W dyskusji o sytuacji klientów zadłużonych we frankach pada wiele argumentów wskazujących na słabą wiedzę o przepływie kapitału, z którego powstaje m.in. kredyt. Banki udzielające frankowych kredytów nie są bez winy, ale nie jest też prawdą, że jedyne ich ryzyko ponosili ci, którzy zaciągali takie kredyty. Łatwo w tej sytuacji o recepty mogące narobić więcej szkód niż przynieść korzyści.

Początek XXI wieku charakteryzował się ogromną światową bańką na rynku aktywów (nie tylko nieruchomości), finansowaną ekspansją pieniądza i kredytu. Wraz z nią doszło do lokalnych aprecjacji walut krajów rozwijających się. W trakcie napływu kapitału rozpowszechniła się również strategia carry-trade, która polegała na finansowaniu się niżej oprocentowaną walutą.

Przypomnijmy sobie następującą sytuację. Średnie oprocentowanie w złotym wynosi 5 proc., a średnie oprocentowanie w japońskim jenie wynosi 1 proc. W zasadzie aż się prosi pożyczyć pieniądze w jenach, wymienić je na złotówki, a następnie zainwestować je na 5 proc. Przy założeniu, że kurs jena do złotego będzie mniej więcej stabilny, będziemy mogli bez problemów zarabiać powiedzmy 4 proc. Odejmie się od tego koszty pośredników i marże, a w kieszeni zostanie czysty zysk. Dodatkowo działał efekt w postaci umacniania się wyżej oprocentowanej waluty. Nie tylko kurs był stabilny. Lepiej, kurs waluty, w której się zadłużyliśmy, spadał. A zatem nie tylko zyskiwaliśmy na odsetkach, ale również na samej zmianie kursu.

W dużym uproszczeniu w oparciu o taką mechanikę oparte są rozmaite operacje walutowe (swapy, CIRSy etc.), które banki oferują sobie nawzajem, ale również swoim klientom. Takie operacje można otwierać również na wysokiej dźwigni. I tak na przykład klient dostarczając ledwie 10 proc. zabezpieczenia, może obracać dziesięć razy większym kapitałem. Dzięki temu zarobi nie 4 proc., ale aż 40 proc. Wszystko przy założeniu, że kurs będzie stabilny. Zaś jeśli kurs złotego podskoczy o 10 proc., to okaże się, że można zarobić nawet w parę dni drugie tyle kapitału niż się włożyło. Oczywiście osłabienie złotego o 10 proc. sprawi, że cały kapitał przepadnie. A jeśli kurs osłabnie jeszcze bardziej, to może się okazać, że nie tylko nie wystarczy zabezpieczenia, ale staniemy się poważnymi dłużnikami banku.

W największym skrócie tak stało się z niektórymi inwestorami po upadku Lehman Brothers, kiedy rozpoczął się światowy krach kredytowy. To oznaczało po pierwsze odpływ kapitału z rynków słabszych, rozwijających się, a po drugie oznaczało konieczność zamykania carry trade, co sprzyjało wzmacnianiu waluty, w której się wzięło dług.

W efekcie jen umocnił się dwukrotnie. A to oznaczało bardzo bolesne konsekwencje dla tych, którzy się w nim finansowali (zwłaszcza na dźwigni). Jak zwrócił uwagę pewien bankier kilka tygodni po upadku Lehmana: rynek carry trade jest w zasadzie martwy. To również po tych zawirowaniach głos zaczął zabierać premier Waldemar Pawlak, sugerując, że należy pomagać firmom, które ucierpiały na opcjach walutowych.

Problem za jakiś czas ucichł, ale krach kredytowy dobitnie pokazał, że problem może powrócić. I powrócił w ostatnim czasie w przypadku kolejnej waluty, szwajcarskiego franka (choć ten również aprecjonował się w czasie podobnym co jen, ale w mniejszym stopniu).

Banki nie kupowały franków?

W trakcie dyskusji o obecnej sytuacji padają rozmaite argumenty. I o ile można mieć z pewnością zastrzeżenia do banków, o tyle niezwykle nietrafione jest twierdzenie, że banki w ogóle nie kupowały franków i księgowały wszystko w złotych. No cóż – nie ma akurat nic dziwnego w tym, że polska firma, poddana nadzorowi i zasadom księgowości w Polsce, prowadzi swoje rachunki w polskim złotym. Jednocześnie warto sobie zdać sprawę z tego, że banki raczej w większości przypadków musiały kupić franki, lub też w zasadzie kupić swapy walutowe na franki, co de facto sprowadza się do tego samego.

Dlaczego? Nie jest tajemnicą, że banki oferowały niższe raty i oprocentowanie na kredyty we frankach aniżeli w wypadku kredytów złotowych. Jeśli banki rzeczywiście nie miałyby nic wspólnego z kupowaniem franka w takiej sytuacji, to tak naprawdę musiałyby robić czyste prezenty swoim klientom. I po co w takim razie w ogóle denominacja we frankach? Żeby obstawiać na wzrost kursu za jakiś czas? Po co w takim razie w ogóle udzielanie kredytu we franku? Jeśli banki rzeczywiście wierzyły w to, że na wzroście kursu franka można zarobić, to naprawdę są ku temu lepsze instrumenty niż udzielanie osobie fizycznej długoterminowego kredytu, który może w wypadku aprecjacji dobić klienta, a ich postawić przed poważnymi problemami.

Stąd banki musiały w jakiś sposób sfinansować się frankiem z zagranicy. Mogło to przybierać różne formy. Bezpośredniego kapitału od banku-matki, zadłużenia się na światowym rynku bankowym, lub też uruchomienia swapa walutowego, który może być tak naprawdę pozycją pozabilansową. Niektórzy obecnie oburzają się tym, jak można kredyt długoterminowy finansować taką krótkoterminową pozycją i dlaczego nadzór na to pozwala.

A pytanie brzmi: zgodnie z logiką obecnego systemu, dlaczego miałby nie pozwalać? Przecież taki swap pozwala na coś, czego wymaga się od banku: ubezpieczenie od ryzyka walutowego. Gdyby taki swap nie został uruchomiony wraz z kredytem dla klienta, to bank sam wystawiałby się na ryzyko walutowe i rzeczywiście zakładałby się z klientem o to, że kurs franka wzrośnie. Tylko wtedy znowu wracamy do punktu wyjścia: jeśli bank wierzy w przyszły wzrost kursu, to po co w ogóle zadawać się z osobą fizyczną zamiast obstawić odpowiednią pozycję na rynku walutowym?

Dzięki operacjom walutowym banki mogły udzielić swoim klientom tanich kredytów. I korzystały z tego razem z nimi. Klient otrzymywał tańszy kredyt i przy umacniającym się złotym spłacał malejącą ratę. Bank to niespecjalnie martwiło, ponieważ to, co „tracił” (w pewnym sensie) na racie, zyskiwał z drugiej strony na swapie walutowym. Działa to również w drugą stronę. W przypadku, gdy frank się umacniał, bank tracił na swapie walutowym, ale strata jest w takim wypadku pokrywana przez rosnącą ratę klienta.

Dlatego w takim wypadku sugestia przewalutowania kredytu frankowego dzisiaj po kursie historycznym oznacza, że banki będą musiały ponieść straty. Klient przewalutuje po kursie przeszłym, ale bank nie będzie mógł zamknąć i rozliczyć swojego swapa z zagranicznym bankiem po kursie historycznym. Ich historia nie interesuje.

Jak bardzo poważna będzie to strata i obciążenie trudno powiedzieć, bo wszystko zależy od indywidualnej sytuacji. I nawet zerknięcie do bilansów może niewiele dać, ponieważ wiele może być ukryte w pozycjach pozabilansowych. Co więcej, banki już bez tego mają problemy, ponieważ wartość ich aktywów, kredytów, wzrasta, przez co mogą nie spełnić wymogów regulacyjnych. Obciążenie ich dodatkowo stratami z powodu zamknięcia swapów (i przewalutowania po historycznym kursie) może oznaczać w takim wypadku bardzo poważne problemy.

Rozważania te oczywiście nie zmieniają faktu, że banki nie zachowują się fair w sprawie ujemnych odsetek. Absurdem jest twierdzenie jednego z przedstawicieli banków, że kredyt nie może być ujemne oprocentowany w sytuacji, gdy same banki zyskują ujemny procent na franku. Banki obecnie na rynku bankowym korzystają bowiem na ujemnym oprocentowaniu ich franków w zawartym swapie walutowym. Oznacza to, że mogą się bez problemów podzielić zyskiem z klientem detalicznym, tym bardziej, że tego wymaga od nich zawarta umowa.

Istotna jest również uwaga o spreadach walutowych, które banki sobie kształtowały całkowicie dowolnie. Były one tak naprawdę ukrytą opłatą za działalność kredytową, ponieważ dla banków spready walutowe praktycznie nie istnieją. Na międzynarodowym rynku walutowym, w wypadku braku fizycznego przepływu środków i wielkim wolumenie, spready są minimalne i sięgają daleko po przecinku.

Można nawet argumentować, że paradoksalnie obecnie przynoszenie papierowych franków do banku w ramach spłaty raty jest dla samego banku bardziej uciążliwe niż, gdyby dokonano rozliczenia po średnim kursie. A wszystko przez to, że zamiast zawrzeć koszty kredytu otwarcie w opłatach, kamuflowano to w zyskach wynikających z dowolnie nadmiernie kształtowanego spreadu na ratach. Kamuflowanie takich opłat pokazuje niestety, jak bardzo rynek bankowy jest w gruncie rzeczy niekonkurencyjny.

To były te franki czy nie?

Po powyższej analizie ktoś mógłby stwierdzić, że jednak tych franków nie było, skoro nikt nie widział banknotów. Ktoś mógłby mieć pretensję, jak w ogóle można udzielać kredytów, które mogą się wahać nagle o kilkadziesiąt procent.

W porządku, możemy tak uznać, ale idąc tym tropem rozumowania zajdziemy dalej. Wszak czy ktoś przy kupowaniu mieszkania za pomocą kredytu złotowego widzi jakiekolwiek banknoty? W większości przypadków nie. I to nawet gdy takiego kredytu nie ma, to przeniesienie własności następuje, gdy ktoś wejdzie do Internetu i kliknie parę razy myszką. A czy nie można mieć pretensji, gdy kredyt jest udzielany na nieruchomość, tracącą na wartości kilkadziesiąt procent? Albo taką, z której wynajem jest mniej opłacalny niż oprocentowanie lokat na rynku? A czyż nie można się zastanawiać zasadnie nad tym, jaką rolę w operacjach walutowych gra fakt, że po obu stronach świata walutowego istnieją banki centralne dostarczające płynności po z góry określonych stopach? Czyż należy przemilczać fakt, jak bardzo wpływa to na opłacalność swapów i wysokość dźwigni finansowej?

Trudno przemilczeć fakt, że obecna sytuacja z przepływami walutowymi jest pochodną obecnego międzynarodowego systemu pieniężnego i nie sposób jej sobie wyobrazić np. w wypadku, gdyby zamiast płynnych pustych walut istniał na rynku jeden uniwersalny standard monetarny (np. standard złota). Dlatego jeśli ktoś wysuwa argumenty o tym, że tak naprawdę franków nie było, to musi zrobić krok dalej i powiedzieć, że nie ma dolarów, nie ma euro, nie ma złotych, a są tylko zapisy księgowe, pozwalające  – mówiąc za Schumpeterem – tworzyć w systemie bankowym komputerowy kapitał z powietrza. No cóż. Aż ciśnie się na usta: „witamy w austriackiej owczarni”.