Atomowe umowy z Rosją nie podobają się Węgrom

23.12.2014
Moskwa i Budapeszt niespodziewanie szybko podpisały 9 grudnia umowy w sprawie budowy w węgierskim Paks kolejnej elektrowni atomowej o łącznej mocy 2400 MW. Oceniane jako niepotrzebne kosztowne inwestycje mogą się stać symbolem oporu obywateli wobec polityki Fideszu.

(CC By NC SA jose rodriguez)


Zgodnie z międzyrządowym porozumieniem ze stycznia 2014 r. siłownia powstanie obok działającej tam już elektrowni atomowej z 1983 r. Głównym źródłem finansowania inwestycji ma być rosyjski kredyt w wysokości 10 mld euro.

Strony umów to węgierski MVM Paks II Atomerőmű Fejlesztő Zrt. i rosyjska spółka akcyjna Nizhny Novgorod Engineering Company Atomenergoproekt. Głównym wykonawcą inwestycji zostanie jednak działający tam na wyłączność i znajdujący się pod bezpośrednią kontrolą Kremla rosyjski koncern Rosatom. Ze strony węgierskiej inwestycja nadzorowana jest bezpośrednio przez rząd.

Nierówne zobowiązania

Pierwsza z grudniowych umów ustala warunki planowania i dostawy odpowiednich urządzeń oraz wykonania nowych bloków. Druga opisuje parametry eksploatacji i konserwacji elektrowni, a trzecia reguluje warunki dostawy paliw z Rosji oraz zagospodarowania wypalonych kaset jądrowych (zespołów paliwowych). Niezależni eksperci twierdzą, że z punktu widzenia interesów Węgier większość warunków tych trzech umów jest co najmniej kontrowersyjna. Zwracają przede wszystkim uwagę, że w przypadku jakichkolwiek kłopotów większość ryzyka ponosi kupujący, zaś sprzedający otrzymał gwarancje przychodów i rozległe możliwości uciekania od odpowiedzialności.

Wydaje się, że najbardziej niekorzystne są warunki dostawy paliw i utylizacji odpadów nuklearnych. Węgry mają obowiązek kupowania paliw jądrowych od Rosji przez 20 lat, a ceny zostały ustalone według niezmiennego schematu, który ma obowiązywać przez cały ten okres. Gdyby nawet ceny rynkowe kaset jądrowych spadły, wysokość rachunków wystawianych Budapesztowi się nie zmieni. W sprawie odpadów nuklearnych ustalono zaś, że strona rosyjska będzie je odbierać na podstawie każdorazowego zamówienia Węgrów i przechowywać tylko przez 20 lat, po czym im je odda. Węgrzy sami będą musieli zapewnić odpowiednie warunki dalszego magazynowania, co według szacunków tutejszych ekspertów oznacza koszty sięgające setek miliardów forintów.

Attila Aszódi, pełnomocnik rządu ds. budowy elektrowni, twierdzi stanowczo, że koszty inwestycji zmieszczą się w granicach 12,5 mld euro, z czego 10 mld pokryje rosyjski kredyt. Dementuje pogłoski, że po jakimś czasie i pod określonymi warunkami elektrownia miałaby przejść na własność strony rosyjskiej. Plotki pojawiają się co rusz, a podsyca je brak wiedzy o utajnionych przez władze szczegółach umów. Nie było też społecznej i eksperckiej dyskusji w okresie przygotowywania decyzji. Na dzień przed styczniowym wyjazdem premiera Viktora Orbána do Moskwy w oficjalnym programie jego wizyty nie było nawet wzmianki o zamiarze zawarcia porozumienia w sprawie elektrowni.

Gry dyplomatyczne

Dużo daje również do myślenia pośpiech towarzyszący podpisaniu grudniowych umów handlowych. W tle są drastycznie pogarszające się stosunki amerykańsko-węgierskie, których poprawie nie sprzyja prorosyjskie stanowisko Budapesztu w konflikcie ukraińsko-rosyjskim, niechęć wyrażana przez Węgry wobec sankcji przeciwko Rosji, a także demonstracyjne poparcie przez Viktora Orbána źle postrzeganego w Waszyngtonie gazociągu South Stream. Węgierska prasa rządowa pisze otwarcie, że amerykańska decyzja o uznaniu sześciu węgierskich urzędników, a wśród nich szefowej tutejszych służb skarbowych, za personae non gratae w związku z zarzutami korupcji jest amerykańską zemstą za niezależną politykę energetyczną Węgier.

Na zapleczu stosunków dwustronnych toczą się gry i zabawy. Szefowa skarbówki zaprzeczyła oczywiście oskarżeniom, więc premier Orbán wezwał ją z trybuny parlamentarnej do pozwania przed sąd chargé d’affaires ambasady amerykańskiej w Budapeszcie lub złożenia urzędu. Pozew jest już w sądzie, lecz dyplomata ma immunitet, z którego nie zrezygnuje, czego premier powinien się był raczej domyślać.

Z agendy bieżącej nie chcą też zejść kwestie kosztów elektrowni atomowej. Tutejsi eksperci przypominają, że w rządowych kalkulacjach nie bierze się pod uwagę, że tego typu przedsięwzięcia prawie nigdy nie kończą się w przewidywanym terminie i w ramach zaplanowanych kosztów, w czym budowy prowadzone przez Rosjan nie są wyjątkiem, tylko dobitnym tej reguły potwierdzeniem. Jeśli założyć opóźnienia i dodać koszty połączenia siłowni z systemem elektroenergetycznym kraju, to całkowite koszty rzeczywiste mogą przekroczyć nawet 20 mld euro.

Równie dobrze mogą być jeszcze większe. Zamówione reaktory VVER są chłodzone wodą, której potrzeba bardzo dużo. Oznacza to konieczność wybudowania specjalnego systemu z wieżami chłodzenia. Ponieważ w ostatnich latach stan wody na Dunaju w okolicach Paksu często jest niski, to już teraz są pewne kłopoty z uzyskaniem odpowiedniej ilości wody. Na dodatek po ukończeniu EJ Paks II, przez sześć, osiem lat cztery stare i dwa nowe bloki będą eksploatowane równocześnie i prawdopodobnie trzeba będzie wybudować tamę na Dunaju.

Sporo krytycznych uwag słychać także w sprawie rentowności elektrowni. Sam Attila Aszódi przed mianowaniem na stanowisko pełnomocnika twierdził, że kalkulowany na 13 forintów koszt wytworzenia jednego kilowata będzie w rzeczywistości będzie dwa razy wyższy. Spory wywołuje także udział węgierskich firm w budowie elektrowni. Rząd chwalił się, że wyniesie on przynajmniej 40 proc., ale w umowie z Rosjanami mowa jest jedynie o tym, że strona rosyjska podejmie starania o osiągniecie owych 40 proc.

Po podpisaniu trzech umów Attila Aszódi powiedział, że już na początku 2015 r. zaczną się prace nad dostosowaniem rosyjskich planów budowlanych do przepisów i norm węgierskich. Potem przyjdzie kolej na zbadanie terenu inwestycji i rozpoczęty zostanie proces uzyskiwania odpowiednich zezwoleń. Przez sześć lat, licząc od startu w 2018 r., z ziemi wyrosną mury i budowle, zaś dwa nowe bloki ruszą w 2025 lub 2026 r. Sukcesywne wyłączanie czterech starych bloków EJ Paks I o mocy 500 MW każdy rozpocząć się ma w roku 2032.

Polityka – energetyka

Choć umowy z Rosjanami są podpisane, to do dziś nie ma wymaganej zgody Brukseli. Unia Europejska od początku patrzy zaś na tę inwestycję krzywym okiem, bo Budapeszt w ostatnim momencie zrezygnował z przetargu i po skrytych rozmowach wybrał na wykonawców i dostawców Rosjan. Unijnym urzędnikom nie podoba się również model finansowania przedsięwzięcia, bowiem zasady UE zakazują dotowania przez państwo firm energetycznych, a tu kredyt bierze od Rosji państwo węgierskie. W sprawie tej rozpoczęło się postępowanie przeciwko Węgrom, a Bruksela już na początku 2014 r. zwracała uwagę, że w tej sytuacji rząd węgierski nie może wykonać żadnego kroku w kierunku zrealizowania spornego przedsięwzięcia. Jak widać, na rządzie Viktora Orbána nie zrobiło to wrażenia. Pełnomocnik Aszódi jest pełen optymizmu i przekonania, że UE w końcu uzna, że wszystko jest w porządku.

Osoby pamiętające budowę EJ Paks I sugerują, że wg pierwotnych zamierzeń siłownia ta miała rzekomo powstać w Polsce, ale z uwagi na rozwój sytuacji politycznej nad Wisłą w latach 70. XX w. została przeniesiona na Węgry. Mówi się też, że Moskwa chciała podobno zrekompensować w ten sposób Węgrom wykreślenie terytorium ich kraju z przebiegu radzieckich ropociągów „Przyjaźń” i „Braterstwo”, które omijały Węgry z powodu nieufności radzieckiego kierownictwa po powstaniu w roku 1956. Wszystko to podsyca tu opinie, że tak jak w czasach Związku Radzickiego, Moskwa wykorzystuje dziś swoje zasoby energetyczne do wspierania swojej polityki zagranicznej.

Nikt nie może być wszakże całkowicie pewien, że Paks II kiedykolwiek powstanie. Wątpliwości są uzasadnione, bo nie ma na Węgrzech takiej partii opozycyjnej, która nie obiecywałaby zaniechania tej inwestycji albo przynajmniej zbadania jej celowości. Czas nie pracuje zaś dla Władimira Putina, a ostatnio także coraz mniej dla Viktora Orbána i jego ekipy.

Ku zaskoczeniu wszystkich na Węgrzech przybrały na sile nowe ruchy opozycyjne, a polityka wyszła na ulicę. Coraz nowsze grupy społeczeństwa węgierskiego pokazują w manifestacjach swoje niezadowolenie z działań premiera. Wiosną zdobył on aż 44 proc. głosów w wyborach parlamentarnych, co przełożyło się na ponad 2/3 mandatów w parlamencie. Dziś poparcie dla Fideszu szybko spada. Bez przesady można powiedzieć, że od 25 lat żadna partia na Węgrzech nie straciła w tak krótkim czasie tak dużej liczby zwolenników.

Według najnowszego sondażu firmy Medián listopadowa próba wprowadzenia podatku internetowego, a także skandal wywołany odmową wiz amerykańskich dla węgierskich urzędników spowodowały, że Fidesz stracił 900 tys. zwolenników. Poparcie dla tej partii spadło z 38 proc. do 26 proc.

Trzeba tu jednak zaznaczyć, że wyborcy odwracający się od Fideszu wcale nie zasilają obozu partii opozycyjnych. Rośnie jedynie liczba tych Węgrów, którzy nie są w stanie utożsamić się z żadną partą polityczną. Kryje się za tym niebezpieczeństwo dla osłabionej demokracji węgierskiej, chyba nawet groźniejsze niż niepokoje wywołane drogą i niepotrzebną inwestycją energetyczną. Z drugiej strony niewykluczone jest, że kontrowersyjne przedsięwzięcie EJ Paks II może powoli wyrosnąć na symbol sprzeciwu społeczeństwa węgierskiego wobec antyeuropejskiego „otwarcia na Wschód”, jak również całej niekonwencjonalnej polityki Viktora Orbána.


Tagi


Dodaj komentarz


× pięć = 45

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane