Pod młotek idzie około 380 tys. ha gruntów ornych – niemal połowa ziemi będącej dotychczas własnością państwa. Całe Węgry spekulują, jaki jest cel tej akcji: rozdanie ziemi „swoim” czy po prostu rozliczenie rachunków premiera z byłym przyjacielem. Na pewno nie jest im oficjalnie głoszona chęć pomocy małym gospodarstwom.

Rząd przewiduje, że wpływy ze sprzedaży wyniosą około 500 mld forintów, czyli mniej więcej 7 mld zł. Kupujący mogą korzystać z taniego kredytu długoterminowego udzielanego pod warunkiem posiadania wkładu własnego w wysokości 20 proc. ceny. Po zakończeniu kampanii prywatyzacji ziemi, czyli wiosną 2016 r., w rękach prywatnych będzie na Węgrzech 95 proc. użytków rolnych.

Deklarowanym celem tej wielkiej operacji jest pomoc małym gospodarstwom i danie im realnych możliwości powiększenia areałów. Różnica między rynkowym a ulgowym oprocentowaniem kredytów bankowych będzie pokrywana ze środków budżetowych

Na pierwszy rzut oka tak sformułowany cel nie nasuwa zastrzeżeń – 41 tys. wystawionych na sprzedaż nieruchomości rolnych ma powierzchnię poniżej 3 ha, a tylko 10 tys. działek jest większych. W ofercie są jednak także areały powyżej 100 ha, a nawet większe niż 300 ha i to sklasyfikowane jako grunty orne I klasy.

Korzyści dla licznej grupy rolników indywidualnych zachęcanych do kupna są jednak dyskusyjne. Grunty przeznaczone przez państwo do zbycia są obecnie dzierżawione. Okres dzierżawy wynosi 20–50 lat, a czynsz dzierżawny w stałej wysokości jest bardzo korzystny, bowiem nie przekracza połowy wartości rynkowej. W rezultacie nabywca ziemi puszczonej przez państwo w dzierżawę nie będzie mógł gospodarować na własnej roli nawet przez kilka dziesiątków lat – będzie się musiał zadowolić wpływami z czynszu dzierżawnego, do którego tytuł przejmie od państwa po zakupie ziemi. Sęk w tym, że przychody z czynszu nie pokryją nawet odsetek od kredytu zaciągniętego na zakup dodatkowych połaci gruntu.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda, gdy nabywcą danej parceli jest dotychczasowy dzierżawcą, który zmieniając swój status z użytkownika we właściciela, nie będzie już musiał płacić czynszu. Dotychczasowi dzierżawcy otrzymali zresztą prawo pierwokupu i tu jest pies pogrzebany. Na aukcjach państwowej ziemi stawiali się do tej pory niemal wyłącznie aktualni dzierżawcy poszczególnych działek. W większości nie byli to i nie są gospodarze, lecz inwestorzy z dużych miast, w tym oligarchowie z zaplecza ugrupowania Viktora Orbána – Fideszu. Od czasu przejęcia władzy przez tę partię regułą jest dzierżawienie państwowych włości o powierzchni tysięcy, a nawet kilkunastu tysięcy hektarów przez pewne osoby fizyczne lub spółki.

Już kilka lat temu, kiedy wydzierżawiono setki tysięcy hektarów, głośno było w węgierskiej prasie, że klauzule w umowach dzierżawy, które dawały dzierżawcom prawo pierwokupu, zostaną niebawem wykorzystane do przejęcia własności. Budziło to tym większy sprzeciw, że beneficjentami byli ludzie stojący blisko Fideszu, którzy nie mieli żadnej ochoty uprawiać ziemi i robili to za nich inni. Nierzadkie były też sytuacje, że na dzierżawionych polach wykonywano tylko te zabiegi, które umożliwiały pobieranie dotacji unijnych.

Babcia też kupi 300 ha

Skandale przetargowe dotyczące tych dzierżaw próbowano zatajać, ale na mocy orzeczenia sądowego dokumentacja musiała zostać udostępniona wszystkim startującym. Po upublicznieniu dokumentów jednoznacznie można było ustalić sposoby ingerencji polityków. W niektórych miejscowościach weryfikacja ofert przeprowadzana była w siedzibach lokalnych ogniw Fideszu. Słychać zatem głosy, że wyprzedaż ziemi służy raczej wzrostowi areału dużych gospodarstw będących w rękach spółek i oligarchów rolnych, a nie interesom drobnych rolników.

Tworzeniu latyfundiów nie stoją na przeszkodzie zapisy ustawy o ziemi ograniczające zasób ziemi rolnej w rękach jednej osoby fizycznej do 300 ha oraz zakazujące spółkom prawa handlowego kupna/sprzedaży gruntów rolnych. Zakazy te są omijane na najprostsze sposoby. Prawo nie zabrania np. posiadania po 300 ha poszczególnym członkom rodziny, od pradziadków po prawnuki. Kwitnie też handel zaświadczeniami o ukończeniu kursów rolniczych (tzw. złoty kłos).

Zarządy spółek rolniczych też znalazły skuteczne rozwiązania umożliwiające powiększanie swoich areałów. Do przetargów stają nie tylko ich udziałowcy – osoby fizyczne, lecz także pracownicy, którzy po zakupie wydzierżawiają grunty swoim praco- i mocodawcom. Sprzyja temu brak ustawowej granicy wielkości dzierżawionych gruntów. Już dziś istnieją zatem na Węgrzech latyfundia gospodarujące nawet na 15–20 tys. ha. Spółki takie uprawiają wyłącznie ziemię dzierżawioną od właścicieli. Są własnością jednej lub większej liczby osób fizycznych lub prawnych z Węgier i zagranicy. Wytwarzają obecnie większość zboża i mięsa przeznaczonych do konsumpcji w kraju i na eksport. Często mają też własne zakłady przetwórcze. W rezultacie formalnie gospodarzy na węgierskiej wsi są setki tysięcy, a faktycznie produkcją rolną zajmują się głównie duże i wielkie przedsiębiorstwa.

Nawet w kręgach samego Fideszu zarzuca się rządowi, że odszedł deklarowanej przez siebie polityki rolnej pod hasłem wspierania drobnych rolników i wspiera raczej wielkie gospodarstwa rolne. Małym, rodzinnym gospodarstwom psu na budę jest ulgowy kredyt, bo najczęściej nie mają na 20- proc. wkład własny. Inwestycje w ziemię mogą natomiast przeprowadzać takie osoby jak Lőrincz Mészáros, burmistrz rodzinnego miasteczka premiera Węgier Felcsútu, który ma miliardowe dochody z zamówień państwowych. Mógł zatem ogłosić, że przeznaczy na zakup ziemi 1,2 mld forintów wolnych środków (równowartość 17 mln zł). Jeżeli rzeczywiście przeznaczyłby taką kwotę na 20-proc. udział własny w kredycie, to mógłby sobie pozwolić na zakup tysięcy hektarów.

Mészáros, który oprócz burmistrzowania jest także rolnikiem, gospodaruje nie tylko na swoich ziemiach, lecz również na niemałych areałach żony premiera, która też chętnie inwestuje w grunty rolne. Obrotny burmistrz zarządza również akademią piłkarską w Felcsút, jest szefem zbudowanego w miejscowości liczącej wraz z niemowlętami i starcami 1,8 tys. mieszkańców 3,5-tys. stadionu. Warto przy tym zauważyć, że stadion i akademia piłkarska są finansowane przez państwo, a jest to możliwe dzięki ulgom podatkowych przysługującym ustawowo za wspieranie sportu.

Publiczna kasa nie zyska, bo nie może

Węgierska prasa gorączkowo szuka rzeczywistego celu wyprzedaży gruntów ornych przez rząd. Poszukiwania te są tym zasadniejsze, że zaledwie parę lat temu zostały one wydzierżawione aż na 50 lat. Poprawa relacji budżetowych nie wchodzi w rachubę, bo rząd nie ma prawa przeznaczyć wpływów ze sprzedaży ziemi na nic innego niż… na zakup (innej?) ziemi lub na zagospodarowanie gruntów już będących w posiadaniu państwa. Aby móc przeznaczyć te środki na jakiś inny cel, trzeba byłoby zmienić ustawę, co – z woli Fideszu – wymaga większości 2/3 głosów. Takiej większości parlamentarnej premier Orbán już jednak od paru miesięcy nie ma, bo jeden z posłów Fideszu zmarł, a w wyborach uzupełniających kandydat tej partii przepadł.

Krąży też nad Dunajem teoria z rodzaju spiskowych, że rzeczywistym celem całej operacji jest rozdanie ziemi ludziom stojących blisko władzy. Podejrzenie to wzmacnia fakt, że wedle ustawy o ziemi aby stać się właścicielem byłego państwowego gruntu, nie wystarczy wygrać przetarg. Potrzebna jest jeszcze zgoda miejscowych rad właścicieli gruntów rolnych, którzy mogą wyznaczyć inną osobę rekrutującą się z kręgu miejscowych chłopów. Szkopuł w tym, że rady takie nie zostały sformowane, a ich uprawnienia przeszły w związku z tym na prezesa krajowej izby rolniczej. Izba ta została zorganizowana i założona przez rząd Fideszu. Działa pod nazwą Narodowej Izby Gospodarstw Agrarnych, a członkostwo w niej jest obowiązkowe dla wszystkich rolników. Przyznanie prawa zakupu ziemi zależy zatem od decyzji prezesa izby, którego wyznacza Fidesz.

Inna teoria głosi, że drugim celem wyprzedaży jest pozbawienie wydzierżawionych gruntów byłego przyjaciela Viktora Orbána Lajosa Simicski, którego liczne spółki oraz przyjaciele dzierżawią łącznie od państwa kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Simicska – przez ponad 25 lat najbliższy przyjaciel Orbána, jeszcze z czasów uniwersyteckich – w wywiadzie radiowym potraktował premiera wulgaryzmami. Przy pomocy Orbána Simicska zdobywał miliardowe zamówienia państwowe, stając się w krótkim czasie jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych przedsiębiorców Węgier. Przez jakiś czas był prezesem urzędu skarbowego, a jeszcze wcześniej długo zarządzał kasą Fideszu.

Simicska i jego z kolei przyjaciele obstawili dzięki Orbánowi wszystkie urzędy i instytucje, które dzieliły środki państwowe i jeszcze większe – unijne. Kiedy Fidesz był w opozycji, to w znacznej mierze właśnie Simicska napełniał partyjną kasę z własnych środków. Orbán zaczął jednak w 2014 roku odsuwać najpierw jego ludzi, a w końcu jego samego od wszelkich źródeł państwowych pieniędzy, znajdując sobie jednocześnie nowego przyjaciela w osobie wspomnianego burmistrza Felcsútu. Teraz to Lőrincz Mészáros, z wykształcenia hydraulik, wygrywa najwięcej miliardowych przetargów państwowych. W ciągu dwóch lat stał się jednym z najbogatszym przedsiębiorców na Węgrzech.

W świetle dokonanej przez rząd wolty i leżącego od niedawna w parlamencie projektu ustawy, trudno nie dawać wiary takim pogłoskom. Dzierżawcy żyli przecież dotychczas w przekonaniu, że mają przed sobą jeszcze niemal pół wieku, bo państwo nie mogło ani rozwiązać umowy, ani podnieść rzeczywiście niskiego czynszu, a w dodatku dzierżawca miał prawo pierwokupu. Wszystko to razem sprawiło, że na przetargach na grunty w dyspozycji pana Simicski i jego kolegów nie stawił się nikt (nie powinno chyba dziwić, że zostały one wystawione do sprzedaży jako pierwsze). Nowelizacja ustawy może całkowicie zmienić stan dzisiejszy, korzystny dla dzierżawcy. Przewiduje ona bowiem (i to z mocą wsteczną, co od chwili objęcia rządów przez premiera Orbána nie jest wielkim zaskoczeniem), że cenę dzierżawy będzie można aktualizować co pięć lat, a jeżeli nowa stawka się nie spodoba, to państwo ma prawo umowę wymówić.

Minister: I tak by rozkradli

Powód wyprzedaży ziemi chyba najtrafniej ujął minister János Lázár, szef kancelarii premiera. Podczas konferencji prasowej stwierdził on, że jest lepiej, kiedy państwowe grunty orne są w rękach osób prywatnych, ponieważ nie ma już PGR-ów i państwo już i tak na nich nie gospodaruje. Gdyby działały jeszcze państwowe gospodarstwa rolne – tłumaczył – to niezależnie od tego, czy pod rządami Fideszu, czy socjalistów, menedżerowie tak czy inaczej wykradliby z nich wszystko, co się da.

Wypowiedź tę trudno wszakże pogodzić z lansowaną od lat tezą rządu Viktora Orbána, że najbardziej interesom całego społeczeństwa służy przywracanie własności państwowej, gdzie tylko się da. Przekonany o tym rząd wyznacza coraz więcej dziedzin życia gospodarczego, w których wiodącą rolę mają grać – albo nawet mieć w nich wyłączność – firmy państwowe. Podejście to znajduje zastosowanie nie tylko w tzw. strategicznych usługach komunalnych (wodociągi, kanalizacja, dostawa gazu, prądu). Upaństwowione zostało np. gospodarowanie odpadami komunalnymi, jak również kominiarstwo, konserwacja wind w domach prywatnych czy pobieranie opłat za parkowanie przez telefony komórkowe. Viktor Orbán założył już także państwową firmę telekomunikacyjną, która ma wzmocnić konkurencję na rynku komórkowym.

Prasa zadaje pytanie: jeżeli János Lázár ma rację i menedżerowie państwowych firm rolnych wszystko rozkradną, to jakim cudem rząd nie obawia się, że menedżerowie zatrudnieni w firmach państwowych poza rolnictwem nie rozszabrują ich do cna, zwłaszcza że cennych dóbr i pieniędzy jest w nich więcej niż na polu i w oborze? Oburzona na wypowiedzi ministra opozycja doniosła na niego do prokuratora generalnego, uważając, że jest to publiczne przyznanie się do przestępstwa.