Kapitalizm budowany dzięki znajomościom

28.06.2014
Kilka miesięcy temu „The Economist” opublikował Indeks Kapitalizmu Kolesiów i komentarz, w którym stwierdził, że apogeum kapitalizmu kolesiów (crony capitalism) świat – w tym Polska – ma już za sobą. Afera taśmowa jest zaprzeczeniem tej tezy.

CC BY by TaxCredits.net


Kilku poważnych biznesmenów pojawia się w ważnych rolach w dotychczasowych informacjach i nagraniach, w tym m.in. Zbigniew Jakubas, Jacek KrawiecJan Kulczyk. Każdy z tych przypadków inny, ale każdy może wskazywać na chęć korzystania z dobrych relacji albo biznesu z rządem (Jakubas, Kulczyk), albo rządu z biznesem (Krawiec).

Kulczyk ze swoimi „domniemaniami i subiektywnymi obawami” został odesłany przez Krzysztofa Kwiatkowskiego, prezesa NIK, do właściwych instytucji. Być może niedługo się dowiemy, na co liczył u prezesa NIK i czego nie otrzymał.

Żeby przejąć Ciech Kulczyk musiał ostatnio ogłosić wezwanie publiczne, a potem jeszcze podwyższyć cenę w wezwaniu. Niewątpliwie to jakościowo inna sytuacja niż przy prywatyzacji TP SA, banków, browarów czy Orlenu, gdzie największy polski oligarcha stworzył fortunę w ramach polskiej odmiany rosyjskiego kapitalizmu kolesiów. Nie oznacza to jednak, że jego spotkania nie polegały na załatwianiu interesów. W końcu z ówczesnym wiceministrem skarbu Pawłem Tamborskim, jak donosi „Gazeta Bankowa”, spotykał się nie tylko w sprawie konsumpcji ośmiorniczek, ale i Ciechu.

Jakubas również czerpał niemałe korzyści z interesów w sektorze publicznym. Kiedy przegrał przetarg na bicie groszówek, nic nie wskórał, mobilizując zaprzyjaźnioną gazetę i zarzucając brytyjskiej królowej dumpingowe ceny. Nerwowa reakcja była zrozumiała, z materiałów NBP wynika, że zarabiał dziesiątki milionów złotych na zawyżonych cenach we wcześniejszych kontraktach z bankiem centralnym. Teraz ma jeszcze większe kłopoty, bo wygląda na to, że jego firmy mogą być zamieszane w wyłudzanie VAT (co nie usprawiedliwia gangsterskiej odzywki ministra spraw wewnętrznych).

Czy to oznacza, że w Polsce nie ma, słabnie, a może skończył się kapitalizm kolesiów, zgodnie z tym, co pisze „The Economist”? Czy też może kwitnie na żyznej glebie państwowej aktywności w gospodarce?

Jaki rozmiar, tacy kolesie

Aby odpowiedzieć na pytanie, trzeba najpierw poznać definicję kapitalizmu kolesiów. Dla prof. Witolda Kwaśnickiego, który napisał ciekawy esej o 100 latach budowania kreatywnego kapitalizmu, „jest to system gospodarczy, w którym dominują silne relacje, najczęściej związane z relacjami personalnymi, między sferą biznesu i polityki. W systemie takim niby dominuje rynek i mechanizmy rynkowe, ale sukces firmy nie zależy w istotnym stopniu od poziomu zaspokojenia potrzeb konsumenta, ale od protekcji, którą otrzymuje od rządu poprzez odpowiednie regulacje prawne, ulgi podatkowe, dotacje rządowe itp.”. Są też inne definicje akcentujące np. korupcję lub klientelizm, ale powyższa i podobne („gospodarka, w której sukces w biznesie zależy od ścisłych związków biznesmenów i urzędników rządowych”) dominują.

Arsenał środków tworzących fundamenty kapitalizmu kolesiów jest znacznie szerszy niż ulgi i dotacje. To licencje, wykupy ratunkowe, bariery wejścia dla konkurencji, polityczne nominacje w zarządach, zamówienia publiczne, dofinansowania, miękkie kredytowanie, wyjątki w regulacjach, łapówki, informacje (inside trading).

Zanim omówię niektóre, warto zacytować Randalla Holcombe’a, profesora na Uniwersytecie Stanowym Florydy, który w obszernym eseju na temat kapitalizmu kumoterskiego (tłumacz używa takiego określenia) pisze: „Zwolennicy argumentu, że większe zaangażowanie rządu w gospodarkę i dokładniejszy nadzór pomogą opanować kapitalizm kumoterski, nie rozumieją jego prawdziwej przyczyny. Kapitalizm kumoterski jest powodowany przez zaangażowanie rządu w gospodarkę, a większe zaangażowanie rządu tylko pogarsza sytuację”.

Kapitalizm kolesiów faworyzuje duże firmy. Zaburzając konkurencję, zazwyczaj premiuje dużych graczy już istniejących na rynku. Blokuje wejście i utrudnia rozwój start-upom, firmom małym i średniakom. Dużym firmom łatwiej niż małym spełnić wymagania licencyjne, wykorzystać luki w prawie podatkowym czy nająć ekspertów od prawa administracyjnego – zwraca uwagę Jim de Mint, prezes Heritage Foundation, były amerykański senator. Dlatego kapitalizm kolesiów częściej dotyczy wielkich koncernów niż firm małych i średnich. Jaki rozmiar firmy, tacy kolesie.

Koncesje, zezwolenia, działalność regulowana

Gdyby ktoś chciał szybko sprawdzić w sieci, czy działalności, których rozpoczęcie rozważa, są koncesjonowane, licencjonowane, regulowane lub wymagają zezwoleń, to nie dałby rady. Poszukiwania prowadzą bowiem do wniosku, że jest ich tak dużo, że zebranie w jednym miejscu aktualnych informacji staje się zbyt pracochłonne.

Szybko to można się dowiedzieć, że trzy lata temu było siedem koncesjonowanych, 21 regulowanych (co oznacza specyficzne i rozbudowane przepisy) i 31 wymagających zezwoleń rodzajów działalności, ale czy lista jest aktualna i kompletna – nie mamy pojęcia. Pewne jest tylko to, że sytuacja wygląda znacznie gorzej niż 25 lat temu, kiedy powstawała ustawa Mieczysława Wilczka. Czytaj >>> Gospodarkę można uwolnić jedną ustawą, ale nie na długo. Każdy z tych przepisów oznacza premię dla kolesiów już działających na rynku, podobnie jak przepisy dziesiątków zawodowych korporacji ograniczających dostęp do profesji, z którymi od kilku lat niemrawo próbuje poradzić sobie rząd.

Redystrybucja, czyli fundament kolesiostwa

Fundamentami, na których można budować kapitalizm kolesiów, są rozmiary państwa i jego zaangażowania w gospodarkę. Jeśli mierzyć skalą redystrybucji, a ściślej wydatkami sektora publicznego (41,9 proc. PKB w 2013 roku), jest on w Polsce większy niż w większości krajów wschodniej i środkowej Europy (republiki bałtyckie, Słowacja, Bułgaria, Rumunia), większy niż w Szwajcarii, a także w pozaeuropejskich krajach należących do OECD (USA, Kanada, Japonia, Turcja, Meksyk czy Korea Południowa) i nienależących do OECD, jak Brazylia, Rosja czy Chile (pouczający wykres dla 2011 roku na str. 77 książki OECD „Government at a glance 2013”). Krótko mówiąc, bierzemy z unijnej Europy to, co najgorsze.

Sama skala obecności państwa jednak nie decyduje o rozmiarach kapitalizmu kolesiów, ważna jest struktura obecności państwa w gospodarce. Randall Holcombe podkreśla za Jamesem Buchananem znaczenie konstytucji fiskalnej, czyli zasad definiujących procedury i reguły, które ograniczają zdolność rządu do określania opodatkowania oraz wydatków rządowych.

W krajach skandynawskich „wydatki rządowe stanowią dużą część produktu krajowego brutto w porównaniu z wieloma krajami afrykańskimi i latynoamerykańskimi, gdzie wydatki rządowe stanowią mniejszą część PKB, ale jest więcej przejawów kumoterstwa. W porównaniu do wielu państw afrykańskich i latynoamerykańskich kraje skandynawskie mają stosunkowo sztywne konstytucje fiskalne, które ograniczają swobodę decyzji rządzących. Co więcej, władze regulacyjne państwa są bardziej ograniczone i podlegają rządom prawa w odróżnieniu od znacznej swobody decyzji istniejącej w aparacie regulacyjnym innych państw”.

Pomoc niezupełnie dla każdego

Gdzie może się pojawić kapitalizm kolesiów? Oczywiście przy pomocy publicznej.

Ostatni raport o pomocy publicznej za 2012 r. (powinno już być sprawozdanie za 2013 r., ale nie ma) podaje, że pomoc publiczna wyniosła 20,4 mld zł, nieco mniej niż w latach 2011 i 2010, ale o 40 proc. więcej niż 2008 r. W tym pomoc horyzontalna wyniosła prawie 5,8 mld zł, sektorowa (górnictwo, energetyka, transport) ponad 5 mld zł, a regionalna 8,4 mld zł (głównie dotacje do inwestycji). Jeśli wczytać się w sprawozdanie, można dowiedzieć się, że były to głównie dotacje i ulgi, a ponadto pożyczki preferencyjne (miękkie), do których zaliczono 400 mln zł dla LOT. Beneficjentów było 68 tys. (!),a pomoc rozdawało ponad 700 (!) instytucji.

W dużych firmach ulokowano połowę pomocy, w średnich 20 proc. (jeśli uwzględnić pomoc de minimis, odsetek pomocy dla dużych firm maleje do nieco ponad 40 proc.). Można się też doczytać, że w sektorze prywatnym ulokowano prawie cztery piąte pomocy, ale jak się wydaje, nie uwzględnia to ponad 3 mld zł pomocy dla transportu, czyli głównie firm państwowych – PKP i LOT. Te cztery piąte pomocy dla sektora prywatnego wygląda też dość dziwnie, jeśli wziąć pod uwagę, że wśród największych beneficjentów dominują firmy kontrolowane przez państwo lub samorządy. Jeśli nawet małe i prywatne zyskały, to grosze.

Każdy program pomocowy, a jest ich ponad sto (!),ma oczywiście swoje podstawy, regulacje i reguły, ale to nie oznacza, że nie umożliwia uprawiania kapitalizmu kolesiów. Im więcej uznaniowości w programie, tym większa szansa, że konkurencja zostanie zaburzona. UOKiK nie podaje niestety klasyfikacji dzielącej pomoc na automatyczną i uznaniową. Nawet pomoc udzielana automatycznie może jednak również być przejawem kapitalizmu kolesiów – zależy, jakie są wymagania, jak została zorganizowana i kogo dotyczy.

Pomoc zawsze jednak oznacza, że sukces danej firmy w części zależy od świata polityki i jego instytucji – ministerstw, samorządów, funduszy i agencji, które regulacje stworzyły i wdrażają. UOKiK na końcu raportu ocenia jedynie jakościowo wpływ pomocy publicznej na konkurencję, a ocena w przypadku raportu za 2012 r. jest bardzo łagodna. Zwłaszcza jak na instytucję, która powinna stać na straży konkurencji.

Preferencje podatkowe dla wybranych

Kolejnym miejscem, w którym warto poszukać informacji na temat możliwych źródeł kapitalizmu kolesiów, są sprawozdania Ministerstwa Finansów o preferencjach podatkowych. Częściowo preferencje pokrywają się z pomocą publiczną, ale nie całkiem, np. tam, gdzie różnicowane są stawki podatkowe. Jeżeli utrzymuje się gdzieś obniżoną stawkę VAT, to pewna grupa producentów jest uprzywilejowana w stosunku do producentów towarów alternatywnych.

W sumie preferencje podatkowe miały w 2013 r. wartość 81 mld zł, w tym ponad 10 mld zł w podatku dochodowym dla firm (głównie preferencje w specjalnych strefach ekonomicznych i w postaci możliwości odliczania strat). Nie jest jasne, ile z tych preferencji jest automatycznych, a ile uznaniowych, ale nawet te automatyczne, także przynoszą korzyść i ułatwiają osiągnięcie sukcesu pewnym przedsiębiorstwom, a innym nie.

Prawo na posyłki

Gdzie jeszcze szukać przejawów kapitalizmu kolesiów? Przy stanowieniu prawa. Zespół Krzysztofa Rybińskiego zanalizował 1366 ustaw (37 proc. wszystkich uchwalonych w latach 1989-2011). Wybrano te dotyczące finansów publicznych, czyli dokonujące redystrybucji środków publicznych, i wolności gospodarczej, które mają wpływ na warunki prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce.

Oto podstawowe ustalenia zespołu opublikowane w raporcie o roli grup interesów w stanowieniu prawa. „Jedna trzecia ustaw uchwalonych w Polsce realizuje interesy zorganizowanych grup. Ponad 40 proc. ustaw uchwalonych w Polsce ogranicza wolność gospodarczą. Dwie trzecie ustaw uchwalonych w Polsce tworzy koszty dla finansów publicznych, a tylko jedna trzecia przynosi oszczędności. Najbardziej wpływową grupą interesów są pracownicy sektora publicznego. Dominują interesy administracji publicznej, następnie lekarzy, pracowników akademickich i nauczycieli. Do wpływowych grup interesów należą również rolnicy i zawody regulowane.”

Ustalenia pokazują nie tylko korzystny klimat dla kapitalizmu kolesiów – słabość instytucji i procesu stanowienia prawa. Te ustawy, które powstały pod wpływem nacisku grup biznesowych, przy ich udziale, czy też takie, które realizują same z siebie i bez nacisków interes grupowy, są kapitalizmem kolesiów, ponieważ decyzje polityczne warunkują sukces przedsiębiorstw.

W uzupełnieniu przejrzałem spis ostatnich 50 druków sejmowych. W ciągu kilkunastu dni (od 28 maja do 11 czerwca 2014 r.) w obszarze gospodarki pojawiły się cztery projekty rządowe ustaw zmieniających ustawy i dwa nowe rządowe projekty ustaw. Nowe projekty liczyły 181 i 212 stron. Ustawy zmieniające: 20–110 stron (wraz z uzasadnieniami i załącznikami). Kto to wszystko przeczyta? Konsumenci, podatnicy, dziennikarze, posłowie? Wyłącznie insiderzy. Kontrola nad stanowieniem prawa jest iluzoryczna. Kapitalizm kolesiów może kwitnąć.

Zamówienia publiczne: kasa do wzięcia

Ustawy to jedno, praktyka relacji biznesu z władzami politycznymi to drugie. Tu warto przyjrzeć się zamówieniom publicznym. We wrześniu 2013 r. roku UOKiK opublikował raport o systemie zamówień publicznych. W 2012 r. miały one wartość ponad 132 mld zł (ponad 8,3 proc. PKB). „Ograniczony dostęp do przetargów, zmowy między oferentami, faworyzowanie wykonawców przez zamawiających – to główne ograniczenia konkurencji w zamówieniach publicznych” – stwierdza UOKiK.

W 2010 r. w Unii Europejskiej wartość zamówień ogłoszonych w Dzienniku Urzędowym wyniosła 443 mld euro, co odpowiadało 3,6 proc. unijnego PKB. Przeprowadzane według procedur unijnych przetargi o największej w stosunku do krajowego PKB wartości były organizowane na Słowacji (11,6 proc.) i w Estonii (11,5 proc.). Względnie najmniejszą wartość miały one w Niemczech (1,30 proc.) i Luksemburgu (1,50 proc.). W Polsce na zamówienia publiczne realizowane z wykorzystaniem procedur unijnych wydano w 2010 r. środki odpowiadające 8,7 proc. krajowego PKB, czyli ponad dwukrotnie więcej niż wynosi unijna średnia.

Z kolei z danych OECD wynika, że również skala zamówień publicznych w relacji do wydatków rządowych jest w Polsce wysoka i wynosi ponad 30 proc., więcej niż średnia w OECD.

Przetargi nieograniczone stanowią pod względem wartości niespełna 70 proc. Udział zamówień z wolnej ręki maleje i spadł poniżej 10 proc. To i tak jednak ponad 12 mld zł rocznie. Podobny, nieco poniżej 10-proc. udział mają przetargi ograniczone.

Poniższy wykres pokazuje wartościowo udziały poszczególnych form zamówień publicznych i pochodzi z raportu UOKiK (str. 40) dostępnego pod tym adresem.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy przetarg nieograniczony jest uczciwy, tak jak nie każde zamówienie z wolnej ręki oznacza, że kolesie się dogadali. Mimo rozbudowanych i skomplikowanych regulacji (a być może przez nie) pole do ustawiania przetargów i faworyzowania firm dysponujących nieformalnymi kontaktami i wpływami u zamawiających pozostaje ogromne. Z tego punktu widzenia rosnący nacisk – także i UOKiK – na odejście w przetargach od dominującego (90 proc. przetargów) kryterium ceny może sytuację tylko pogorszyć. Gdyby kryteria trudno lub w ogóle niemierzalne zaczęły dominować, wówczas pole do kapitalizmu kolesiów szybko się poszerzy.

Obrotowe drzwi

Stosunkowo łatwo pokazać przejawy kapitalizmu kolesiów w przestrzeni tzw. obrotowych drzwi. W Polsce to na ogół przejścia z rządu do biznesu, ale czasem także w drugą stronę (Igor Chalupec, Mirosław Barszcz). W rozumieniu potocznym kapitalizm kolesiów manifestuje się w przejściach z rządu do państwowych spółek, gdzie wszystko zostaje „w rodzinie”.

Casus ministra Aleksandra Grada (energetyka), wiceministra Pawła Tamborskiego (obecnie już prezesa warszawskiej giełdy), wiceminister Joanny Strzelec-Łobodzińskiej (Kompania Węglowa) są spektakularne, ale wróćmy do definicji. Otóż z tych trzech przypadków tylko ostatni jest przykładem klasycznego kapitalizmu kolesiów. Niewątpliwie bowiem brak wymagań finansowych właścicieli wobec Kompanii Węglowej, obok tradycji i strachu przed oponami palonymi przed Sejmem przez górników, w części wynikał z faktu, że prezesem została była wiceminister. Pozostałe to raczej objawy zwykłego kumoterstwa, ale formalnie rzecz biorąc, rynkowa pozycja GPW czy Tauronu, a wcześniej PGE Energia Jądrowa, nie jest zależna od politycznych powiązań osób nimi kierujących.

Przykładów przejść byłych ministrów do sektora prywatnego jest znacznie więcej. Nikt jednak nie analizował, ile i czy w ogóle zyskały Bartimpex na zatrudnieniu ministra Wiesława Kaczmarka, Skarbiec, Polkomtel i Hawe na zatrudnieniu Jarosława Bauca, PwC – Jacka Sochy czy Goldman Sachs – Kazimiera Marcinkiewicza. Natomiast niewątpliwie Instytut Studiów Podatkowych Witolda Modzelewskiego czy kancelaria pani wiceminister Ireny Ożóg korzystają z doświadczenia założycieli.

Miary kapitalizmu kolesiów

Dotychczas opisywaliśmy raczej przesłanki dla kapitalizmu kolesiów niż jego konkretne przejawy. Jedną z trudności, jakie sprawia analiza tego zjawiska, jest trudność w jego mierzeniu. Poszukiwania miar bezpośrednio pokazujących zaawansowanie kapitalizmu kolesiów prowadzą nas do dwóch.

Pierwsza to indeks postrzegania korupcji Transparency International. Ma jednak słabości – korupcja jest związana z kapitalizmem kolesiów, ale nie definiuje go. Kapitalizm kolesiów może polegać na łapówkach, ale również na uzyskiwaniu korzyści gratis ze względu na kontakty, sympatie, powiązania rodzinne etc.

Druga słabość polega na tym, że jest to indeks postrzegania, a nie faktów – nie mierzy się tu liczby zidentyfikowanych przypadków korupcji, wyroków itd., tylko jej percepcję. Dla porządku dodajmy, że w rankingu TI Polska jest na 38. miejscu na 177 państw.

Istnieją jednak rankingi korupcji, np. stanów w USA, które biorą pod uwagę liczbę zatrzymań, oskarżeń i wyroków w sprawach o korupcję, wartość spraw, analizują reguły prawne i etyczne obowiązujące w instytucjach publicznych, a nawet zapisy w księgach upominków.

Drugi ranking stworzył wiosną „The Economist”. Tygodnik wybrał sektory wrażliwe, w których szczególnie mocne są relacje (i uzależnienie) biznesu od państwa, i skorelował PKB wytwarzany w tych sektorach z wartością majątku miliarderów oraz źródłami ich pochodzenia. Ranking spotkał się z krytyką z wielu pozycji, ale – jak się zdaje – pozostaje jedynym.

Polska wypadła w nim dobrze. Ponieważ oligarchizacja nie posunęła się u nas tak daleko jak w Rosji czy Ukrainie, to na 23 zbadane państwa jesteśmy na odległym 18 miejscu. Przy dość kiepskich instytucjach, niewiele lepszych niż w Rosji i Ukrainie, tam majątek miliarderów odpowiada 15–20 proc. PKB i powstaje głównie w sektorach wrażliwych, a w Polsce jest to minimalny procent, tak mały, że na wykresie nawet nie widać, jaka część tego 1 czy 2 proc. powstaje w sektorach wrażliwych. Rosja i Ukraina są odpowiednio na 2. i 4. miejscu w rankingu.

Są też indywidualne próby oceny, jak związki z polityką wpływają na korporacje. Ira Stoll sprawdził, jak powołanie znanych menedżerów do różnych rad przy prezydencie Baracku Obamie wpływa na notowania giełdowe ich spółek. Okazało się, że… bardzo różnie. Jedne po nominacjach tracą bardziej niż S&P, inne zyskują, a na dodatek nie wiadomo, czy istnieje jakiś związek między nominacjami a notowaniami, bo przecież te, które straciły więcej niż indeks, być może bez nominacji straciłyby jeszcze bardziej.

Natomiast z danych zebranych przez zespół kilku znanych ekonomistów (Daron Acemoglu, Simon Johnson, James Kwak i inni) wynika, że gdy ogłoszono nominację Timothy’ego Geithnera na sekretarza skarbu, notowania powiązanych z nim firm finansowych osiągnęły zwrot o 12 proc. wyższy niż średnia w sektorze, co pokazuje nie tyle sam kapitalizm kolesiów (nic niewłaściwego czy nielegalnego w samej nominacji się przecież nie wydarzyło), lecz przekonanie, że kapitalizm kolesiów istnieje i ma znaczenia dla wyników finansowych firm.

Polityczne koneksje wpływają na wyniki ekonomiczne nie tylko w krajach wschodzących, także w USA – zauważają autorzy. Dalsze studia powinny sprawdzić, czy to były tylko odczucia rynku, czy faktycznie firmy uzyskały jakieś korzyści w okresie, kiedy Geithner był sekretarzem skarbu. A był to jak pamiętamy okres wielkich interwencji rządu amerykańskiego na rynku finansowym.

Szkody duże, choć trudne do policzenia

Niestety żadnych podobnych prac i analiz dotyczących Polski nie znalazłem. Nie ulega jednak wątpliwości, że kapitalizm kolesiów jest także obecny w Polsce i szkodzi rozwojowi gospodarczemu, choć nikt nigdy nie określił, w jakim stopniu. Prowadzi do nieoptymalnej alokacji kapitału, z co najmniej dwóch powodów niższa jest produktywność i efektywność zasobów.

Po pierwsze dlatego, że część firm zajmuje się wykańczaniem konkurencji za pomocą powiązań politycznych i dzięki uprzywilejowanemu dostępowi do informacji itd.

Po drugie inne firmy – dysponując odpowiednimi umiejętnościami i aktywami – nie mogą wejść na rynek czy rozwinąć działalności. Ponieważ kapitalizm kolesiów dotyczy danej ekipy rządzącej, działania firm mają skrócony horyzont i są zniechęcane do długoterminowych inwestycji.

Kapitalizm kolesiów prowadzi też do negatywnych konsekwencji w zakresie dystrybucji dochodów – pisze Stephen Haber w eseju „Wstęp do politycznej ekonomii kapitalizmu kolesiów”. Nadto utrzymywanie monopoli i oligopoli uderza w konsumentów, mimo że kolesie nigdy nie mówią, że są kolesiami. Ich propozycje i działania są zawsze opatrzone zapewnieniem, że chodzi o w interes publiczny.

Więcej informacji o Chinach i Ameryce

Polskie przykłady kapitalizmu kolesi pojawiają się w doniesieniach prasowych dość rzadko. Preferencje dla państwowych i samorządowych firm to jeden kanał ograniczania konkurencji. Politycy – ministerialni i lokalni – nie ukrywają tego, że w przetargach faworyzują „swoje” firmy, a zlecenia, jeśli to tylko możliwe, dają bez przetargu.

Nie ma też wątpliwości, że firmy państwowe używają dźwigni politycznej do walki z konkurencją – przynajmniej tak można interpretować np. liczbę kontroli w firmie Polska Grupa Pocztowa konkurującej z Pocztą Polską. To jednak przypadki pojedyncze i raczej nagłaśniane przez dziennikarzy, zwłaszcza prasy lokalnej, a nie opisywane w pracach ekonomistów.

Łatwiej znaleźć teksty o Chinach i Egipcie. Ostatnio Chong-En Bai, Chang-Tai HsiehZheng (Michael) Song z uniwersytetów Tsinghua w Pekinie i w Chicago opisali trzy cechy chińskiego kapitalizmu, które stworzyły podstawy pod szybki rozwój w ostatnich dwóch dekadach.

Po pierwsze: lokalne władze dzięki posiadanej władzy politycznej i ekonomicznej wspierały swoich kolesi, niezależnie od tego, kto był właścicielem firm.

Po drugie: istniały liczne porozumienia dające politykom benefity ekonomiczne od ich kolesi w biznesie.

Po trzecie: tysiące lokalnych rządów robią to samo i konkurują ze sobą, a konkurencja jest motorem postępu.

Z kolei Daron AcemogluJames Robinson w znanej książce „Why nations fail” piszą o Egipcie – biednym, ponieważ był rządzony przez wąską elitę, która zorganizowała społeczeństwo dla własnych korzyści kosztem mas ludzi. Można też znaleźć teksty o kapitalizmie kolesiów w Malezji i Korei, w Ameryce Łacińskiej i oczywiście w Stanach Zjednoczonych. Nie ma nic o Polsce.

Siekiera, narzędzie toporne i skuteczne

Jak poradzić sobie z kapitalizmem kolesiów? Wyraźnie rysują się dwie drogi. Pierwsza to bardziej szczegółowe i precyzyjne regulacje, konstytucje fiskalne, doskonalenie systemu licencji, zezwoleń i reglamentacji działalności gospodarczej, który w stosunku do czasów ustawy Mieczysława Wilczka rozbudowano do ogromnych rozmiarów.

Druga droga to radykalne odchudzenie i uproszczenie prawa w kierunku wolnego rynku i swobody konkurencji oraz zasadnicza redukcja rozmiarów rządu. W ramach pierwszej metody mówi się wiele o przejrzystości. Rzeczywiście proste prawa plus przejrzystość mogłyby nieco poprawić sytuację, ale nigdy nie rozwiążą problemów. Jedynym radykalnym sposobem jest odcięcie kolesiów od suwerena.

System gospodarczy zaprowadzony w Polsce – wielki sektor państwowy, rozdęte finanse publiczne, niesprawność instytucji i skomplikowanie prawa – wikła we wzajemne relacje polityków i biznesmenów. Teoretycznie ma on działać na rzecz rozwoju gospodarczego. Jak jednak zauważa Luigi Zingales, profesor przedsiębiorczości i finansów na Uniwersytecie Chicago, słabo rozróżnia się pojęcia „probiznesowy” i „prorynkowy”. Tymczasem różnica może być ogromna. Można odnieść wrażenie, że nawet jeśli czasami system i prawo w Polsce są probiznesowe, to znacznie rzadziej prorynkowe.

Bez wyczyszczenia wzajemnych zależności przez zmniejszenie rozmiarów ingerencji państwa nie ma co liczyć, że sytuacja się zmieni. Niestety – nie idziemy w tym kierunku. Wymiana jednej grupy politycznej na inną nic nie zmieni, bo wolny rynek jest na ostatnim miejscu w hierarchii wartości i celów partii politycznych. Konfitury są zbyt smakowite, by z nich rezygnować. Dlatego kolesie, którzy objawili się w aferze taśmowej, mogą spać spokojnie.


Tagi


  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    Koniec kapitalizmu kolesiów? No tak. Pierwsze miliardy już ukradli. Następne mogą zarabiać. I przy tym, naśladując Cezara (vide jego zarządzenie o jednokadencyjności zarządców prowincji), będą starannie pilnować, aby już nikt inny nie ukradł swojego miliarda i nie zagroził ich monopolowi mającemu genetyczno-towarzyskie podłoże.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    Hm, w sumie bailouty banków, obciążające budżety państw, realizowane pod pretekstem ratowania systemu bankowego też są czystą formą kapitalizmu kolesiów, bo już policzono, że koszt odbudowy systemu bankowego od zera byłby niższy koszt poniesiony na ratowanie bankrutów. Mało tego, ich pewność, że będą ratowani powoduje, że w dalszym ciągu uprawiają zachowania skrajnie ryzykowne, taki „moral hazard”.

  • mjk pisze:

    „bo już policzono, że koszt odbudowy systemu bankowego od zera byłby niższy koszt poniesiony na ratowanie bankrutów”. Masz może jakiś link z pogłębioną analiza na ten temat (po ang. lub niem.)? Będę wdzięczny. Z góry dziękuję.

  • bul pisze:

    Za sobą to my mamy niepodległość od 1939r.

Dodaj komentarz


sześć − = 2

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane