Polska według raportu Global Financial Integrity należy do grona liderów krajów, z których nielegalnie wywożony jest kapitał. Stały się one już podstawą do negatywnych ocen dotyczących polskiej gospodarki. Rzetelność wymaga zwrócenia uwagi, że raport pokazuje saldo błędów i opuszczeń w bilansie płatniczym, a nie nielegalny wypływ kapitału. Negatywne oceny są nieuprawnione.

Wśród różnych krajów zawartych w przygotowanym przez tę instytucję raporcie Illicit Financial Flows from Developing Countries 2003-2012 na wysokim miejscu znalazła się Polska, z której według niego wytransferowano 150 miliardów złotych w ostatnich latach (średnio 5 miliardów dolarów rocznie przez lata 2003-2012). Sugeruje się, że Polska zajmuje pod tym względem niechlubnie 17 miejsce na świecie i pierwsze w ramach krajów Unii Europejskiej.

Zamiast bezrefleksyjnie cytować tenże raport przyjrzymy się dokładnie co on mówi i jak to mówi.

Nie zamierzam twierdzić, że z Polski nie odpływa nielegalnie kapitał, albo że do Polski nie napływa nielegalnie kapitał. Odpowiedź na jedno i drugie twierdzenie brzmi: być może. Twierdzę natomiast, że raport GFI jest nietrafiony, ponieważ w istocie nie pokazuje żadnego z wyżej wymienionych.

Metodologia Raportu GFI, czyli skąd biorą się dane?

Autorzy raportu GFI powołują się w nim na metodę pomiaru nielegalnego przepływu środków: tzw. Hot Money Method. Sprowadza się ona do korzystania z publikacji prezentowanych przez odpowiednie organy rządowe: z bilansu płatniczego. W Polsce bilans płatniczy jest publikowany przez Narodowy Bank Polski. To właśnie na jego podstawie GFI wskazuje na rzekomy nielegalny transfer (choć korzysta z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego – ten jednak zbiera dane od NBP).

Nie można mówić więc w tym wypadku o przeprowadzeniu jakichkolwiek badań. GFI niczego nie oblicza, ani nie szacuje, a ledwie przepisuje dane z MFW. Z tego względu każdy może w arkuszu kalkulacyjnym stworzyć analogiczny „raport” i żadne GFI nie jest do tego potrzebne. Co więcej, warto pamiętać, że mając te same dane ani NBP, ani MFW nie dochodzą do tak radykalnych konkluzji jak GFI. Gdyby to było tak oczywiste, to inni również przedstawiliby tak „oczywisty” komunikat.

Co jest główną interesującą wielkością dla GFI w bilansie płatniczym? Tak zwane „saldo błędów i opuszczeń”, które w Polsce nabrało większych rozmiarów parę lat po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Tłumacząc w największym skrócie, NBP w bilansie płatniczym stara się wykazać wszelkie transakcje dostępne na jego radarze. Uprośćmy sprawę maksymalnie, aby zrozumieć zasadę: jeśli do Polski napływa kapitał rzędu 10 miliardów, to jednocześnie powinna występować nadwyżka importu dóbr nad eksportem w wysokości owych 10 miliardów. Staliśmy się o tyle zasobniejsi w kapitał, to tyle więcej powinniśmy być w stanie kupić od zagranicy niż za granicę sprzedaliśmy (dla uproszczenia przykładu pomijam kilka kwestii).

Jeśli na przykład nadwyżka importu nad eksportem wynosi 8 miliardów, a do Polski napłynęło 12 miliardów kapitału, to znaczy, że gdzieś brakuje 4 miliardów. Mówiąc dokładniej: coś nie znajduje się na radarze państwowych statystyk. Stąd dodatkowe konto w bilansie płatniczym – saldo błędów i opuszczeń. Tylko, że ono nie oznacza nielegalnego odpływu, lecz odpływ kapitału albo import dóbr, który nie został zarejestrowany. Jeśli czegoś państwo nie widzi, to nie znaczy, że to co jest od razu nielegalne. Zwłaszcza przy istnieniu czterech unijnych swobód przepływu.

W samym saldzie mogą oczywiście być zawarte nielegalne odpływy, ale zawarta jest w nim cała masa całkowicie legalnych transakcji. Przykładowo kilka lat temu NBP zorientował się, że dane handlu zagranicznego publikowane przez GUS, które są podstawowym źródłem dla bilansu, nie obejmują pokaźnych miliardów związanych z importem samochodów używanych, które przez to znajdowały się ukryte w saldzie błędów, mimo że Ministerstwo Finansów ma dobrze udokumentowane statystyki na to (dla zainteresowanych więcej informacji w tym miejscu, warto zobaczyć również komentarz MFW w tej sprawie). Czy jeśli kilka lat temu w wyniku korekty bilansu przez NBP, saldo błędów spadło z 50 miliardów złotych do 30 miliardów, to znaczy, że w zgodzie z myśleniem GFI nagle okazało się, że jednak 20 miliardów złotych mniej pieniędzy wywieziono z Polski? A to przecież przykład czegoś, co jest rejestrowane.

Według GFI nielegalny odpływ z Polski to średniorocznie 5 miliardów dolarów. Na głowę obywatela wychodzi około 130 dolarów. Wystarczy, że tyle pieniędzy średnio każdy wyda w Unii Europejskiej, całkowicie legalnie, ale poza radarem państwowych badań, a już może to być kwota znajdująca się we wspomnianym saldzie. Wystarczy, że Polacy wydadzą o tyle więcej na nierejestrowane zakupy w Internecie w Unii Europejskiej (choć w praktyce obecnie nie jest to duża kwota). Wydatki na podróże zagraniczne Polaków są uwzględniane w bilansie płatniczym na podstawie badań ankietowych, ale nie wszystko można zarejestrować (przykładowo respondenci mogą zaniżać swoje wydatki). Ale brak rejestracji nie oznacza od razu szmuglowania kapitału za granicę. Może to być również odpływ całkowicie legalny w ramach swobody przepływu kapitału w UE.

Saldo może zawierać przemyt papierosów, może zawierać przemyt narkotyków (transakcje, których NBP obecnie nie uwzględnia w bilansie). Może ono powstawać w wyniku braku precyzji w rejestracji danych o obrotach towarowych (szczególnie, że eksport rejestruje się łatwiej, gdyż przeprowadzają go większe podmioty niż dzieje się to w wypadku importu).

Saldo to może zawierać wydatki na turystykę, czy też handel przygraniczny nie do końca wykazane w badaniach ankietowych, które przeprowadza się przy tworzeniu bilansu płatniczego. Może też zawierać nielegalny przepływ kapitału. No właśnie: „może” nie znaczy zawiera. Póki co jest to czysta spekulacja, że całość tego salda to nielegalny odpływ kapitału za granicę. Warto przy tym zaznaczyć, że saldo błędów i opuszczeń w Polsce waha się między 1 a 3 proc. całkowitej sumy obrotów zagranicznych, co w istocie nie stanowi imponującej wielkości. Przykładowo dla roku 2014 saldo błędów wyniosło w przybliżeniu -35 miliardów złotych. Stanowi to i tak ledwie 2 proc. całkowitych obrotów bieżących z zagranicą, skoro całkowita suma zarejestrowanego eksportu i importu, przychodów i rozchodów z zagranicą na rachunku bieżącym wyniosła zgodnie z bilansem w przybliżeniu 1,8 biliona złotych.

Nie bez powodu pozycja ta nazywa się „saldem błędów”. Gdyby było oczywiste, że to nielegalne przepływy kapitału, to tak zostałyby nazwane przez sprawozdawcę. A nie są tak nazwane z prostej przyczyny: bo nie są to nielegalne przepływy, lecz saldo błędów, wymagające dodatkowej analizy, a nie raportu ad hoc zrobionego bez jakichkolwiek dodatkowych badań.

Dlatego samo saldo błędów w bilansie płatniczym nie mówi nic o tym, czy są to pieniądze nielegalnie odpływające. Raport zawodzi w tym aspekcie na całej linii. Sam Międzynarodowy Fundusz Walutowy – którego dane umieścił w raporcie GFI – nie wspomina o tym, że saldo oznacza nielegalny przepływ kapitału, lecz wynika z „niekompletnych danych” lub „słabego raportowania” (Balance of Payments and International Investment Manual, s. 11). MFW podkreśla również, że wielkość salda należy brać pod uwagę do wielkości relatywnych: całkowitych przepływów, Produktu Krajowego Brutto, albo składowych bilansu. Niestety GFI nawet tego nie dokonało.

Czy jest sens podawać dane nominalne a nie względne?

Kolejnym wątpliwej jakości krokiem podjętym przez autorów GFI jest podawanie liczb bezwzględnych, gdy chodzi o te szacowane „nielegalne przepływy” (a w zasadzie saldo opuszczeń i błędów). Ekonomię uprawia się tak, że porównując np. wielkość sektora bankowego, wielkość deficytu budżetowego, wielkość sektora publicznego między krajami należy to robić w porównaniu do innej zmiennej. Zmiennej, która pozwoli na relatywną ocenę.

Nie wiemy na przykład czy deficyt budżetowy jakiegoś kraju w wysokości 100 miliardów dolarów to dużo, czy mało. Dla Polski będzie to wielkość ogromna, a dla USA tyle co nic. Właśnie po to wymyślono – swoją drogą bardzo niedoskonały, ale jednak coś pokazujący – wskaźnik odniesienia do Produktu Krajowego Brutto. A jeśli ktoś nie przepada za PKB, to porównuje to do oszczędności krajowych, albo do całkowitej wielkości budżetu. Są różne opcje. Deficyt w wysokości 100 miliardów nie znaczy kompletnie nic, jeśli nie będziemy mieli sensownego odniesienia. Dla Polski to byłoby 20 proc. PKB. Dla USA pół procenta.

Autorzy GFI niestety nie pokusili się o zastosowanie tego złotego standardu – o przyrównanie tychże zdaniem GFI „nielegalnych przepływów” do na przykład PKB każdego z krajów (albo np. wielkości obrotów zagranicznych). Gdyby to zrobili, to okazałoby się, że na ponad 140 krajów Polska zajmuje miejsce nie 17, a… 109. Stosując kryterium relatywne Chiny z pierwszego miejsca i wielkiej pokaźnej sumy spadają nagle na miejsce 95.

Korekta-danych

Infografika DG

Stosowanie wartości bezwzględnych zamiast względnych w wypadku pomiaru zakresu rzekomo nielegalnych transakcji jest wysoce mylące.

To jednakże nie wszystko. W raporcie znajduje się ponad 140 krajów i brakuje w nim wielu europejskich. Jest to świadomy zabieg twórców, ale wprowadza on w rzeczywistości w błąd opinię publiczną.

Raport GFI wybiera tylko niektóre kraje

Na relatywnych wielkościach słabości raportu GFI się nie kończą. Gdy zajrzymy do raportu, to nie ma w nim większości europejskich krajów. Autorzy raportu po prostu celowo te kraje pomijają, bo uważają te kraje za „rozwinięte”. I w tych krajach najwyraźniej wszystko musi być w porządku, więc nie ma sensu się nimi zajmować. Szkoda, że jest to metoda całkowicie arbitralna i wprowadzająca w błąd czytelników raportu. Wszak jeśli rzekomo identyfikujemy coś jako problem – nielegalne przepływy w krajach rozwijających się – to dobrze byłoby poznać, jak ten problem wygląda dla krajów rozwiniętych, aby mieć właściwą perspektywę porównawczą. Gdybyśmy bowiem zastosowali tę samą metodologię do wszystkich krajów – przepisania księgowej pozycji bilansu płatniczego, salda błędów i opuszczeń – to Polska zostałaby wyprzedzona przez takie kraje jak Włochy, Szwecję, Francję, Norwegię, Finlandię oraz Wielką Brytanię. W wartościach bezwzględnych.

Ale jak napisałem wyżej, należy patrzeć na wartości względne. Gdybyśmy zastosowali metodę relatywną, czyli przyrównali saldo błędów w stosunku do PKB, to Polska zostałaby spektakularnie wyprzedzona przez Islandię, Chorwację, Finlandię, Szwecję, Irlandię, Norwegię, Bułgarię, Danię, Słowację oraz Węgry. Powinno to dać do myślenia szczególnie rządom Danii, Norwegii i Finlandii, skoro należą one do grona sponsorów Global Financial Integrity…

Zastosowanie-absurdalnej

Infografika DG

Widzimy zatem, że twierdzenie z raportu GFI, iż Polska jest numerem jeden w Unii Europejskiej, gdy chodzi o nielegalny odpływ kapitału jest całkowicie wyssane z palca. Polska w tym raporcie była pierwsza pośród krajów UE, bo twórcy raportu celowo pominęli w nim większość krajów UE. I dodatkowo zastosowali przy tym metodę bezwzględną zamiast względnej, aby mające większe relatywne rzekomo nielegalne przepływy Węgry, Bułgaria i Chorwacja mogły znaleźć się na niższych od Polski miejscach.

Podsumowując, raport Global Financial Integrity wcale nie pokazuje autentycznych rozmiarów nielegalnego przepływu kapitału.

Po pierwsze, opiera się na danych, które w żaden sposób nie ujawniają nielegalnego przepływu kapitału, lecz coś innego, co może, ale wcale nie musi takie przepływy zawierać. Osoby, które rozumieją bilans płatniczy wiedzą, że nawet gdy saldo błędów i opuszczeń wynosi zero, to i tak możliwe jest, że do kraju nielegalnie napływa kapitał, lub nielegalnie z niego odpływa (wystarczy, że nielegalne odpływy i przypływy będą pokryte niezarejestrowanym importem/eksportem, którego nie wyłapią oficjalne statystyki). GFI nie przeprowadził żadnej rozsądnej analizy, a ograniczył się do biernego przepisania rubryki tabelki z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Po drugie, raport ten nawet nie przyrównuje tych błędnie dobranych danych we właściwy sposób do relatywnych wielkości ekonomicznych.

Po trzecie, celowo pomija pewne grupy krajów, w których ta wielkość okazałaby się dużo bardziej problematyczna. A w gruncie rzeczy ujawniłaby pustkę tego raportu.

Pustka jest tym większa, gdy spojrzymy na drugą część raportu (która bazuje na badaniu różnic w fakturowaniu). Z tej drugiej części wynika, że ponoć w trakcie dziesięcioletniego nielegalnego wywozu z Polski 50 miliardów dolarów, jednocześnie do Polski nielegalnie napłynęło prawie 400 miliardów dolarów. Teraz wypada się zapytać: czemu polscy fani raportu GFI cytują tylko jego pierwszą część?

Jeśli komuś rzeczywiście zależy na tym, aby zbadać nielegalny przepływ kapitału, to powinien poszukać innych bardziej wiarygodnych źródeł.