Preludium do kłopotów franka

27.01.2015
W dyskusji o sytuacji klientów zadłużonych we frankach pada wiele argumentów wskazujących na słabą wiedzę o przepływie kapitału, z którego powstaje m.in. kredyt. Banki udzielające frankowych kredytów nie są bez winy, ale nie jest też prawdą, że jedyne ich ryzyko ponosili ci, którzy zaciągali takie kredyty. Łatwo w tej sytuacji o recepty mogące narobić więcej szkód niż przynieść korzyści.

(CC By SA Martin Abegglen)


Początek XXI wieku charakteryzował się ogromną światową bańką na rynku aktywów (nie tylko nieruchomości), finansowaną ekspansją pieniądza i kredytu. Wraz z nią doszło do lokalnych aprecjacji walut krajów rozwijających się. W trakcie napływu kapitału rozpowszechniła się również strategia carry-trade, która polegała na finansowaniu się niżej oprocentowaną walutą.

Przypomnijmy sobie następującą sytuację. Średnie oprocentowanie w złotym wynosi 5 proc., a średnie oprocentowanie w japońskim jenie wynosi 1 proc. W zasadzie aż się prosi pożyczyć pieniądze w jenach, wymienić je na złotówki, a następnie zainwestować je na 5 proc. Przy założeniu, że kurs jena do złotego będzie mniej więcej stabilny, będziemy mogli bez problemów zarabiać powiedzmy 4 proc. Odejmie się od tego koszty pośredników i marże, a w kieszeni zostanie czysty zysk. Dodatkowo działał efekt w postaci umacniania się wyżej oprocentowanej waluty. Nie tylko kurs był stabilny. Lepiej, kurs waluty, w której się zadłużyliśmy, spadał. A zatem nie tylko zyskiwaliśmy na odsetkach, ale również na samej zmianie kursu.

W dużym uproszczeniu w oparciu o taką mechanikę oparte są rozmaite operacje walutowe (swapy, CIRSy etc.), które banki oferują sobie nawzajem, ale również swoim klientom. Takie operacje można otwierać również na wysokiej dźwigni. I tak na przykład klient dostarczając ledwie 10 proc. zabezpieczenia, może obracać dziesięć razy większym kapitałem. Dzięki temu zarobi nie 4 proc., ale aż 40 proc. Wszystko przy założeniu, że kurs będzie stabilny. Zaś jeśli kurs złotego podskoczy o 10 proc., to okaże się, że można zarobić nawet w parę dni drugie tyle kapitału niż się włożyło. Oczywiście osłabienie złotego o 10 proc. sprawi, że cały kapitał przepadnie. A jeśli kurs osłabnie jeszcze bardziej, to może się okazać, że nie tylko nie wystarczy zabezpieczenia, ale staniemy się poważnymi dłużnikami banku.

W największym skrócie tak stało się z niektórymi inwestorami po upadku Lehman Brothers, kiedy rozpoczął się światowy krach kredytowy. To oznaczało po pierwsze odpływ kapitału z rynków słabszych, rozwijających się, a po drugie oznaczało konieczność zamykania carry trade, co sprzyjało wzmacnianiu waluty, w której się wzięło dług.

W efekcie jen umocnił się dwukrotnie. A to oznaczało bardzo bolesne konsekwencje dla tych, którzy się w nim finansowali (zwłaszcza na dźwigni). Jak zwrócił uwagę pewien bankier kilka tygodni po upadku Lehmana: rynek carry trade jest w zasadzie martwy. To również po tych zawirowaniach głos zaczął zabierać premier Waldemar Pawlak, sugerując, że należy pomagać firmom, które ucierpiały na opcjach walutowych.

Problem za jakiś czas ucichł, ale krach kredytowy dobitnie pokazał, że problem może powrócić. I powrócił w ostatnim czasie w przypadku kolejnej waluty, szwajcarskiego franka (choć ten również aprecjonował się w czasie podobnym co jen, ale w mniejszym stopniu).

Banki nie kupowały franków?

W trakcie dyskusji o obecnej sytuacji padają rozmaite argumenty. I o ile można mieć z pewnością zastrzeżenia do banków, o tyle niezwykle nietrafione jest twierdzenie, że banki w ogóle nie kupowały franków i księgowały wszystko w złotych. No cóż – nie ma akurat nic dziwnego w tym, że polska firma, poddana nadzorowi i zasadom księgowości w Polsce, prowadzi swoje rachunki w polskim złotym. Jednocześnie warto sobie zdać sprawę z tego, że banki raczej w większości przypadków musiały kupić franki, lub też w zasadzie kupić swapy walutowe na franki, co de facto sprowadza się do tego samego.

Dlaczego? Nie jest tajemnicą, że banki oferowały niższe raty i oprocentowanie na kredyty we frankach aniżeli w wypadku kredytów złotowych. Jeśli banki rzeczywiście nie miałyby nic wspólnego z kupowaniem franka w takiej sytuacji, to tak naprawdę musiałyby robić czyste prezenty swoim klientom. I po co w takim razie w ogóle denominacja we frankach? Żeby obstawiać na wzrost kursu za jakiś czas? Po co w takim razie w ogóle udzielanie kredytu we franku? Jeśli banki rzeczywiście wierzyły w to, że na wzroście kursu franka można zarobić, to naprawdę są ku temu lepsze instrumenty niż udzielanie osobie fizycznej długoterminowego kredytu, który może w wypadku aprecjacji dobić klienta, a ich postawić przed poważnymi problemami.

Stąd banki musiały w jakiś sposób sfinansować się frankiem z zagranicy. Mogło to przybierać różne formy. Bezpośredniego kapitału od banku-matki, zadłużenia się na światowym rynku bankowym, lub też uruchomienia swapa walutowego, który może być tak naprawdę pozycją pozabilansową. Niektórzy obecnie oburzają się tym, jak można kredyt długoterminowy finansować taką krótkoterminową pozycją i dlaczego nadzór na to pozwala.

A pytanie brzmi: zgodnie z logiką obecnego systemu, dlaczego miałby nie pozwalać? Przecież taki swap pozwala na coś, czego wymaga się od banku: ubezpieczenie od ryzyka walutowego. Gdyby taki swap nie został uruchomiony wraz z kredytem dla klienta, to bank sam wystawiałby się na ryzyko walutowe i rzeczywiście zakładałby się z klientem o to, że kurs franka wzrośnie. Tylko wtedy znowu wracamy do punktu wyjścia: jeśli bank wierzy w przyszły wzrost kursu, to po co w ogóle zadawać się z osobą fizyczną zamiast obstawić odpowiednią pozycję na rynku walutowym?

Dzięki operacjom walutowym banki mogły udzielić swoim klientom tanich kredytów. I korzystały z tego razem z nimi. Klient otrzymywał tańszy kredyt i przy umacniającym się złotym spłacał malejącą ratę. Bank to niespecjalnie martwiło, ponieważ to, co „tracił” (w pewnym sensie) na racie, zyskiwał z drugiej strony na swapie walutowym. Działa to również w drugą stronę. W przypadku, gdy frank się umacniał, bank tracił na swapie walutowym, ale strata jest w takim wypadku pokrywana przez rosnącą ratę klienta.

Dlatego w takim wypadku sugestia przewalutowania kredytu frankowego dzisiaj po kursie historycznym oznacza, że banki będą musiały ponieść straty. Klient przewalutuje po kursie przeszłym, ale bank nie będzie mógł zamknąć i rozliczyć swojego swapa z zagranicznym bankiem po kursie historycznym. Ich historia nie interesuje.

Jak bardzo poważna będzie to strata i obciążenie trudno powiedzieć, bo wszystko zależy od indywidualnej sytuacji. I nawet zerknięcie do bilansów może niewiele dać, ponieważ wiele może być ukryte w pozycjach pozabilansowych. Co więcej, banki już bez tego mają problemy, ponieważ wartość ich aktywów, kredytów, wzrasta, przez co mogą nie spełnić wymogów regulacyjnych. Obciążenie ich dodatkowo stratami z powodu zamknięcia swapów (i przewalutowania po historycznym kursie) może oznaczać w takim wypadku bardzo poważne problemy.

Rozważania te oczywiście nie zmieniają faktu, że banki nie zachowują się fair w sprawie ujemnych odsetek. Absurdem jest twierdzenie jednego z przedstawicieli banków, że kredyt nie może być ujemne oprocentowany w sytuacji, gdy same banki zyskują ujemny procent na franku. Banki obecnie na rynku bankowym korzystają bowiem na ujemnym oprocentowaniu ich franków w zawartym swapie walutowym. Oznacza to, że mogą się bez problemów podzielić zyskiem z klientem detalicznym, tym bardziej, że tego wymaga od nich zawarta umowa.

Istotna jest również uwaga o spreadach walutowych, które banki sobie kształtowały całkowicie dowolnie. Były one tak naprawdę ukrytą opłatą za działalność kredytową, ponieważ dla banków spready walutowe praktycznie nie istnieją. Na międzynarodowym rynku walutowym, w wypadku braku fizycznego przepływu środków i wielkim wolumenie, spready są minimalne i sięgają daleko po przecinku.

Można nawet argumentować, że paradoksalnie obecnie przynoszenie papierowych franków do banku w ramach spłaty raty jest dla samego banku bardziej uciążliwe niż, gdyby dokonano rozliczenia po średnim kursie. A wszystko przez to, że zamiast zawrzeć koszty kredytu otwarcie w opłatach, kamuflowano to w zyskach wynikających z dowolnie nadmiernie kształtowanego spreadu na ratach. Kamuflowanie takich opłat pokazuje niestety, jak bardzo rynek bankowy jest w gruncie rzeczy niekonkurencyjny.

To były te franki czy nie?

Po powyższej analizie ktoś mógłby stwierdzić, że jednak tych franków nie było, skoro nikt nie widział banknotów. Ktoś mógłby mieć pretensję, jak w ogóle można udzielać kredytów, które mogą się wahać nagle o kilkadziesiąt procent.

W porządku, możemy tak uznać, ale idąc tym tropem rozumowania zajdziemy dalej. Wszak czy ktoś przy kupowaniu mieszkania za pomocą kredytu złotowego widzi jakiekolwiek banknoty? W większości przypadków nie. I to nawet gdy takiego kredytu nie ma, to przeniesienie własności następuje, gdy ktoś wejdzie do Internetu i kliknie parę razy myszką. A czy nie można mieć pretensji, gdy kredyt jest udzielany na nieruchomość, tracącą na wartości kilkadziesiąt procent? Albo taką, z której wynajem jest mniej opłacalny niż oprocentowanie lokat na rynku? A czyż nie można się zastanawiać zasadnie nad tym, jaką rolę w operacjach walutowych gra fakt, że po obu stronach świata walutowego istnieją banki centralne dostarczające płynności po z góry określonych stopach? Czyż należy przemilczać fakt, jak bardzo wpływa to na opłacalność swapów i wysokość dźwigni finansowej?

Trudno przemilczeć fakt, że obecna sytuacja z przepływami walutowymi jest pochodną obecnego międzynarodowego systemu pieniężnego i nie sposób jej sobie wyobrazić np. w wypadku, gdyby zamiast płynnych pustych walut istniał na rynku jeden uniwersalny standard monetarny (np. standard złota). Dlatego jeśli ktoś wysuwa argumenty o tym, że tak naprawdę franków nie było, to musi zrobić krok dalej i powiedzieć, że nie ma dolarów, nie ma euro, nie ma złotych, a są tylko zapisy księgowe, pozwalające  – mówiąc za Schumpeterem – tworzyć w systemie bankowym komputerowy kapitał z powietrza. No cóż. Aż ciśnie się na usta: „witamy w austriackiej owczarni”.


Tagi


  • Roland pisze:

    Dlaczego Pan próbuje sugerować, że ci co pobrali kredyty we frankach to wiedzieli o dźwigniach, o carry trade, swapy’ach itp., dodatkowo, że zachowywali się jak na forex?

    Czy nie zauważa Pan, że tu chodzi nie o kurs franka, tylko o ustalone reguły gry, które były asymetryczne?

    Proszę się zapoznać:

    Jak były ustalane te reguły
    1. http://wyborcza.pl/magazyn/1,143016,17302190,Wiedzieliscie.html

    Tu jakie przepisy zostały już załamane
    2. http://www.ekonomia.rp.pl/artykul/705506,1173453.html?p=1

  • Roland pisze:

    Kredyty we frankach najczęściej zaciągano po to, by zaspokoić własne potrzeby mieszkaniowe. To nie był kredyt inwestycyjny.

  • D pisze:

    Świetny artykuł – interesujący i doskonale napisany. Gratulacje dla Autora.

  • MM pisze:

    Panie Rolandzie, nie twierdzę, że ci, co brali kredyty we frankach wiedzieli o dźwigniach (dźwignia dotyczyła tych, który zaczęli mieć problemy z opcjami w 2008 roku). „Frankowicze” na szczęście nie grają na dźwigni swoim kredytem! Bo wtedy dopiero byłaby tragedia.
    Reguły są asymetryczne, to inne sprawa, wynikająca z natury systemu walutowego (ledwie o tym wspominam na koniec).

    W moim artykule chciałem pokazać, że przy okazji sprawy pojawia się wiele niepoprawnych argumentów, np. o tym, że banki w ogóle nie widziały franka, albo że rozliczają się w złotym, albo o tym, że tak łatwo można by przewalutować te kredyty po kursie historycznym. Nie można łatwo, banki widziały franki i rozliczają się w złotym, ponieważ prowadzą działalność w Polsce.

    Teksty, które Pan przytoczył oczywiście znam. Proszę tylko zauwazyć, że ja z nimi akurat nie polemizuję (szczególnie świetny jest tekst z „Rzeczpospolitej”). One zwracają tak naprawdę uwagę na margines problemu. „Frankowicze” mają obecnie kłopoty nie przez spready, ale przez wzrost średniego kursu franka na rynku walutowym. A tutaj wina samych banków akurat żadna. A to, że banki nie grały do końca fair w pewnych przypadkach, to oczywiście prawda (jak piszę w tekście w wypadku spreadu i ujemnego LIBORu).

    To jednak (wszystko na to wskazuje) zostanie rozwiązane. Spready już zostały załatwione, a uznanie ujemnego LIBORu również jest kwestią czasu.

    Ale czy to załatwia sprawę wzrostu samego kursu franka? Z pewnością nie.

    Dziękuję za komentarz.
    Pozdrowienia

  • kazik pisze:

    Dobry tekst, to co pisał Rafał Hirsch na blogu rzeczywiście nie trzymało się kupy…przecież jakoś banki musiały finansować te kredyty
    http://tvn24bis.pl/blog-rafala-hirscha,94/rafal-hirsch-wyjasnia-na-czym-polega-kredyt-we-franku-szwajcarskim,508666.html

    z drugiej strony autor trochę jak Marx:) stawia dobra diagnozę, ale podsuwa złe rozwiązanie… w strefie euro mielimy „uniwersalny standard monetarny” a i tak przepływy kapitału – pomiędzy centrum a peryferiami – napompowały banki spekulacyjne na południu Europy

  • rob pisze:

    Generalnie się zgadzam tylko problem polega na nierównomiernym rozłożeniu ryzyk. Gdyby faktycznie zabezpieczeniem kredytu była nieruchomość i tylko nieruchomość to bank udzielający kredytu trochę inaczej by szacował swoje ryzyko i nie udzielałby tak chętnie kredytu w CHF. W chwili obecnej bank ponosi mniejsze ryzyko bo jeżeli sprzedaż nieruchomości nie pokrywa zobowiązania to bank ściga dalej (magiczny bankowy tytuł wykonawczy). Rodzi to jeszcze jedną patologię, banku nie interesuje tak naprawdę za jaką kwotę nieruchomość zostanie sprzedana vide komornik z pod Łodzi sprzedaje za 10% wartości ciągnik wart 100 tyś (wiem że to nie jest nieruchomaość ale myślićie że z nieruchomościami jest inaczej?)

  • MM pisze:

    Ad Kazik,

    nie Marx, tylko Lenin! ;)

    A bardziej na serio – Europa ma swoje problemy, ale na pewno nie są nimi swapy walutowe, więc jakby nie patrzeć wspólny standard wyeliminował problemy wynikające z różnych płynnych pustych walut.

  • adrian pisze:

    Jezeli bylo asymetrycznie to trzeba bylo niebrac kredytu, chcacemu nie dzieje sie krzywda. Jezeli odstapimy od tego zalozenia to cala reszta uczesynikow rynku bedzie musiala placic za bezmyslnosc i niefrasobliwosc frankowiczow

  • ABZ pisze:

    W chaosie pomysłów które mają uzdrowić tykającą bombę frankową pojawiają się pomysły delikatnie mówiąc postawione na głowie.
    Proszę nie mylić sprawcy z ofiarą. To banki stworzyły cały ten majdan, kredyt w formie opcji walutowych, produkt skrajnie spekulacyjny, z wszelkim możliwym ryzykiem po stronie kredytobiorcy. To banki przygotowywały umowy, a następnie wciskały je wszelkimi możliwymi sposobami Polakom.
    W każdym normalnym kraju złodziej dawno byłby osądzony i skazany.
    To czy banki stosowały swapy walutowe, to mniej więcej z gatunku pytań czy włamywacz posłużył się łomem czy może wytrychem ?

  • qrem pisze:

    @Roland
    Ha, ha,ha, własne potrzeby. Podoba mi się taka argumentacja lemingów. Jesteś na dobrej drodze aby zrozumieć o co chodzi tylko musisz przeprowadzić tę analizę. To na co przeznaczy pieniądze z kredytu klient jest tylko i wyłącznie jego sprawą . Aby zaspokoić swoje potrzeby, nawet najbardziej podstawowe trzeba sobie najpierw na nie zarobić. Wytwarzając je(jedzenie, mieszkanie) lub wytwarzając inne za które ktoś chce dać pieniądze(środek ułatwiający transfer towarów). Kredyt konsumpcyjny to produkt dla bogatych którzy chcą i są w stanie zapłacić dużo więcej za luksus posiadania czegoś wcześniej. Czas najwyższy aby lemingi to zrozumiały.

  • retor pisze:

    Jakoś mi nie wcisnęli kredytu. Dodatkowo, nie przypominam sobie abym musiał specjalnie uciekać i się chować przed bankierami.

  • antybankowiec pisze:

    Banki wcale nie przełkną franka, bo niczego nie zamierzają przełykać. One po prostu mają kredytobiorców gdzieś. W USA są kredyty zabezpieczające ryzyko kredytobiorcy lub odpowiedzialność kredytobiorcy ograniczona jest do wysokości wartości nieruchomości. U nas całe ryzyko przerzucone jest na klienta. A to dlatego, że nie mamy żadnego prawa, co stawia polski system bankowy w uprzywilejowanej pozycji. Polski system bankowy jest najsilniejszym i najbardziej zyskownym sektorem bankowym na świecie. Wszędzie w EU i USA bankrutują banki, a w Polsce kredytobiorcy Płacimy za brak prawa, prywatę i fatalne zarządzanie w bankach. Frankowicze nie chcą pomocy. Oni chcą dobrego prawa, ochrony konsumenta i dobrego zarządzania ryzykiem w bankach. Chcą usługi na odpowiednim poziomie.

  • abc pisze:

    @antybankowiec
    Jesteśmy w PL – jak chcesz ubezpieczenie to sobie kup. Bez względu na walutę wszyscy mają tak samo.
    Ryzyko jest symetrycznie, kurs spada rata spada kurs rośnie rata rośnie (dla klienta). Kredytobiorcy biorą na siebie ryzyko kursowe, a bank ryzyko stopy procentowej i płynności.
    Piszesz że banki w PL nie bankrutują a potem dodajesz że są źle zarządzane.. To musisz się zdecydować

  • Piotr pisze:

    Panie Mateszu. Ale jednak „Trybunał Sprawiedliwości UE stwierdził m.in., że w umowie kredytu indeksowanego według kursu waluty obcej, kurs tej waluty służy jedynie do określenia wysokości raty kredytu. Bank nie świadczy usługi wymiany waluty, a więc tzw. spreadowi walutowemu (różnicy pomiędzy kursem sprzedaży i kursem kupna waluty), którego ciężar musi ponieść kredytobiorca, nie odpowiada żadne świadczenie banku. Spostrzeżenie TSUE jest z jednej strony oczywiste, z drugiej zaś często bywa zapominane”.

  • MHF pisze:

    Czy pan Jan Krzysztof Bielecki w wywiadzie dla Wyborczej kłamie?

    http://wyborcza.pl/magazyn/1,137946,15976928,Jak_kusi_kasa__Spowiedz_liberala.html

    Twierdzi, że banki zabezpieczały kredyty jednodniowymi cytuję „trikami”.

  • Rpawelwroc pisze:

    Autor jest zwykłym trolem Bankowym. KNF w trakcie kontroli stwierdził ze zdecydowana większość kredytów CHF była finansowana na rynku miedzybankowym w PLN a nie w CHF.

  • MM pisze:

    Panie Piotrze, zgoda! Sprawa ze spreadami jest nie fair po stronie banków (pamiętajmy jednak, że obecnie problemem jest średni kurs, a nie spready).

    MHF – Pan Bielecki nie kłamie, aczkolwiek określa pejoratywnie („triki”) coś, co nie jest niczym nadzwyczajnym w bankowości – swapy walutowe – o których nota bene piszę w moim tekście.
    Warto pamiętać też dwóch rzeczach. 1. Nie wszystkie banki stosowały swapy, niektóre mogły pożyczać na dłużej (np. od banku matki, albo przez otworzenie CIRSa o dłuższym terminie zapadalności). 2. Dzięki zastosowaniu narzędzia krótkoterminowego można dostosowywać się do stóp. Np. dzięki „trikowi” możliwe jest skorzystanie z ujemnej stopy procentowej. Jeśli bank pożyczył franki na dłużej od zagranicznego podmiotu, to możliwe, że w umowie jest nieprzewidziane ujemne oprocentowanie.

    Rpawelwroc,

    proponuję przeczytać wspomniany przez Pana MHF wywiad z Panem Bieleckim, do tego rzeczowe teksty Pana Samcika oraz Pana Hirsha na temat tego jak banki finansowały kredyty walutowe.

    Do tego proszę o udzielenie odpowiedzi na pytania: 1. Jeśli banki finansowały się w złotych, to dlaczego oprocentowanie było niższe na kredyty walutowe niż na złotowe? 2. Proszę o źródło na temat kontroli KNF. Tak ważne informacje są znacznie bardziej cenne niż wyzwiska.

    ukłony

  • wwalutowani.pl pisze:

    Problem jest taki, że nawet KNF w 2012 r. „objechał” banki za udzielanie kredytów walutowych z depozytów złotowych.
    Czyli jakieś dane na ten temat ma.

    Poza tym pytanie u kogo zabezpieczały się polskie oddziały. Czy przypadkiem instrumenty nie były tak zawierane aby w końcu zarobiła spółka matka?
    Łańcuszek taki mógłby wyglądać ta:
    Spółka córka – instrument w u spółki Cyprus – spółka Helewtus – spółka matkus.

  • wizzz pisze:

    Napisał: „że banki raczej w większości przypadków musiały kupić franki”. Słowo „raczej” jest tu kluczem.

    „Żeby obstawiać na wzrost kursu za jakiś czas? Po co w takim razie w ogóle udzielanie kredytu we franku? Jeśli banki rzeczywiście wierzyły w to, że na wzroście kursu franka można zarobić, to naprawdę są ku temu lepsze instrumenty..”

    Oto jak się rzuca tezy by potem zaraz zaprzeczyć. Socjotechnika. Lepsze instrumenty? Od sterowania podażą (kolokwialnie: pompowania baniek) i wykorzystywania asymetrii informacji z tym związanej nie ma lepszych instrumentów do szybkiego i wielkiego zarobku.

    Ten artykuł mistrzowsko zaciemnia dosyć prosty obraz zjawiska pn. kredyty walutowe, które są po prostu obstawianiem pozycji przez banki na walutach przy pełnej kontroli nad kształtowaniem się podaży tych walut, a jeśli nie kontroli to przynajmniej przy pełnej informacji dotyczącej kształtowania się tej podaży, niewspółmiernej do informacji posiadanej przez klientów banków

  • MM pisze:

    @wizzz,

    używam słowa „raczej”, ponieważ w wypadku każdego banku jest jakiś departament operacji krajowych i w danym momencie (dziś, jutro, pojutrze) pozycja netto banku na ekspozycję walutową może być przechylona w jedną, albo drugą stronę.
    Nie zmienia to faktu, że bank musiałby być szalony, żeby zakładać się z klientem hipotecznym o to, czy kurs pójdzie w górę. To jest ZWYCZAJNIE NIEOPŁACALNE. Dlatego przeprowadzał operacje walutowe. Jeśli bank by wiedział, że frank się umocni, to lepiej obstawić pozycję walutową zamiast wchodzić w długookresowy kredyt klienta, który może stać się niespłacalny. Pan naprawdę myśli, że kłopoty klientów frankowych nie są również kłopotem banku?
    Napisał Pan „przy pełnej kontroli nad kształtowaniem się podaży tych walut” – myli się Pan i to bardzo mocno. Indywidualny bank nie ma kontroli nad kursem walutowym i mieć nie może. Wolumen obrotu jest zbyt duży. I nie ma wcale lepszych informacji od klientów. Np. departamenty inwestycyjne banków komercyjnych, grając na FOREXIE potrafią przejeść w kilku tygodni cały roczny zysk banków pochodzący z ich działalności depozytowej.
    Jestem mocno sceptyczny wobec współczesnego systemu bankowego i zmieniłbym go całkowicie, gdybym mógł. Ale szerzeniu nieprawdziwych informacji w każdą stronę należy powiedzieć stanowcze „nie”. Banki pożyczały franki w celu udzielania kredytów frankowych (proszę przeczytać teksty Panów Hirsha i Samcika, gdzie wskazują na konkretne bilansie banków). Ale skoro już sobie teoretyzujemy i mówimy o rzeczach nieprawdziwych – to nawet jeśli by tak nie było, że franki nie zostały pożyczone, to tym gorzej dla klientów. Bo to znaczy, że chcieli zyskiwać na banku i robili to przez długie lata, zakładając się na spadek franka. A jak przyszło w drugą stronę, to nagłe oburzenie, że coś jest nie tak. Jeśli zakład mówi „reszka wygrywasz, orzeł przegrywasz” to z zakładem jest wszystko ok, dopóki nie zacznie wypadać orzeł?

  • Piotrr pisze:

    xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

    Czy naprawdę banki mogą grać na Forexie depozytami klientów?
    Zdaje się, że przynajmniej polskie prawo bankowe na to nie zezwala…
    Ale właściwie chciałem o czym innym.
    Panie Mateuszu, bardzo dobry artykuł; świetnie wyjaśnia kwestię finansowania kredytów walutowych.
    A więc, jak Pan pisze, bank zanim udzieli kredytu we frankach, musi je pożyczyć, co wydaje się dość oczywiste i, co już mniej oczywiste dla laika, nawet jeżeli jest to kredyt jedynie indeksowany we frankach, to również musi te franki w jednej ze wspomnianych przez Pana form pożyczyć. I rozumiem, że w miarę spłacania kredytu przez kredytobiorcę (wprawdzie w złotych, ale zawsze jako aktualny ekwiwalent określonej kwoty we frankach) bank odpowiednio spłaca swojego „frankowego” wierzyciela (od którego pożyczył franki).
    Otóż, jak to się ma do opublikowanego wczoraj w „Rzeczypospolitej” twierdzenia pana Raczko z Zarządu NBP, iż: „Masowe przewalutowanie kredytów w CHF zmusi banki do zakupu za środki złotowe gigantycznej ilości franków szwajcarskich, co w efekcie mocno osłabi złotego wobec walut wymienialnych”. I dalej pan Raczko wyjaśnia: „Znając mechanizm refinansowania kredytów frankowych przez banki, można rozważyć skutki masowego przewalutowania ich na złote. W takim przypadku banki zobowiązane będą do spłacenia zagranicznych wierzycieli, czyli w krótkim czasie będą musiały zakupić na rynku walutowym za środki złotowe gigantyczną ilość franków”.
    Czy zgadza się Pan z tymi twierdzeniami, a jeżeli tak, to z czego wynika ta potrzeba zakupu franków? Czy mógłby Pan to wyjaśnić?

    Pozdrawiam.

  • MM pisze:

    Panie Piotrze,
    Pan Andrzej Raczko z zarządu dokładnie potwierdza to, co napisałem (podobnie jak teksty Panów Hirsha i Samcika na ich blogach). Bank komercyjny w Polsce, w momencie udzielenia kredytu walutowego, musiał pożyczyć w jakiejś formie franki od banku za granicą (w Londynie pewno). W jakiej formie to zależy, może to być odnawialny swap, albo tak zwany CIRS, albo bezpośrednia pożyczka kapitałowa. Załóżmy, że zrobił to CIRSEM, co oznacza pożyczenie franków za granicą i następnie zainwestowanie ich w złote. Jeśli klient teraz przewalutuje kredyt na złotego, to bank jednocześnie zamyka operację CIRS i musi dokonać rozliczenia tej transakcji po rynkowym kursie. Ta operacja działa de facto jak kupowanie franków i podnoszenie dodatkowo kursu.
    Podobny efekt występował w 2008 roku, kiedy masowo zamykano CIRSY przede wszystkim na japońskim jenie.

  • ktoś pisze:

    W końcu ktoś pisze jak to wygląda od strony technicznej a nie ogólnikowo. Niestety tematyka poruszana w ogolnej debacie nie zwiera zagadnień związanych bezpośrednio z inzynierią finansową. Ludzie nie rozumieją(jak Pan Machaj wspomniał), że dzisiaj to kliknięcie myszką a nie fizyczna waluta w skarbcu. Do tego zagadnienia takie jak NDF czy CFD czyli rozliczenie różnic kursowych.

    Warto może napisać osobny artykuł co to są
    IRS, CIRSy, FRAsy, SWAPy itp żeby ludzie zrozumieli o co w tym wszystkim chodzi.

    Pozdrowiania dla p. Machaja (Oppeln).

  • Kazimierz pisze:

    No to proszę link do tego raportu trollu frankowy … Ja o takim raporcie nie słyszałem …

  • Ryszard Styczynski pisze:

    Drogi Panie,

    dziękuję za bardzo dokładny opis możliwości technicznych dostępnych w bankowości. Proszę pozwolić że zadam pytanie jak zastosowanie tych narzędzi ma się do makroekonomii, obowiązującego prawa, oraz uczciwości w działaniach rynkowych.

    Patrząc na opis działania instrumentu swap, odczytuję że to nikt inny tylko banki-matki robią na tym dobry interes. Przykładowo Commerzbank oferuje mBank X CHF, dostaje w zamian Y PLN. Commerzbank kupuje polskie obligacje, a mBank oferuje tani pieniądz polskiemu kredytobiorcy. Obie inwestycje są 100% pewne – rząd Polski, jak na razie, wykupuje obligacje a klient gwarantuje spłatę kredytu całym swoim majątkiem, dogorywającym BTE i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze. Finansowanie akcji kredytowej w opisany przez Pana sposób uwidacznia asymentryczność korzyści stron oraz ewidentny drenaż kapitału z rynku polskiego.

    Mam poważną wątpliwość o zgodność tego typu operacji z Konstytucją RP. Czy wprowadzenie taniego pieniądza do polskiej strefy ekonomicznej nie narusza wyłącznego prawa NBP do kształtowania polityki pieniężnej? Czy nie narusza to art.227? Czy wzrost wartości kapitału, uniemożliwiająca sprzedaż mieszkania nie łamie art.52 ustawy zasadniczej. Są to pytania kluczowe. Niezmiernie ważny jest także aspekt prawny. Interpretując art.358-1 ust.2 k.c. musimy odpowiedzieć na pytanie czym jest „pieniądz, oraz czym jest „miernik wartości” użyty przez ustawodawcę. Jakie są funkcje pieniądza oraz jakie były intencje ustawodawcy gdy wprowadzał waloryzację. Nie można zapomnieć również czym jest zasada ekwiwalentności świadczeń stron będąca podstawą księgi zobowiązań k.c.. Należy także zadać pytanie o dowolność w zawieraniu umów w świetle relacji k.c. i p.b. Lista pytań zapewne nie jest pełna.

    Na powyższe próbuję odpowiedzieć w felietonie: plus.google.com/+RyszardStyczynski/posts/9o6LoE4R3Es oraz troszkę bardziej technicznej analizie: plus.google.com/+RyszardStyczynski/posts/1vcRNy5QATi Dogłębnie opisuję problem typów umów i waloryzacji: plus.google.com/+RyszardStyczynski/posts/RX81gC1taEX

    Jest Pan makroekonomistą. Artykuł napisał Pan jednak okiem bankowca. Będę wdzięczny za komentarz od strony makroekonomicznej. Szczególnie dla mnie ważne jest potraktowanie z należyta powagą takich słów jak „pieniądz” oraz określenia „miernik wartości”. Są one zastosowane w k.c. ale nikt inny niż makroekonomista może wyłożyć prawnikom co te słowa znaczą.

    Ryszard Styczyński
    plus.google.com/+RyszardStyczynski

  • sean pisze:

    Zabawne… Czyli w przypadku klauzul niedozwolonych, których w umowach tyle co rodzynek w porządnym bakaliowym cieście już o nieuczciwości banków mowy nie ma? Ot, mała korekta na LIBORze i wszystko znów będzie cacy? Ktoś (nie będę palcem pokazywał kto) tu manipuluje. Celowo?

  • tomasz pisze:

    Tak naprawde to nikt do tej pory nie przedstawił żadnego dowodu na to że banki zabezpieczały się SWAP-ami. A to na tym instrumencie opiera Pan swoją argumentacje. Prosze zauwazyc że znacznie łatwiej i taniej jest zabezpieczyć się przed ryzykiem walutowym instrumentami pochodnymi rynku finansowego. Takie pozycje są utrzymywane do momentu aż kurs nie osiagnie pewnego poziomu po czym mogą zostać zlikwidowane a bank będzie zyskiwał na wyższej wartości kredytu powstałego z powodu wzrostu kursu CHF. Np. jeśli bank udzielił kredytu po kursie 2PLN to otwiera na rynku instrumentów pochodnych odpowiednią pozycję po czym likwiduje ja po wzroście kursu do np. 2,5 PLN. Dlaczego likwiduje? Bo nie musi ponosić kosztów utrzymywania takiego zabezpieczenia po wzroście kursu o 25 % a w przypadku jego spadku może taka pozycje błyskawicznie odnowić. W takim scenariuszu bank ponosi koszty zabezpieczenia swojej pozycji jedynie przez krótki czas po czym przez następne kilkadziesiąt lat czerpie zyski ze wzrostu kursu CHF z takiego kredytu. Pisze Pan o tym że banki mogły grać bezpośrednio na rynku zamiast udzielać kredytów we CHF. Nie do końca. Czym sie skończyła gra na Foreksie widzimy na przykładnie Lehman Brothers tudziez innych banków w 2008 r. Kredyty dla ludności są zawsze bezpieczniejsze a jeśli weźmiemy pod uwagę ze do ich wykreowania bank potrzebuje miec jedynie depozyt zgodny z wartoscia rezerwy czastkowej ( w Polsce 3,5%) to dochodzimy do wniosku że takie kredyty to dla banków złoty interes.

Dodaj komentarz


trzy − = 2

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane