Dokładnie rok temu, w marcu 2008 r., siedem tygodni po wyborze Baracka Obamy rynki odbiły się po 4 kwartałach systematycznych spadków. Akcje S&P 500 osiągnęły 20-krotny wzrost w ciągu 12 miesięcy. Wzrosty na giełdzie spowodowały poszybowanie w górę akcji firm sektora finansowego, wspomaganego przez rząd Stanów Zjednoczonych. I te firmy nadal ciągną giełdę. A to nie jest powód do optymizmu.

We wtorek 9 marca na forum Komisji ds. Finansów Izby Reprezentantów sekretarz skarbu Timothy Geithner stwierdził, że pomoc udzielona przez administracje amerykańskim rynkom procentuje. Gospodarka ruszyła. A jednym z dowodów według niego jest optymizm na rynkach. Czy zgadza się Pan z tą oceną?

Rzeczywiście, rynki wyszły z dołka, w którym tkwiły jeszcze rok temu. Ale powód jest jeden. Administracja i Rezerwa Federalna dostarczyły rynkom finansowym płynności. Fed dostarczył płynności w olbrzymiej skali, by uratować duże banki. Pamiętajmy, że w czwartym kwartale 2008 i pierwszym 2009 r. panowała panika. Inwestorzy bali się kompletnego załamania systemu finansowego. Szef Fed nie był odkrywczy. Kontynuował tradycję, zgodnie z którą postępowali jego poprzednicy, by uspokoić Wall Street. Jej formuła jest bardzo prosta: jeśli powstaje problem, trzeba go przykryć,  zwiększając płynność przez wpompowanie pieniędzy. I wówczas, jak sugeruje dalej ta recepta, sytuacja jakoś się poprawi. Indeksy giełdowe będą znów piąć się. Moim zdaniem jest to droga do katastrofy. Chwilowe odbicie to tylko ostatnie wstrząsy konającego. I nie wiem, czy to był przypadek, czy administracja i Fed ze sobą współdziałały. Ale z pewnością kierunek ich działań był ten sam.

Gdyby jednak Fed nie zwiększył płynności, nie wpompował tych pieniędzy, panika inwestorów mogłaby doprowadzić do całkowitego załamania giełdy. Czy nie była to więc ofiara konieczna dla utrzymania stabilności rynków?

Moim zdaniem tak zwane odbicie giełdowe to iluzja, która nas kosztowała 895 mld USD od stycznia do września ubiegłego roku. Dane od września Fed poda jeszcze w tym miesiącu. Ale w ubiegłym tygodniu we wtorek szef nowojorskiego Fedu na spotkaniu z inwestorami poinformował, że Rezerwa wpompuje w tym roku kolejny 1 bilionUSD. Skąd więc powód do optymizmu?

To dofinansowany przez rząd sektor finansowy: banki, firmy brokerskie, operatorzy kart kredytowych, są dziś lokomotywą giełdy. Po dofinansowaniu wartość niektórych akcji skoczyła o 300, 400 procent. A jeszcze w marcu ubiegłego roku były na poziomie bliskim zero – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Rok temu wydawało mi się, że nie ma dla tych firm ratunku. I według zasad wolnorynkowych nie było. Powinny były zbankrutować. Ale rząd federalny postanowił podtrzymać te przedsiębiorstwa, kupując 80 proc. MBS (czyli kredytów hipotecznych gwarantowanych przez instytucje państwowe, które były sprzedawane jako nowy produkt finansowy), bo wydawało mu się, że one są zbyt duże, żeby upaść. Właśnie wtedy spopularyzowano koncepcję, która mówi, że upadek pewnych firm, w szczególności banków, mógłby doprowadzić do załamania całej gospodarki. Szef Fed tłumaczył, że te działania moją pomóc odbić się rynkowi nieruchomości i w ten sposób udrożnić przepływ pieniędzy. Ale w rzeczywistości była to operacja niezwykle korzystna dla sektora finansowego, który sprzedawał z zyskiem złe długi Rezerwie Federalnej. Trudno mi zrozumieć twierdzenia, że rynek wrócił do normalności.

Ale prognozy ekonomistów skupionych wokół Instytutu Petersona, a także wokół Brookings Institution są optymistyczne. Indeks LEI, czyli najważniejszych wskaźników gospodarczych, sugeruje wzrost w następnych dwu kwartałach. Dlaczego mówi Pan o stanie nienormalności na rynkach?

Sytuacja na rynkach jest fatalna. Jeśli rząd federalny nie zmieni swojej polityki wobec głównych instytucji finansowych, to doprowadzi do drugiej fali kryzysu. Jest ich wszystkich około 100. To są znane firmy, jak J.P. Morgan, Goldman-Sachs, Wells Fargo, Citibank, którego w olbrzymiej części współwłaścicielem jest rząd. A ponad dwie trzecie z nich czerpie korzyści z polityki realizowanej przez Fed: niskich stóp procentowych. Nikt nie wywiera na nich presji, żeby oszacowały swoje straty, jakie poniosły wskutek kryzysu i wciąż rząd oferuje im różne elastyczne linie kredytowe, które są dla nich zaworem bezpieczeństwa. Te firmy korzystają też z bezpośrednich inwestycji, takich jak pieniądze z funduszu TARP, który wbrew twierdzeniom polityków nie został przez te instytucje zrefundowany. Tylko jedna instytucja, Chase, zwróciła pieniądze. Reszta obiecała. I na tych obietnicach opierało się oświadczenie sekretarza skarbu Timothy Geithnera, że TARP został spłacony przez duże banki.

Z tego, co Pan mówi, rząd i Fed uważają, że najważniejszą sprawą jest utrzymanie płynności na rynkach. I że brak tej płynności był przyczyną kryzysu. Nie odpowiedział sobie jednak na pytanie, co spowodowało ów brak płynności. A było to zezwolenie, by na rynku kredytowym –przede wszystkim nieruchomości, najaktywniejszymi graczami byli ubezpieczyciele państwowi: Freddie Mac i Fannie Mae. A tych instytucji się nie reformuje, więcej – wpompowuje się do nich pieniądze.

Tak, ma pan zupełną racje. I nikt nie ma ochoty ich reformować. A przypomnijmy sobie sytuację z  końca 2007 r. Spready były bardzo wąskie, a rynki wydawały się być bardzo stabilne. Kredytami banki sypały jak z rękawa. Ale była to  – jak widzimy - cisza przed burzą. I dziś z powodu olbrzymiego dofinansowania instytucji finansowych ta burza znów nad nami wisi. Bo zamiast pozwolić rynkom się skorygować, rządowa interwencja jeszcze bardziej je zdestabilizuje. Nie było bowiem okresu oczyszczenia. Nie zostały zamknięte instytucje, które doprowadziły do kryzysu. Nie rozbito molochów finansowych na mniejsze instytucje. Ani nawet kadra menedżerska nie została rozliczona z błędnych decyzji. Nie oczyszczono systemu.

Początkowo byłem przeciwny wprowadzeniu w Ameryce tak zwanego szwedzkiego modelu oczyszczenia systemu finansowego, czyli chwilowego przejęcia banków przez urzędy kontroli i rząd na czas ich restrukturyzacji. Tutaj specjaliści szacują, że ten okres trwałby około roku. Ale potem te instytucje funkcjonowałyby lepiej. Dziś jednak uważam, że takie oczyszczenie jest potrzebne. Bez niego nie uda się naprawić szkody wyrządzonej systemowi bankowemu.

Tymczasem obecna administracja nagrodziła menedżerów instytucji, które spowodowały ten kryzys lub go pogłębiły, włącznie z Freddie i Fannie. I te instytucje stały się jeszcze potężniejsze po kryzysie, wspomnę choćby J.P. Morgan Chase.

Michael Panzner – makroekonomista. W książce „Financial Armageddon” opisał kryzys na rynku nieruchomości dwa lata przed jego rozpoczęciem. Należy do kadry naukowej New York Institute of Finance. Od 25 lat związany z globalnymi rynkami finansowymi. Pracował w Nowym Jorku i Londynie dla HSBC, Soros Funds, ABN Amro, Dresdner Bank i JPMorgan Chase. Ostatnio opublikował: „When Giants Fall„. Bloguje na stronie Obserwatora