Japonia, Chiny i inne kraje dalekowschodnie wykorzystują księgowość i sprawozdawczość wielowymiarowo. Służą one nie tylko rejestracji rzeczywistych zdarzeń gospodarczych, ale również raportowaniu ukrytej rzeczywistości, której skala jest nieznana. Wynika to z zakorzenionych przyzwyczajeń, a także chęci elastycznego reagowania na burzliwie wzrastający popyt.
Wschód oczami Wschodu (8)

Środek ciężkości światowej gospodarki nieubłaganie przesuwa się na Wschód. Jak to się dzieje, że gospodarki USA i Unii Europejskiej drepczą od kilku lat w miejscu nie mogąc poradzić sobie z rozlicznymi i daleko idącymi skutkami kryzysu po upadku banku Lehman Brothers, a Daleki Wschód rozwija się w najlepsze?

Po przejęciu sterów władzy w Chinach przez Denga zmiany objęły cały kraj. Najszybciej reformowała się prowincja Guangdong pocięta dopływami oraz kanałami delty rzeki Perłowej. Prowincja ta od dwu tysiącleci jest ważnym regionem kupieckim. Nie bez znaczenia było dalekie położenie od Pekinu, pozwalające w razie niepowodzenia opanować negatywne skutki wprowadzania socjalistycznego-kapitalizmu. Prowincja Guangdong otrzymała przywileje, z których najważniejszymi były swoboda w zarządzaniu lokalną gospodarką, nieobowiązywanie centralnych planów i pełne wykorzystywanie dla własnych potrzeb zarobionych dewiz.

W 1978 roku Deng utworzył tam trzy wydzielone strefy: Zhuhai, Shantou i Shenzhen (czwarta powstała w Xiamen w prowincji Fujan), które w dwa lata później uzyskały status SEZ – specjalnych stref ekonomicznych. Shenzen był wtedy wioską rybacką, zamieszkałą przez około 300 tysięcy mieszkańców. Po trzydziestu trzech latach jest trzecim co do wielkości przeładunków portem na świecie i miejscem drugiej w Chinach giełdy papierów wartościowych.

Miasta rozwijają się tam tak szybko, iż pomagający zazwyczaj odnaleźć adres GPS traci aktualność w dniu ukazania się na rynku. Do 2016 roku, ta najbardziej dynamicznie rozwijająca się (generuje 11,8 proc. PKB Chin) lokalna gospodarka, połączy dziesięć miast nad rzeką Perłową w liczącą 44 mln mieszkańców metropolię. Megalopolis Shenzhen, tak jak cała prowincja żyje „shenzhen’skim tempem”, czyli 24 godziny na dobę. Nie należy zapominać o pobliskim Hong Kongu. Przejście graniczne Lu Wu dziennie przekracza okolo 300 tysięcy pojazdów przywożących z pobliskiego Hong Kongu milionową armię ludzi szukających rozrywki i ich portfele.

Shenzhen jest też celem inwazji nieudokumentowanych migrantów, których mieszka tam już około 22 mln. Dzień w dzień wypracowują oni ogromne nieudokumentowane bogactwo, którego wartość trudno szacować. Trudne do wyceny są też dochody pracujących na czarno migrantów. Wielkość ich dochodów można oszacować jedynie na podstawie sumarycznej wartości przelewów pocztowych dla rodzin pozostających wewnątrz kontynentalnych Chin. W 2007 roku chińska poczta podała, że wartość przelewów do rodzin szacowana jest na 41 mld USD.

W delcie rzeki Perłowej znajdują się dziesiątki tysięcy fabryk zatrudniających dziesiątki milionów robotników, wytwarzających poszczególne elementy bardzo rozkooperowanej produkcji, co umożliwia wąską specjalizację i zdobycie ogromnej przewagi konkurencyjnej w produkcji komponentu lub gotowego wyrobu określonego łańcucha dostaw. Część fabryk to „pokazowe” zakłady, produkujące i zatrudniające zgodnie z chińskim prawem pracy oraz standardami odbiorcy. Powstałe w 1995 roku prawo pracy pozwala na 44 godzinny tydzień pracy i 36-godzinny miesięczny limit nadgodzin.

W praktyce to fikcja. Gdyby wszystkie fabryki przestrzegały obowiązujące normy, produkcja stałaby się nieopłacalna, a producenci nie utrzymaliby się na rynku. Wiedzą o tym producenci i migranci. Faktyczny czas pracy wynosi 12 lub 13 godzin na dobę. Aby to ukryć powszechnie prowadzone są podwójne i potrójne systemy sprawozdań, księgowości, a także karty czasu pracy. Do tego dostosowywane są  dokumenty wypłat, aby były zgodne z oficjalnymi standardami i pozwalały pozytywnie zakończyć każdą kontrolę odbiorcy.

Dla wielu przedsiębiorców prowadzenie równolegle dwóch lub trzech zestawów zapisu zdarzeń gospodarczych w poszczególnych fabrykach i ich konsolidacja na szczeblu firmy jest zbyt kłopotliwe. Organizują oni zakłady wytwórcze, w których zatrudniają pracowników chcących pracować po kilkanaście godzin na dobę bez ubezpieczenia i umów o pracę. Ponieważ taka działalność gospodarcza nie jest nigdzie zarejestrowana nie tylko prawo pracy i standardy odbiorcy, ale również podatki nie obowiązują. O takich fabrykach mówi się „cienie” lub „czarne”. Zachodni producenci, w celu zmniejszenia kosztów własnych i w pogoni za zyskiem, zlecają produkcje chińskim przedsiębiorstwom, a te z tych samych powodów przenoszą produkcję do swoich fabryk działających w szarej strefie, których nie kontrolują audytorzy zamawiającego, bo nic o nich nie wiedzą.

Dochody pracowników też są zróżnicowane. Pracownicy „czarnych” zakładów wytwórczych otrzymują wypłatę codziennie – około 300 dolarów miesięcznie pracując po siedem dni w tygodniu. Pracownicy fabryki „pokazowej” zarabiają mniej. Opłacani są raz w miesiącu i otrzymują za ten czas pracy około 200 dolarów. Dlatego robotnicy „modelowych” zakładów często odchodzą z pracy w poszukiwaniu lepszych zarobków. Rotacja pracowników sięga 20 proc. miesięcznie.

Duża rotacja pracowników jest kosztowna dla właścicieli przedsiębiorstw, dlatego wielu z nich, pod wpływem amerykańskich i europejskich zamawiających, myśli o zautomatyzowaniu produkcji i o nowoczesnych metodach zarządzania kapitałem ludzkim. Nie jest to takie proste, ponieważ problem tkwi w tradycyjnych wzorcach zachowań Chińczyków pragnących jak najwięcej pracować i zarabiać dla dobra swojej rodziny. Długa i ciężka praca na rzecz rodziny oraz gromadzenie oszczędności to jeden z największych chińskich zasobów. Na pytanie, co jest powodem dążenia do codziennej kilkunastogodzinnej pracy, chińscy migranci – podobnie jak japońscy i koreańscy przed pięćdziesięciu laty – niezmienne odpowiadają „nie przyjechałem tu na wakacje”.

Wie o tym cały gospodarczo rozwinięty świat i dlatego nie przenosi fabryk do Afryki czy Malezji, gdzie robotnicy są może i tańsi, ale leniwi. Li Miang, właściciel przedsiębiorstwa produkującego na zlecenie jednego z czołowych japońskich wytwórców z branży motoryzacyjnej, kieruje w Guangdong siedmioma fabrykami, z których cztery to „czarne”. Zgodnie z szacunkami właściciela roczny obrót sięga 780 mln USD. Li Miang podzleca „czarnym” zakładom ponad 60 proc. zamówień i twierdzi, że dzięki stabilnej załodze i dodatkowym godzinom pracy, braku księgowości oraz wewnętrznych i zewnętrznych kontroli są one o ponad 30 proc. wydajniejsze.

Istnienie obok siebie „oficjalnych” i „czarnych” fabryk to główny powód trudności w gromadzeniu danych dotyczących godzin pracy, wydajności i wielkości produkcji w ujęciu wartościowym i ilościowym, nie tylko na poziomie przedsiębiorstwa, ale także państwa. Innowacyjność chińskich przedsiębiorców w przygotowywaniu co najmniej dwóch zestawów danych, ukrywaniu nie tylko pracowników, ale całych zakładów przemysłowych i zniekształcaniu w ten sposób sprawozdań finansowych, okazuje się jednym z elementów ich konkurencyjnej przewagi. Agregacja danych gospodarczych dla celów statystycznych jest nierzeczywista.

Przyczyna takiego stanu rzeczy – poza uwarunkowaniami kulturowymi – tkwi również w braku wyszkolonych kontrolerów i audytorów. Są to na ogół osoby po studiach lingwistycznych, potrafiące napisać raport w języku angielskim, ale bez znajomości finansów, procesów produkcyjnych i jakościowych, norm bezpieczeństwa pracy itd.

Obliczane na bazie tak sfabrykowanych danych, wskaźniki tempa wzrostu gospodarczego, poziomu popytu wewnętrznego, poziomu inflacji są w tej sytuacji niewiarygodne.

Pracowałem w krajach Dalekiego Wschodu przez wiele lat i z autopsji mogę powiedzieć, że nie da się budować nawet bardzo ogólnej znajomości Chin na postawie samych tylko danych statystycznych, bez głębokich badań lub doświadczeń empirycznych. Dotyczy to zresztą nie tylko Chin, ale i pozostałych gospodarek Dalekiego Wschodu. Zbudowały one lub budują gospodarki rynkowe, ale nie są to rynki cechujące się kapitalistycznymi stosunkami produkcji, takimi jak na przykład w USA.

We wschodnich społeczeństwach nigdy nie występował i nie występuje kapitalizm jaki znamy, stąd trudność wyjaśnienia tamtejszych sukcesów gospodarczych przy pomocy narzędzi tradycyjnej ekonomii. Japonia, Tajwan, Korea Południowa, a teraz Chiny stosowały i stosują powszechnie znane instrumenty ekonomiczne, takie jak ulgi podatkowe, preferencyjne kredyty, ubezpieczenia państwowe. Głównym jednak czynnikiem rozwoju była łatwość osiągania przez narody kultury ryżowej synergii wielopłaszczyznowych harmonijnych działań społecznych, a wśród nich pobudzenie woli narodu do eksportu. To podstawowy motor działania.

Konsekwencją było powstanie w latach pięćdziesiątych w Japonii, Tajwanie, a następnie w Korei Południowej pracowniczych organizacji, których działania skierowane były na rzecz wzrostu eksportu i jego promocji, podnoszenia produktywności oraz jakości wyrobów i obniżania kosztów stałych. Zaowocowało to powstaniem niespotykanych w innych obszarach kulturowych partnerskich stosunków pracy między pracodawcami a pracobiorcami. Ta wielofunkcyjna działalność jest cechą trudną do zrozumienia i zaakceptowania przez Europejczyków, którzy raczej skłaniają się ku efektywności i ścisłej specjalizacji.

Mój wiedeński kolega, orientalista, nazywa dalekowschodnie podejście do pracy i produkcji „tańcem szerszeni”. Dla Europejczyka przypomina ono bowiem zamęt i nieskoordynowany ciąg tych samych powtarzających się na wielu płaszczyznach organizacji, bezsensownych, bo nieskoordynowanych działań. W ich wyniku, bez zrozumiałych powodów, otrzymujemy najwyższej jakości produkt – złoty szerszeni miód. Do tego dochodzi diametralnie inne pojmowanie funkcji czasu; polichroniczne dla społeczeństw cywilizacji ryżowych i monochroniczne, będące cechą cywilizacji europejskiej.

Trudne będzie zatem przekonać Chińczyków – dotyczy to w takim samym stopniu Japonii, Tajwanu i Korei – do „korzyści wynikających z rzetelnej statystyki”. Zwłaszcza w kontekście powszechnego łamania zasad i norm informacyjnych w UE przez takie kraje jak Grecja, Portugalia, czy Hiszpania. Unia zainicjowała trójstronne (UE, USA, Chiny) rozmowy na temat norm statystycznych. Będą one długie i raczej bez efektów. Stanie się dokładnie tak jak z rozmowami dotyczącymi zniesienia prawnych i zwyczajowych przeszkód utrudniających dostęp dla towarów europejskich do chińskich konsumentów. Toczą się one bez postępu już od dziesięciu lat. Kiedy ChRL, po wieloletnich staraniach, została w 2001 r. członkiem Światowej Organizacji Handlu (WTO), Pekin obiecał zniesienie barier protekcjonistycznych. Po dziesięciu latach Chiny są nadal członkiem WTO, ale wspomniane przeszkody nadal istnieją.

Sytuacja jest więc wzięta żywcem z lat osiemdziesiątych z rozmów z Japonią (a następnie z Koreą Południową) o otwarciu tamtejszych rynków wewnętrznych dla towarów z USA i Europy. Bank Światowy i MFW do dziś nie znajdują skutecznej formuły nacisku, bo ChRL nie jest od tych instytucji uzależniona, a G20 po powstaniu G2 są po prostu ignorowane.

Lekcję tą Europejczycy przerabiali już dwukrotnie, ale wydaje się bez wyciągnięcia wniosków. Stare chińskie i japońskie przysłowie mówi „Żaba w studni nic nie wie o bezmiarze oceanu”.

Andrzej J. Sajkiewicz jest jednym z najwybitniejszych polskich znawców języków, kultury oraz gospodarek krajów dalekowschodnich. Andrzej Sajkiewicz przez wiele lat mieszkał w Japonii i w Chinach, piastując wysokie funkcje w ponadnarodowych japońskich korporacjach gospodarczych.

Kolejne odcinki cyklu Wschód oczami Wschodu, w każdy wtorek i piątek