Bankom trzeba odebrać możliwość kreowania pieniądza

16.04.2015
Przerośnięty sektor bankowy wpędził Islandię w recesję. – Staliśmy się państwem bankowym. Po kryzysie to się zmieniło, ale żeby efekt był trwały, trzeba ograniczyć władzę kreowania pieniądza do banku centralnego – przekonuje Frosti Sigurjónsson, islandzki ekonomista i polityk, autor raportu „Reforma monetarna”.

Frosti Sigurjónsson


ObserwatorFinansowy.pl: Islandia już się wykurowała po kryzysie finansowym z 2008 r.?

Frosti Sigurjónsson: To był naprawdę poważny kryzys, chyba największy kryzys bankowy w naszej historii. Wzrosło zadłużenie publiczne i prywatne, a wartość naszej korony do euro spadła o 80 proc. Teraz jest już po wszystkim. Zaskakująco szybko wróciliśmy na ścieżkę wzrostu gospodarczego i niskiego, 4-proc. bezrobocia.

Dzięki czemu?

W dużej mierze dzięki szczęściu, np. wyjątkowo obfitym połowom ryb, zwłaszcza makrel. Rybołówstwo jest jedną z głównych branż naszej gospodarki, dźwignią eksportu. Osłabiona korona natomiast wprawdzie sprawiła, że trudniej było nam spłacać długi zaciągnięte w obcych walutach, ale z drugiej strony przyciągnęła do nas mnóstwo turystów. Ruch turystyczny po kryzysie wzrósł o 20 proc., przynosząc dodatkowe przychody i miejsca pracy.

Czyli ożywienie było naturalne – rząd nie pomagał?

Trochę pomagał. Istotny był program dopłat dla zadłużonych gospodarstw finansowany z pieniędzy ze specjalnego podatku nałożonego na banki.

To właśnie banki są powodem naszej rozmowy. Przerost tego sektora nad realną gospodarką uznano na świecie za główną przyczynę kryzysu finansowego. Na Islandii było to szczególnie widoczne…

Tak. Przed kryzysem wartość aktywów bankowych dziesięciokrotnie przewyższała nasze PKB.

To się zmieniło?

O, tak! Ten sektor drastycznie się skurczył. Wiele ze starych instytucji bankowych jest obecnie w trakcie upadłości. Kiedy ten proces się zakończy, będziemy mieć sektor bankowy skrojony na nasze potrzeby: zdrowszy i silniejszy.

To będzie stały efekt? Szczepionka przeciw dużym instytucjom finansowym, jaką był dla obywateli Islandii ostatni kryzys, będzie skuteczna?

Sądzę, że nie znalazłby już posłuchu ktoś, kto by – tak jak to robiono w latach 90. XX w. – przekonywał, że Islandia powinna być państwem opartym na sektorze bankowym. Islandczycy są obecnie bardzo krytyczni wobec finansistów i bankierów. Doszli do przekonania, że powinni oni służyć ludziom, a nie realizować swoje megalomańskie idee. Wielkim błędem Islandii było to, że kiedyś im na to pozwolono. Zawiniła tu także nasza polityka pieniężna, która skupiała się wyłącznie na zapewnieniu stabilności cen i osiągnięciu celu inflacyjnego na poziomie 2,5 proc. To było zbyt uproszczone podejście, pozwalało na stały wzrost podaży pieniądza, który lądował nie w realnej gospodarce (dlatego nie mieliśmy problemów z inflacją), tylko w sektorze bankowym i finansowym. W ciągu 14 przedkryzysowych lat podaż pieniądza wzrosła 19-krotnie!

A jednak uważa Pan, że nadmierny wzrost podaży pieniądza jest wciąż możliwy, skoro zalecenia raportu, który zatytułował Pan „Reforma monetarna”, sprowadzają się do odebrania bankom władzy kreowania nowego pieniądza. Chce ją Pan w całości przekazać bankowi centralnemu? Dlaczego?

Zastanówmy się, jak działa obecny system. Jak pan zauważył, prywatne banki mogą w nim kreować pieniądz. Pozwala na to m.in. tzw. system rezerw cząstkowych. Przyjmując depozyty od klientów, banki traktują je jako podstawę do udzielania kredytów. W związku z tym, że nie są zobowiązane do posiadania w danym czasie 100 proc. pokrycia dla depozytów (czyli 100 proc. rezerwy), udzielają ich na kwoty o wiele wyższe niż wartość depozytów. W ten sposób w gospodarce powstaje zupełnie nowy pieniądz.

Dodajmy, że rezerwy obowiązkowe są obecnie bardzo niskie, więc tego nowego pieniądza powstaje bardzo dużo.

I odbywa się to z zyskiem przede wszystkim dla banków i sektora finansowego. Do 20 proc. zysku banków to wynik zdolności do kreowania pieniędzy. Obecny system finansowy jest więc skonstruowany tak, że banki nie tylko mogą ponad miarę zwiększać podaż pieniądza, lecz również chcą to robić, bo im się to opłaca. Mówię o pieniądzu w sensie wąskim, czyli zsumowanej wartości depozytów i gotówki cyrkulującej w gospodarce.

Gdy przystępowałem do pisania raportu, zastanawiałem się, czy istnieją jakieś sposoby na ograniczenie kreacji pieniądza. W historii stosowano na przykład zasadę, zgodnie z którą zaledwie 10 proc. nowo utworzonego pieniądza może pozostać w sektorze finansowym, a reszta musi wejść w obieg w realnej gospodarce. Takie rozwiązanie wydało mi się przestarzałe. Idea „pieniądza suwerennego”, którą w końcu zaproponowałem, bazuje – jak pan zauważył – na przesunięciu zdolności do kreowania nowego pieniądza wyłącznie na poziom banku centralnego. To bank centralny określałby, jakie potrzeby kredytowe ma gospodarka.

A skąd miałby to wiedzieć? Obecny system swoją siłę czerpie stąd, że banki odpowiadają bezpośrednio na rynkowe zapotrzebowanie, nie muszą pytać banku centralnego o zgodę.

Tak się panu tylko wydaje. Badania ekonomiczne pokazują, że tempo wzrostu podaży pieniądza w realnej gospodarce jest stosunkowo niewielkie i w miarę stabilne. Firmy nie mają nieograniczonego apetytu na kredyt, bo przecież na ich produkty jest w gospodarce tylko ograniczony popyt. Z drugiej strony rynek finansowy jest w stanie asymilować dowolną ilość pieniądza, jego apetyt nie jest więc nigdy zaspokojony. Suwerenny pieniądz ograniczy rozrost sektora finansowego, bo ten nie umie się sam kontrolować i ograniczać. Bank centralny oczywiście nie ma pełnej wiedzy o gospodarce i jej potrzebach, więc jego decyzje nie będą doskonale odzwierciedlać potrzeb rynku, ale na pewno też nigdy nie będzie tak, że w jakimś szalonym zrywie zwiększy 19-krotnie podaż pieniądza! W systemie pieniądza suwerennego nie będzie po prostu motywacji do takich posunięć, zwłaszcza że bank centralny jest niezależny od rządu i ten nie będzie mógł wpływać na jego decyzje.

W systemie, który proponuję, kluczowa byłaby przejrzystość banku centralnego. Musiałby on konkretnie uzasadniać swoje decyzje o zwiększaniu podaży pieniądza, ale nie mógłby się już zajmować lokowaniem nowego pieniądza – o tym decydowałby parlament.

Wdrożenie takiego systemu wymaga czasu i szczególnych przygotowań?

Wystarczy weekend.

Weekend?!

Oczywiście. Zabrać bankom możliwość kreowania nowego pieniądza można jednym aktem prawnym. O wiele dłużej potrwa ściąganie z rynku pieniądza, który wcześniej został przez banki nadmiernie wykreowany. Spłacanie kredytów zaciągniętych w bankach w tych starych „prywatnych” pieniądzach zajmie ludziom i firmom nawet 10 lat. Dopiero potem będzie można tworzyć pieniądz suwerenny.

Czy uważa Pan, że rezerwa cząstkowa to oszustwo? Pański raport wpisuje się w taką narrację…

Lepiej nie używać takich mocnych słów. Według mnie system finansowy w obecnym kształcie się po prostu nie broni. Banki mogą tworzyć coś z niczego i na tym zyskiwać, a gdy powinie im się noga, to biegną po pieniądze podatników. Ten system wyewoluował w ten sposób z różnych powodów i trzeba pomyśleć nad jego reformą.

Bankom się to nie spodoba.

Ale przynajmniej są zainteresowane debatą. Ja myślę, że moja idea jest do zrealizowania. Jestem przekonany, że banki w systemie pieniądza suwerennego także będą przynosić zyski, że system finansowy nadal będzie działał i zarabiał.

Ale mniej.

Niekoniecznie. Systemu, który będzie zależny od banku centralnego, nie trzeba będzie już tak mocno nadzorować. Spadnie liczba regulacji, których teraz jest cała masa, spadnie więc też ich koszt.

Sądzi Pan, że pieniądz suwerenny to idea, którą mogą się zainteresować inne państwa?

Sądzę, że będą się przyglądać, czy zostanie u nas wdrożona i czy się sprawdzi. To po pierwsze. Po drugie nie wydaje mi się, że to, skąd będzie się brała nasza waluta, czyli kto ją będzie kreował, będzie szczególnie ważne dla zagranicy.

Oczywiście, że będzie! Sam kupię trochę takich suwerennych koron. Na pewno będą mocniejsze od innych walut.

Ale po co Panu one?

Żeby je kiedyś sprzedać i zarobić. Musi Pan przecież zdawać sobie sprawę z zagrożenia masową spekulacją na walucie tak małego kraju jak Islandia!

Faktycznie, jest to pewien problem i muszę przyznać, że nie przeanalizowałem go do końca. Sądzę natomiast, że istnieją instrumenty mogące spekulacji zapobiec. Bardzo bym nie chciał, by suwerenna korona stała się walutą międzynarodową.

Zakaże Pan jej wymiany?

Nie, ale można np. taką wymianę jakoś opodatkować. Nie chcemy iść w stronę Szwajcarii. Ich mocny frank stał się walutą międzynarodową i właściwie stracił użyteczność jako instrument wewnętrznej polityki pieniężnej.

Szczerze mówiąc, gdy przeczytałem po raz pierwszy o pańskim raporcie, pomyślałem, że ucieszą się z niego wolnorynkowcy – zwłaszcza zwolennicy standardu złota. Gdy się z nim lepiej zapoznałem, zmieniłem zdanie. Pieniądz suwerenny to wciąż pieniądz z niczego – fiat money. Nie mylę się?

Nie. To nie jest pieniądz towarowy ani pieniądz oparty na złocie. Suwerenny pieniądz istnieje jako zapis elektroniczny.

Dlaczego?

Bo oparcie waluty na złocie uniemożliwia prowadzenie suwerennej i elastycznej polityki pieniężnej. Gospodarka staje się bezbronna wobec szoków. Ponadto gdybyśmy oparli koronę na złocie, jej wartość wzrosłaby tak bardzo, że całkowicie załamałaby się nasza turystyka. Obcokrajowców nie byłoby stać na odwiedziny u nas. Uważam natomiast, że w skali świata jak najbardziej potrzeba eksperymentów w dziedzinie polityki pieniężnej i systemów pieniężnych. Finansowa monokultura jest niebezpieczna, bo ułatwia rozprzestrzenianie się gospodarczych wirusów.

Czy suwerenny pieniądz uodporni gospodarkę na kryzysy?

Tak, bo ograniczy rozrost sektora bankowego, i nie, bo nie ma wpływu na kryzysy, które do nas przychodzą z zewnątrz. Nasza gospodarka to w 50 proc. import i eksport. Jeśli gospodarki naszych partnerów handlowych cierpią, cierpimy i my. Co więcej, Islandia to mała, otwarta gospodarka o niskiej dywersyfikacji przychodów, więc cierpimy relatywnie bardziej. Obawiam się, że strefa euro wpadnie wkrótce w potężne tarapaty związane z właśnie rozpoczętym dodrukiem pieniądza. Pompuje się miliardy w sektor bankowy, powtarzając błędy z przeszłości i tworząc kolejną bańkę. Lepiej byłoby każdemu Europejczykowi dać po 500 euro.

Ta reforma wpłynęłaby fundamentalnie na życie zwykłych ludzi. Czy są oni w stanie zrozumieć skomplikowany świat finansów i bankowości, czy może jest on już zbyt mocno oderwany od rzeczywistości?

To kwestia edukacji. Jeśli nauczymy ludzi, jak działa system, będzie łatwiej tłumaczyć im bieżące problemy i potencjalne rozwiązania. Nawet te wywrotowe. Zauważyłem, że osoby poznające tajniki finansów i bankowości najpierw są w szoku, a potem chcą się dowiedzieć więcej i więcej i mocniej angażują się w dyskusje o polityce ekonomicznej.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Frosti Sigurjónsson – islandzki ekonomista i finansista, polityk. Członek Komisji ds. handlu zagranicznego i spraw gospodarczych działającej przy parlamencie Islandii.

 


Tagi


  • Tomasz Urbaś pisze:

    W 2009 r. pisałem o takim systemie w artykule „Wady i potrzeby naszych systemów bankowych”. Zaproponowałem również opcję zgodną z propozycją Sigurjónssona „Pompuje się miliardy w sektor bankowy, powtarzając błędy z przeszłości i tworząc kolejną bańkę. Lepiej byłoby każdemu Europejczykowi dać po 500 euro.”. Wtady to było science i political fiction. Dzisiaj zaczyna się o tym dyskutować. W 2012 r. temat pełnych rezerw przychylnie przedstawili pracownicy MFW w ” The Chicago Plan Revisited”

  • Grzegorz Hansen pisze:

    jeśli nie chce się, aby to Bank Centralny stał się wkrótce po prostu „centralną maszyną drukarską”, to może lepiej zaproponować bicie islandzkiej waluty wyłącznie w wysokoprocentowym złocie…?

  • Romuald Myga pisze:

    Wszystkie te teorie odejdą do lamusa. Banki w aktualnej postaci też nie będą potrzebne. Wszechogarniająca informatyka dopełni reszty.

  • GS pisze:

    100% rezerw oznacza, że banki nie mogą udzielić ani grosza kredytu. Banki centralne od początków istnienia systemu rezerw cząstkowych miały narzędzie stopy rezerw obowiązkowych, którego nie używają ze względu na a) brak potrzeby b) małą precyzję w regulowaniu podaży pieniądza, ale wciąż mogą tym regulować. Kreacja pieniądza wynika jednocześnie: z podaży pieniądza (dostępności kredytów), ale też z popytu. Zakazanie kreacji pieniądza przez banki centralne oznaczałoby całkowite zakazanie kredytu, co w dużej mierze stłamsi przedsiębiorczość i inwestycje, zatem i rozwój technologiczny, a w rezultacie gospodarczy.

  • Grzegorz Hansen pisze:

    z innej beczki: skoro miałby to być godny uwagi ekonomista, szukałem w wiki jego anglojęzycznego profilu. nie ma. jest po niemiecku. niemiecki profil Dody w wiki jest dłuższy

  • Mariusz Kapuściński pisze:

    @GS: Nie, nie oznacza. To co odróżnia banki komercyjne od innych przedsiębiorstw finansowych, to możliwość kreacji pieniądza. Kiedy bank komercyjny udziela kredyt, zwiększa o niego swoje aktywa, a pasywa o depozyt. Natomiast kiedy np. firma pożyczkowa udziela kredyt, zmienia strukturę swoich aktywów – zmniejsza je o gotówkę/depozyt, a zwiększa o kredyt. W rozwiązaniu proponowanym przez Sigurjónssona banki komercyjne mogłyby robić to drugie. Więcej o kreacji pieniądza np. w paperze BoE „Money creation in the modern economy”. Druga rzecz jest taka, że kiedy celem operacyjnym banku centralnego jest stopa rynku międzybankowego (a obecnie standardowo tak jest), rezerwy obowiązkowe nie są narzędziem oddziaływania na kredyt – jeżeli bank centralny chce utrzymać stopę na pożądanym poziomie, musi dostarczyć każdą ilość re-zerw, na jaką banki zgłoszą zapotrzebowanie. Więcej o implementacji polityki pieniężnej np. w paperze BIS „Monetary policy implementation: Misconceptions and their consequences”.

  • Tomasz Urbaś pisze:

    „100% rezerw oznacza, że banki nie mogą udzielić ani grosza kredytu.”
    To błędny wniosek. W przedstawianej koncepcji mowa o 100 % rezerwach od depozytów bieżących, a nie terminowych. Innymi słowy banki mogą dalej udzielać kredytów dzięki terminowym oszczędnościami ludności.

  • Mariusz Kapuściński pisze:

    @Tomasz Urbaś: Banki komercyjne nie odpożyczają oszczędności. Kiedy bank komercyjny udziela kredyt, zwiększa o niego aktywa i kreuje depozyt po stronie pasywów. Więcej np. w „Money creation in the modern economy”.

  • Mariusz Kapuściński pisze:

    @Tomasz Urbaś: Jeżeli stylizowane bilanse w paperze BoE okazałyby się nieprzekonywające, w pracy „Can banks individually create money out of nothing? — The theories and the empirical evidence” jest na „żywym” bilansie.

  • Tomasz Urbaś pisze:

    @ Mariusz Kapuściński Dokładnie o tym pisałem w „Wadach i potrzebach naszych systemów bankowych” już w 2009 r.: „Udzielając kredytu bank dokonuje dwóch operacji: zapisuje, że kwota kredytu jest zobowiązaniem kredytobiorcy (należność banku) i jednocześnie udostępnia tę samą kwotę na depozycie bieżącym kredytobiorcy (zobowiązanie banku). Przez sam akt udzielenia kredytu jest kreowany nowy pieniądz. Jedynym zmartwieniem bankiera jest to, aby mieć zapas gotówki, gdy klient zechce wypłacić depozyt bieżący. Ale to w skali tysięcy klientów jest incydentem. Ci co wypłacają są równoważeni przez tych co wpłacają. Bankier może udzielać znacznie więcej kredytów i tworzyć nowe depozyty bieżące niż zapas gotówki.”
    Z tym, że te rozważania dotyczą rezerwy częściowej, a w przypadku rezerwy pełnej (od depozytów bieżących) granicą kredytowania jest pokrycie w depozytach terminowych. W bilansie banku komercyjnego wygląda to mniej więcej tak: po stronie aktywnej: rezerwy w banku centralnym odpowiadające depozytom bieżącym oraz kredyty odpowiadające depozytom terminowym; po stronie pasywnej depozyty bieżące i terminowe. Nota bene praca w BoE papers przełamywała tabu.

  • Tomasz Urbaś pisze:

    @ Mariusz Kapuściński Przykładowe operacje na stylizowanym bilansie banku komercyjnego.
    Stan początkowy: rachunek w banku centralnym 30, kredyty 70, depozyty bieżące klientów 30, depozyty terminowe klientów i kapitał własny 70. Bank ma pełne rezerwy (30) w banku centralnym od przyjętych depozytów bieżących (30).
    Bank chce udzielić kredytu 10. Kredyty rosną do 80, depozyty bieżące do 40. Bank nie ma wystarczającej pełnej rezerwy (rachunek w banku centralnym 30, a depozyty bieżące już 40).
    Gdy jednak klienci złożą depozyty terminowe na 10, to rachunek w banku centralnym wzrośnie do 40, a depozyty terminowe i kapitał własny do 80. W takim wypadku bank może udzielić kredytu na 10, gdyż ma środki na pokrycie rezerwy pełnej (40) od prowadzonych rachunków bieżącyh (40). W rezultacie kredyt odpowiada kwocie depozytów terminowych.

  • Leon Orlikowski pisze:

    Propozycja Frosti Sigurjónsson’a, islandzkiego ekonomisty, finansisty i polityka, autora raportu „Reforma monetarna”, w którym przedstawił ideę „pieniądza suwerennego”, kreowanego przez bank centralny koresponduje z propozycją zmiany zasad polityki pieniężno-finansowej, którą przedstawiłem w opracowaniu wydanym przez Instytut Wydawniczy Książka i Prasa w 2013 r. pt.: „Produkcja i sprzedaż towarów oraz obieg pieniężny w gospodarce dynamicznej”. Z tego, co o swej propozycji „pieniądza suwerennego” mówi Sigurjónsson, wynika, że dla swej propozycji nie posiada on teoretycznego uzasadnienia, a opiera ją na tzw. intuicyjnym wglądzie. Natomiast dla przedstawionej w książce „Produkcja i sprzedaż towarów oraz obieg pieniężny w gospodarce dynamicznej” propozycji kreowania pieniądza obiegowego tylko przez bank centralny podaję też teoretyczne uzasadnienie. W ostatnich dwóch rozdziałach książki są sformułowane propozycje, stanowiące wnioski wynikające z analizy przeprowadzonej w poprzednich 6 rozdziałach.

    Oto teksty rozdziałów VII. i VIII.:

    VII. Bankowość centralna kreatorem pieniądza obiegowego

    Ostatni kryzys pokazuje, że mechanizm funkcjonowania gospodarki oparty na kredytowej kreacji pieniądza zatarł się tak bardzo, że trudno go na nowo rozruszać. Dlaczego tak się stało? Dlatego, że dług wykreowany przez kredytową kreację pieniądza urósł już do tak monstrualnych rozmiarów, że ani podmioty prywatne ani publiczne nie są w stanie obsługiwać swych dłużniczych zobowiązań. Związany z tym wzrost kredytowego ryzyka zmusił system bankowy do zaostrzenia kryteriów udzielania kredytów, co mocno ograniczyło rozmiary akcji kredytowej i przełożyło się na przyhamowanie aktywności gospodarczej oraz obniżenie tempa wzrostu produkcji i dochodu. Nie skutkuje pompowanie przez banki centralne dodatkowego pieniądza na rynki finansowe. Banki komercyjne wolą powiększać swe rezerwy i podnosić płynność finansową, aniżeli udzielać ryzykownych kredytów, które w przyszłości mogą stać się nieściągalne i doprowadzić je do upadłości.
    Sytuacja stała się tak bardzo dramatyczna, że za pośrednictwem programu Commercial Paper Funding Facility (CPFF) Fed zaczął udzielać kredytów nawet przedsiębiorstwom1). Wszystko po to, aby jak najszybciej pobudzić wzrost popytu i zdynamizować produkcję. Jednak i ta droga wtłaczania na rynek dodatkowego strumienia pieniądza okazuje się mało skuteczna i nieefektywna. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie wzrasta popyt, bo przedsiębiorstwa dopiero wtedy zaczynają inwestować, gdy we wcześniejszej sekwencji czasowej wzrasta popyt na ich produkcję. Po wtóre dlatego, że i przedsiębiorstwa odbudowują i podnoszą swą płynność. Teraz wszystkie podmioty gospodarcze dążą do umocnienia swojego bezpieczeństwa finansowego. Priorytetem jest płynność. Trudno oczekiwać, aby przedsiębiorstwa chciały angażować dodatkowe środki finansów w nakłady na wzrost produkcji i podaży towarów w sytuacji, gdy nie wzrasta na nie popyt. Również zwiększone zapotrzebowanie na kredyty produkcyjne nie powstanie wcześniej, dopóki nie wzrośnie popyt na towary na tyle, aby inwestycje zaczęły przynosić spodziewaną stopę zwrotu.
    W warunkach obiegu pieniądza kruszcowego oszczędności dokonywane z realizowanych dochodów określały rozmiary nakładów inwestycyjnych. Przy kredytowej zasadzie kreacji pieniądza ta sekwencja została odwrócona. J.M. Keynes twierdził, że to ogólnie zrealizowane inwestycje dają wszystkie dokonane w kraju oszczędności. Michał Kalecki sformułował nawet następujący teoremat: „Robotnicy tyle wydają, ile zarabiają, a kapitaliści tyle zarabiają, ile wydają”. Oczywiście teoremat ten był „prawdziwy” dla lat trzydziestych i nieco późniejszych XX w. W dalszych latach robotnicy też zaczęli oszczędzać, inwestując swoje składki przede wszystkim poprzez fundusze emerytalne, ale też i fundusze inwestycyjne, w akcjach i obligacjach.
    W warunkach obiegu pieniądza kredytowego realizowane nakłady inwestycyjne w danym przedziale czasowym tylko w części są finansowane bezpośrednio z akumulowanych zysków lub pośrednio z kredytów bankowych, które mają stuprocentowe pokrycie w zdeponowanych oszczędnościach terminowych. Pozostała część inwestycji tego okresu jest finansowana z dodatkowo przez system bankowy wykreowanych kredytów, dla których nie ma pełnego pokrycia w zdeponowanych oszczędnościach, a tylko częściowe w posiadanym przez banki kapitale płynnym własnym lub pożyczonym. Częściowe pokrycie w kapitale płynnym nie jest i nie może być realną bazą dla realizowanych inwestycji z kredytów wykreowanych przez banki. Tą bazą jest nadwyżka podaży realnego produktu, jaką tworzy każda gospodarka wzrostowa. Kreowane przez banki kredyty tworzą tylko pieniądz, który tę nadwyżkę przesuwa do miejsc jej wykorzystania i zużycia. Nadwyżka ta może być zużyta nieprodukcyjnie względnie zainwestowana i dać dodatkowy wzrost produkcji. Nieprodukcyjne zużycie nadwyżki podaży następuje wtedy, gdy z dodatkowo udzielonych kredytów jest finansowana konsumpcja indywidualna lub zbiorowa. Natomiast inwestowanie nadwyżki podaży w produkcję podnosi stopę wzrostu gospodarczego i napędza boom koniunkturalny. Prowadzenie merkantylistycznej polityki w handlu zagranicznym pozwala na upłynniania zagranicę tej nadwyżkowej podaży towarów, które są zbędne z punktu widzenia utrzymywania równowagi dynamicznej w kraju. Na bazie pozyskanych z tego tytułu zagranicznych walut jest emitowany pieniądz krajowy, którego wzrost obiegu nie wymaga z tego tytułu kreowania wewnętrznego długu. Dług ten natomiast powstaje w kraju, który eksportuje swoją walutę, którą opłaca importowane towary. To przede wszystkim kraje Azji, najpierw Japonia, potem Korea Południowa oraz tzw. „azjatyckie tygrysy”, a ostatnio Chiny stosują merkantylistyczną politykę w handlu zagranicznym jako skuteczny instrument swego rozwoju gospodarczego.
    Kredytowa kreacja pieniądza funkcjonowała względnie dobrze, gdy nadwyżka podaży była zużywana i konsumowana na cele nieprodukcyjne oraz dopóki podmioty rynkowe mogły się na tyle zadłużać, na ile strumień bieżąco realizowanych dochodów umożliwiał obsługę zaciąganych długów. Dług zaciągany z tytułu kreacji i wzrostu obiegu pieniądza powstaje i narasta z dwóch powodów: 1/ z przyrostu wykreowanego i wtłaczanego do obiegu pieniądza oraz 2/ z kapitalizowanego oprocentowania od powstałego długu z tytułu wykreowanego pieniądza. Przy czym wykreowany dług nie może być nigdy spłacony, absolutnie umorzony, bo gdyby to nastąpiło, to pieniądz zostałby wycofany z obiegu, po prostu uległby likwidacji. Jeśli jedni pożyczkobiorcy oddłużają się, to inni nowi muszą się zadłużać i to systematycznie na ogólnie wyższą wartość z powodu dokonywanej przez banki kapitalizacji naliczanego od długu oprocentowania. W rezultacie wartość zadłużenia z tytułu wykreowanego pieniądza narasta szybciej od wartości przyrastającego w obiegu pieniądza. Jeśli stopa procentowa kształtuje się na zbyt wysokim poziomie w stosunku do stopy wzrostu dochodu i w dodatku, gdy znaczna część wykreowanego pieniądza odpływa z kraju i osiada w rezerwach walutowych kontrahentów zagranicznych, wtedy ogólny poziom długu w stosunku do dochodu szybko się podnosi. Ponieważ obsługa długu musi być dokonywana z bieżących dochodów, zbyt wysoki poziom długów do dochodów uniemożliwia taką obsługę i paraliżuje cały system. Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w obecnym kryzysie.
    Aby wyrwać gospodarki krajów wysoko rozwiniętych z obecnego kryzysu, trzeba zmienić bezrefleksyjnie stosowaną zasadę kredytowej kreacji pieniądza. Jest wielkim nieporozumieniem, wręcz niedorzecznością, że to banki centralne udzielają bankom komercyjnym kredytów na powiększanie ich rezerw pieniężnych, a te na tej bazie udzielają kredyty o wielokrotnie większej wartości i o dużo wyższym oprocentowaniu2). Jeszcze bardziej zastanawiające jest to, że to nie banki centralne a banki komercyjne udzielają na zasadach przez siebie określonych oprocentowanych kredytów skarbowi państwa, kiedy nabywają emitowane przez niego papiery skarbowe i to nie tylko w tej części ze zdeponowanych oszczędności, ale i w tej z wykreowanych przez siebie kredytów. W tym drugim przypadku banki komercyjne przywłaszczają sobie po prostu nadwyżkę podaży, jaką wytwarza każda gospodarka znajdująca się w fazie wzrostu. W żadnym wypadku prawo do dysponowania tą nadwyżką nie powinno należeć do banków komercyjnych, powinno przysługiwać państwu. Gdyby to bank centralny udzielał skarbowi państwa bezpośrednio kredytów w wartości, jaka jest niezbędna do zabsorbowania i upłynnienia nadwyżki podaży, wtedy jedynym kosztem, jaki z tego tytułu ponosiłoby państwo, byłaby prowizja pobierana przez bank centralny na pokrycie kosztów jego funkcjonowania. Natomiast zbędne było by obciążanie państwa oprocentowaniem kredytu, albowiem realizowany z oprocentowania dochód jest odprowadzany do budżetu państwa.
    Wyżej wykazaliśmy też, że to ta część udzielanych kredytów, dla których banki komercyjne nie posiadają pokrycia w zdeponowanych oszczędnościach, faktycznie stanowi kreowanie siły nabywczej, która umożliwia upłynnianie wytwarzanej przez gospodarki wzrostowe nadpodaży towarów. Z całą mocą wciska się pytanie, dlaczego to nie bankowość centralna, która działa w interesie całej globalnie zorganizowanej społeczności nie kreuje światowego pieniądza obiegowego, którym są upłynniane nadwyżki podaży, jakich dostarczają wszystkie gospodarki wzrostowe, a czyni to bankowość prywatna, która z tego tytułu czerpie nadzwyczajne, wprost oszałamiająco niewyobrażalne zyski. Indywidualni bankierzy inkasują już nie milionowe, ale miliardowe bonusy! Kpią sobie ze zdrowego ludzkiego rozsądku, gdy twierdzą, że „robią robotę Boga”!
    Zasada kredytowej kreacji pieniądza nie różni się niczym od reguł, na jakich oparte są gry hazardowe. Wynik w tych grach jest zawsze zerowy. Po jednej stronie są wygrani, tj. przedsiębiorcy realizujący swe nadwyżki towarowe i zyski oraz banki realizujące procenty od stworzonego narzędzia obrotu tych nadwyżek w postaci wykreowanego kredytowo pieniądza oraz po drugiej stronie są ci przegrani, zadłużeni kredytobiorcy. Gdy bankowość centralna stanie się wyłącznym kreatorem pieniądza obiegowego, zasady tej ekonomicznej gry zostaną przestawione na wynik dodatni. Wygranymi będą zawsze przedsiębiorcy, którzy już bez koniunkturalnych zaburzeń będą mogli upłynniać nadwyżki podaży i realizować zyski. Natomiast realna nadwyżka będzie stanowiła dochód państwa, z którego nie będą wypłacane indywidualne bonusy, a będzie służyła całemu społeczeństwu. Prywatna bankowość będzie zaś handlowała tylko zdeponowanymi oszczędnościami, podobnie jak czynią to dotąd spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe, czyli będzie działała na takich samych zasadach, na jakich działają wszystkie przedsiębiorstwa na wolnym rynku. Ale największym osiągnięciem, jaki da przestawienie z kredytowej na egzogeniczną, tj. nie kredytową zasadę kreacji pieniądza będzie to, że wzrost obiegu pieniądza nie będzie już powodował powstawania i narastania z tego tytułu żadnego długu, ani publicznego ani prywatnego. Zmiana dotychczasowej zasady kreacji pieniądza jest sprawą niecierpiącą zwłoki, albowiem poziom powstałego z tego tytułu długu jest już w krajach wysoko rozwiniętych tak wysoki, że zostały wyczerpane dalsze możliwości jego obsługi. Powstała sytuacja, która nie pozwala już na dalsze kreowania kredytowego pieniądza przez bankowość prywatną na dotychczasowych zasadach. Fakt, że Fed zaczyna udzielać kredytów bezpośrednio przedsiębiorstwom, dowodzi, że to sama rzeczywistość, praktyka ukierunkowuje nasze gospodarcze działania na właściwe, efektywne tory. Zasada kredytowej kreacji pieniądza nie może być już dalej respektowana, bo doprowadziła do zahamowania wzrostu produkcji i dochodu, a w dalszej perspektywie grozi stagnacją i regresem gospodarczym.

    1)Nouriel Roubini, Stephen Mihm: Ekonomia kryzysu, Wolters Kluwer Sp. z o.o. Warszawa 2011,s. 176.
    2)Damien Millet, Eric Toussaint: Kryzys zadłużenia i jak z niego wyjść, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2012, s. 108.

    VIII. Finansowanie wydatków budżetowych
    państwa to najefektywniejsza droga kreacji
    i wtłaczania do obiegu pieniądza
    emitowanego przez bank centralny

    Już w starożytności a potem w średniowieczu władcy korzystali
    obficie z dochodów poprzez kreowanie i wtłaczanie
    do obiegu dodatkowego podwartościowego pieniądza. Pod
    groźbą nakładania surowych kar przymuszali poddanych do
    posługiwania się przy wymianie towarów takim niepełnowartościowym
    pieniądzem. Swoje oszukańcze praktyki realizowali
    w ten sposób, że żądali, aby poddani realizowali
    swe powinności podatkowe w pieniądzu pełnowartościowym,
    następnie zgromadzone z podatków monety przetapiali
    i wybijali z nich większe ilości monet o większej w sumie
    wartości, ale o mniejszej zawartości kruszcu w każdej monecie.
    Na przykład począwszy od cesarza Nerona, który panował
    w okresie 54-68 r. n.e. i w latach 63-64 obniżył on
    wagę złotego aureusa z 7,79 do 7,27 g. oraz srebrnego denara
    z 3,89 do 3,41 g.1, kolejni cesarze systematycznie obniżali
    zawartość kruszców w wybijanych i wtłaczanych do obiegu
    monetach. Do Marka Aureliusza, który panował w latach
    161 – 180 n.e. zawartość srebra w denarach wynosiła już
    76 proc. tego, co było za cesarza Augusta, który ustanowił
    rzymskie cesarstwo i rządził w nim do 14 r. n.e. Bardzo ciekawy
    a zarazem głęboko zastanawiający jest fakt, że przez
    ponad sto lat zawartość kruszców w monetach Cesarstwa
    Rzymskiego była systematycznie obniżana, a mimo to ich
    siła nabywcza nie zmieniała się, przez cały ten czas utrzymywała
    się na stałym poziomie. Również na stałym poziomie
    były stopy procentowe2. Dopiero po głębokiej deprecjacji
    denara, jaką w 194 r. przeprowadził cesarz Septymiusz
    Sewer (193-211) obniżając w nim zawartość srebra do 47
    proc.3, denar zaczął szybko tracić na wartości. Pod koniec III w.
    za cesarza Dioklecjana (284 – 305) denary były już małymi
    monetami z brązu o znikomej wartości. W okresie tym
    również degradacji uległ aureus, złota moneta wprowadzona
    przez cesarza Augusta. Za rządów cesarza Gallienusa (260-268)
    ciężar aureusa wynosił niespełna 3g. złota4, czyli o około
    60 proc. mniej od kruszcowej wagi ustanowionej za Augusta
    (7,79 g.). Systematyczne obniżanie zawartości kruszców
    w wybijanych i puszczanych w obieg monetach przez
    kolejnych cesarzy doprowadziło pod koniec III w. do całkowitego
    rozprzężenia systemu monetarnego cesarstwa. Dopiero
    reforma monetarna, jaką w 311 r. przeprowadził cesarz
    Konstantyn Wielki (306-337) ustanowieniem złotego solidusa
    o wadze 4,54 g. złota5 wprowadziła zdrowy system
    monetarny w cesarstwie, który potem na wiele lat stanowił
    trwałą bazę monetarną Cesarstwa Bizantyńskiego.
    Wybijanie i puszczanie w obieg monet o systematycznie
    obniżanej zawartości kruszców miało w starożytności
    a potem w średniowieczu takie samo znaczenie, jakie obecnie
    miało by finansowanie deficytu budżetowego z kreacji
    (drukowania) pieniądza przez bank centralny. Problem
    polega tylko na tym, jak ta zasada powinna być w praktyce
    stosowana. Z historii wybijania podwartościowego pieniądza
    w Cesarstwie Rzymskim wypływa wniosek, że dopóty
    obniżanie zawartości kruszcu w monetach było dokonywane
    w sposób umiarkowany i realizowany z tego
    wzrost wartości pieniężnego obiegu też był umiarkowany,
    dopóki siła nabywcza coraz bardziej podwartościowych
    denarów i aureusów nie obniżała się, nie występowała
    więc w ogóle inflacja. Czyli dopóty wzrost podaży
    podwartościowego pieniądza był zsynchronizowany ze
    wzrostem podaży realnej masy towarowej na rynek, dopóki
    nie było inflacji, a obniżanie zawartości kruszców
    w monetach wtłaczanych do obiegu nie tylko, że nie było
    gospodarczo szkodliwe, ale przeciwnie przyczyniało się
    do aktywizowania popytu i stymulowania produkcji oraz
    wzrostu podaży towarów na rynek. Dopiero gdy wzrosty
    wartości podaży podwartościowego pieniądza poczęły
    znacznie przewyższać możliwości równoległego wzrostu
    wytwórczości i podaży na rynek realnej masy towarowej,
    wtłaczany do obiegu w nominalnym wartościowo nadmiarze
    pieniądz zaczął szybko tracić na wartości wymiennej
    i dlatego przestawał być przydatnym narzędziem wymiany.
    Stawał się bowiem bezwartościowy w sensie realnym
    i ekonomicznym jako nośnik określonej, uprzedmiotowionej
    w nim wartości, którą można byłoby bez uszczerbku
    przechowywać też w czasie.
    Każdemu, kto studiował ekonomię, wiadomo, że tempo
    wzrostu realnego dochodu jest określone, czyli zależne od
    dwóch podstawowych parametrów: 1/ tempa wzrostu zatrudnienia
    oraz 2/ tempa wzrostu wydajności pracy. Jeżeli tempo
    wzrostu podaży pieniądza będzie wzrastać w tempie
    wzrostu realnego dochodu, to nie ma żadnych powodów,
    aby miała wystąpić inflacja. Oczywiście, są jeszcze warunki
    dodatkowe, które powinny być ściśle przestrzegane. Przede
    wszystkim przeciętne płace nie mogą wzrastać bardziej, aniżeli
    wzrasta wydajność pracy. Również tempo wzrostu zatrudnienia
    powinno być względnie stałe. Każde niezsynchronizowanie,
    odchylenie sumy tych temp w stosunku do
    tempa wzrostu realnego dochodu będzie rzutowało na siłę
    nabywczą pieniądza. Inflacja wystąpi wtedy, gdy strumień
    realizowanych kosztów (wzrost zatrudnienia i przeciętnych
    płac) będzie większy od strumienia wytwarzanego dochodu,
    czyli wytwarzanych i dostarczanych na rynek finalnych produktów
    przeznaczonych do spożycia oraz do zainwestowania
    i zużycia w charakterze środków pracy.
    Z powyższego wynika, że aby wartość pieniądza nie
    zmieniała się w czasie, jego emisja i wtłaczanie do obiegu powinny
    być ściśle dostosowane do tempa wzrostu realnego
    produktu. Takiej korelacji nigdy nie zapewniało i nigdy nie
    będzie zdolne zapewnić kreowanie i wtłaczanie do obiegu
    kredytowego pieniądza przez bankowość prywatną. Dlaczego?
    Po prostu dlatego, że kreacja kredytowego pieniądza
    przez bankowość komercyjną jest uzależniona od nie skoordynowanego
    popytu przez różne rozproszone podmioty prywatne
    i instytucjonalne, które swój popyt na pieniądz uzależniają
    od subiektywnych przewidywań i nastrojów. Gdy nastroje
    są pesymistyczne, nie ma popytu na dodatkowe kredyty
    i dlatego nie ma też wzrostu podaży pieniądza. Jest wtedy
    zastój w interesach, nikt nie chce inwestować, bo zainwestowany
    kapitał nie daje oczekiwanych zysków. Gdy nastroje są
    optymistyczne, wtedy popyt na kredyty wzrasta, co więcej,
    gdy dobrze rozwija się koniunktura, wtedy wszyscy chcą zarobić
    i masowo zaciągają kredyty. Powstaje euforia, która napędza
    bańkę spekulacyjną pęczniejącą aż do jej pęknięcia.
    Gdyby zaś bankowość prywatna nie posiadała w ogóle
    prawa do kreowania pieniądza kredytowego, a prawo takie
    miałby wyłącznie bank centralny, to mógłby on emisję
    i tempo wzrostu podaży pieniądza ściśle dostosować do
    tempa wzrostu produktu realnego. Aby nie powstawał
    dług z tytułu kreacji pieniądza, tak jak dzieje się to teraz,
    gdy pieniądz kredytowy jest kreowany przez bankowość
    prywatną, bank centralny wtłaczałby do obiegu wyemitowany
    pieniądz poprzez finansowanie części deficytowych
    wydatków budżetowych. Kredyt udzielany budżetowi
    przez bank centralny nie powinien być oprocentowany, albowiem
    z mocy prawa zysk banku centralnego podlega
    wpłacie do budżetu państwa. W ten sposób ta część deficytowych
    wydatków budżetowych, która byłaby bezprocentowo
    finansowana kreowanym przez bank centralny
    pieniądzem obiegowym, stałaby się kołem zamachowym
    wprawiającym w ruch całą gospodarkę. Oczywiście, gdyby
    pod naciskiem polityków bank centralny począł emitować
    nowy dodatkowy pieniądz na finansowanie deficytowych
    wydatków budżetowych w tempie wyższym od tempa
    wzrostu realnego produktu, wtedy musiałaby i rzeczywiście
    wystąpiłaby inflacja. Każda inflacja uruchamia mechanizmy,
    przy pomocy których poszczególne podmioty
    gospodarcze usiłują i dążą do odzyskania swych realnych
    dochodów. Jest to oczywiście niemożliwe.
    Gdy w warunkach w wysokim tempie rozwijającej się
    inflacji bank centralny przestaje udzielać bankom komercyjnym
    kredytów na powiększanie bazy monetarnej, zmuszając
    je w ten sposób do zaprzestania kreowania i wtłaczania
    do obiegu nowego pieniądza, podmioty gospodarcze
    przed brakiem płynności finansowej próbują się ratować
    w ten sposób, że zaczynają tworzyć parapieniądz
    w postaci udzielania kontrahentom handlowym kredytów
    towarowych, których terminowa spłata jest zabezpieczona
    zobowiązaniami wekslowymi. Parapieniądzem jest też
    sprzedaż artykułów w małych sklepach spożywczych na
    tzw. zapis w zeszycie. Oprocentowanie kredytów wekslowych,
    czyli stopa ich dyskonta wzrasta w stosunku odwrotnym
    do względnego spadku płynności na rynku finansowym.
    Dlatego parapieniądz nikogo nie ratuje, a tylko
    odsuwa w czasie i pogłębia nieuchronne rozmiary krachu,
    gdy nadchodzą terminy zapadalności, czyli wykupów
    weksli. Występuje wtedy powszechny brak pieniędzy na
    ich wykup, co kończy się licznymi i ogromnymi bankructwami.
    Tak więc, jeżeli nie ma woli politycznej, aby w porę
    zahamować inflacyjną lawinę i skutkującymi tego kosztami
    obciążyć sprawiedliwie całe społeczeństwo, może
    dojść do katastrofy, w której bardzo wielu straci wszystko,
    cały dorobek swego życia, a nawet życie.
    Przede wszystkim tak ten mechanizm działał w okresie,
    kiedy nie było jeszcze bankowości centralnej powołanej
    jako instytucji ostatniej instancji zapewniającej płynność
    systemowi bankowemu oraz później zanim bankowość
    centralna zdołała wypracować system zwany Quantitive
    Easing (QE), czyli dodruk i wtłoczenie na rynek dolarów
    za przejmowane papiery dłużne. Jednak podstawową
    wadą systemu QE jest to, że tłoczony na rynek przez bank
    centralny dodatkowy pieniądz nie kreuje bezpośrednio
    większego popytu na towary, a powiększa jedynie finansową
    płynność w bankowości komercyjnej. W takim systemie
    wzrost popytu na towary może nastąpić dopiero wtedy,
    gdy podmioty gospodarcze zaczną zaciągać kredyty
    w sumie na większą wartość od wcześniej zdeponowanych
    oszczędności. Gdy poziom zadłużenia gospodarstw domowych
    i jednostek gospodarczych był jeszcze niewysoki,
    wystarczyło obniżyć stopę procentową, aby pobudzić ogólny
    wzrost popytu na kredyty i w ten sposób rozruszać koniunkturę.
    Obecnie, kiedy poziom zadłużenia przeciętnie
    jest bardzo wysoki, nawet niska stopa procentowa nie jest
    wystarczającym bodźcem do dalszego zadłużania się. Dowodzi
    tego już dwudekadowa stagnacja gospodarki Japonii,
    której bank centralny obniżył stopę procentową niemal
    do zera i pomimo tego nie udaje się przejść do zadowalającego
    wzrostu produkcji i dochodu. Istnieje wiec konieczność
    uruchomienia innego mechanizmu pobudzania koniunktury
    od dotychczas stosowanego, mechanizmu, który
    stymulowałby przede wszystkim popyt na towary, ale jednocześnie
    nie kreowałby długu i podnosił jego udział w dochodzie.
    Taki system może zapewnić proponowane wyżej
    finansowanie części deficytowych wydatków budżetowych
    pieniądzem obiegowym kreowanym bezpośrednio
    przez bank centralny. Oczywiście w takim systemie bankowość
    komercyjna nie może kreować dodatkowego pieniądza
    i wtłaczać go do obiegu przez finansowanie zakupów
    realizowanych na kredyt. Wywołałoby to bowiem inflację.
    Nadwyżka podaży towarów, która dotąd stanowi materialną
    bazę dla kredytowej kreacji pieniądza przez bankowość
    komercyjną, w warunkach kreacji pieniądza obiegowego
    przez bankowość centralną byłaby w całości absorbowana
    przez finansowanie deficytowych wydatków budżetowych.
    W takiej sytuacji bankowość komercyjna mogłaby
    udzielać kredytów tylko ze zdeponowanych oszczędności
    w lokatach terminowych, jak również wypożyczać posiadany
    własny kapitał płynny, stanowiący nadwyżkę w stosunku
    do obowiązującej ustawowo rezerwy. Nic ponadto!
    Tak więc banki komercyjne mogłyby udzielać kredytów
    tylko do wysokości posiadanych depozytów terminowych
    i własnych środków pieniężnych, czyli mogłyby wypożyczać
    tylko posiadane kapitały płynne, to jest jedynie
    tyle, ile miałyby na ten cel środków pieniężnych. Nie mogłyby
    natomiast udzielać kredytów, dla których miałyby
    tylko częściowe pokrycie w kapitale własnym lub w kapitale
    zdeponowanym i w ten sposób kreować nowy pieniądz
    czyli „wypożyczać” nadwyżkę podaży, która permanentnie
    powstaje w gospodarce dynamicznej i tworzyć narzędzia
    czyli pieniądz do jej obrotu.

    1 Andrzej Kunisz: Mennictwo Cesarstwa Rzymskiego, Warszawa
    1973, s. 3-4. Wartość denara zawierającego 3,89 g. srebra równała się
    1/25 aureusa zawierającego 7,79 g. złota, czyli złoto było wówczas
    12,5 razy droższe od srebra (por. Henryk Cywiński: Pieniądz. Przegląd
    encyklopedyczny, Warszawa 1992, s.14 i 42).
    2 Stanisław Mrożek: Od ateńskiej drachmy do euro. Europejska droga
    ku globalizacji, Warszawa 2008, s.35.
    3 Andrzej Kunisz,Tamże, s.5 .
    4 Tamże, s. 6.
    5 Tamże, s. 8; Henryk Cywiński: Pieniądz. Przegląd encyklopedyczny,
    Warszawa 1992, s. 180-181.

  • Mariusz Kapuściński pisze:

    @Tomasz Urbaś: OK, rozumiem, przez „terminowe oszczędności ludności” miał na na myśli to co Sigurjónsson nazwał rachunkami inwestycyjnymi.

  • Mercator pisze:

    Najprostszy system waluty suwerennej

    1) Jedynym kreatorem pieniądza jest państwowy Bank Centralny

    2) Bank Centralny całkowicie panuje nad podażą pieniądza

    3) Kreacja pieniądza w danych okresie czasu jest możliwa tylko na poziomie wzrostu PKB. Konieczne jest zagwarantowanie tego w konstytucji oraz zastosowanie drakońskich kar w kodeksie karnym za złamanie tej zasady.

    4) Banki komercyjne pożyczają pieniądze na kredyty od Banku Centralnego

    5) Banki komercyjne muszą mieć co najmniej 20% własnego kapitału w stosunku do udzielonych kredytów. W przypadku strat ponoszonych na kredytach banki w pierwszej kolejności tracą kapitał własny.

    6) Banki komercyjne przyjmują lokaty na zlecenie i na warunkach Banku Centralnego. Nie mogą bezpośrednio pożyczać zgromadzonych depozytów ale muszą je w całości odprowadzić do Banku Centralnego.

  • ofik pisze:

    I to jest prawidłowe rozwiązanie! 100% rezerwa dla banków na udzielane kredyty oraz emisja pieniądza przez bank narodowy!

  • paweł nogal pisze:

    Wreszcie jakiś rząd zabrał się do czyszczenia tego syfu. Jest to wielka satysfakcja dla tych z nas, którzy mówią o tym od lat słuchając eksperckich docinek. Cały tem mechanizm, łącznie z księgowaniem operacji, kreacji pieniądza poprzez kredyt opisał bardzo dokładnie chociażby prof. Huerta se Soto w książce Pieniądz kredyt bankowy cykle koniunkturalne na odwrocie której poleca ją szczerze Leszek Balcerowicz

  • Tomasz Urbaś pisze:

    @ Leon Orlikowski „Taki system może zapewnić proponowane wyżej finansowanie części deficytowych wydatków budżetowych pieniądzem obiegowym kreowanym bezpośrednio przez bank centralny.” To działanie ryzykowne z uwagi na pokusę nadużycia przez polityków. Doświadczyliśmy tego zwłaszcza na przełomie lat 80 i 90 XX w. NBP finansował deficyt budżetowy do 1997 z widocznym skutkiem- dwucyfrowa inflacja (czasami nawet dwucyfrowa w ujęciu miesięcznym!). Uważam, że mniejsze ryzyko rodzi plasowanie nowej emisji bezpośrednio obywatelom np. za uczestniczenie w wyborach. Taki pomysł przedstawiłem w „Reformy demokracji zamiast hejtu”.

  • paweł nogal pisze:

    taki system wymaga stosunkowo małych, zharmonizowanych społeczności i dlatego Islandii może się to udać; na kontynencie i w Polsce przede wszystkim ten kierunek zmian musi być zintegrowany z systemową zmianą sprawowania władzy: system referendalny, systematycznie zwiększany udział społeczny we władzy no i realna samorządność lokalna z możliwością tworzenia walut lokalnych włącznie; kilka procent ludzi musi realnie uczestniczyć w procesach podejmowania decyzji i taka część społeczeństwa musi rozumieć mechanizm kreacji pieniądza; każda inna kastowa koncepcja władzy skończy się zanim się zacznie

  • Leon Orlikowski pisze:

    Pan Tomasz Urbaś nie do końca przeczytał uważnie mój komentarz.W proponowanym w nim systemie, jeśli bank centralny nie będzie podlegał rządowi a parlamentowi, to nie ma niebezpieczeństwa nadużycia ze strony polityków dot. przekraczania dopuszczalnej granicy emisji pieniądza obiegowego przez bank centralny. Wówczas też banki komercyjne nie mogą mieć prawa udzielania kredytów nie pokrytych depozytami, czyli kreowania pieniądza
    depozytowego pod częściowe tylko zabezpieczenie kapitałowe.

    Niżej powtarzam odpowiednie fragmenty z mego komentarza:

    . „Istnieje wiec konieczność

    uruchomienia innego mechanizmu pobudzania koniunktury

    od dotychczas stosowanego, mechanizmu, który

    stymulowałby przede wszystkim popyt na towary, ale jednocześnie

    nie kreowałby długu i podnosił jego udział w dochodzie.
    (…)

    Taki system może zapewnić proponowane wyżej

    finansowanie części deficytowych wydatków budżetowych

    pieniądzem obiegowym kreowanym bezpośrednio

    przez bank centralny. Oczywiście w takim systemie bankowość

    komercyjna nie może kreować dodatkowego pieniądza

    i wtłaczać go do obiegu przez finansowanie zakupów

    realizowanych na kredyt. Wywołałoby to bowiem inflację.
    (…)

    W takiej sytuacji bankowość komercyjna mogłaby

    udzielać kredytów tylko ze zdeponowanych oszczędności

    w lokatach terminowych, jak również wypożyczać posiadany

    własny kapitał płynny, stanowiący nadwyżkę w stosunku

    do obowiązującej ustawowo rezerwy. Nic ponadto!

    Tak więc banki komercyjne mogłyby udzielać kredytów

    tylko do wysokości posiadanych depozytów terminowych

    i własnych środków pieniężnych, czyli mogłyby wypożyczać

    tylko posiadane kapitały płynne, to jest jedynie

    tyle, ile miałyby na ten cel środków pieniężnych. Nie mogłyby

    natomiast udzielać kredytów, dla których miałyby

    tylko częściowe pokrycie w kapitale własnym lub w kapitale

    zdeponowanym i w ten sposób kreować nowy pieniądz,…”

  • Tomasz Urbaś pisze:

    @ Leon Orlikowski „W proponowanym w nim systemie, jeśli bank centralny nie będzie podlegał rządowi a parlamentowi, to nie ma niebezpieczeństwa nadużycia ze strony polityków dot. przekraczania dopuszczalnej granicy emisji pieniądza obiegowego przez bank centralny”. Parlament to zbiorowość polityków, którzy na dodatek mają istotny wpływ na skład rządu. Stąd moja teza o ryzyku nadużycia. Przyznaję, że nie poznałem głębiej Pana propozycji. Przymierzam się do kupna Pana pracy, aby poznać je w całości. W szczególności zaciekawiło mnie jak Pan w swoim modelu/teorii ujął dynamikę gospodarki (ciekawość nie w kontekście przedmiotowej wymiany poglądów, a moich zainteresowań naukowych). Pozdrawiam

  • mc pisze:

    @ Leon Orlikowski
    Właśnie się zdarzyło, że wpis z postu jest dużo ciekawszy niż sam artykuł (który skądinąd też jest interesujący).
    Bardzo się cieszę, że pojawiają się już profesjonalne opracowania na temat kreowania pieniądza obiegowego przez Bank Centralny. Sam borykałem się z podobnymi pomysłami, ale NIGDY nie natrafiając na żadne opracowania na ten temat, myślałem, że to może ze mną jest coś nie tak ( :-) ), i że upraszczam temat. Może lobby bankowe jest tak silne, lub przyzwyczajenia ludzi, że nie wyobrażają sobie żadnego innego systemu bankowego niż obecny. Myślę, że dużym problemem jest też powszechna niewiedza na czym tak naprawdę polega kreacja pieniądza przez banki komercyjne. Pamiętam, że przy okazji studiowania polityki monetarnej na SGH byłem w ciężkim szoku jak taki system mógł wyewoluować i zostać powszechnie akceptowany. Gdyby ludzie ludzie mieli świadomość, tak jak Pan napisał, że system bankowy działa na zupełnie innych i uprzywilejowanych zasadach w stosunku do reszty gospodarki, może udałoby się coś zmienić. Ale za bardzo na to nie liczę. Trzymajmy mocno kciuki za Islandię. Ten kraj przeżył tak silny wstrząs finansowy, że jego władze mają większą legitymację społeczną i większą odwagę w realizowaniu nowych koncepcji. Mieszkam w USA, czy można w elektroniczny sposób nabyć Pańską pracę? Bardzo jestem ciekaw całości.
    Pozdrawiam

  • Leon Orlikowski pisze:

    mc. Proszę podać swój adres e-mail, a prześlę Panu elektroniczną wersję mej książki pt.: „Produkcja i sprzedaż towarów oraz obieg pieniężny w gospodarce dynamicznej”. Proszę też o ewentualne uwagi. Jest to już trzecia opublikowana książka, w której tak jak w poprzednich dwóch przedstawiłem dualny model produkcji i sprzedaży towarów oraz kreacji i obiegu pieniądza nietowarowego.Dyrektor Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa (nie było mnie stać na ponad dziesięciokrotnie droższe wydanie profesjonalne Wydawnictwa Naukowego PWN) przesłał po gratisowym egzemplarzu książki do ponad czterdziestu w kraju oraz kilku wykładających na uczelniach zagranicznych teoretyków ekonomii, pieniądza i finansów z prośbą o przesłanie uwag o modelu. Mimo że od ukazania się książki upłynęło już półtora roku, nie otrzymałem żadnej krytycznej uwagi, bo tylko o takie chodziło. Z tego faktu wnoszę, że żaden z nich książki nie przeczytał. Może dlatego, że książka jest napisana w częściowo sformalizowanym, matematycznym języku, a może po prostu z lenistwa (!?).

  • Passerby pisze:

    Zdaje się, że nie rozumie pan mechanizmu kreacji pieniądza przez banki komercyjne. Świadczy o tym ten wpis:

    „Tak więc banki komercyjne mogłyby udzielać kredytów tylko do wysokości posiadanych depozytów terminowych i własnych środków pieniężnych, czyli mogłyby wypożyczać tylko posiadane kapitały płynne, to jest jedynie tyle, ile miałyby na ten cel środków pieniężnych. Nie mogłyby natomiast udzielać kredytów, dla których miałyby tylko częściowe pokrycie w kapitale własnym lub w kapitale zdeponowanym i w ten sposób kreować nowy pieniądz,”

    A pana zdaniem jak to się odbywa obecnie ?

  • Passerby pisze:

    Oczywiście powyższy wpis jest kierowany do pana @ Leona Orlikowskiego

  • xxx pisze:

    sam pomysł nie jest nowy , szkoła z Chicago go zgłosiła chyba w latach 30..co mnie dziwi to psychologiczna hipoteza cykli koniunkturalnych..pana Orlikowskiego..kilka milionów ludzi pewnego ranka wstaje lewą nogą..i mamy kryzys:))..to może receptą będzie jakaś zbiorowa terapia np couching:))

  • mc pisze:

    @ Leon Orlikowski
    Napisałem do Pana na Facebooku.
    Pozdrawiam.

  • legrand pisze:

    no własnie niby teraz również tak sie to odbywa..tylko jest jeden szkopuł..banki kreują depozyty , w systemie 100% rezerwy nie będą mogły tego robić ergo udzielą mniej kredytów

  • Tomasz Urbaś pisze:

    @legrand „banki kreują depozyty , w systemie 100% rezerwy nie będą mogły tego robić ergo udzielą mniej kredytów” Jednocześnie w większym zakresie pieniądz będzie emitował bank centralny zastępujac emisje banków komercyjnych. Dla obiegu gospodarczego to zmiana neutralna. Dla banków komercyjnych mniejsze zyski, i powrót do pracy u podstaw: zbierania depozytów terminowych dla finansowania potrzeb pożyczkowych – pośrednictwo finansowe zamiast kreacjonizmu monetarnego.

  • Leon Orlikowski pisze:

    Jest popełniany błąd w rozumieniu bankowej akcji kredytowej, w której następuje kreacja pieniądza. Mianowicie nie odróżnia się rezerw pieniędzy zgromadzonych z zaoszczędzonych dochodów od pieniędzy transakcyjnych, czyli tych pieniędzy, które stanowią niezbędną rezerwę transakcyjną, z której są regulowane bieżące płatności za kupowane towary. Pieniądze z zaoszczędzonych dochodów są wypożyczane bankom i są nazywane depozytami lub lokatami bankowymi. Pieniężne lokaty są deponowane w bankach na różne terminy: miesięczne, kwartalne, roczne lub wieloletnie. Im depozyt jest ulokowany w banku na dłuższy termin., tym deponent otrzymuje od banku wyższe oprocentowanie. W okresie, na który oszczędności zostały zdeponowane w banku, bank ma prawo wypożyczać je kredytobiorcom za oprocentowaniem, oczywiście według wyższej stopy procentowej, jaką sam deponentowi wypłaca za depozyt. Banki zarabiają nie tylko na różnicy pomiędzy wyższymi stopami, jakie pobierają od kredytobiorców i płacą swoim depozytariuszom, ale również starają się dodatkowo zarabiać na różnicach czasowych w strukturach przyjmowanych depozytów oraz udzielanych kredytów. Mianowicie, starają się wtedy przyjmować jak najwięcej depozytów krótkoterminowych nisko oprocentowanych oraz z kolei udzielać jak najwięcej kredytów długoterminowych najwyżej oprocentowanych. Ponieważ wszystkie kredyty i ich oprocentowanie są spłacane w regularnych ratach, każdy bank potrafi sobie dostosować strumień wpływów gotówkowych ze spłacanych kredytów do wymaganego strumienia własnych wypłat, czyli obsługi krótkoterminowych lokat. Przy tak ustawionym systemie depozytowo-kredytowym bankowe rezerwy pieniężne z tego tytułu mogą kształtować się na bardzo niskim poziomie, określonym tylko statystycznie ustalonym wskaźnikiem nieściągalnych kredytów. Powyższy przypadek nie ma nic wspólnego z kreacją pieniądza, albowiem banki wypożyczają tylko to, co same otrzymują od deponentów, a nawet mniej, jeżeli uwzględni się utrzymywanie koniecznej rezerwy na pokrycie strat na nieściągalnych kredytobiorcach. Można twierdzić więc, że bankowe kredyty udzielane ze zdeponowanych oszczędności mają 100-procentowe pokrycie w rezerwach pieniężnych.
    Faktycznej kreacji pieniądza banki komercyjne dokonują wtedy, gdy udzielają kredytów z rachunków bieżących swych klientów, czyli wypożyczają pieniądze z ich rezerw transakcyjnych. Na jakiej podstawie bank pozwala sobie udzielać pożyczek dla swych kredytobiorców z rezerw transakcyjnych swych klientów? Banki czynią to na podstawie następującego sprawdzonego w długoletniej praktyce bankowej doświadczenia: Jeżeli z ogólnej sumy pieniędzy, które zostały zdeponowane w banku w postaci rezerw transakcyjnych poszczególnych klientów, bank będzie obsługiwał kolejne transakcje tych klientów, to wtedy te płatności nie wymagają wydawania w danym krótkim odcinku czasu całej sumy zdeponowanych w banku rezerw, a tylko określonej, ułamkowej jego części. Ta ułamkowa część stanowi bazę depozytową. Pozostałą część bank może wypożyczyć kredytobiorcom i tworzyć w ten sposób tzw. pieniądz depozytowy, czyli kreować nowy dodatkowy pieniądz. W warunkach obiegu pieniądza kruszcowego bazę depozytową stanowiły monety kruszcowe lub zdeponowane kruszce szlachetne oraz pozyskane waluty z nadwyżek w handlu zagranicznym. Obecnie taką bazą jest pieniądz kreowany przez bank centralny i wypożyczany bankom pod zastaw przez nie przede wszystkim państwowych papierów dłużnych. Absurd takiego systemu kreowania pieniądza polega na tym, że najpierw banki komercyjne zaciągają kredyt w banku centralnym, aby stworzyć sobie bazę monetarną, czyli bankowy pieniądz transakcyjny i dopiero potem z tej bazy udzielają wielokrotnie wyższych i wyżej oprocentowanych kredytów i kreują w ten sposób swój pieniądz depozytowy. Udzielają też kredytów rządowi na sfinansowanie jego deficytowych wydatków budżetowych, oczywiście za wysokim oprocentowaniem, które rząd spłaca im ze śiąganych podatków od obywateli (sic!). Należy więc zapytać polityków z jakiego tytułu pozwalają bankom ściągać ten wysoki haracz z dochodów swych obywateli?! Nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia, aby banki komercyjne miały prawo kreowania bankowego pieniądza obiegowego w postaci depozytowej. To tylko bank centralny powinien mieć wyłączne prawo kreowania pieniądza obiegowego.

  • Janusz Kowalski pisze:

    Bardzo fajnie się Was panowie czyta nie mając pojęcia o finansach. Gruba łamigłówka :)

Dodaj komentarz


dwa × = 18

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane