W Kopenhadze SENSACJA. Laureat nagrody Nobla za ocieplenie klimatu ex prezydent Al Gore, podczas wystąpienia plenarnego przedstawił niezbity dowód ocieplenia, powołując się na odkrycia Wieslava Maslowskiego. W toku dyskusji okazało się jednak, że dowody zostały przekazane w postaci… „prywatnej rozmowy”… „kilka lat temu”, a na dodatek przywoływany naukowiec wprost stwierdził: „Zajmuję się klimatem, ale nigdy nie podjąłem się próby oszacowania wpływu człowieka na topnienie  lodów Arktyki”. A gdy do tego dodamy uwzględnienie w ekstrapolacjach przez brytyjską HadCRUT jedynie tych 25 proc. obserwacji z Syberii, które wskazywały na wzrost temperatury, to możemy się obawiać, że dążenie do zmian klimatycznych będzie nas drogo kosztowało, i to nie tylko zimą.

W aktualnie toczącej się debacie istnieje trend krótkoterminowy, przy jednoczesnym narastaniu długoterminowych zobowiązań. W ujęciu długoterminowym niestety  świat nie jednoczy się w dążeniu do przeciwdziałania głodu na naszej planecie, co musi być olbrzymim wyrzutem sumienia dla całej ludzkości, ale debatuje o groźbie ocieplenia klimatu. W sytuacji, gdy wpływ człowieka jest minimalny, a dokuczliwie panujące mrozy przypominają o wartości ciepła.

Działania na rzecz klimatu wymagają skoordynowanych i kosztownych ruchów. W swoich artykułach „Financial Times” ukazuje skomplikowaną sytuację w tym zakresie. Od zauważenia, że efektywne ograniczanie emisji CO2 w praktyce oznaczałoby konieczność zahamowania rozwoju, a raczej jak to określono, powrotu do wieków średnich społeczeństw Chin czy też Indii. Zgodnie z analizami „Financial Times” i „The Economist” USA i Chiny, których emisja wynosi odpowiednio 5,88 mld ton i 6,319 mld ton, muszą dążyć do ograniczenia jej przyrostu. W USA przeciętna emisja wynosi 24 tony na 1 mieszkańca, w Chinach  około 5 ton, a w Indiach 2 tony. Dla porównania, w Polsce jest to 8 ton, a w Niemczech 10 ton.

Niemniej bardzo szybki rozwój Chin powoduje, że te niewielkie ilości emisji na jedną osobę będą się powiększały i w praktyce powodowały, że nawet oszczędności po stronie europejskiej i amerykańskiej nie będą w stanie zrekompensować ich całkowitego wzrostu. Wielkość emisji Chin osiągnie w 2020 r. ponad 14 mld ton. Jeśli uwzględni się nie produkcję, ale konsumpcję towarów, to emisja Chin w porównaniu z USA zwiększyłaby się zaledwie o 39 mln ton. Natomiast eksport chińskich towarów do USA oznacza w praktyce, że konsumpcja amerykańska generuje dodatkową emisję w wysokości 1,4 mld ton.

Szybki wzrost gospodarczy w Chinach powoduje olbrzymie przyrosty emisji. A możliwości i aspiracje do rozwoju takich krajów, jak Chiny i Indie są olbrzymie, np. liczba samochodów na 1 000 mieszkańców wynosi w Chinach około 15, a w USA – 461. Emisja CO2 z tego tytułu w USA wynosi 31,6 proc. światowej emisji, natomiast w Chinach 5,7 proc. Podobne proporcje odnotowujemy, gdy analizujemy przeloty samolotowe. Każde zwiększenie dobrobytu w krajach najbiedniejszych wiąże się ze znaczącym wzrostem emisji. Kraje te nie przyjmują prezentowanego przewrotnego argumentu w aspekcie demograficznym, że powinny wziąć odpowiedzialność za swoją liczbę ludności.

Debata ta dotyka także Polskę. Realizacje postulatów klimatycznych w praktyce oznacza konieczność eliminacji miejsc pracy i to nie tylko w segmentach przemysłu energetycznego, ale także w innych sektorach, gdzie wzrost kosztów energii elektrycznej będzie równoznaczny z ograniczeniem konkurencyjności. A Polska jest krajem przodującym w redukcji emisji i w realizacji porozumień, które zostały zawarte w Kioto. Zakładały one od redukcję emisji o 6 proc. względem roku 1988. Podczas gdy Polska zredukowała emisję o 32 proc., to Unia Europejska dokonała tego samego zaledwie na poziomie 2 proc. Ten znaczący spadek emisji oznaczał możliwość sprzedaży nadwyżek w wysokości 500 mln ton CO2.  Polska również przyspieszyła absorpcję emisji poprzez przyrost masy drzewnej lasów.

Obserwuje się, że kraje, które w procesie konwergencji doganiały te najbardziej rozwinięte, powiększyły swoją emisję, tj. Hiszpania o 47,9 proc., Portugalia o 41 proc., Grecja o 23,9 proc., a Irlandia o 22,7 proc. Nie jest prawdziwy argument przytoczony przez „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, że redukcja była efektem załamania gospodarczego Polski, ponieważ w tym czasie polski PKB wzrósł o 70 proc. W przypadku Polski, która ma inną strukturę produkcji niż kraje wysoko rozwinięte, redukcja emisji będzie oznaczała dodatkowe inwestycje i koszty. Nie mówiąc już o tym, że jeśli weźmiemy pod uwagę wielkości związane z emisjochłonnością polskiego PKB, aktualne zredukowanie jej do poziomu niemieckiego w praktyce oznaczałoby trzykrotne zmniejszenie PKB. Polska w tej batalii powinna być postrzegana jako kraj, który wiele dokonał i powinna walczyć o możliwości rozwoju energetyki, opartej na węglu brunatnym.

 W ujęciu krótkoterminowym, gdy patrzymy strefę euro, to po uspokojeniu sytuacji przed wyborami europejskimi, obecnie na nowo podważana jest idea korzyści przebywania w tej strefie krajów peryferyjnych UE, względem których wspólna polityka monetarna nie jest dopasowana. Jak zauważył „Financial Times” z 11 grudnia, tygodniowy wzrost rentowności obligacji o 138 punktów bazowych (pb) w Grecji, przeniósł się na wszystkie kraje peryferyjne i to niezależnie od skali zadłużenia budżetu, od 22 pb wzrostu rentowności w Irlandii i 11 pb w Hiszpanii zaczynając, a na wzroście o 7 pb w Portugalii i 5 pb we Włoszech kończąc.

Wystąpienie procesów inflacyjnych w tych krajach, powodujących znaczny wzrost realnego kursu wymiany (w Grecji o 16 proc. od 2006 r), grozi wieloletnim zastojem gospodarczym, przy braku możliwości  dostosowań monetarnych. Nie mówiąc o natychmiastowych konsekwencjach spełnienia groźby Axel Webera, prezesa Bundesbanku, który ostrzegł, że „greckie obligacje mogą nie być w nieskończoność przyjmowane przez bank centralny jako zabezpieczenie”. Na świecie niewypłacalność „Dubai World” jest jednym z tych kapitałowych „bąbli”,  przed którymi w ostatnich tygodniach ostrzegaliśmy, a których destruktywna siła się jeszcze nie ujawniła.

Zdecydowanie bardziej optymistyczne sygnały napływają z rynku amerykańskiego. Ostatnie dane dotyczące minimalnego, bo zaledwie 11-tysięcznego spadku liczby miejsc pracy w USA przyczyniły się do znaczącej poprawy nastroju na rynkach światowych, gdyż  w reakcji indeks S&P500 wzrósł o 1,2 proc., dolar zyskał 1,5 proc. względem jena, a rentowność dziesięcioletnich obligacji dolarowych wzrosła o 9 punktów bazowych. Istnieje nadzieja, że po dwuletnim okresie, w ciągu którego 7,2 mln pracowników straciło pracę, nastąpi odbicie na rynku pracy w USA. Zwłaszcza, że w listopadzie liczba pracowników okresowych zwiększyła się o 52 tys. najwięcej od października 2004 r., a średni tydzień pracy wzrósł z 33 godz. do 33,2 godz.

Ponadto restrukturyzacja gospodarki w skali mikro już w znacznym stopniu nastąpiła. Świadczą o tym upublicznione dane Fed, mówiące o tym, że w ostatnim kwartale zaledwie 14 proc. banków zaostrzyło swoje praktyki kredytowe w porównaniu z 83,6 proc. w IV kwartale 2008 r. Trzeba też pamiętać, że pożyczki bankowe dla przedsiębiorstw stanowią zaledwie ¼ całości środków. Dlatego, mimo iż w ciągu ostatniego roku wystąpił spadek kredytów na sumę 57 mld USD, to całkowita ilość środków pozyskanych wzrosła, ze względu na  wzrost emisji obligacji przedsiębiorstw o 314 mld USD. Ponadto według tych danych koszt pożyczek o charakterze inwestycyjnym – Aaa i Baa jest na poziomie porównywalnym do tego sprzed trzech lat.

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę przedsiębiorstwa małe, które zatrudniają 50 proc. pracowników w gospodarce USA, to zaostrzenie warunków kredytowych spadło do 16,1 proc. banków, z poziomu 74,5 proc. W efekcie zaledwie 10 proc. tych firm w  sondażu NFIB (National Federation of Independent Business) w październiku uważało, że ich potrzeby kredytowe nie zostały zaspokojone.  W tym samym sondażu zaledwie 4 procent małych przedsiębiorstw uważało, że finansowanie jest ich największym problemem w porównaniu z 37 proc., które zanotowano na początku lat 80.

Jeśli chodzi o USA, kluczowym problemem jest jeden brak popytu i brak projektów inwestycyjnych o pozytywnym NPV. Wzrost blokuje cały czas niski popyt, związany z brakiem wzrostu w sferze płacy i wzrostem bezrobocia. Również analizując plany niemieckie w tym zakresie, widzimy wyraźnie dążenie do obniżenia podatków, w celu zwiększenia konkurencyjności przedsiębiorstw niemieckich, nawet kosztem osiągnięcia olbrzymiego przyrostu deficytu finansów publicznych w tym kraju do rekordowego poziomu prawie 86 mld euro, a więc ok. dwa razy więcej od dotychczasowych maksymalnych deficytów. Dążeniem jest polepszenie sytuacji przedsiębiorstw, w celu ułatwienia procesu ich restrukturyzacji, nawet kosztem pogorszenia stanu finansów publicznych. W kontekście planów drastycznego wzrostu przyszłorocznego deficytu, należy rozpatrywać wprowadzenie konstytucyjnej reguły fiskalnej w Niemczech, dla odległych lat 2015 i 2020. Bez tej perspektywy analogiczne rekomendacje dla Polski mogą okazać się błędne.

Analizując procesy inflacyjne w USA, należy pamiętać, że ceny usług przez cały okres kryzysu wykazują silny trend malejący, a wydatki wyrównane o inflację i bez zakupu samochodów między majem a październikiem wzrosły o 2,6 proc. Mimo, że konsumenci oszczędzają 4,3 proc. po opodatkowaniu w porównaniu z 1 proc. półtora roku temu, następuje wzrost popytu spowodowanego 3,3-proc. wzrostem dochodów. Jeśli weźmiemy pod uwagę małe przedsiębiorstwa, to od maja do października nastąpił tam 6-proc. wzrost dochodów, najsilniejszy od 2006 r. Na ten wzrost wpływ ma też fakt, że 1/3 strat z 14 bln w majątku Amerykanów została odbudowana na rynku kapitałowym. Dlatego, mimo iż kredyt na kartach kredytowych spada o 10 proc. w ujęciu rocznym, to bezpieczeństwo finansowe rodzin uległo poprawie, prowadząc do przyspieszenia zakupów.

 O ile sytuacja gospodarcza w Europie i Japonii jest daleka od przełomu, o tyle w USA optymistyczne dane pokazały światełko w tunelu. Należałoby działać w tym kierunku, aby rozwiązania długoterminowe, związane załamaniem demograficznym i z redukcją emisji CO2 nie doprowadziły do pogorszenia perspektyw wyjścia z kryzysu w Polsce. A uzgodnienia międzynarodowe nie wymusiły poniesienia olbrzymich nakładów inwestycyjnych w energetyce, eliminując naszą przewagę konkurencyjną w uzyskiwaniu taniej energii elektrycznej. A „sukcesy” naszego kraju nie polegały jedynie na uzyskaniu pomocy na wzór tej, z jaką boryka się Elektrownia Bełchatów, która uzyskała fundusze z UE na zagraniczny zakup filtrów wychwytujących CO2. Wprawdzie pomoc jest za darmo, ale instalacja będzie zużywała jedną trzecią wytwarzanej energii.

 

Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora.