W chińskiej prasie ekonomicznej pojawiło się ostatnio sporo publikacji i wypowiedzi na temat ewentualnego uelastycznienia kursu tutejszej waluty. To może – ale nie musi - być zapowiedzią zmian w stronę bardziej liberalnej polityki walutowej. Być może chodzi tylko o dobre tło dla rozmów przyszłego przywódcy Chin, Xi Jinpinga, w USA.

Trwa ważna dla Pekinu i Waszyngtonu wizyta chińskiego wiceprezydenta Xi Jinpinga w USA. To prawdopodobnie on, będzie wkrótce w Chinach człowiekiem numer 1 i obejmie stanowisko przewodniczącego ChRL, czyli głowy państwa. Spekulacje na temat kursu juana, o którego zaniżanie Amerykanie od lat oskarżają Chiny, może być próbą stworzenia lepszej atmosfery dla tej wizyty, podczas której temat ten na pewno nie raz będzie poruszany. Zwłaszcza podczas spotkań z amerykańskimi biznesmenami.

Gdy mowa jest o juanie (RNB – ren min bi, czyli waluta ludowa ), kojarzy się on często właśnie z amerykańsko – chińskim sporem o jego wartość. Choć wiele razy ogłaszano rozpoczęcie wojny na tym tle między oboma państwami, to do żadnej tak naprawdę nie doszło. Amerykańskie apele do chińskich władz w sprawie osłabiania juana względem dolara i innych światowych walut, mają już charakter rytualny, podobnie jak chińskie zapewnienia, że kurs jest jak najbardziej „sprawiedliwy” i odzwierciedla faktyczną wartość juana.

Można odnieść wrażenie, że sami Amerykanie pogodzili się z tym, iż więcej nie wskórają, choć amerykański świat biznesu ma pretensje do prezydenta Baracka Obamy, że nie jest on wystarczająco stanowczy w tej sprawie. Jednak faktem jest, iż na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, wraz ze wzrostem gospodarki Chin, juan względem dolara stale się umacniał – w sposób, rzecz jasna, kontrolowany. Mimo to, nadal zarzut podstawowy brzmi, iż chiński bank centralny steruje – czytaj manipuluje kursem juana, który nie jest oparty na normalnych reakcjach rynkowych.

Częściowo to prawda, co widać choćby w tak banalnej sytuacji, jak wymiana w Chinach waluty przez obcokrajowców. Nie ma tu sieci kantorów, a w nielicznych istniejących transakcja obciążona jest bardzo wysoką opłatą, nie mówiąc o sporej różnicy między kursem kupna a sprzedaży waluty. Taka operacja zupełnie się nie kalkuluje. Oficjalnie, wymiany można dokonać w którymś z tutejszych banków po kursie państwowym. Towarzyszy temu jednak biurokratyczna mitręga. Trzeba okazać paszport, który jest kserowany, wypełnić stosowne, szczegółowe formularze, i to bez względu na to czy wymieniamy 10 czy 1000 euro. Same formalności czasem zajmują dobrą godzinę. Dłużej, gdy na euro czy dolary chcemy wymienić posiadane juany.

Ten prosty przykład pokazuje, jak ściśle reglamentowany i kontrolowany jest obrót walutą w Państwie Środka. Ponieważ, chiński juan jest niewymienialny, to mówienie o jego prawdziwej wartości, wg czysto rynkowych kryteriów jest trudne, gdyż nie uczestniczy on w grze rynkowej.

Nasuwa się jednak pytanie czy „uwolnienie” juana spowodowałoby wzrost jego wartości, czy spadek? Zachód sądzi, że zdecydowany wzrost, czego chińskie władze się obawiają się, gdyż to oznacza automatycznie spadek opłacalności chińskiego eksportu. Paradoks polega na tym, że choć chińska gospodarka pod względem wielkości jest druga na świecie, to jej waluta nie ma dużego znaczenia w międzynarodowej wymianie. Ostatnie prognozy mówią jednak, że to szybko się zmieni.

Według szacunków od 10 do nawet 15 proc. światowych rezerw walutowych może w najbliższych 10 latach być denominowanych w chińskiej walucie, przy stałym spadaniu udziału dolara w tychże rezerwach. Pekin wyraźnie też kusi wizja awansu chińskiego juana i odgrywania przez niego w wymianie międzynarodowej większej aniżeli dotąd roli. Jednak musiałby on odejść stopniowo od dotychczasowej polityki walutowej. W Chinach udawało się jak dotąd godzić, dość szczęśliwie, to co ekonomistom wielu nurtów wydawało się godzeniem ognia z wodą, czyli utrzymywanie monopolu władzy partii komunistycznej, przy jednoczesnym wprowadzaniu wolnorynkowych, choć nie do końca, zmian gospodarczych. Czemu nie miałoby się udać także z juanem?

Systematycznie,  mimo kontrolowania kursu przez tutejszy bank centralny, wzrasta wartość transakcji rozlicznych w tej walucie. Pierwszą przeprowadzono już w 2009 roku. Na razie koncentrują się one głównie na rynku azjatyckim, ale prowadzone są także w Europie, w tym i w Polsce. Chiński bank HSBC, który specjalizuje się w tego typu operacjach przewiduje, że już w bieżącym roku blisko połowa handlu Chiny – Azja będzie odbywała się w juanach. Jednak pozostałe chińskie banki nie są do tego jeszcze w pełni przygotowane, zarówno pod względem prawnym (brak stosownych zezwoleń i uregulowań ) jak i infrastrukturalnym (zbyt mało oddziałów w innych państwach, brak przeszkolonych kadr, itp.).

Także wiele tutejszych przedsiębiorstw nie ma licencji na prowadzenie handlu zagranicznego w juanach. Chińskie władze, choć ostatnio deklarują wolę liberalizacji w tej dziedzinie, mają świadomość ryzyka związanego z poluzowaniem i częściową utratą kontroli nad kursem swojej waluty. Wiadomo bowiem, że – co wytykają Chinom Amerykanie – zaniżony kurs juana (choć nie tylko to) – czyni chiński eksport tanim i konkurencyjnym, jego rola w rozwoju gospodarczym kraju wciąż jest ogromna. Nie wydaje się aby tak mocno popierana ostatnio konsumpcja wewnętrzna mogła go prędko zastąpić, gdyż społeczeństwo chińskie jest jeszcze zbyt biedne. Około 50 proc. tego co Chińczycy zarabiają oszczędzają na tzw. „czarną godzinę”.

Chiny na urynkowienie waluty zdecydują się zapewne dopiero wtedy, kiedy ich gospodarka nie będzie musiała w tak dużym stopniu polegać na eksporcie. Tak radzą im nawet światowe autorytety ekonomiczne z noblistą Robertem Mundellem na czele. Pytanie kiedy to nastąpi, pozostaje jednak otwarte.

Pamiętać też trzeba, że Chiny w ostatnim czasie już nie tylko eksportują gotowe towary i surowce, ale coraz więcej inwestują za granicą, a chciałyby jeszcze więcej, o czym tutejsi politycy przypominają goszczącym w Pekinie przywódcom przy każdej nadarzającej się okazji (przykładem niedawne wizyty w Chinach kanclerz Niemiec Angeli Merkel, czy premiera Kanady Stephena Harpera). Za chińskimi firmami stoi murem państwowy kapitał, dlatego ich ekspansja jest w Europie czy w Stanach Zjednoczonych hamowana – kłóci się z zasadami uczciwej konkurencji.

Europa jednak zaczęła „mięknąć”, ponieważ zależy jej coraz bardziej na chińskich pieniądzach, które zasilić mają Europejski Mechanizm Stabilizacyjny i pomóc zadłużonej strefie euro. Wszystko to razem może sprawić, że transakcje w juanach będą się z każdym rokiem upowszechniać i stawać coraz atrakcyjniejsze dla zagranicznych partnerów Chin, pod warunkiem, że i tutaj nie zawita kryzys. Słabną bowiem ostatnie prognozy dotyczące wzrostu chińskiej gospodarki. MFW przewiduje w ostatnim raporcie, że PKB Chin wyniesie w 2012 roku 8,25 proc. Jest to prognoza niższa o 0,8 proc. aniżeli publikowana we wrześniu zeszłego roku.

Znów dał o sobie znać wzrost inflacji, który władzom przez ostatnich sześć miesięcy udawało się skutecznie powstrzymać, po skoku w pierwszym półroczu 2011 r. Wskaźnik cen konsumpcyjnych ( CPI ) w zeszłym miesiącu podskoczył do 4,5 proc., choć może to być wynikiem zwiększenia popytu związanego z chińskim nowym rokiem. Tutejsi ekonomiści ostrzegają, że w świetle europejskiego kryzysu zadłużenia, który osłabił popyt na chiński eksport, nawet 8 – proc. cel wzrostu PKB może być obecnie trudny do osiągnięcia. Wszystko to raczej oddala aniżeli przybliża możliwość dalszej aprecjacji juana.

Prof. Li Daokui z Uniwersytetu Qinghua, członek Komisji Polityki Pieniężnej Ludowego Banku Chin (banku centralnego) uważa, że kurs juana zbliżył się już do poziomu równowagi, o czym – co podkreśla – na świecie się raczej nie wspomina. Jego zdaniem świadczy o tym choćby regularne zmniejszanie się nadwyżki w chińskim handlu zagranicznym. Li Daokui twierdzi, że w tym roku nastąpi jej dalsze obniżenie do poziomu około 1 proc. PKB, co tylko dowodzi pozytywnych zmian kursu waluty Państwa Środka w równoważeniu chińskiego bilansu handlowego.

Gdyby pod względem wartości w relacji do dolara porównać juana z naszym złotym, to na koniec stycznia kurs wynosił 6.3085 RNB za 1 USD. Jeśli pomnożymy tę pierwszą wartość przez 50 gr., bo tyle w przeliczeniu na polską walutę wart jest teraz juan, to okaże się, że jego wartość liczona do dolara jest obecnie praktycznie taka sama, jak złotego, liczona do amerykańskiej waluty.

Skąd zatem amerykańskie pretensje do Chin i znaczenie jakie Stany Zjednoczone przywiązują do kursu juana? Głównie stąd, że to chińskie, a nie polskie towary, zalewają amerykański rynek pustosząc tamtejszy rynek pracy – jak dość jednostronnie postrzegają to Amerykanie, nie do końca przyznając, iż przyczyną jest również polityka monetarna prowadzona przez Fed, zwłaszcza po kryzysie w 2007 r. Sami Chińczycy wytykają to Stanom w obawie z kolei o swoje zgromadzone, ogromne rezerwy walutowe denominowane w dolarach, ale też po to, aby odeprzeć stałe zarzuty o manipulowanie kursem juana.

Ostatnie chińskie obietnice prowadzenia bardziej elastycznej aniżeli do tej pory polityki walutowej słychać jednak na tyle często, że należy je brać serio. Mogą one zapowiadać wejście Chin na drogę urynkowienia juana, aż do jego pełnej wymienialności, choć do tego celu jest jeszcze bardzo daleko.

Autor mieszka w Pekinie