Swoją najnowszą książkę poświęcił Pan bankom centralnym i roli, jaką odegrały w walce ze światowym kryzysem. Czy coś by Pan w niej zmienił, wiedząc, że dojdzie do tak ostrego załamania w strefie euro?
Na pewno bardziej zdecydowanie domagałbym się utworzenia paneuropejskiego regulatora, działającego równolegle z Europejskim Bankiem Centralnym (EBC), którego celem byłaby dyscyplina finansowa wewnątrz unii walutowej. Jak dotąd, tylko o niej debatujemy, a grecki kryzys pokazuje, że sprawa jest bardzo poważna.
W krajach strefy euro już teraz banki centralne mają niewiele do powiedzenia. Czy krajom takim jak Wielka Brytania, które nie wstąpiły do unii walutowej i mogą prowadzić własną politykę monetarną, nie jest łatwiej walczyć z kryzysem?
A ja żałuję, że Wielka Brytania nie wstąpiła do strefy euro. Szkoda, bo unia walutowa to przecież także projekt polityczny, w który ja osobiście wierzę.
A Polska powinna wejść do strefy euro?
To nie najlepszy moment, żeby poszerzać unię walutową. Najpierw trzeba zmodyfikować zasady działania strefy. Być może trzeba będzie odświeżyć Pakt Stabilizacji i Rozwoju. Kraje, aspirujące do wejścia do eurostrefy, powinny poczekać i zobaczyć, co zmieni się w jej sposobie działania. Kryzys w Grecji musi sprowokować jakieś zmiany, szczególnie jeśli chodzi o dyscyplinę finansową, której powinni przestrzegać członkowie unii.
Wróćmy jednak do kwestii radzenia sobie z kryzysem. Czy członkostwo w unii walutowej tego nie utrudnia?
Jeśli wziąć pod uwagę zadanie zapewnienia płynności na rynku, to istnienie jednego banku centralnego w strefie euro nie utrudnia walki z kryzysem. EBC już udowodnił, że doskonale to zadanie realizuje. Problem unii walutowej w Europie polega raczej na tym, że brakuje paneuropejskiej instytucji, regulującej kwestie podatkowe i finansowe, działającej na wzór EBC. Nie ma także instytucji, która mogłaby zareagować na bankructwo banku, mającego swoje oddziały w wielu krajach.
Unia ma więc zmierzać w kierunku Stanów Zjednoczonych Ameryki i jeszcze ściślej się integrować, jak chce tego Paul Krugman?
Nie. Nikt w Europie nie potrzebuje np. transferów finansowych, które są charakterystyczne dla działania stanów w Ameryce. Nam wystarczy zachowanie odpowiedniej dyscypliny finansowej przez wszystkie państwa narodowe, znajdujące się w unii walutowej. To zupełnie inna koncepcja.
A czy sprawdza się w Europie jednolita polityka monetarna? Paul Krugman na łamach „The New York Times” twierdzi, że Grecja czy Hiszpania byłyby w lepszej sytuacji poza strefą euro, bo mogłyby zdewaluować swoje waluty. Są nawet tacy, którzy sugerują, żeby pozwolić Grecji na czasowe wyjście z unii walutowej.
Wszystkie problemy ze strefą euro zaczęły się od tego, że nie zrealizowano planów, które zapowiadano na początku. Przypomnę, że intencją twórców unii walutowej było równoległe wprowadzenie Paktu Stabilności i Rozwoju i jednolitej polityki monetarnej. Miały się też pojawić narzędzia zapobiegające tworzeniu ogromnych deficytów. Te plany nie wypaliły. Trzeba więc przyznać, że mamy w unii walutowej jedną politykę monetarną, ale zupełny brak wspólnej dyscypliny fiskalnej, i to jest główna przyczyna obecnego kryzysu strefy euro. Jeśli ktoś uważa inaczej i winą za kryzys obarcza wspólną politykę monetarną, to następnym krokiem jest już chyba tylko rozwiązanie unii walutowej. Osobiście jestem takiemu podejściu przeciwny. Rozumiem, oczywiście argumenty Krugmana, ale one prowadzą do porzucenia projektu jednej waluty w Europie, a to wcale by Grekom nie pomogło.
Pojawiają się ostatnio głosy, że do wybuchu kryzysu w Grecji przyczyniły się wielkie banki inwestycyjne, które kupując greckie długi, pomagały maskować ich rzeczywisty poziom. Trwają nawet spekulacje, czy banki, które wcześniej zajęły tzw. krótkie pozycje, same nie publikują teraz negatywnych raportów na temat sytuacji w Grecji, żeby zarobić na spadkach. To samo ma grozić innym zadłużonym krajom: Portugalii, Hiszpanii, Włochom.
Zupełnie się z taką hipotezą nie zgadzam. Można ją włożyć między bajki. Rzeczywisty problem Grecji polega na tym, że od czasu, kiedy została członkiem unii walutowej, jej produkcja, np. w stosunku do Niemiec, dramatycznie spadała, a koszty pracy szły w górę. Grecja przestała po prostu być konkurencyjna. Na to nałożył się kompletny brak dyscypliny budżetowej, a kolejne rządy próbowały to za wszelką cenę ukryć.
Nie tylko Grecja próbuje ukryć prawdziwy poziom zadłużenia i stan finansów publicznych. Według najświeższych danych, deficyt Wielkiej Brytanii dość niespodziewanie może sięgnąć 13 procent PKB.
Nie sądzę, żeby poza Grecją był w Unii Europejskiej kraj, którego deficyt okazałby się dwa razy większy niż oficjalnie podawano. Grecja to jak na razie absolutnie wyjątkowy przypadek. Trudno mi prorokować, ale sytuacja pozostałych zadłużonych krajów UE jest jednak inna. Występują tam różne odmiany greckich problemów, ale to Grecja ma je wszystkie naraz, w dodatku rząd nie może tam liczyć na poparcie dla radykalnych oszczędności. Na przykład poziom długu w Portugalii jest w stosunku do PKB niższy niż w Grecji. We Włoszech zadłużenie jest spore, ale nie ma mowy o tak ogromnym deficycie jak w Grecji.
Rozpadu unii walutowej nie będzie?
Taka sytuacja jest do pomyślenia, ale absolutnie nie powinniśmy jej sobie życzyć. Na szczęście rozpad unii jest mało prawdopodobny.
W swojej książce przekonuje Pan, że banki centralne powinny odgrywać kluczową rolę w gospodarkach rynkowych, ale równocześnie narzeka, że zawiodły, bo zlekceważyły zagrożenia, które doprowadziły do światowego kryzysu.
To właśnie w czasie kryzysu przekonaliśmy się jak bardzo potrzebne są gospodarce banki centralne. Dziś lepiej rozumiemy ich rolę. Zanim zaczął się kryzys, wielu graczy nie przypuszczało nawet, że bank centralny rzeczywiście sprawdzi się w roli ostatniej deski ratunku w zachowaniu płynności na rynku. Tymczasem widać wyraźnie, że rynek trwa i działa dzięki istnieniu, w samym sercu systemu finansowego, banku centralnego. Kryzys przypomniał nam, że bank centralny działa także po prostu jak bank i nie zajmuje się wyłącznie polityką monetarną.
Jednak rolę, jaką odegrały bezpośrednio przed wybuchem kryzysu, ocenia Pan krytycznie.
Bo banki centralne zwracały zbyt małą uwagę na potencjalne zagrożenia dla finansowej stabilności rynków, na których działały. W USA i w Wielkiej Brytanii panowało nawet przekonanie, że jeśli udało się utrzymać kontrolę nad inflacją cen detalicznych, to bank centralny dobrze wykonał swoją robotę. Uznawano, że to warunek konieczny, a zarazem wystarczający, aby zagwarantować gospodarczą stabilność kraju. Otóż to był błąd. Bo kiedy teraz patrzymy wstecz, jeszcze do 2007 roku większość krajów taką stabilność cenową osiągała, a kryzys i tak ich nie ominął. Na kilka lat przed wybuchem kryzysu, już od 2004 roku na rynkach finansowych miały miejsce niepokojące zjawiska, ale banki centralne te sygnały alarmowe zlekceważyły. A przecież byli ludzie, przede wszystkim w Bank of International Settlements [międzynarodowa organizacja promująca współpracę banków centralnych-red.], którzy przestrzegali przed zagrożeniami. Niestety, banki centralne nie odrobiły swojej lekcji.
A jak odpowiedziały na kryzys?
W większości krajów ta odpowiedź była stosunkowo skuteczna, choć może na samym początku zapanowała nerwowa niepewność. Na przykład Bank of England zareagował dość ślamazarnie i trudno mu było ocenić skalę problemu. Ale z biegiem czasu było już coraz lepiej. Warto tu przypomnieć, że najszybciej zareagował Europejski Bank Centralny, bo już w sierpniu 2007 roku, w bardzo agresywnym stylu wspomógł płynność na rynku. To była skuteczna pomoc.
Co trzeba zmienić żeby działania banków centralnych w przyszłości uprzedzały wybuchy kryzysów?
Musimy na nowo zdefiniować zakres odpowiedzialności banków centralnych, które powinny działać zarówno na rzecz stabilności monetarnej i cenowej, jak i finansowej rynków. Te dwie role powinny się uzupełniać, inaczej, tak jak dotąd, działalność banków centralnych będzie się sprowadzać tylko do decyzji dotyczących stóp procentowych, a to zdecydowanie za mało. Uważam, że powinny one otrzymać dodatkowe narzędzia, by mieć wpływ na określanie poziomu rezerw, które banki trzymają na wypadek jakichś zagrożeń, pojawiających się w całym systemie finansowym.
A czy banki centralne powinny ściślej ze sobą współpracować, bo takie pomysły też się ostatnio pojawiają?
Zdecydowanie opowiadam się za taką współpracą. W książce poświęcam jej cały rozdział. Sporą rolę ma tu do odegrania Bank of International Settlements, który notabene doskonale sprawdził się w czasie kryzysu. Chodzi przede wszystkim o to, by w przyszłości móc koordynować odpowiedzi poszczególnych banków na kryzys, bo tym razem, szczególnie na początku kryzysu tej koordynacji było za mało. W każdym razie na pewno nauczyliśmy się jednego: poziom wzajemnych zależności między rynkami finansowymi na świecie jeszcze się powiększył, a regulacje za tym nie nadążają. Zbyt wiele tworzonego prawa ma charakter czysto narodowy, tymczasem światowe rynki od dawna wzajemnie się przenikają. Trzeba tej sytuacji sprostać.
Rozmawiała Anna Gwozdowska
Howard Davies, dyrektor London School of Economics, a także były prezes Financial Services Authority, brytyjskiego regulatora rynków finansowych.








Banknoty okolicznościowe
Z okazji 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina