych, ogranicza przepisami produkcję płodów rolnych, żeby zwiększyć opłacalność amerykańskich farm.
W połowie lat 30. Ameryka, a z nią cały świat wychodzi z kryzysu. Ale ręczne sterowanie rynkiem przez poszczególne rządy wywołuje chaos w światowych finansach. Pozbawiony oparcia w złocie pieniądz ma już tylko wartość umowną. Nikt nie wie, czy towar oraz majątek, w który zainwestował, nie okażą się za miesiąc dwa razy mniej warte. To hamuje inwestycje międzynarodowe i handel. Okres ten kończy II wojna światowa.
Czas dolara
W 1944 roku na międzynarodowej konferencji w amerykańskim uzdrowisku Bretton Woods przedstawiciele 45 państw (w tym Polski) przyjmują nowy system walutowy, oparty na dolarze i stałych kursach. Jest to jednoznaczne z nadaniem Stanom Zjednoczonym – pogromcy hitlerowskich Niemiec – wiodącej roli w światowej polityce, gospodarce i finansach. W zamian za ten przywilej USA obiecują Europie pomoc w wysokości 17 mld USD na odtworzenie infrastruktury, przemysłu, rolnictwa, ochrony zdrowia. Dawne europejskie mocarstwa nie mają wyjścia: bez Planu Marshalla nie są w stanie odbudować zdewastowanych przez wojnę krajów. Wierzą, że Stany Zjednoczone, które wyszły z wojny niemal bez zniszczeń, z mocno rozwiniętym przemysłem i silnym sektorem finansowym, staną się motorem światowej gospodarki.
System Bretton Woods zakłada, że każda waluta musi mieć swój parytet w dolarze. Ustalają go banki centralne. Dopuszczalne są wahania kursowe do 1 proc. od ustalonego parytetu, a w przypadku dużej nierównowagi bilansu płatniczego rządy mogą dewaluować swoje pieniądze narodowe, lecz nie więcej niż o 10 proc. Nad przestrzeganiem ustalonego porządku czuwać ma powołany na konferencji Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nowy system mocno ogranicza rolę złota. Banki centralne nie muszą już utrzymać w nim rezerw. Jedynie FED, czyli bank centralny USA, ma obowiązek trzymać złoto jako rezerwę i ustalać parytet swojej waluty do kruszcu.
Przez ponad 20 lat system z dolarem w roli głównej działa w miarę skutecznie. Zapobiega spekulacjom walutowym, ułatwia rozliczenia, przyśpiesza liberalizację handlu. Korzysta na tym cała światowa gospodarka, ale przede wszystkim Stany Zjednoczone, które dzięki dużemu eksportowi wchodzą na ścieżkę 5-procentowego rozwoju. To właśnie w tym czasie dolar zyskuje tytuł najbardziej stabilnej waluty świata i staje się obiektem pożądania nie tylko centralnych instytucji finansowych, ale też drobnych ciułaczy. Lata 1944-1968 nazywane są wręcz okresem głodu dolarowego w Europie. Ludzie, którzy pamiętają jeszcze grozę przedwojennych dewaluacji, wolą trzymać pieniądze w szafie niż wpłacać je do banku. Walutą, którą wkładają do tzw. skarpety, jest dolar. Wierzą, że w razie nowej wojny czy kryzysu tylko on zachowa wartość.
Stabilność amerykańskiej waluty zaczyna się chwiać pod koniec lat 60. W 1961 roku prezydentem zostaje John Kennedy, który wprowadza w życie program gospodarczy New Economics. Cel nowego rządu jest szlachetny – walka z ubóstwem, obniżenie podatków i przyśpieszenie dobrej koniunktury gospodarczej – ale bardzo kosztowny. Dodatkowo spiralę kosztów budżetowych nakręca trwająca już wojna w Wietnamie. Żeby zrealizować wszystkie cele, rząd decyduje się zwiększyć dług publiczny do 390 mld USD (z 290 mld USD w 1960 roku). Rosnąca podaż pieniądza rozkręca koniunkturę na rynku, ale powoduje wzrost inflacji. Co gorsza, FED musi drukować coraz więcej banknotów nie tylko na potrzeby USA, ale też dlatego, że zwiększone zapotrzebowanie na zielone banknoty zgłaszają niemal wszystkie banki centralne na Starym Kontynencie.
W Europie rośnie inflacja i instytucje finansowe mają coraz większy problem z utrzymaniem sztywnego kursu swoich walut wobec dolara. Drukują coraz więcej marek, funtów i franków, żeby kupić amerykańską walutę. Paradoks polega na tym, że walcząc o utrzymanie kursu, nakręcają inflację.
Różnice w poglądach na politykę pieniężną prowadzą do napięcia między USA a Europą: dla Europy najważniejsza jest niska inflacja, dla Stanów – pobudzenie gospodarki. Pod koniec lat 60. coraz więcej banków centralnych, manifestując swoje niezadowolenie i nieufność wobec amerykańskiej waluty, chce wymieniać swoje rezerwy dolarowe na złoto. Ale okazuje się, że Fed – główny magazynier złota – nie jest w stanie sprostać tym roszczeniom. Rząd amerykański bowiem wykorzystał część złota na załatanie dziur w swoim bilansie. W 1970 roku rezerwy kruszcu pokrywają jedynie 19 proc. zobowiązań zagranicznych USA.
W tej sytuacji 5 sierpnia 1971 roku prezydent Richard Nixon decyduje się zawiesić wymienialność dolara na złoto. Tym samym uwolniony zostaje kurs amerykańskiej waluty, który teraz może być kształtowany przez politykę FED. Rynek zalewa fala pieniędzy. Przynosi to poprawę koniunktury i wzrost produkcji, ale nie jest to zmiana długotrwała. Amerykańska waluta, która nie ma już nawet pośredniego i ograniczonego oparcia w złocie, traci z powodu trwałego już deficytu w bilansie handlowym Stanów Zjednoczonych: w roku 1970 wynosi on ponad 10 mld USD, czyli 5 razy więcej niż na początku lat 60.
ZŁAMANA KONWENCJA
Narastający kryzys systemu Bretton Woods skłania kraje europejskie do podjęcia wewnętrznej współpracy walutowej. Szóstka państw, czyli Francja, Niemcy, Holandia, Belgia, Włochy i Luksemburg, wprowadzają tzw. węża w tunelu. Mechanizm ten zakłada, że kursy walut państw członkowskich mogą odchylać się wzajemnie od siebie o 2,25 proc. (to wąż), a od dolara o 4,5 proc. (to tunel). Banki centralne krajów muszą interweniować w dolarach dopiero wtedy, gdy kurs jakiejś waluty przekroczy„tunel”, i w walutach państw członkowskich, jeśli wyłamie się z „węża”.
System działa jednak tylko kilka miesięcy, bo rosnąca inflacja, a także paraliżujące rynek finansowy ataki spekulacyjne sprawiają, że utrzymanie zakładanych kursów staje się niemożliwe. Jako pierwsze węża opuszczają Wielka Brytania i Irlandia. W 1974 roku robi to Francja, która nie jest w stanie ochronić swojej waluty przed grającymi na osłabienie franka względem marki po to, by kupić za nie dolary. Wyłamujące się z „węża” kraje przechodzą na tzw. kurs płynny, uzależniony od podaży i popytu: im większy jest popyt na daną walutę, tym jest ona więcej warta w przeliczeniu na dolary, a więc silniejsza. Rządy same mogą decydować, kiedy i ile pieniędzy chcą przeznaczyć na regulowanie siły swoich walut.
Sytuacja na rynku finansowym komplikuje się, gdy w 1973 roku wybucha wojna izraelsko-arabska. Stany Zjednoczone oficjalnie deklarują poparcie dla Izraela, co skłania kraje OPEC (główni eksporterzy ropy) do nałożenia embarga na dostawy tego surowca do USA i ograniczenie wydobycia. Powoduje to wzrost cen tego surowca na rynkach światowych o 600 proc. W 1972 roku baryłka kosztuje 2 USD, a kilka miesięcy później już 30. To nakręca inflację zarówno w Europie, jak i Stanach Zjednoczonych. Drożeje energia, żywność, usługi. W astronomicznym tempie rosną ceny złota: w 1973 roku uncja kosztuje już ponad 800 USD, wobec 100 USD rok temu. W takich warunkach żaden rząd nie jest w stanie obronić swojej waluty przed deprecjacją.
Ale nawet wówczas dolar, mimo że nie ma pokrycia w złocie, a jego wartość ulega wahaniom kursowym, pozostaje najważniejszym środkiem płatniczym na świecie. To w amerykańskiej walucie rozliczanych jest ponad 86 proc. transakcji w handlu zagranicznym i 100 proc. transakcji zakupu ropy naftowej. Jest ona również główną walutą rezerwową gromadzoną przez banki centralne: w 1970 roku wartość rezerw w dolarach wynosi 10,3 mld, a w 1971 r. już 46,3 mld. Instytucje finansowe na całym świecie inwestują w amerykańskie obligacje skarbu państwa i inne papiery wartościowe nominowane w dolarach, ewentualnie w akcje amerykańskich firm lub w nieruchomości. Dzieje się tak dlatego, że świat w dalszym ciągu wierzy w potęgę polityczną i gospodarczą Stanów Zjednoczonych. Co więcej, w trudnych czasach (np. wojna w Korei czy kryzysy naftowe) następuje wzrost popytu na dolara i wzrost jego wartości wobec innych walut (patrz wykres).
Jednak to właśnie w latach siedemdziesiątych rodzi się w krajach europejskich przekonanie, że walka o utrzymanie narodowych kursów walut względem siebie i dolara jest dla nich wyniszczająca. Zmienność kursów jest bowiem coraz lepiej wykorzystywana przez instytucje finansowe, które zarabiają miliardy na promilowych nawet wahnięciach dolara do marki czy marki wobec funta lub franka. Rynek operacji walutowych rozwija się w błyskawicznym tempie: w roku 1977 dzienny wolumen transakcji na rynku walutowym nie przekracza 5 mld USD, w 1987 r. – 600 mld USD, a na początku XXI wieku jego wartość zbliżyła się do 2 bln USD . Rządom i bankom centralnym coraz trudniej się chronić przed atakami finansowych graczy, którzy wpływają na osłabienie lub wzmocnienie narodowych walut.
W 1979 roku kraje EWG, wzorując się m.in. na teorii optymalnego obszaru walutowego, opracowanej przez ekonomistę Roberta Mundella, podejmują próbę stworzenia wspólnej unii walutowej. Powstaje Europejski System Walutowy, którego osią jest europejska jednostka walutowa, czyli ecu. Wartość ecu wyznacza się na podstawie koszyka walut państw członkowskich. Kurs waluty wobec ecu ustala bank centralny każdego z krajów członkowskich. Może on również przeprowadzać denominację lub rewaluację swoich pieniędzy, jeśli kurs odchyli się powyżej lub poniżej ustalonych widełek (od 2,25 dla walut mocniejszych do 6 proc. dla walut słabszych). W ecu rozliczane są tylko operacje bankowe i kapitałowe.
Powstanie Europejskiego Systemu Walutowego stabilizuje system finansowy w Europie – zmniejszają się wahania kursowe pomiędzy walutami państw członkowskich. Zachęca to polityków i ekonomistów Wspólnoty do dalszej integracji gospodarczej i politycznej. Prace nabierają tempa: w 1993 r. wchodzi w życie traktat z Maastricht, określający, jakie warunki muszą spełnić państwa, które chcą wejść do unii gospodarczej i walutowej, w 1994 roku powstają instytucje, które mają koordynować wspólną politykę gospodarczą i finansową i wreszcie w 1999 euro zostaje wprowadzone w 11 państwach członkowskich (od 1 stycznia 2001 r. do grona tych państw dołącza Grecja). Przez pierwsze lata jest ono „pieniądzem wirtualnym”, swego rodzaju kotwicą, wobec której ustala się kursy walut poszczególnych krajów europejskich. Dopiero od 1 stycznia 2000 r. w rękach obywateli Unii Europejskiej pojawiają się monety i banknoty ze znakiem podwójnie przekreślonej greckiej litery epsilon. Na początku funkcjonują one obok walut narodowych, a od 1 marca 2002 roku stają się jedynym obowiązującym na terenie Eurolandu środkiem płatniczym. Narodowe pieniądze zostają wycofane z obiegu.
Ekonomiści twierdzą, że wprowadzenie euro to początek finansowej rewolucji. „To najgłębsza transformacja międzynarodowego systemu walutowego w ciągu ostatniego ćwierćwiecza” – pisze w marcu 1998 roku na łamach „Wall Street Journal” Robert Mundell, laureat nagrody Nobla, zwany również ojcem euro. Uważa on, że wprowadzenie wspólnej europejskiej waluty nieuchronnie oznacza zachwianie dotychczasowej monopolistycznej pozycji dolara w finansach międzynarodowych. Z kolei Fred Bergsten, dyrektor Instytutu Gospodarki Międzynarodowej, w swoim artykule w „Foreign Affairs” z kwietnia 1999 roku pisze, że samo euro wywoła przesunięcie na tę walutę od 500 miliardów do 1 biliona USD rezerw walutowych.
Jednak na początku funkcjonowania euro nic nie wskazuje, że jest ono w stanie zagrozić dominującej pozycji dolara. Wręcz przeciwnie: skala spadku notowań euro do amerykańskiej waluty i jego tempo zaskoczyła niemal wszystkich. W pierwszym roku wartość euro do dolara obniża się aż o 8,5 proc., a w drugim o 6 proc. Inwestor, który kupiłby milion euro podczas jego debiutu, na początku roku 1999, straciłby w około 350 tysięcy USD. Nowa waluta nie cieszy się zaufaniem inwestorów.
I trudno się dziwić: za dolarem stoi ponad 200 lat tradycji i bogata Ameryka. Euro zaś dopiero raczkuje, a Unia Europejska, mimo że jej rozwój gospodarczy po zniesieniu barier dla przepływu kapitału i siły roboczej przyśpieszył, w dalszym ciągu nie może się z nią mierzyć. Ani pod względem standardu życia mieszkańców, ani pod względem rozwoju nauki i nowych technologii, ani pod względem siły militarnej i wpływów politycznych. Świadczą o tym dane statystyczne: PKB na głowę mieszkańca w USA w 2002 roku wynosi ponad 50 tys. USD, a w UE – 23 tys. Natomiast wydatki na wojsko i zbrojenia Ameryki przekraczają 700 mld USD, a UE – 200 mld USD.
Choć dług publiczny USA rośnie (w 2000 roku wynosi już 5,6 bln uSD, podczas gdy w 1980 roku nie przekraczał 940 mld USD), i wszyscy zdają sobie sprawę, że gdyby pewnego dnia nastąpiła globalna wyprzedaż dolarów, ich wartość spadłaby do zera, to nikt nie wierzy w realność takiego scenariusza.
KRYZYS DOLARA
Sytuacja zmienia się na początku tego wieku. Pęknięcie spekulacyjnej bańki internetowej w 2000 r., a potem afery z kreatywną księgowością pociągają za sobą bankructwa takich gigantów, jak Enron czy WordCom, a także kilkunastoprocentowy spadek indeksów giełdowych na Wall Street. Gospodarka amerykańska zaczyna słabnąć. Kryzys pogłębia się po ataku terrorystycznym na World Trade Centre 11 września 2001 roku. W obawie przed kolejnymi zamachami kapitał zagraniczny wycofuje się ze Stanów Zjednoczonych, powodując wahania kursu dolara wobec euro.
FED, żeby wspomóc gospodarkę, radykalne obniża stopy procentowe: z 6,5 proc. do 1 proc. w 2003 roku. Ma to zachęcić ludzi do brania kredytów i rozkręcić konsumpcję – w dalszym ciągu jeden z głównych motorów wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych. Niskie stopy procentowe faktycznie nakręcają koniunkturę: rośnie sprzedaż detaliczna, spada bezrobocie, a akcja kredytowa nakręca popyt na nieruchomości. Problemem jest jednak inflacja. Rosną ceny żywności, ropy, złota. Dolar jest w miarę stabilny, ale w 2003 roku osłabia się względem euro: europejska waluta po raz pierwszy w historii kosztuje więcej niż jednego dolara.
Trendu spadkowego „zielonego” nie da się już odwrócić. Wprawdzie gospodarka Stanów Zjednoczonych radzi sobie z kryzysem, zwiększając wzrost gospodarczy z 0,8 proc. w 2001 do 3,6 proc. w 2004 r., ale wartość dolara wobec europejskiej waluty (poza krótkimi okresami wzrostu) systematycznie spada: w 2004 roku za dolara płaci się 0,80 euro, w 2005 r.- 0,75 euro, a w 2006 r. – 0,72 euro. I choć FED próbuje studzić gospodarkę i zwiększyć wartość dolara, podnosząc stopy procentowe do poziomu ponad 5 proc., dolar kontynuuje swoją wędrówkę w dół.
Wraz z osłabianiem dolara wobec europejskiej waluty maleje również jego udział jako waluty rezerwowej. Z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że jeszcze w 2000 roku amerykańska waluta stanowi prawie 80 proc. ogółu światowych rezerw, a w 2007 roku ten współczynnik spada do 60 proc. Zyskuje za to euro, które w 2000 roku stanowi 18 proc. rezerw, a w 2007 r. już 30 proc.
Zwiększa się też udział w światowych rezerwach japońskiego jena i chińskiego juana. Kraje te zawdzięczają to szybkiemu wzrostowi gospodarczemu, napędzanemu eksportem. Zwłaszcza Kraj Środka bije rekordy wzrosty dynamiki: w 2007 roku nadwyżka handlowa Chin przekracza 300 mld USD i jest o 79 proc. większa niż w 2006 r. Większość tych pieniędzy Chiny lokują w obligacje i inne papiery dłużne Stanów Zjednoczonych. Wartość rezerw chińskich w amerykańskich papierach pod koniec 2007 roku szacuje się na 2-3 bln USD.
Wiara w potęgę „zielonego” wyraźnie załamuje się we wrześniu 2008 r. po upadku Lehman Brothers - największego banku inwestycyjnego w USA. Bankructwo to staje się początkiem światowego krachu finansowego, a potem najgłębszego od czasów Wielkiej Depresji kryzysu gospodarczego na świecie. To właśnie wtedy ekonomiści i politycy zaczynają głośno krytykować amerykańskie życie na kredyt: mówi się o wynoszącym już ponad 10 bln USD długu publicznym (przypomnijmy, że 7 lat temu był dwa razy mniejszy), o ponad miliardowym deficycie budżetowym i katastrofalnym dla gospodarki USA uzależnieniu od importu i kapitału zagranicznego. Co gorsza, banki – jeden z najdynamiczniej rozwijających się sektorów gospodarki i duma Ameryki, okazują się kolosami na glinianych nogach. W rzeczywistości większość z nich jest na krawędzi utraty płynności finansowej, bo ponad 30-50 proc. udzielonych w latach 2001-2004 kredytów hipotecznych okazała się niespłacalna. Wtedy to akcje finansowych gigantów tracą na wartości: walory Citibanku w ciągu roku spadają o 90 proc., Banku of America – o 83 proc., US Bancorp – o 55 proc., a Wells Fargo – o 48 proc. Żeby zapobiec globalnej katastrofie, rząd USA wpompuje w banki i gospodarkę ponad 700 mld USD. Jedynym ich zabezpieczeniem są obligacje skarbu państwa.
PRZYSZŁOŚĆ DOLARA
Niepokój świata finansów rośnie od początku 2009 roku. Ceny złota przekraczają już wydawałoby się niewyobrażalny rok temu poziom 1000 USD za uncję i stale rosną. W mediach zaś coraz częściej pojawiają się wypowiedzi ekonomistów, polityków, dziennikarzy, którzy zastanawiają się, co i od kiedy zastąpi dolara. We wrześniu tego roku brytyjski „Independent” donosi, że przedstawiciele Rosji, Chin, Francji i krajów arabskich rozważają możliwość wycofania dolara z międzynarodowego handlu ropą naftową i zastąpienia go nowym pieniądzem – ma być to koszyk walut złożony w odpowiedniej proporcji z japońskiego jena, chińskiego juana, euro, złota i projektowanej waluty krajów zatoki: Arabii Saudyjskiej, Abu Dhabi, Kuwejtu i Kataru. Zainteresowanie porzuceniem dolara w transakcjach dotyczących ropy naftowej już wcześniej wyraziły Brazylia i Indie, a także Iran. Realizacja tych planów ma jednak nastąpić nie wcześniej niż w 2018 roku.
Za utworzeniem nowego pieniądza opowiada się również Robert Mundell, który uważa, że winien on opierać się na uśrednionym kursie pięciu walut: euro, funta szterlinga, juana, jena i dolara, połączonych sztywnym kursem. W pieniądzu tym rozliczane byłyby wszystkie transakcje międzynarodowe. Z czasem wszedłby on do powszechnego obiegu i funkcjonował obok narodowych walut, tak jak euro. Wartość narodowych pieniędzy byłaby powiązana z nową walutą stałym kursem. Wprowadzenie nowego globalnego pieniądza i sztywnych kursów, w przekonaniu Mundella, uwolni świat od zmory kryzysów walutowych, fluktuujących kursów, inflacji, deflacji niszczących gospodarkę. „Ojciec euro” chciałby, żeby taka zamiana nastąpiła jak najwcześniej, ale jest realistą i szacuje, że jest to możliwe nie wcześniej niż za 10-15 lat. Zbyt szybka zmiana waluty mogłaby wywołać załamanie handlu międzynarodowego i paraliż globalnych finansów.
Krajem, który najczęściej wypowiada się głośno na temat zastąpienia dolara nowym pieniądzem, są Chiny. W kwietniu tego roku, przed szczytem G20, prezes chińskiego banku centralnego Zhou Xiaochuan proponuje, żeby porzucić dolara na rzecz nowej globalnej waluty SDR (Special Drawing Rights) w ciągu najbliższej dekady. A czołowy chiński ekonomista Yu Yongding w wywiadzie dla Bloomberga przestrzega świat przed dollar trap, czyli dolarową pułapką, w którą może wpaść światowa gospodarka wraz ze słabnącą amerykańską walutą. Pierwszymi ofiarami byłyby wówczas gospodarki krajów uzależnione od eksportu.
Już dziś wiele z nich narusza swoje rezerwy walutowe i zadłuża się wewnętrznie, by skupować dolary, umacniając w ten sposób amerykańską walutę. Na taką interwencję decyduje się w październiku Hong Kong (wykupuje ok. 1,5 mld USD), Korea Południowa (ponad miliard USD), a także Tajlandia, Indonezja, Tajwan i Filipiny (po ok. 700 milionów USD).
Słaby dolar nie jest też w interesie Europy ani Europejskiego Banku Centralnego. 20 października szef EBC Jean-Claude Trichet na spotkaniu z ministrami finansów strefy euro oświadczył, że deprecjacja amerykańskiej waluty utrudnia Unii eksport, co może zaszkodzić wychodzeniu gospodarek europejskich z kryzysu. Tego dnia bowiem kurs euro wobec dolara (1,4958 USD za euro) bije 14-miesięczny rekord. Eksport ze strefy euro na inne rynki światowe spada w sierpniu o 23 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym.
A co na to wszystko Stany Zjednoczone? Prezydent Barack Obama zapowiada wprawdzie, że FED i rząd podejmą kroki do powstrzymania spadku dolara, ale na razie niewiele w tym kierunku robi. Wręcz przeciwnie, rząd sprzedaje obligacje (w tym roku ich wartość przekroczy 2 bln USD), zwiększając dług państwa. Zadłużenie niechybnie zwiększy się, jeśli wejdzie w życie ustawa o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym. Dzięki niej ok. 46 mln Ameryków, których nie stać było na opłacenie składek, będzie mogła się leczyć, ale rząd przez 10 lat musi znaleźć gdzieś dodatkowy bilion dolarów.
Na razie Stany Zjednoczone wykorzystują słabość swojej waluty do zwiększenia eksportu i zmniejszenia deficytu handlowego. Tani dolar skłania bowiem Amerykanów do kupowania dóbr rodzimej produkcji: w sierpniu deficyt handlowy skurczył się o 1,2 mld USD do 30,7 mld USD. Zadłużenie USA jednak rośnie i zgodnie z prognozami MFW w 2011 roku ma przekroczyć 14 bln USD. Rośnie więc obawa, że USA nie będą mogły tych zobowiązań spłacić, tylko w dalszym ciągu będą je rolować. A biorąc pod uwagę, że siła dolara maleje niemal wprost proporcjonalnie do wzrostu zadłużenia Stanów Zjednoczonych, to na umocnienie amerykańskiej waluty w najbliższej przyszłości raczej nie ma co liczyć. Zwracają na to uwagę wybitni naukowcy amerykańscy: Peter Schiff, finansista i ekonomista New York University, Robert Hodrick z Columbia University, Richard Rahn z Rand Institute oraz Gary Becker z University of Chicago.
W raporcie Narodowej Rady Wywiadu USA „Global trends 2025: A Transformed World” czytamy: „Chociaż USA najprawdopodobniej pozostaną najbardziej liczącym się aktorem na światowej scenie, to potęga USA – nawet ta militarna – będzie maleć. Międzynarodowy system finansowy (….) zmieni się nie do poznania do 2025 roku w związku z pojawieniem się nowych światowych potęg, globalizacji ekonomii i transferów finansowych z Zachodu na Wschód”.
Wielu polityków, przede wszystkim europejskich i azjatyckich, otwarcie dziś opowiada się za stworzeniem nowego Bretton Woods, opartego na jednej globalnej walucie. Sęk jednak w tym, że słuchając wypowiedzi Nicolasa Sarkozy`ego, Dimitrija Miedwiediewa czy Gordona Browna, trudno dziś wyobrazić taki system walutowy i taki podział wpływów, który jednakowo zadowoliłby Rosję, Amerykę, Chiny, Japonię i Saudyjczyków.







Komentarze do wiadomości "Co dalej z dolarem"
Re: Co dalej z dolarem
ZŁOTO jako parytet dla waluty - to jak cofanie się do epoki kamiennej. Na świecie jest coraz więcej - samochodów, komputerów, domów, statków - WSZYSTKIEGO ! a złota jest wciąż tyle samo(mniej więcej). Jak można wciąż pisać takie GŁUPOTY! To jakby wciąż mierzyć bogactwo, ilością posiadanych niewolników.Re: Co dalej z dolarem
Pomysł z niewolnikami mi sie podoba, wiadomo przecierz nie od dzis, ze gdy w Rzymie zabraklo niewolnikow (chrzescijanstwo, ograniczenie ekspansji) system sie zalamal :)