Obserwator Finansowy: Czy dla przeciwnika strefy euro niepewność przed greckimi wyborami i zła sytuacja Hiszpanii to dobre wiadomości?
Stefan Kawalec: To złe wiadomości dla wszystkich. Zresztą nie jestem ideowym przeciwnikiem strefy euro, tylko ekonomistą, który uważa, że wspólna waluta jest dla Europy narzędziem bardzo niebezpiecznym.
Wspólna waluta w obecnym kształcie czy wspólna waluta w ogóle?
Wspólna waluta w ogóle, bo oznacza ona pozbawienie państw członkowskich możliwości posługiwania się bardzo skutecznym i trudnym do zastąpienia instrumentem dostosowawczym jakim jest możliwość zmiany kursu walutowego.
Wejście do euro przypomina panu wprowadzenie przygodnej grupy wczasowiczów na bardzo trudną trasę w wysokich górach. Gdy kilku z nich umrze w trakcie wyczerpującej wędrówki, inicjator wycieczki może twierdzić, że jeden miał problemy z sercem, drugi nadciśnienie, trzeci rozedmę płuc, a czwarty przechodził właśnie grypę. Zatem wszystkie ofiary zmarły w skutek bardzo konkretnych chorób, a nie ma takiej choroby jak wycieczka górska. Rozumiem, że tym cynicznym przewodnikiem były Niemcy, a walczącą o życie czwórką Grecja, Portugalia, Hiszpania i Włochy?
Nie to miałem na myśli. bo ci niedoświadczeni turyści sami tego chcieli. I poszli w góry, a już na miejscu okazało się, że jak się jest związanym liną z kilkoma osobami, to nie można się tak łatwo odłączyć od grupy. Euro było wspólnym pomysłem, którego skutki nie w pełni sobie uświadamiano. Tymczasem okazało się, że euro jest pułapką: dla krajów, które z jakiś powodów utracą konkurencyjność. Wyjście z unii monetarnej grozi paniką bankową, a pozostawanie w niej długotrwałą recesją. Celem mojego przykładu było pokazanie, poprzez analogię, absurdalności powtarzanej często tezy, że nie ma problemu strefy euro, a tylko są problemy poszczególnych krajów.
Problemem zagrożonych krajów strefy euro jest utrata konkurencyjności, której przyczyny w poszczególnych krajach były inne. W Grecji, Portugalii i Włoszech przyczynił się do tego deficyt budżetowy lub duży dług publiczny. Natomiast w Hiszpanii, która – do chwili wybuchu światowego kryzysu finansowego – pod względem przestrzegania kryteriów Maastricht dotyczących deficytu i długu publicznego zachowywała się lepiej niż Niemcy, przyczyną utraty konkurencyjności była olbrzymia ekspansja zadłużenia prywatnego napędzająca boom budowlany i wzrost płac.
Niskie stopy procentowe i dostępność kapitału w ramach strefy euro ułatwiały ekspansję długu publicznego i prywatnego, przez co przyczyniły się do erozji konkurencyjności we wszystkich zagrożonych obecnie krajach. Najpoważniejszym problemem jest jednak nie to, że do utraty konkurencyjności doszło, gdyż takie zjawiska zdarzały się i będą zdarzać się w różnych krajach z rozmaitych powodów. Prawdziwy dramat polega na tym, że w ramach strefy euro, odzyskanie przez pojedynczy kraj utraconej konkurencyjności jest bardzo trudne i może okazać się w praktyce niemożliwe.
Czy w przyszłym roku strefa euro nadal będzie liczyła 17 krajów?
To pytanie sprowadzą się do tego czy dojdzie do np. wyjścia Grecji. Nie jestem w stanie tego przewiedzieć. Z jednej strony widać, ze niemiecka opinia publiczna coraz bardziej się do tego skłania. Z drugiej strony nie wiadomo jak to przeprowadzić, żeby nie stwarzać ryzyka dla Włoch i Hiszpanii. Aby inwestorzy nie odwrócili się całkowicie od obligacji tych krajów potrzebne byłyby naprawdę bardzo silne deklaracje, że te państwa będą chronione. Trudno jednak o wiarygodne deklaracje, kiedy nie ma odpowiednich instrumentów. Fundusze pomocowe strefy euro są zdecydowanie za małe, by poradzić sobie z długiem Hiszpanii i Włoch.
Z kolei przyjecie solidarnej odpowiedzialności krajów strefy euro za długi Włoch i Hiszpanii groziłoby podważeniem wiarygodności kredytowej niezagrożonych dotychczas krajów takich jak Niemcy i Francja. Wiarygodną deklaracją mogłoby być stwierdzenie, że Europejski Bank Centralny będzie bez ograniczeń, tak długo jak to będzie potrzebne, kontynuował pożyczki dla banków umożliwiające im zakup obligacji zagrożonych krajów.
Czy takie deklaracja EBC wystarczą?
Myślę, że EBC może być skłonny o bezterminowego kontynuowania takiej polityki, lecz mało jest prawdopodobne, by to publicznie zadeklarował. Taka deklaracja oznaczałaby, że z Madrytu i Rzymu zostaje zdjęta presja na kontynowanie polityki tzw. „wewnętrznej dewaluacji”, bo w razie czego EBC i tak pomoże. Ciężko sobie po prostu wyobrazić takie rozwiązanie, które da inwestorom pewność, że dług suwerenny krajów strefy euro poza Grecją będzie chroniony, a nie ograniczy jednocześnie presji na rządy Włoch i Hiszpanii.
Może rozwiązaniem byłoby jednak zadeklarowanie skupu obligacji zadłużonych państw przez Europejski Bank Centralny, ale nieograniczonego, tak aby spekulanci nie grali na rynku długu państwowego?
Taka deklaracja EBC uspokoiłaby obawy inwestorów jeśli chodzi o wypłacalność zagrożonych krajów, ale wzbudziłaby obawy o inflację. Powstałoby pytanie gdzie trafi gotówka z EBC i jaką nową bańkę spowoduje. Innymi słowy: krótkoterminowe zaangażowanie EBC ma sens, pod warunkiem że mamy jakieś docelowe rozwiązanie. Jeśli samo zaangażowanie EBC ma być tym rozwiązaniem to grozi powstaniem problemu, którego kształtu jeszcze nie jesteśmy świadomi, w skali która może przerosnąć wszystkie problemy, które mieliśmy dotychczas.
Może unia bankowa jest tym długofalowym rozwiązaniem?
Pomysł, żeby zobowiązania banków wrzucić do jednego worka, jest niemal tym samym co pomysł, aby wszyscy członkowie strefy euro zagwarantowali sobie wzajemnie dług państwowy. To bardzo niebezpieczne myślenie, że Unia jest duża, a problemy małe. Jest odwrotnie i zaangażowanie Unii Europejskiej jako całości skończyć się może tylko utratą wiarygodności kredytowej przez całą Unię. Pierwsze zapowiedzi agencji ratingowych po przedstawieniu pomysłu unii bankowej wyraźnie na to wskazują.
Głównym zarzutem wobec strefy euro, który stawia pan w swoim artykule z Ernestem Pytlarczykiem, jest pozbawienie państw członkowskich możliwości zmiany kursu walutowego. Dlaczego ten jeden instrument jest tak ważny?
Osłabnie waluty oznacza, że płace w danym kraju w przeliczeniu na waluty jego partnerów handlowych stają się automatycznie niższe. Dlatego praktycznie z dnia na dzień rośnie konkurencyjność. Produkty krajowe zaczynają wypierać produkty zagraniczne zarówno na rynku krajowym jak i na rynkach eksportowych. Stanowi to impuls dla wzrostu produkcji krajowej. W przypadku utraty międzynarodowej konkurencyjności lub nagłej utraty zaufania rynku, osłabienie waluty (połączone z odpowiednią polityką fiskalną i monetarną) jest instrumentem skutecznie przywracającym konkurencyjność gospodarki i równowagę w obrotach międzynarodowych, pozwalającym na szybkie wejście na ścieżkę wzrostu gospodarczego.
W naszym artykule przedstawiamy wiele przykładów krajów, które po dewaluacji swojej waluty weszły na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Choćby kraje azjatyckie po kryzysie w 1997 roku, Rosja w 1998 roku Argentyna po roku 2001. Nie przypadkowo wszystkie udane programy dostosowawcze w Ameryce Łacińskiej zawierały głęboką początkową dewaluację, która obniżała jednostkowy koszt pracy. Podobnie zresztą było w Polsce w roku 1990.
Nie można tych samych efektów osiągnąć będąc w strefie euro?
Teoretycznie można przez tzw. ”dewaluację wewnętrzną” czyli nominalne obniżenie płac i cen krajowych. To jest terapia zalecana w tej chwili krajom będącym w kryzysie, ale my pokazujemy, że wewnętrzna dewaluacja, czyli de facto polityka deflacyjna realizowana poprzez zacieśnienie fiskalne jest bardzo nieskutecznym instrumentem poprawy konkurencyjności.
Dlaczego?
Osłabienie waluty od razu poprawia konkurencyjność i staje się impulsem do wzrostu produkcji krajowej. W przeciwieństwie do tego, polityka deflacyjna musi najpierw poprzez spadek popytu spowodować spadek produkcji i w konsekwencji zatrudnienia, po to by rosnące bezrobocie mogło skłonić pracowników w sektorze prywatnym do akceptowania obniżek płac. Deflacja wymaga podjęcia tysięcy decyzji przez podmioty gospodarcze i zmiany tysięcy umów. Decyzje o obniżkach cen podejmowane są dopiero wtedy, gdy poszczególni przedsiębiorcy napotykają barierę popytu w postaci spadku sprzedaży. Pracownicy zaczynają akceptować obniżki płac wtedy, gdy wyraźnie rośnie bezrobocie.
Spadek wartości cen i płac w przeliczeniu na waluty zagraniczne w procesie deflacji nigdy nie jest więc automatyczny i powszechny, tak jak to jest w przypadku zmiany kursu walutowego. Ponadto spadek ten w wyniku deflacji następuje zacznie wolniej niż może to nastąpić w przypadku osłabienia waluty, gdzie dostosowanie płac w całej gospodarce może nastąpić z dnia na dzień. Deflacja jest więc ze swojej natury znacznie mniej skutecznym i bez porównania bardziej kosztownym społecznie i ekonomicznie instrumentem krótkookresowej poprawy konkurencyjności niż osłabienie waluty.
Może nieistniejącą dewaluację zastąpi rynkowa deprecjacja euro w stosunku do dolara, którą właśnie obserwujemy?
Nie, bo w tej chwili strefa euro ma zrównoważony bilans handlowy, a nierównowaga jest wewnętrzna. Kraje Północy mają duża nadwyżkę w handlu z krajami Południa. Można oczywiście założyć, ze jeżeli euro dalej by się osłabiało i cała unia walutowa wypracowałaby kilkaset miliardów nadwyżki w handlu międzynarodowym to wtedy i kraje Południa mogłyby być mieć zrównoważony bilans handlowy. Nie widać jednak aby partnerzy spoza strefy euro ochoczo się zgodzili, żeby to ich kosztem były rozwiązywane europejskie problemy.
Upraszczając: gdyby Amerykanie kupowali greckie oliwki i portugalskie dorsze 100 razy drożej to mogłoby to pomóc?
Tak. Lecz ani Amerykanie, ani Chińczycy nie przestawią swoich gospodarek tak aby pomóc strefie euro i liczenie na to byłoby czystą naiwnością.
Może zatem unia fiskalna i większa swoboda przepływu siły roboczej oraz kapitału mogą pomóc?
Integracja fiskalna także nie jest receptą na problem, z którym mamy do czynienia. Bo to problem braku konkurencyjności tych krajów, które przeżywają kryzys. Tymczasem instrumenty fiskalne są bezsilne jeśli chodzi o poprawianie konkurencyjności poszczególnych regionów w ramach w obszarów walutowych. Przykład Niemiec Wschodnich i Południowych Włoch dobitnie to pokazały. Co roku na transfery dla tych regionów wydawane są olbrzymie kwoty, a konkurencyjność jak była niska tak jest. Stąd duża migracja np. z Niemiec Wschodnich do Zachodnich.
W strefie euro migracja z państw mniej do bardziej konkurencyjnych też mogłaby być rozwiązaniem?
Znowu tylko teoretycznym. Europa jest złożona z narodów mówiących różnymi językami, odwołujących się do własnych tradycji i zorganizowanych w ramach państw narodowych. Państwa narodowe stanowią główne ośrodki identyfikacji i tożsamości obywateli, a także źródła legitymizacji organów władzy. Nic nie wskazuje na to, by sytuacja ta miała się zasadniczo zmienić w ciągu najbliższego stulecia. Unia Europejska i jej instytucje są tworami służebnymi, które państwa członkowskie stworzyły, aby poprawić swoje bezpieczeństwo i pomyślność gospodarczą.
Sukces integracji oparty był na filozofii respektowania potrzeb wszystkich członków, przyjmowaniu rozwiązań, które są korzystne dla wszystkich i nikomu nie zagrażają. Propozycja by problemy państw członkowskich, które z jakich powodów utracą konkurencyjność rozwiązywać głównie poprzez emigrację jest nie tylko sprzeczna z dotychczasową filozofia integracji europejskiej, lecz również bardzo niebezpieczna. Europa, w której społeczności narodowe zostaną pozbawione możliwości poprawy swojego bytu i jedyną alternatywą pozostanie dla nich migracja, zostanie narażona na groźne konflikty.
Jest w ogóle jakieś rozwiązanie?
Rozwój wypadków w strefie euro może być niestety efektem zupełnie niekontrolowanego biegu wydarzeń. Uporczywa obrona euro w przekonaniu, że „upadek euro oznacza początek końca Unii Europejskiej i jednolitego rynku” może przynieść efekty odwrotne od zamierzonych. Grozi długotrwałą recesją i wysokim bezrobociem w krajach usiłujących poprzez zacieśnienie fiskalne dokonać „wewnętrznej dewaluacji”. Doprowadzić to może do załamania politycznego i niekontrolowanego rozpadu strefy euro, o nieobliczalnych konsekwencjach politycznych i gospodarczych dla całej Europy.
Aby uprzedzić niekontrolowany rozpad, trzeba przeprowadzić kontrolowaną dekompozycję strefy euro, tworząc nowy europejski ład monetarny oparty o waluty narodowe lub waluty homogenicznych gospodarczo bloków krajów. Dekompozycja strefy euro umożliwi poprawę konkurencyjności zagrożonych krajów poprzez osłabienie ich waluty. Tym nie mniej, co najmniej w przypadku niektórych z tych krajów niezbędna będzie redukcja długu państwowego. Konieczna skala redukcji i koszty z tego tytułu dla wierzycieli będą jednak mniejsze niż byłyby, gdyby kraje te pozostawały w dotychczasowej strefie euro i ich gospodarki nie wykorzystywały swojego potencjału, funkcjonując w warunkach bardzo wysokiego bezrobocia.
Można zaplanować euro Północy. „Wzrostowi nadwyżki handlowej Niemiec, a także Holandii i Austrii łącznie o 166 mld euro, towarzyszyło w latach 1999-2007 pogorszenie bilansu handlowego Hiszpanii, Francji, Grecji, Włoch, Belgii i Portugalii łącznie o 178 mld euro” – przypominają panowie w artykule. Kraje z deficytem się odłączają, wprowadzają własną walutę i mamy zdrową strefę euro.
Od strefy euro powinny najpierw odłączyć się kraje z nadwyżką, a nie z deficytem. Rozwiązanie strefy euro poprzez wychodzenie krajów zagrożonych jest niezmiernie niebezpieczne, bo grozi tam paniką bankową. Gdybyśmy jednak zaczęli od państw najbardziej konkurencyjnych np. Niemiec to takiego niebezpieczeństwa nie ma. Co więcej osłabi się euro w Grecji, Włoszech i Hiszpanii w stosunku do przywróconej marki niemieckiej. To państwa słabsze powinny tymczasowo zachować euro, a silniejsze powrócić do własnych walut i być może powiązać je z marką niemiecką.
Brzmi bardzo prosto.
Oczywiście proste by nie było. Trzeba by najpierw uzgodnić system koordynacji walutowej i działania banków centralnych, żeby ta pożądana aprecjacja marki do euro nie była jednak nadmierna, bo to spowoduje trudne do zaakceptowania koszty dla gospodarki niemieckiej. Aby to było możliwe europejskie elity i opinia publiczna muszą oswoją się z myślą, że Unia Europejska i jednolity rynek mogą funkcjonować bez euro. Do tego czasu powinny być prowadzone działania zapobiegające niekontrolowanemu rozwojowi wydarzeń.
Jeśli Niemcy – najpotężniejszy kraj strefy euro i jej motor polityczny ją opuszczą to nie wywoła paniki bankowej nie tylko na Południu, ale również u nich?
Nie ma powodu, by zapowiedź Niemiec wyjścia ze strefy euro wywołała tam panikę bankową. Jeżeli jest pan Niemcem i trzyma pieniądze w Niemczech to jedyne czego może się pan „obawiać” to to, że zamienią panu euro na markę niemiecką, której wartość najprawdopodobniej się umocni wobec euro. Nie będzie tez powodów do paniki bankowej na Południu, gdyż wartość depozytów w krajach, które pozostaną w strefie euro nie będzie zagrożona przez wyjście Niemiec. Oczywiście niektóre osoby mogą chcieć odnieść korzyści z oczekiwanej zamiany euro na markę i będą chciały przenieść swoje depozyty do banków w Niemczech, lecz nie będzie to z przyczyn praktycznych zjawisko bardzo masowe.
Rozmawiał Marek Pielach
Artykuł Stefana Kawalca i Ernesta Pytlarczyka pt. Kontrolowana dekompozycja strefy euro aby uratować Unię Europejską i jednolity rynek ukazał się 9 kwietnia na portalu Liberte! W skróconej wersji tekst ten ukazał się dwa dni później na łamach Gazety Wyborczej. Ernest Pytlarczyk, współautor artykułu, jest głównym ekonomistą BRE Banku.





Komentarze do wiadomości "To Niemcy powinny wyjść z euro, a nie Grecja"
Re: To Niemcy powinny wyjść z euro, a nie Grecja
"Decyzje o obniżkach cen podejmowane są dopiero wtedy, gdy poszczególni przedsiębiorcy napotykają barierę popytu w postaci spadku sprzedaży. Pracownicy zaczynają akceptować obniżki płac wtedy, gdy wyraźnie rośnie bezrobocie." No właśnie! Przecież w Grecji bezrobocie jest na najwyższym poziomie w historii a bariera popytu jest tam faktem od kilku lat! Wystarczy pożegnać się z socjalistyczną ideologią i ustawodawstwem a ceny dostosują się do nowych realiów w ciągu kilku miesięcy. Problem leży gdzie indziej. Bez względu na to, czy Grecy wprowadzą swoją walutę (np. tymczasowe kwity na EUR - jak kiedyś bony PeKaO, które staną się w końcu jedyną walutą, która wbrew zapowiedziom nie bedzie wymieniana już nigdy na EUR 1 : 1, chyba, że dla polityków i ich kumpli), którą będą dowolnie osłabiać drukiem, czy dopuszczą do deflacji, REALNA WARTOŚĆ ICH ZADŁUŻENIA DRAMATYCZNIE WZROŚNIE. W ten sposób wyjdzie na jaw oczywisty fakt, że Grecy są BANKRUTAMI. To, czy bardziej sprawiedliwe jest odpuszczenie im długów i pozwolenie na zachowanie całości majątku, czy też zabranie im wszelkiego majątku państwowego, choćby łodzi podwodnych kupionych na kredyt, a także państwowych nieruchomości, jest kwestią, moralności. Na pewno najgorszym wariantem byłoby zamknięcie granic i zniewolenie Greków przez ich własny (lub cudzy) rząd w celu wyciskania z nich podatków przez kolejne pokolenia na spłatę długów zaciągniętych przez ojców. Choć z drugiej strony Pismo wspomina coś o siedmiu pokoleniach...Re: To Niemcy powinny wyjść z euro, a nie Grecja
Artukuł jest bardzo przekonujący, a wnioski z niego płynące bardzo smutne, bo nie ma co się łudzić, że znajdzie się kilku odważnych rządzących, którzy zgodzą się i przekonają swoje narody do zorganizowanej dekompozycji Strefy EURO. Pozostaje zatem tylko czekać na EUROArmagedon i zastanawiać się jak prywatnie skutecznie zabezpieczyć się przed skutkami. Prawda jest też taka, że Strefa EURO jest wystarczająco bogata, aby poradzić sobie z własnymi problemami. Niestety jest problem z alokacją kapitału. Systemy podatkowe są dziś tak skonstruowane, że bogaci bogacą się kosztem swoich Państw, nie płacac podatków i to w majestacie prawa. Gdyby prawo dbało o dobro wspólne, a nie tylko o grupy interesów, wówczas nie doszłoby do takich problemów budżetowych - długów publicznych. Wrogiem Państw są takie "raje" jak Luxemburg, Lichtenstein, Cypr, Szwajcaria oraz kilka coraz modniejszych ostatnio obszarów spoza Europy (Hongkong, Singapur itp.). Pamiętajmy, że Polskę osłabiła szlachta i przywileje. Mechanizm ten działa w każdym Państwie i tylko od jego rządzących zależy czy mają wystarczającą mądrość i wyobraźnię, aby przynajmniej umieć zbilansować korzyści i straty z prowadzonej polityki. Brakuje mądrych, odważnych mężów stanu ....Re: To Niemcy powinny wyjść z euro, a nie Grecja
Osobiście ciekawy wywiad, jednakze pomysl by to niemcy wyszly z strefy euro z powodu wewnetrznej nierownowagi handlowej w strefie euro, jest paradoksalnie bardzo ryzykowny. Chocby z dwoch powodow. 1. Takie roziwazanie postawilo pod znakiem zapytania caly projekt uni walutowej i europejskiej oraz wyrazilo by brak zaufania innych panstw czlonkowskich strefy euro oraz mialo by wplyw na wzrsot awersji do ryzyka na rynku europejskim akcji i obligacji co oznacza wzrsot kosztow i odplyw kapitalów do USD i Azji. 2 Takie wyjscie mialo by odwrotne skutki niz mysli Pan Kawalec, gdyz diametralnie Niemcy by tracily konkurencyjnoasc na rynku, a wyrazenie braku zaufania poprzez wyjscie z strefy euro oznaczalo by ogranicznie w duzym stopniu eksportu do panstw europejskich, niemieckie produkty, uslugi za drogie. Dlatego jak by to byl dobry pomysl by Niemcy wystapilu z strefy euro to sadze juz dawno by to zrobily. To co mnie nie pokojji w tym artyulkle to przeslanie ze jedynym lekarstwem na pobudzenie gospodarki jest posiadanie wlasnej waluty i jej dewaluacja. To ma zastosowania u bankrutow gdy panstwo jest zadluzone wiecje niez to 80%-100% debt to GDP i w sumie niema praktycznie funkcjonujacej gospodarki. W hiszpanii wloszech irlandii itp krajach tak niejest moze w grecji tylko. Dewaluacja ma wiele zalet jednakze tez ma pewnne i to mocne gospodarcze konsekwencje. Jako Polska powinnismy to wiedziec. Sama dewaluacja bez wlsciewgo podejscia do zarzadzania gospodarka i realziowania wlasciwej polityki ekonomicznej nic nie porawi jedynie bedzie w czasie rozciagac poprawe gospodarki. Problem w Krajach europejskich tych peryferyjnych jest to ze panstwo bierzez na swoje barki rozdety dlug prywatny w tym niestety bankowy. Artykul pokazuje to chocby na przykladzie Hiszpanii gdzie panstwo spelnia wszystkie wymogi z Masstricht oraz zarzadzane jest konserwatywnie a przedsiebiorcy i konsumeci zadluzaja sie ponad miare i doprawadzaja kraj do upadku gdzy oczekuja bailout od panstwa i Hiszpania to robi. Gdzie w zdrowo myslacej sytuacji ekonomicznej, lub biznesie te firmy powinny zbankrutowac a panstwo powinno tak przeznaczyc nowe srodki by odbudowywac gospodarke i przedsiebiorczosc a nie wspierac dluznikow. Wiec Najpier by sytuacja sie poprawial ktos musi zbankrutowac i chybe lepiej by to bylo bankructwo z planem restrukturyzacji galezi gospodarki niz bankructwo kraju.Re: To Niemcy powinny wyjść z euro, a nie Grecja
Artykul niby sensowny ale tylko z pozoru. Po pierwsze gwaltowne zalanie walut poludnia lub aprecjacja walut polnocy unii udezy w kraje polnocy i je wpedzi w recesje a to nie przynienie ulgi krajom poludnia. Trudno uwierzyc by dewalyacja hiszpaniii wloch nie odbija sie na francji a za i na niemcy. Poza tym kraje poludnia maja dlugi w euro jesli mialyby nowe waluty ich dkugi by wzrosly a ich exporty nie zrownowarza tego. Bo jak ma sie grecjie 10% do pkb exportu wobec 160% dlugu? Jesli to kraje polnocy wyszly by z euro to poniosly by straty na papierach nominowanych w euro krajow poludnia co moglo by ich panike bankowa wywolac. Problem krajow poludnia to niekwestia braku konkurencyjnosci ale zbyt wolno wdrazanych ciec i w nie wystrarczajacej ich skali. Kiedy ich budzety beda zrownowarzone nastapi odbicie kiedy nie bedzie juz prasji ciec.Re: To Niemcy powinny wyjść z euro, a nie Grecja
Artykuł niby sensowny ale niestety tylko z pozoru. Po pierwsze Niemcy są bodaj najbardziej na świecie uzależnionym od exportu krajem świata. Gwałtowny wzrost kursu nowe marki niemieckiej oznaczał by odpowiadający spadek konkurencyjności tej gospodarki a export to 40% pkb Niemiec. Po drugie wzrost kursu marki wobec kursu euro oznaczałby straty niemieckie na inwestycjach w papiery nominowane z euro a szczególnie na pozycjach krajów południa a to mogla by przynieść załamanie niemieckiego sektora bankowego. Oczywiste jest dla konsumenta niemieckiego który posiada oszczędności wymiana ich na marke bylaby kozystna ale pozostawienie długów w euro również, cała taka sytuacja i sprzecznosci interesów sala w sobie musiała by przynieść wielki chaos. Kraj ten musiałby zapłacić pośrednio za dewaluacje walut krajów południa. Niemcy sa jednakże również największym europejskim importerem wiec załamanie ich gospodarki miało by fatalne konsekwencje dla całej europy. Jednym słowem trudno uwierzyć by głęboki kryzys w (największej gospodarce europy) Niemczech postawi na nogi Grecje czy Hiszpanie. To nonsens. Problemów państw południa nie da sie szybko rozwiazac bowiem ktorys zadłuzenia to problem narastajacy przez lata. Poza tym politycy ale i ekonomiści zdaje sie wieżyc ze rozciagnienie i wydłuzenie w czasie programow sanacji wydatkow jest lepsze dla gospodarki od działań gwałtownych na ktore i tak nie ma woli i sil politycznych w tych krajach. Jednak wydłużanie perspektywy ciec samo w sobie czyni inwestowane w tych krajach bardziej ryzykownym co rozciaga i wydluza okres trwania recesji do czasu uzyskania równowagi budżetowej. To tak jakby Polska po 89r decydowała sie zbijać hiperinflacje przez 5 lat a nie w pierwszym roku reform. Oczywiste jest ze szok dla gospodarki w pierwszym roku jest większy przy programie gwałtownym ale z perspektywy całego okresu gospodarka traci o wiele mniej i szybciej wraca do rozwoju. Dodatkowy problem krajów południa wynika z ich deficytów handlowych , te bowiem z racji przewagi importu nad exportem zapewniają budżetom dodatkowe dochody ktore sa obecnie tracone wobec większego równoważenia wymiany handlowej. Msci sie wiec sytuacja w ktorej kraje te mialy wysokie deficyty budżetowe pomimo wysokich deficytów handlowych. Równoważenie budżetów wobec poprawy bilansu handlowego jest dodatkowo utrudnione nie zależnie od samej recesji w tych krajach.