Mimo zamachów terrorystycznych w 2015 r. touroperatorzy z Polski poprawili obroty

18.01.2016
W ubiegłym roku nastąpiła nieoczekiwana zmiana miejsc w ulubionych kierunkach wakacyjnych Polaków. Z kolei do Polski może w 2016 r. przyjechać więcej turystów z Chin, w których polski rząd promuje nasz kraj, a pomogą ropa i dolar – uważa Andrzej Betlej, ekspert turystyczny, prezes Instytutu Badań Rynku Turystycznego TravelDATA.

Andrzej Betlej


ObserwatorFinansowy.pl: Czy, biorąc pod uwagę wydarzenia na świecie, biura podróży działające w Polsce mogą zaliczyć 2015 rok do udanych?

Andrzej Betlej: Ludzie boją się gwałtownych zdarzeń czy – jak to niektórzy ujmują – niebezpiecznych incydentów. Ale pojedynczy wypadek jest traktowany jako efekt nieuchronnej statystyki, niczym wypadek drogowy na ruchliwej trasie. Jego wpływ jest ograniczony. Naprawdę duże wrażenie wywołuje dopiero powtórzenie się zdarzenia w relatywnie niedługim okresie. Dlatego pierwszy zamach w Tunezji nie wywołał jeszcze głębokich konsekwencji i dopiero drugi miał daleko idące skutki. Ruch do Tunezji spadł o 95 proc. Zamach pośrednio uderzył też w Egipt (spadek o 45 proc.), a nawet częściowo w Maroko. Turcja mogła zyskać jako tania alternatywa dla Egiptu, ale i tam w sierpniu pojawiło się zagrożenie skutkami działań na dwa fronty: przeciw ISIS i radykalnym odłamom organizacji kurdyjskich, więc ten kierunek pod koniec wakacji stracił kilkanaście procent.

Gdy jedne kraje tracą, to zyskują inne, a biura i tak wychodzą na swoje?

Biura podróży zbyt mało zdywersyfikowane, z dużą ofertą w regionach, które odpadły, nie mogły sobie łatwo zrekompensować strat na kierunkach alternatywnych. Dopiero teraz próbują energiczniej wchodzić na nowe rynki, ale ponieważ często są tam raczej nuworyszami, więc będzie to proces rozciągnięty w czasie. Biura o geograficznie zdywersyfikowanych ofertach, jak Itaka, Rainbow, czy TUI mogły przesunąć klientów na inne kierunki, ale musiały ponieść przy tym pewne koszty, więc raczej nie zyskały w krótkim terminie.

Dlatego zarówno Rainbow, jak również Itaka i TUI zapowiadają podobny wynik do uzyskanego w 2014 r. Natomiast w dłuższym terminie pozycja tych biur powinna się wzmocnić, ponieważ osłabła pozycja ich konkurentów wyspecjalizowanych w krajach Afryki Północnej i Turcji. Natomiast biur skoncentrowanych  na innych kierunkach, np. na bezpiecznej Grecji – jak ma to miejsce np. w przypadku touroperatora Grecos Holiday– problem zawirowań i utraty części klientów nie dotyczy.

Terroryści spowodują przetasowania na polskim rynku turystycznym?

Powiem więcej. Nie tylko odpowiadają za zmianę geografii wyjazdów naszych turystów i ich przesunięcie ze wschodniej do zachodniej części basenu Morza Śródziemnego, ale i przyczynią się do większych wpływów z turystyki do budżetu państwa.

Jak to?

Biura turystyczne płacą VAT od uzyskiwanej marży. Kwota ta jest równa zazwyczaj kilkunastu procentom wartości wycieczki i jest opodatkowana 23-proc. VAT. To średnio 3 proc. ceny wycieczki. Jest płatna od imprez turystycznych organizowanych do krajów Unii Europejskiej. W krajach poza UE ta stawka wynosi 0 proc. Gdy rośnie liczba wyjazdów do UE kosztem krajów Północnej Afryki i Turcji, odpowiednio większe stają się też wpływy z VAT z marży.

Jak, generalnie, ocenia pan miniony rok w branży?

To był trochę dziwny rok. Teoretyczne modele prognozowania wzrostu w branży turystyki wyjazdowej, które dotychczas dobrze się sprawdzały, tym razem – pod wpływem nowych i trudno przewidywalnych czynników – nie dały prawidłowych wyników. Zwykle można było dość trafnie przewidzieć sytuację i koniunkturę w turystyce wyjazdowej, m.in. na podstawie zmian w ekonomicznej dostępności wycieczek, rozporządzalnych dochodów gospodarstw oraz optymizmu konsumenckiego w zakresie dóbr wyższego rzędu opartego na opóźnionym o 6 lub 9 miesięcy skumulowanym wzroście realnych wynagrodzeń.

Takie modele już na początku 2013 r. wskazywały, że w 2014 r. nastąpi powrót do bardzo mocnych wzrostów w polskiej turystyce wyjazdowej i tak się też stało. W 2014 r. uczestników zagranicznych wyjazdów realizowanych czarterami, które stanowią  dominującą część wakacyjnych wycieczek, było o 23 proc. więcej. 2015 r. też miał być dobry, choć z dynamiką na poziomie niecałych 15 proc., czyli trochę słabszą od poprzedniego roku. Dodatkowym pozytywnym czynnikiem miała być deflacja, która zwiększała realną dynamikę wzrostu wynagrodzeń pozostawiając w kieszeniach Polaków więcej pieniędzy na wydatki.

Co jest największym zaskoczeniem?

2015 r. rozpada się na dwie wyraźne części. Zima, rozumiana w branży turystycznej jako pięć miesięcy od listopada do końca marca, była rewelacyjna. Czartery urosły o 26 proc., tanie linie, które m.in. uruchomiły loty na Wyspy Kanaryjskie, też miały świetną passę. Łączny wzrost w turystyce samodzielnej i zorganizowanej wyniósł 37 proc., to świetny wynik. Sprzedaż oferty letniej wyglądała kompletnie inaczej już od stycznia, a wyraźnie zaczęła się psuć w marcu.

W rezultacie w II kwartale wzrost w czarterach wyniósł zaledwie 1,5 proc. W kwietniu spadki wyniosły 10 proc., w maju 8 proc. i dopiero czerwiec był relatywnie dobry z ponad 8-procentowym wzrostem, który pozwolił zamknąć cały kwartał na niewielkim plusie. Nie ma jeszcze oficjalnych danych z wakacji, ale prawdopodobnie lipiec był na niedużym plusie, a już sierpień i wrzesień – na minusie. Całe lato zamknęło się w okolicach zera. Jedynie tanie linie zanotowały solidne wzrosty i razem z nimi łączny wzrost lotniczej turystyki wyjazdowej wyniósł około 4,5 proc.

Potrafi pan określić, skąd taka zmiana trendu?

Chociaż brzmi to dość zaskakująco, uważam, że zahamowanie w pierwszej połowie roku zostało wywołane specyficzną retoryką wyborczej kampanii prezydenckiej. Potwierdza to bardzo silna korelacja pomiędzy dynamiką ogólnej sprzedaży detalicznej (według GUS) wyjazdów turystycznych czy nawet rejestracji nowych samochodów a generalnym kalendarzem kampanii wyborczej. We wszystkich otaczających nas krajach Europy, w których realne wynagrodzenia rosły, rosła też sprzedaż detaliczna. Polska była wyjątkiem. Tu zdecydowana zmiana na plus nastąpiła dopiero w czerwcu, ale powracającą dobrą passę całkowicie zepsuł pod koniec miesiąca drugi zamach w Tunezji. Ci, którzy nie kupili wycieczek, zaczęli się zastanawiać, a niektórzy rezygnować. Reasumując: w pierwszej części roku wyjazdom zaszkodziła kampania prezydencka, a w drugiej terroryści. Pomimo dobrego otoczenia makro: szybkiego wzrostu wynagrodzeń, stabilnego złotego, taniego paliwa, w sezonie letnim wzrostów nie było.

Czy to znaczy, że nie rośnie liczba Polaków spędzających wakacje za granicą?

Generalnie rośnie, ale trudno precyzyjnie odpowiedzieć o ile. Nie dysponujemy „twardymi” danymi. Ich źródłem są szeroko zakrojone badania ankietowe, których wyniki wskazują często na dość istotne niezgodności. Kiedyś regularne badania prowadził Instytut Turystyki, potem prywatna firma na zlecenie Ministerstwa Sportu i Turystyki razem z Instytutem, później tylko wspomniana firma, a ostatnio jeden z regionalnych oddziałów GUS-u. Nowe opracowania  różnią się metodologią, np. obecnie Polak, który ponad 12 miesięcy mieszka za granicą, zaczął być traktowany jak zagraniczny turysta. Z kolei Urząd Lotnictwa Cywilnego podaje dokładne dane, ale jedynie o pasażerach rejsów czarterowych. Niemal dokładnie można też policzyć pasażerów tanich linii na kierunkach turystycznych posługując się wskaźnikami wypełnienia.

Tyle, że o ile w przypadku kierunków typowo wakacyjnych, np. Wysp Kanaryjskich, prawie każdy pasażer to turysta, to trudniej jest oszacować liczbę turystów wakacyjnych na takich kierunkach jak Barcelona czy Lizbona. Jeszcze trudniej jest o dokładne dane związane z turystyką autokarową, a są jeszcze osoby, które dojeżdżają na wakacje własnym samochodem. Dlatego w badaniach ruchu turystycznego często bazuje się na ankietach. Z najnowszych danych GUS wynika, że łączna liczba Polaków, którzy w 2014 r. wyjechali na zagraniczne wakacje wyniosła 5,77 mln wobec 5,05 mln w 2013 r. Czartery urosły w tym czasie z 1,485 mln do 1,830 mln. W 2015 r. było to zapewne około 1,880 mln. Tanie linie przewiozły w 2014 r. na kierunkach turystycznych 245 tys. turystów, a w ubiegłym roku było ich blisko 350 tys. Czyli mamy 1,88 mln plus 350 tys., a więc łącznie 2,23 mln turystów i można to traktować jako dość twarde liczby dotyczące lotniczej turystyki wyjazdowej.

Jak w ubiegłym roku poradzili sobie touroperatorzy? Jakie mieli przychody?

W 2014 r. 32 biura, które dokładnie obserwujemy na bazie danych z Krajowego Rejestru Sądowego miały łącznie blisko 5,1 mld zł przychodów ze sprzedaży imprez turystycznych, a wszyscy touroperatorzy – około 5,7 mld zł. W 2015 r. ta sama grupa miała około 5,4 mld zł przychodów, a z pozostałymi – około 6 mld zł. Ten rok trudno przewidywać, nie można opierać się na dobrze sprawdzonych modelach opartych na czynnikach makroekonomicznych, bo pojawiło się w niespotykanej wcześniej skali ryzyko terroryzmu. Ale gdyby nie stało się nic szczególnie istotnego, czyli ataki terrorystyczne będą się zdarzać jedynie sporadycznie, największe biura powinny osiągnąć kolejny wzrost przychodów do 6 mld zł, a pozostali touroperatorzy pozostaną na stabilnym poziomie  około 600 mln zł.

Polacy dużo wydają na wakacje?

Te wydatki również były badane do 2013 r. metodą ankietową przez Instytut Turystyki, potem robiła to spółka Active Group na zlecenie Ministerstwa Sportu i Turystyki. Zgodnie z nimi polski turysta w 2013 r. wydał podczas wycieczki zagranicznej z biurem dodatkowo średnio prawie 1500 zł, podczas, gdy sama wycieczka kosztowała przeciętnie prawie 3 tys. zł. Od 2013 r. do 2015 r. zmiany tych kwot nie były duże. Teraz średnia cena wycieczki to około 3100 zł. Bazując na trendach w dochodach Polaków można założyć, że teraz również dodatkowo wydają oni więcej i średnia ta urosła do 1600-1700 zł.

Co z turystyką przyjazdową w Polsce – rynek rośnie?

Osoba nie obeznana a turystycznymi statystykami łatwo może się w nich pogubić. Funkcjonuje w nich określenie „przyjeżdżający cudzoziemcy”. To turyści, którzy przekraczają granicę w jakimkolwiek celu, w tym np. Ukraińcy przyjeżdżający do Polski w celach dokonania przygranicznych zakupów. Takich osób jest 70 mln. Grupa zawierająca się w poprzedniej to „turysta z noclegiem” – stanowiła ona w 2014 r. 16 mln. Był to niewielki wzrost z 15,8 mln w 2013 r. Wśród tych 16 milionów, turystów z takich segmentów, jak „turystyka typowa” czy „turystyka wypoczynkowa” jest relatywnie niewielu.

Z ankiet wynika, że w 2014 r. było ich zaledwie 3,3 mln. Ale tendencja jest stabilnie wzrostowa, bo w 2011 r. było to np. 3,1 mln. Badania za 2015 r. ukażą się prawdopodobnie w maju 2016 r. Wydaje mi się jednak, że wyraźny i stabilny trend nie uległ zakłóceniu. Należy szacować, że ta liczba się trochę zwiększyła, być może było to 3,4 mln. Obroty wynikają z przeciętnych wydatków, mogą rosnąć nieco szybciej niż liczba turystów, bo turyści wydają coraz więcej. Kiedyś było to 500 dol., ostatnio podawano 557 dol.

Z jakich krajów przyjeżdża do Polski najwięcej turystów?

Zdecydowanie najwięcej z Niemiec. Dane z 2013 r. mówią o 43 proc. Gdyby podobnie było w 2014 r. byłoby to 1,4 mln. osób. Kolejne trzy kraje miały już zdecydowanie niższy udział: Ukraina 6,2 proc., Wielka Brytania 5,9, Holandia 4,8 proc. Takie były wtedy wyniki ankietowe, ale trzeba też pamiętać, że w 2014 r. mogły się zmienić zwłaszcza wyniki dotyczące Ukrainy, z powodu konfliktu z Rosją i bardzo słabej hrywny. Prawdopodobnie Wielka Brytania i Holandia zachowały swoją silną pozycję, natomiast udział Ukrainy spadł, choć nie wiadomo jeszcze, o ile.

Czy turystyka przyjazdowa to bardziej hotele w dużych miastach czy kwatery nad morzem i w górach?

W tym względzie również trzeba bazować na danych z ankiet. 2/3 turystów jedzie do pięciu województw. Najwięcej do Małopolski – 17,5 proc. z 16 mln wszystkich grup turystów. Prawdopodobnie podobnie rozkłada się proporcja z tych 3,3 mln typowych turystów. Dolny Śląsk to 15 proc., tam jeździ dość dużo Niemców. Pomorskie wybiera 12 proc. osób, a zachodniopomorskie – 11 proc., bo jest blisko granicy, choć jest mniej atrakcyjne niż pomorskie. Mazowieckie to 9 proc. Razem te pięć województw stanowi 65 proc. Pozostałe województwa są znacznie mniej popularne.

Gdzie turyści najwięcej wydają?

Najwyższe są wydatki w trzech województwach: warmińsko-mazurskim, podkarpackim i wielkopolskim, najmniejsze zaś w zachodniopomorskim, lubuskim i opolskim. Niewykluczone, że bliższe Niemcom województwa oznaczają często jedynie krótkie wypady połączone z zakupami lub odwiedzinami znajomych. Z kolei na Mazurach turyści spędzają więcej czasu, więc siłą rzeczy wydają więcej na hotele i wycieczki.

Czy wielkie akcje promocyjne przy okazji takich imprez, jak EURO2012 czy EXPO pomagają Polsce?

Przy skromnych środkach na promocję trudno jest osiągać jakieś znaczące sukcesy w tym obszarze. Można zabiegać głównie o skuteczne utrzymanie pozycji. Na wielkich targach występują wszyscy i nieobecność Polski prowadziłaby do osłabiania znaczenia na turystycznym rynku. Nie jest to łatwe zadanie, bo przy skromnych funduszach trzeba wygrywać przemyślanymi pomysłami. Dla utrwalenia Polski w świadomości turystów uczestnictwo w dużych międzynarodowych imprezach jest obowiązkowe.

Kampanie Polskiej Organizacji Turystycznej też generalnie są trafione. W tej chwili mamy znacznie tańsze euro i Europa stała się dużo bardziej interesująca dla krajów ze strefy dolarowej, czyli oprócz USA i Kanady – także z Azji. Jej mieszkańcy bardzo szybko się bogacą – w Chinach w ostatnich dwóch latach średnie zarobki w przeliczenie na euro wzrosły aż o 38 proc. Duża odległość w czasach taniego paliwa przestaje być przeszkodą, a nawet stanowi psychologicznie duży atut, bo dalekie podróże znacznie staniały.

Takie czynniki działają na korzyść i uzasadniają promocję w Chinach, co POT już od jakiegoś czasu robi. Trzeba przy tym pamiętać, że Chińczycy nie są już wcale biedni. Miliard mieszkańców interioru zajmuje się głównie rolnictwem i często nie odwiedziło nawet Pekinu, więc tym bardziej nie przyjedzie do Europy. Natomiast 350 mln mieszkańców wschodniego wybrzeża to osoby ze średnimi zarobkami na poziomie 1250 euro, czyli takimi, jak 20 proc. najlepiej zarabiających Polaków. To grupa społeczna z bardzo dużym potencjałem, tym bardziej, że ich dochody rozporządzalne nadal bardzo szybko rosną. Dlatego w ich przypadku niewielkim zagrożeniem jest ewentualny ponowny wzrost cen paliwa podnoszący ceny dalekich lotów lub odwrócenie korzystnych w tej chwili zmian kursowych.

Potencjalni turyści z Azji nie ograniczają się oczywiście jedynie do Chińczyków. Jeszcze bardziej cenni mogą okazać się np. Koreańczycy, którzy zarabiają średnio znacznie więcej, bo 2,5 tys. euro,  ale liczebny potencjał tego rynku jest mniejszy.

 Rozmawiała Małgorzata Grzegorczyk


Tagi


Dodaj komentarz


× dziewięć = 72

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane