Bastiat i biedronki

17.01.2016
Nałożenie podatków na sklepy wielkopowierzchniowe i banki spowoduje podwyżki cen – grzmią przeciwnicy zwiększania danin. Mamy na rynku konkurencję, podniesienie cen to utrata klientów, nikt się nie odważy – bronią pomysłu jego autorzy. Tak wygląda debata o podatkach w Polsce. Te spory to wynik szkolnej pomyłki: niedostrzegania tego, co w gospodarce na pierwszy rzut oka niewidoczne.

(CC By NC Bob Jagendorf)


Co jakiś czas pojawia się ekonomista przekonujący, że wojna jest dobra. Nie z punktu widzenia moralnego oczywiście, ale z punktu widzenia rozwoju gospodarczego. Osobliwe?

A jednak twierdzenia w tym guście formułuje np. amerykański profesor z George Mason University Tyler Cowen.

– Patrząc na historię USA, nie możemy odrzucić łatwo takiego poglądu. Energia nuklearna, komputer, czy współczesny odrzutowiec, albo internet to wszystko produkty wojny „gorącej”, jak II Wojna Świata, ale także wojny zimnej. To, że Sowieci wystrzelili Sputnik zwiększyło amerykańskie zainteresowanie nowymi technologiami – tłumaczy Cowen, według którego wojna wymusza na rządzie szybsze, sensowniejsze decyzje i mobilizuje w bardziej efektywny sposób zasoby narodowej gospodarki. Z tych też względów dobre dla gospodarki może być, zdaniem Cowena, już samo zagrożenie wojną!

Zbita szyba, czyli koszty alternatywne

Takie rozumowanie przeraża Davida Hendersona, który ekonomią zajmuje się w słynnym Instytucie Hoovera. Nie tylko dlatego, że ktoś upatrujący ratunku dla gospodarczej zapaści kraju w groźbie wojny to potencjalny czarny charakter kolejnego filmu o Bondzie.

– Czy Tyler zakłada, że bomba atomowa była dobrym pomysłem? Nie mówi tego wprost, ale chyba tak jest. Tymczasem zabiła ona co najmniej 150 tys. ludzi. W II Wojnie Światowej zginęło w sumie 60 mln ludzi – oburza się Henderson w artykule na popularnym blogu EconLib.org.

Hendersonowi żal ofiar wojny po ludzku, ale też „po ekonomicznemu”. Straciliśmy kreatywny potencjał milionów ludzi, czyli „pierwotny zasób” ludzkości.

– Jak wielki postęp mógłby się dokonać, gdyby ludzie ci przeżyli? Część z nich na pewno wymyśliłaby wiele rewolucyjnych rozwiązań dla naszych codziennych problemów. I jaki postęp by się dokonał, gdyby cały kapitał „zainwestowany” w wojnę użyty został w celach pokojowych? Widzimy wojenne osiągnięcia, które wymienia Cowen, ale ten utracony potencjał to ich niewidoczny i olbrzymi koszt – uważa Henderson.

Henderson wspominając o tym, „czego nie widać” wprost odwołuje się do tytułu jednego z najbardziej znanych artykułów Francuza Frédérica Bastiata: „Co widać i czego nie widać”. Słynący z przenikliwych, zwięzłych i klarownych sądów Bastiat napisał go, gdy zasiadał w parlamencie. Była połowa XIX w. i we Francji zderzały się ze sobą dwa nurty myślenia o gospodarce: leseferystyczny, czyli radykalnie wolnorynkowy (po tej stronie stał Bastiat) oraz protekcjonistyczno-interwencjonistyczny, czyli mówiący, że to, co „swoje” w gospodarce należy chronić, a rozwój jej sztucznie stymulować.

Jedną z bezpośrednich inspiracji dla napisania tekstu były tezy radcy stanu wicehrabiego Augusta de Saint-Chamans, jakoby ewentualny pożar Paryża miał przynieść korzyści francuskiemu przemysłowi. Wielmożny wicehrabia przekonywał, że zyski przemysłu brałyby się z konieczności odbudowania spalonych domów. Zmobilizowano by dodatkowy kapitał, zatrudniono robotników i podjęto dynamiczną odbudowę. Wicehrabia i Cowen znaleźliby zapewne wspólny język.

Błędność takiego poglądu Bastiat wykazuje, opowiadając krótką ekonomiczną „przypowieść”. Wyobraźmy sobie, że „syn poczciwego mieszczanina” wybije szybę w oknie jego domu. Kto ma z tego zysk? Szklarz. „Przyjdzie on, zrobi co do niego należy, zgarnie 6 frankόw i w sercu będzie dziękował niesfornemu dziecku. To widać. Ale jeżeli, jak to się bardzo często dzieje, dochodzi się do wniosku, że dobrze jest wybijać szyby, bowiem przyspiesza to obieg pieniądza i wspomaga przemysł, to muszę zakrzyknąć: “Stop”! To rozumowanie nie uwzględnia, czego nie widać”, pisze Bastiat. A nie widać, że gdyby szyba nie została zbita to owe „6 franków” zostałoby wydane na co innego. Np. na nowe buty. Dla przemysłu zatem, pisze Bastiat, to obojętne, czy zarobi szklarz, szewc, czy kamieniarz, ale już dla społeczeństwa jako całości nie – ono traci, bo przecież należy w ogólny bilans wliczyć stratę mieszczanina, który musi męczyć się w schodzonym obuwiu.

Ekonomiści nazywają opowiedzianą przez Bastiata historię „mitem zbitej szyby”, a problem przez nią ilustrowany problemem kosztów alternatywnych, tudzież kosztów utraconych korzyści. Pojawiają się one, gdy dostępny kapitał nie jest wykorzystywany w najlepszy z możliwych sposobów.

Powrót do przyszłości

Dobrze, już jesteśmy na powrót w 2016 r. Na co teraz może przydać się nam opowiadanie ekonomicznych przypowieści sprzed 150 lat? Przecież nie do zwalczania poglądu, że wojna jest dobra. Jest on na tyle skandaliczny, że głosić go można jedynie w ramach intelektualnej prowokacji.

Właściwe rozumienie kosztów alternatywnych przydaje się jednak także, gdy próbujemy rozwiązać problemy, z którymi mamy styczność codziennie i od których nie możemy uciec, np. kwestię podatków. Bardzo często widoczny „pozytywny” efekt opodatkowania towarów, usług, czy majątku odwraca naszą uwagę od jego skutków niewidocznych, a znacznie bardziej doniosłych.

Popracujmy na konkretach. W Polsce trwa debata nad opodatkowaniem sklepów wielkopowierzchniowych podatkiem obrotowym, już przegłosowano nowy podatek bankowy, a rozważa się jeszcze obłożenie dodatkową daniną składek na ubezpieczenie OC.

Zwolennicy tych podatków wskazują, że przełożą się one na (zwłaszcza dwa pierwsze) wzrost przychodów budżetowych i ograniczenie drenażu kapitałowego naszej gospodarki. Przeciwnicy nowych i wyższych podatków straszą zaś, że pewnikiem przełożą się one na wyższe ceny, a w efekcie zubożą konsumentów, którzy znów, tym razem pośrednio, będą ratować budżet państwa.

Bastiat powiedziałby, że obie strony skupiają się, niestety, na tym, co widać. A czego nie widać?

Weźmy podatek bankowy. Jak relacjonuje Monika Prądzyńska na portalu Onet.pl „projekt podatku zakłada obłożenie nim aktywów banków w wysokości 0,39 proc. w skali roku, co miałoby dać budżetowi państwa wpływ na poziomie 5,5 mld zł rocznie. Z tych pieniędzy rząd chce finansować programy socjalne, m.in. 500 zł na dziecko.” Cóż, widzimy same korzyści: banki dzięki stworzonemu przez państwo mechanizmowi płacą na nasze dzieci.

Standardowa teoria ekonomii mówi, że cena dobra obłożonego podatkiem rośnie i w wyniku gry popytu i podaży plasuje się gdzieś pomiędzy ceną sprzed podatku a wartością „cena plus podatek”. Jeśli produkt kosztujący 100 zł obłożymy10 proc. podatkiem, to cena ukształtuje się gdzieś pomiędzy 100 zł a 110 zł. Gdzie dokładnie, nie wiemy. Ale podatek bankowy jest zaprojektowany tak sprytnie, że standardowa teoria ekonomii na niewiele się zda. Dotyczy on nie konkretnych produktów, czy usług, ale sumy aktywów, czyli m.in. tego, na czym bank zarabia bądź traci (kredyty, których udziela, obligacje, itp.). Czy więc ceny produktów i usług bankowych wzrosną?  Cóż, prawdopodobnie tak, ale wymierne zidentyfikowanie tych podwyżek będzie trudne. To będzie to, czego nie widać. Świadomi problemów z oceną cenowych skutków nowego podatku jego zwolennicy przekonują, że banki zredukują marże, ale nie podniosą cen.

Ale nawet, gdyby mieli rację, to czy zredukowanie marży banku jest dla zwykłych Kowalskich takie korzystne? To jest to, co widać: bank mniej zarabia. Nie widać tego, że bank mniej inwestuje; nie widać tych kredytów, których nie udzielono i obligacji, których nie zakupiono. Nie widać pracowników, których nie zatrudniono, albo tych, którym obniżono pensje. Nie widać nowych oddziałów banku, których nie otworzono i nowych produktów, których nie wymyślono. Nie widać firm, które nie powstały, albo które upadły. A czego nie widać tego sercu nie żal?

Rozumowi przynajmniej powinno być żal.

Dobijanie Biedronek

Zajmijmy się przez chwilę tym, co widać i co wydaje się takie pożądane: wpływami budżetowymi i tą rzekomo oczywistą korzyścią, które stanowi ich zwiększanie.

Zastanawia już sam fakt, że radość ze zwiększenia wpływów do budżetu wyrażają tak często osoby, które jednocześnie uważają, że państwo „kradnie i oszukuje”. Ta niespójność postaw sygnalizuje, że być może korzyść dla budżetu nie jest równoznaczna z korzyścią dla społeczeństwa.

Bo czy uświadamiamy sobie, że zgadzając się na nowe podatki, wpadamy w błędne koło? Te przekładają się na nowe i większe wydatki, które skutkują zwiększonym zadłużeniem, a to w końcu wymusza nakładanie kolejnych podatków. Dwóch amerykańskich ekonomistów, Stephen Moore i Richard Vedder, wykazało – analizując wydatki rządu USA z okresu od 1945 r. do 2009 r. i porównując je z przychodami podatkowymi – że każdy kolejny dolar zebrany w podatkach przekładał się średnio na 1,17 dolara nowych wydatków. Nie ma powodu zakładać, że w innych krajach jest inaczej. W zależności od przywiązania do konserwatyzmu budżetowego, różnić się mogą tylko stopniem „przyśpieszenia” wydatków.

„Badaliśmy dane statystyczne z każdej możliwej strony i w każdy możliwy sposób. Nijak nie udało się wykazać, że wyższe podatki obniżają wydatki”, podsumowali ironicznie w 2011 r. w artykule „Wyższe podatki nie obniżą deficytu”.

Załóżmy jednak przez moment, że podatki zbiera się naprawdę po to, by zmniejszyć deficyt i się nie zadłużać. Nawet wtedy społeczeństwo może tracić. Zdaniem Thayera Watkinsa, ekonomisty ze stanowego Uniwersytetu San Jose, sumaryczna strata, jaką ponoszą konsumenci i producenci w wyniku opodatkowania danego produktu jest tylko częściowo kompensowana przez wpływy do budżetu z tego tytułu.

„Wykazuje to analiza ekonomiczna. Sytuacja jest analogiczna do tej, w której złodziej włamuje się do samochodu, dokonując uszkodzeń, których naprawa wyniesie 500 dolarów, żeby uzyskać przedmiot wart 50 dolarów. Strata właściela to 550 dolarów. Zysk włamywacza to 50 dolarów”, pisze Watkins w artykule nt. podatków pośrednich (dokładnie akcyzy).

A jaki efekt będzie miał drugi planowany podatek – ten od sklepów wielkopowierzchniowych? Wiemy, że ma wynosić ok. 2 proc. od obrotów i według rządowych szacunków da budżetowi ok. 2 mld zł. Taki podatek jest kosztem sprzedawcy, w związku z czym, aby zachować rentowność na starym poziomie, sprzedawca ma dwa wyjścia: podnieść ceny, albo ciąć koszty pozapodatkowe. To czy w ogóle jednak może podnieść ceny o choćby grosz nie jest zależne od sprzedawcy, a od tzw. elastyczności popytu. Może być tak, że nie zareaguje on na zmiany cen poszczególnych towarów (popyt będzie wtedy nieelastyczny), a może być tak, że obecne ceny (przed podatkiem) są już tak wysokie, że choćby odrobine wyższe spowodują drastyczny spadek popytu. Tego nie da się przewidzieć. Jeśli sprzedawca będzie sprytny (a sprzedawcy tacy bywają), podniesie ceny dóbr trudnozastępowalnych – np. chleba. Nie dość, że koszty poniosą konsumenci, to jeszcze będą to ci biedniejsi.

Zapewne sprzedawcy wybiorą drogę pośrednią: delikatnie podniesienie cen niektórych produktów oraz cięcie kosztów. Co to drugie oznacza? Mniej więcej to samo, co w przypadku banków: to, czego nie widać. Duże sieci handlowe w dłuższej perspektywie ograniczą nabór nowych pracowników, albo zaoferują nowo przyjmowanym mniejsze pensje, a aktualnym mniejsze pakiety socjalne, ograniczą otwieranie nowych sklepów, zamówią tańsze odpowiedniki sprzedawanych produktów, itp.

Efekt? Ograniczymy nie tylko rozwój sieci typu Biedronka, ale zredukujemy popyt wewnętrzny (droższe produkty, mniejsze płace). Sprzedawcy mają jeszcze jedno wyjście wobec widma podatku: zwiększyć rentowność inwestycji. Ale to wymaga większych nakładów inwestycyjnych teraz (choćby na wymyślenie tego, jak to zrobić), a więc jeszcze mocniej pompuje teraźniejsze koszty. Nikt bez ogromnych rezerw kapitałowych i gotowości do „palenia gotówki” tego nie zrobi, zwłaszcza w niestabilnym środowisku podatkowym.

Jak widać, negatywne skutki opodatkowania, których nie widać mogą, przeważyć jego pozytywne konsekwencje, które co prawda widać, ale często są złudzeniem.

Trudno jednak „na liczbach” udowodnić, że coś czego nie ma miałoby większą wartość niż coś, co jest. Rozumowanie ekonomiczne, które dostrzega „niewidzialną” warstwę gospodarki jest rozumowaniem „kontrfaktycznym”, a więc dla wielu, jeśli nie dla większości ludzi, zbyt „abstrakcyjnym”, by brać je pod uwagę. Szkoda, bo przecież niemożliwość zgromadzenia dowodów w sposób, który nadałby się do „skwantyfikowania” nie oznacza, że one nie istnieją. Oznacza tylko, że mają inną naturę.

„Mόj Boże, jak ciężko w ekonomii dowieść, że dwa i dwa daje cztery. Gdy to się uda, słychać krzyk: To takie oczywiste, nudzisz nas. Potem głosowanie. Znowu tak, jakby nic nie zostało powiedziane”, wzdychał Bastiat i, niestety, od jego czasów niewiele się zmieniło.


Tagi


  • jas pisze:

    Bomba atomowa przyczyciła się wbrew pozorom do pokoju.
    Dzięki niej zimna wojna nie odbyła się na froncie a na teatrze siły, propagandzie i gruncie ekonomicznym.

  • piro pisze:

    Bardzo dobry artykuł ostatnio brakowało trochę Bastiata na portalu. Ciekawie się czyta i jeżeli chociaż kilka osób zmieni swój pogląd na obecną sytuację naprawdę warto pisać takie artykuły. Dziękuję Panie Stodolak za miłą lekturę o poranku.

  • Hex pisze:

    „Duże sieci handlowe w dłuższej perspektywie ograniczą nabór nowych pracowników, albo zaoferują nowo przyjmowanym mniejsze pensje, a aktualnym mniejsze pakiety socjalne”

    XD a jakie to niby mogą być pensje niższe od obecnych na „kasie”, tj. „minimalnej” na „śmieciówce” ^^, a i jeszcze te rzekome pakiety socjalne XD

  • Tezcatlipoca2016 pisze:

    Eee, to nie jest tak proste, jak się Bastiatowi wydawało. Rozumowanie Bastiata szło w kierunku zanegowania prostej ścieżki linearnej: zbita szyba oczywiście społeczeństwa nie wzbogaciła. Rozumowanie Bastiata jednak upada w sytuacji technologicznej zmiany fazowej: jeżeli będzie dużo tłuczonych szyb to ktoś zainwestuje w szyby nietłukące się, które normalnie nie zostałyby wymyślone/wyprodukowane. I tu tkwi ta rola rządu, tak negowana w artykule: finansowanie badań i prac, które spowodują zmianę JAKOŚCIOWĄ. Te badania w większości były wcześniej, ale nędznie finansowane, bo miały zbyt długi horyzont zwrotu. Nie zakończyłyby się z tego powodu sukcesem, albo sukces przyszedłby po wielu dziesięcioleciach. Jaki był efekt II WW? Nie kreacja, ale PRZYSPIESZENIE prac nad radiolokacją, silnikami odrzutowymi, silnikami rakietowymi, energią nuklearną, komputerami, antybiotykami.

  • Sebastian pisze:

    ad @Hex

    „jak niby to mogą być pensje niższe od obecnych na „kasie”, tj. „minimalnej” na „śmieciówce” ^^, a i jeszcze te rzekome pakiety socjalne XD”

    Po pierwsze, Szanowny Panie, pensja minimalna to regulacja dotycząca umów etatowych, a nie cywilnoprawnych (śmieciówek).

    Po drugie, myli się Pan sądząc, że pensje na kasie w biedrze, czy Lidlu, to pensje minimalne. Zapraszam do zapoznania się z tym artykułem (co prawda sprzed 1,5 r. , ale tu zmieniło się raczej in plus niż in minus) http://wyborcza.pl/1,76842,15620706,Rosna_pensje_w_dyskontach_i_hipermarketach__2_6_tys_.html

    Po trzecie, gdyby nawet tak było, to stanęlibyśmy przed 1 członem alternatywny, czyli redukcją etatów/zmniejszeniem naboru.

    Natomiast Szanowny Pan Tezcatlipoca2016, który słynie z celnych i przenikliwych uwag zamieszczanych na tym portalu, tym razem niewiele zrozumiał. Toć cały tekst jest właśnie o tym, że rozumowanie, które Pan, Panie Tezcatlipoca2016 w komentarzu przedstawia jest błędne. A „zmiana fazowa”, choć termin, przyznam, brzmi bardzo poważnie i naukowo, niestety, niczego tu nie zmienia :) Do tego to piękne niefalsyfikowalne zdanie „[badania] nie zakończyłyby się z tego powodu sukcesem, albo sukces przyszedłby po wielu dziesięcioleciach.” Otóż wręcz przeciwnie – sukces przyszedłby gdzie indziej i w jeszcze większym stopniu zmienił losy świata niż wynalazki wymienione. Proszę Pana, musiałby Pan przez chwilę wyobrazić sobie kilka światów możliwych i myśleć „kontrfaktycznie”. Światy, w którym inne wynalazki i odkrycia z innych dziedzin „windują” technologię na wyższy poziom.

    Uszanowanie,
    Autor

  • Sebastian pisze:

    @jas

    Stwierdzenie, że bomba atomowa przyczyniła się do pokoju jest prawdziwe. Tak samo prawdziwe, jak stwierdzenie, że wygrana wojna przyczyniła się do pokoju.

  • mg pisze:

    Wiele uwag napisano wcześniej natomiast: w normalnych społeczeństwo przeznacza na inwestycje mniej niż to co dało by najlepsze rezultaty w długim terminie – wysiłek społeczeństw w czasie II wojny światowej polegał między innymi na gwałtownym ograniczeniu konsumpcji i przeznaczenia dodatkowych wydatków na środki niszczenia(głupi wydatek) ale też gwałtowny rozwój nowych technologii(bardzo mądry wydatek) Z pewnością pokolenie IIWW wyszło na tym fatalnie ale już nasze(w skali globu) bardzo dobrze. Choć oczywiście nie usprawiedliwia to tego, co działo się w okresie wojny. Lepiej byłoby te środki zmobilizować w okresie pokoju – ale jakoś bez stanu wyższej konieczności nikt się na to nie decyduje. Co do podatku od sklepów i banków to w obu tych obszarach mamy do czynienia z naturalnym monopolem(dodatnie efekty skali) – im większa skala działalności tym większa stopa zwrotu z zaangażowanych kapitałów. Uderzenie w monopol ma skutki pozytywne i negatywne, z tych które mniej widać pozytywne to te, że ograniczają przewagę konkurencyjną największych zasiedziałych graczy nad nową konkurencją, co powinno wywierać presję na poprawę efektywności działania wszystkich uczestników rynku – na czym finalnie skorzystają konsumenci. W krótkim terminie powadzi to oczywiście do przerzucenia części kosztów na klientów czy dostawców. Jest tu wiele elementów, których nie widać.

  • Sebastian pisze:

    @MG „W normalnych społeczeństwo przeznacza na inwestycje mniej niż to co dało by najlepsze rezultaty w długim terminie” Teza nie do udowodnienia.

    „Z pewnością pokolenie IIWW wyszło na tym fatalnie ale już nasze(w skali globu) bardzo dobrze.”
    Teza nie do udowodnienia. Tak, jakby nie czytał Pan artykułu. Koszty utraconych korzyści!

    „Lepiej byłoby te środki zmobilizować w okresie pokoju – ale jakoś bez stanu wyższej konieczności nikt się na to nie decyduje.”
    Sugeruje Pan, że w imię przyszłego postępu dla przyszłych pokoleń powinniśmy zacząć jeść konserwy i suchy chleb :)?

    „Co do podatku od sklepów i banków to w obu tych obszarach mamy do czynienia z naturalnym monopolem(dodatnie efekty skali)”
    Przepraszam. Gdzie widzi Pan naturalny monopol na rynku spozywczym? Nawet w poszczegolnych niszach, jak dyskonty, jest spora konkurencja. Co do banków to jeśli już to nie monopol, a raczej oligopol i to nie naturalny, a sztuczny, bo powstały w wyniku konkretnych państwowych regulacji i wymogów koncesyjnych.

    „im większa skala działalności tym większa stopa zwrotu z zaangażowanych kapitałów.”

    Gdyby to była absolutna prawda, to żadna nowa firma nie miałaby szans w starciu ze starymi. Skala dzialanosci moze pomoc ale nie musi w zwiekszeniu stopy zwrotu. Twórcza destrukcja. Schumpeter.

  • JerzyB pisze:

    No cóż. Czy wojna popłaca ? Zalezy na czym nam zależy. Zapenwe podczas wojny życie ludzie ma gorszy standart niż po niej. Niektórzy – jak w artykuly – wskazują na innowacyjnośc wojen. Okej. Tylko czy to nie przez wyzsze naklady na innowacje poczynione przez wojne ? Czy trzeba do tego wojny by wieksze pieniadze ladować w innowacje ?

  • Tezcatlipoca2016 pisze:

    @sebastian „A „zmiana fazowa”, choć termin, przyznam, brzmi bardzo poważnie i naukowo, niestety, niczego tu nie zmienia :)” – owszem, zmienia. Zmiana fazowa to taka zmiana, której skutki są niewywodliwe ze stanu poprzedniego. Inżynieria się kłania. Bastiat rozumował kategoriami prostego modelu liniowego. Zmiana fazowa wprowadza przeskoki, z których skutkami modele liniowe sobie nie radzą. Oczywiście, może Pan stosować ośmieszają erystykę, ale takich argumentów nie przyjmuję. ============= „Do tego to piękne niefalsyfikowalne zdanie „[badania] nie zakończyłyby się z tego powodu sukcesem, albo sukces przyszedłby po wielu dziesięcioleciach” – owszem, falsyfikowalne. Przykład jest prosty: loty kosmiczne są znane od roku 1957, a załogowe od 1961. Do tej pory ŻADNA PRYWATNA firma nie zrealizowała załogowego lotu kosmicznego, a komercyjne loty bezzałogowe funkcjonują dopiero od kilku lat. Pierwszy rakietoplan Bell X-1 został skonstruowany z funduszy państwowych w roku 1946. Pierwszy PRYWATNY rakietoplan – w roku SpaceShipOne w roku 2003. Czyli UDOWODNIONY odstęp pomiędzy realizacjami wojenno-państwowymi a prywatnymi wynosi w tym obszarze SZEŚĆDZIESIĄT lat! I tyle w kwestii podnoszonej przez Pana niefalsyfikowalności. A Pańskie światy kontrfaktyczne? Po prostu nie istnieją, są tylko eksperymentami myślowymi i jak zawsze w takich przypadkach są bardzo prostymi modelami o co najwyżej kilku parametrach.

  • ddd pisze:

    „Mόj Boże, jak ciężko w ekonomii dowieść, że dwa i dwa daje cztery. Gdy to się uda, słychać krzyk: To takie oczywiste, nudzisz nas. Potem głosowanie. Znowu tak, jakby nic nie zostało powiedziane”, wzdychał Bastiat

  • SureBety.PL pisze:

    Czytałem Bastiata „Co widać i czego nie widać”. Klasyk, który powinien być obowiązkowy w szkołach. Tylko na jakim przedmiocie? Matematyka? Bo ekonomii raczej nas nie chcą uczyć, żebyśmy zbyt mądrym narodem nie byli.

    Z drugiej strony polityka – wystarczy byle jak uzasadnić.
    Kto jest tymi „autorami projektu”? Nazwiska! Bo nigdzie ich nie podają!

    A że nie chodzi tylko o hipermarkety dowód tu:
    http://www.fakt.pl/finanse/nowy-podatek-pis-uderzy-we-wszystkie-sklepy,artykuly,590339.html

    Zapłacimy wszyscy z własnej kieszeni. Odrobią straty może ci, którzy mają dzieci i mało zarabiają.

    Czyli witajcie nowe podatki!

  • Grzegorz pisze:

    Wydaje mi się, że to byłaby prawda gdyby wszystko działo się w zamkniętym obiegu. A tak nie jest – co roku banki wypłacają za granicę w formie dywidendy 50-75% zysków więc…. nie inwestują, nie zatrudniają, nie idzie to na zwiększenie akcji kredytowej. Więc w sumie kasa z podatku zostanie w kraju zamiast być wypłacona w formie dywidendy. Drugą opcją jest redukcja kosztów w bankach, bo nie żałują sobie. I bez poparcia dla tej lub innej opcji politycznej – próbuję się zastanowić merytorycznie. To samo ze sklepami – co by było gdyby wprowadzić regulację, że dopóki nie będzie zysku nie można pobierać opłat licencyjnych? Przecież wiadomo że służą tylko transfrerowi $ za granicę. To jest wbrew logice – tzn przedsiębiorca pogłębia tylko stratę, potem z tych samych pieniędzy, które zapłaci udziela pożyczek (oprocentowanych wysoko) żeby sfinansować tę stratę. Są zyski – jest opłata licencyjna. I przydała by się regulacja ze udziałowcy straty muszą pokryć w ciągu np. 9 miesięcy. Uzdrowiłoby to system. Jak wygenerujesz stratę opłatami zaraz będziesz ją musiał wpłacić w formie kapitału. I zdrowiej by było.

  • LubieRZca pisze:

    Zgadzam się z tym tekstem, chociaż nie ma opcji aby przez te podatki jakoś znacznie zredukował się popyt wewnętrzny. Polska to wciąż nie nasycony rynek. Banki i sklepy wielopowierzchniowe będą musiały coś wymyśleć, aby klienci nie odeszli od ich usług i sklepów, bo na tym polu konkurencja jest spora, nie mogą sobie pozwolić na diametralną redukcje zatrudnienia czy obniżki płac.

  • logik pisze:

    Ciekawe twierdzenie. Ktoś przeprowadzał testy A/B aby sprawdzić alternatywną wersję historii?

  • Sebastian pisze:

    Ad Tez… „Bastiat rozumował kategoriami prostego modelu liniowego. Zmiana fazowa wprowadza przeskoki, z których skutkami modele liniowe sobie nie radzą.”
    Trudno mi to skomentować inaczej niże, że to, co Pan pisze wynika z bardzo głębokiego niezrozumienia tego, o czym pisał Bastiat. W tym, co Pan pisze, prezentuje pan „inżynieryjny” tok rozumowania. To jest ok w projektowaniu mostów i rakiet, ale w ekonomii to zasadniczy błąd metodologiczny. Zapomina Pan, że „zmiana fazowa”, jak to pan ujmuje po inżynieryjnemu, może być wynikiem rynkowej twórczej destrukcji i najczęściej jest. Pan nie bierze w rachubę, że wojna = nieprzewidziana zmiana fazowa w kierunku X minus olbrzymie koszty wojny, a czas pokoju = nieprzewidziane zmiany fazowe w kierynku X,Y, Z;

    A to, że akurat loty w kosmos były najpierw „państwowe” oznacza tylko i wyłącznie to, że sektor prywatny nie „cenił” szczególnie akurat tego typu inwestycji (zresztą wciąż nie ceni, bo Musk rozwija swój biznes w oparciu o dotacje rządowe i zamówienia NASA). Pan, zdaje się, uważa też, że kierunki zmiany fazowej dyktowane przez wojnę są bezwzględnie dobre i pożądane, a już na pewno, że pożądane i bezwzględnie dobre jest przyśpieszone w ich kierunku podążanie. A wybory sektora prywatnego są nie dość, że obiektywnie nietrafne, to jeszcze ślamazarnie realizowane. To jest nieuprawniony, zupełnie arbitralny sąd.

    Pozdrawiam
    Sebastian

  • Tezcatlipoca2016 pisze:

    @sebastian Proszę mi nie imputować żadnej pochwały wojny. Wypowiadam się jedynie w dwóch sprawach: (a) idealizacji Bastiata, którego wnioskowanie ma charakter silnie ograniczony, linearny i uwzględniający, jak to już wspomniał @grzegorz, tylko systemy zamknięte oraz (b) głoszonej przez Pana deprecjacji finansowania budżetowego badań podstawowych i rozwojowych, których biznes prywatny finansować nie chce z powodu zbyt długiego horyzontu zwrotu. I w jednym, i w drugim przypadku, rzeczywistość zaprzecza Pańskim tezom, podobnie jak zresztą zaprzecza wszystkim gloryfikatorom wolnego rynku potępiającym protekcjonizm. W świecie idealnym, czyli tym Pańskim „kontr-faktycznym”, może i byłoby to słuszne, ale w świecie realnym działamy w otoczeniu polityczno-gospodarczym, w którym Pańska strategia postępowania jest samobójcza.

  • Sebastian pisze:

    @Tezcatlipoca2016
    Cóż, nie imputuje Panu pochwały wojny. Pan dokonuje jedynie błędnej i tragicznej w implikacjach dla polityki budżetowej analizy jej skutków. Mam też problem z Pańskim rozumieniem długiego horyzontu inwestycyjnego oraz tolerancji dla ryzyka inwestycyjnego. W Pańskim rzekomo realnym świecie pompowanie kasy publicznej w B+R jest takie korzystne, bo rzekomo prowadzi do odkryć, których bez niego by nie było. I tutaj zawsze przytacza Pan jakieś anegdoty, które są ciekawe, ale nijak nie obalają rozumowania Bastiata.

    Proszę sobie zatem wyobrazić pewną sytuację: oto w 1877 r. wybucha wojna światowa. Joseph Wilson Swan, orignalny wynalazca żarówki miał w 1878 r. miał patentować swój wynalazek – żarówkę, ale w wyniku poboru poszedł do wojska i zginął na froncie. Podobnie Thomas Edison, który pracował równolegle nad podobnym wynalazkiem – na tego spadła bomba. wystrzelona z armaty. Ludzkość pochłonięta wojażami pracuje nad bardzo przełomowymi militarnymi technologiami, ale przy świetle świec woskowych i pochodni. Nie zaliczyliśmy „zmiany fazowej” w wyniku pracy Edisona i Swana, ale za to po wojnie, która zmobilizowała wydatki publiczne i ograniczyła konsumpcję, mamy jakieś zupełnie inne zmiany fazowe. Pan nie rozumiem, że przesunięcie wydatków z prywatnych na publicznie zmienia tylko jedno: zamiast TYCH wynalazków/odkryć, pojawiają się TAMTE.

  • Rosiak pisze:

    Biedronki i banki to podstawa jeśli chodzi o masówkę – dużo żryć, jak najwięcej mieć. Niech się biedronkom nie opłaca, będzie lepiej dla małych przedsiębiorców, rolników, którzy mogą handlować bez pośredniczenia biedronki. Rozpatrując temat przez kwestię świadomości ludzi – coraz więcej ludzi chce jeść rośliny ew. zwierzęta tylko z własnej naturalnej hodowli, z dobrych warunków. Świat się rozwarstwia, niedługo nie będzie chodziło tylko o liczby i materializm. Wraz z postępem świadomości ludzie będą szukali bardziej skomplikowanych sposobów na zaspokojenie swoich duchowych potrzeb. W biedronce niewiele jest zdrowej żywności. A kasa jeśli ma wyparować to właśnie przez banki, które nie produkując niczego zarabiają najwięcej, a potem ci bogacze inwestują w tematy w stylu willa w dżungli i najnowocześniejsze samochody – niewiele warte z punktu widzenia społeczności zarabiającej 1500 miesięcznie. Świat się zmienia, jeśli ktoś ma dobre pomysły zawsze znajdzie kasę.

    Nie starajmy się dostosowywać do raka jakim jest obecny system oparty na wyzysku. Państwo ma możliwość dobrego wykorzystania tych pieniędzy. Wszystko tak naprawdę się sprowadza do ludzi i do ich świadomości. Systemy niech będą oparte na inteligencji, nie ma pustym pieniądzu i uzależnieniu.

  • mg pisze:

    >>”W normalnych społeczeństwo przeznacza na inwestycje mniej niż to co dało by najlepsze rezultaty w długim terminie” Teza nie do udowodnienia.<>”Z pewnością pokolenie IIWW wyszło na tym fatalnie ale już nasze(w skali globu) bardzo dobrze.” Teza nie do udowodnienia. Tak, jakby nie czytał Pan artykułu. Koszty utraconych korzyści!<>”Lepiej byłoby te środki zmobilizować w okresie pokoju – ale jakoś bez stanu wyższej konieczności nikt się na to nie decyduje.” Sugeruje Pan, że w imię przyszłego postępu dla przyszłych pokoleń powinniśmy zacząć jeść konserwy i suchy chleb :)?<, konsumpcja daje nam – poza przyjemnością – także ogromnie cenną wiedzę o jakości dóbr które wytwarzamy – a rynek dostarcza narzędzi do doboru rozwiązań lepszych przed gorszymi – z tego między innymi powodu ZSRR mimo ogromnego wysiłku inwestycyjnego zbankrutował w długim okresie) – powinniśmy znacząco większe środki przeznaczać na technologie, naukę, aktywa trwałe. >>”Co do podatku od sklepów i banków to w obu tych obszarach mamy do czynienia z naturalnym monopolem(dodatnie efekty skali)” Przepraszam. Gdzie widzi Pan naturalny monopol na rynku spozywczym? Nawet w poszczegolnych niszach, jak dyskonty, jest spora konkurencja. Co do banków to jeśli już to nie monopol, a raczej oligopol i to nie naturalny, a sztuczny, bo powstały w wyniku konkretnych państwowych regulacji i wymogów koncesyjnych. „im większa skala działalności tym większa stopa zwrotu z zaangażowanych kapitałów.” Gdyby to była absolutna prawda, to żadna nowa firma nie miałaby szans w starciu ze starymi. Skala dzialanosci moze pomoc ale nie musi w zwiekszeniu stopy zwrotu.<>Twórcza destrukcja. Schumpeter.<>twórczej destrukcji<<.

  • mg pisze:

    @Sebastian||”W normalnych społeczeństwo przeznacza na inwestycje mniej niż to co dało by najlepsze rezultaty w długim terminie” Teza nie do udowodnienia.|| OK, w ekonomii niczego nie można udowodnić(to nie nauka ścisła), poza tym trzeba zdefiniować jak rozumiem funkcję oceny – tu mam na myśli PKB w długim terminie – im większe tym lepiej dla jasności. Dopóki stopa realna rynkowa stopa procentowa jest dodatnia – marginalny zwrot z oszczędności(inwestycji) jest również dodatni – ergo wzrost oszczędności prowadzi do przyszłego wzrostu PKB(daje zwrot większy od wkładu). To jest oczywiście tylko argument i możemy sobie wyobrazić odstępstwa od tej reguły. ||”Z pewnością pokolenie IIWW wyszło na tym fatalnie ale już nasze(w skali globu) bardzo dobrze.” Teza nie do udowodnienia. Tak, jakby nie czytał Pan artykułu. Koszty utraconych korzyści!|| znów argumenty są tylko poszlakowe na przykład po II wojnie światowej, tempo przyrostu populacji przyspieszało, aż do pewnie lat 80-90 względem sytuacji przedwojennej. Rozpoczęła dramatyczny wzrost efektywność rolnictwa. Są liczne anegdotyczne przykłady technologii szczególnie podwójnego zastosowania, których rozwój dramatycznie przyspieszył w związku z wojną – komputery, samoloty, silniki, technologia jądrowa, radio(szczególnie radiolokacja), rakiety. Pojawiły się też umiejętności związane z zarządzaniem projektami o ogromnym stopniu skomplikowania(Manhattan), które zaowocowały potem takimi projektami jak Apollo czy CERN. ||”Lepiej byłoby te środki zmobilizować w okresie pokoju – ale jakoś bez stanu wyższej konieczności nikt się na to nie decyduje.” Sugeruje Pan, że w imię przyszłego postępu dla przyszłych pokoleń powinniśmy zacząć jeść konserwy i suchy chleb :)?|| Jeśli jakość życia przyszłych pokoleń leż nam na sercu bardziej niż nasza, to oczywiście TAK – z zastrzeżeniem, że mówimy przenośniami(nie musimy od razu rezygnować ze świeżego chleba:D, konsumpcja daje nam – poza przyjemnością – także ogromnie cenną wiedzę o jakości dóbr które wytwarzamy – a rynek dostarcza narzędzi do doboru rozwiązań lepszych przed gorszymi – z tego między innymi powodu ZSRR mimo ogromnego wysiłku inwestycyjnego zbankrutował w długim okresie) – jeśli dbamy o przyszłe pokolenia powinniśmy znacząco większe środki przeznaczać na technologie, naukę, aktywa trwałe. ||”Co do podatku od sklepów i banków to w obu tych obszarach mamy do czynienia z naturalnym monopolem(dodatnie efekty skali)” Przepraszam. Gdzie widzi Pan naturalny monopol na rynku spozywczym? Nawet w poszczegolnych niszach, jak dyskonty, jest spora konkurencja. Co do banków to jeśli już to nie monopol, a raczej oligopol i to nie naturalny, a sztuczny, bo powstały w wyniku konkretnych państwowych regulacji i wymogów koncesyjnych. „im większa skala działalności tym większa stopa zwrotu z zaangażowanych kapitałów.” Gdyby to była absolutna prawda, to żadna nowa firma nie miałaby szans w starciu ze starymi. Skala dzialanosci moze pomoc ale nie musi w zwiekszeniu stopy zwrotu.|| Co do zasady zarówno handel jak i bankowość dążą do integracji poziomej. Jest to spowodowane tzw. dodatnimi efektami synergii czyli korzyściami z koordynacji działania. W przypadku banku back office, systemy informatyczne itd są w znacznej mierze skalowalne, ponadto wzrost bazy klientów prowadzi do lepszego rozproszenia ryzyka. W przypadku sieci sklepów możemy optymalizować łańcuch dostaw, sieć sklepów, zarządzanie, systemy informatyczne, kopiować udane rozwiązania w pojedynczym sklepie na całą sieć, wreszcie mamy ogromną siłę w negocjacjach z dostawcami. Mamy więc dodatnie i znaczące efekty skali – rynek dąży do monopolu. ||Twórcza destrukcja. Schumpeter.|| działa wtedy gdy de facto zamieniamy jedną branżę na inną Wal-Mart, Lidl, Biedronka, Tesco to instytucje budujące swoją pozycję latami istniejące właściwie od zarania branż(hipermarkety, dyskonty) – to one te branże zbudowały, one dokonały twórczej destrukcji i dzięki temu mają pozycję jaką mają a stopień koncentracji w tych branżach stale rośnie. Być może Amazon i inne to zmienią, choć one startują jako de facto monopol. Ja zresztą nie twierdzę, że należy opodatkowywać dodatkowo monopole, ale też nie uznałbym tego za obiektywnie złe z pewnością mogłoby to pomóc ||twórczej destrukcji||.

  • Marek pisze:

    Akurat tutaj gdzie pan widzi wady, to ja widze zalety: mniej oddzialow zachodnich bankow? W ogole najlepiej mniej zachodniich bankow? Mniej dawanych kredytow, ktore moga zruinowac nierozwaznych i biednych ludzi (bo na zyskowne inwestycje, to bank da, bez obaw)?
    Mniej supermarketow, wiecej warzywniakow? Jakos nie widze, zeby nagle Portugalczycy, Niemczy, czy Francuzi rzucili sie do Polski zakladac warzywniaki i inne male sklepy, tylko wlasnie Polacy beda je zakladac i sie bogacic. Poza tym po chleb do warzywniaka mam blizej niz do supermarketu, wiec sie z tego ciesze, a panie tam sprzedajace znam, nie tak jak ludzi na kasach w supermarketach.
    Same zalety.

  • Sebastian pisze:

    „Akurat tutaj gdzie pan widzi wady, to ja widze zalety: mniej oddzialow zachodnich bankow? W ogole najlepiej mniej zachodniich bankow? Mniej dawanych kredytow, ktore moga zruinowac nierozwaznych i biednych ludzi (bo na zyskowne inwestycje, to bank da, bez obaw)?”

    Proszę korzystać z PKO BP, a innym pozwolić korzystać z innych instytucji. Czuje Pan taką przemożną potrzebę ingerowania w czyjeś decyzje?

    „Mniej supermarketow, wiecej warzywniakow? Jakos nie widze, zeby nagle Portugalczycy, Niemczy, czy Francuzi rzucili sie do Polski zakladac warzywniaki i inne male sklepy, tylko wlasnie Polacy beda je zakladac i sie bogacic.”

    Biedronkę założył Polak. I sprzedał Portugalczykom. Na tym polega rynek. Polacy już od dawna zakładają sklepy marketowe i konkurują z zachodnimi. A czy wie Pan, że podatek obrotowy będzie dotyczył wszystkich sklepów bez względu na pochodzenie? Czyli polskie markety też dostaną po d***

    „Poza tym po chleb do warzywniaka mam blizej niz do supermarketu, wiec sie z tego ciesze, a panie tam sprzedajace znam, nie tak jak ludzi na kasach w supermarketach. Same zalety.”

    Ja mam bliżej do Żabki i robię tam zakupy, ale jakbym miał bliżej do Biedry, to robiłbym zakupy w Biedrze. I tu i tu znałbym Panie sprzedające na tyle, na ile to konieczne.

    Pozdrawiam

  • Jacek pisze:

    Miałem ogromną frajdę czytając komentarze ! Dziękuję

  • [ja!] pisze:

    Luźno do treści artykułu dodam, iż ostatnio nastąpił jakiś masowy wysyp „ekonomistów” (podejrzewam, że używana argumentacja oraz program interwencjonizmu wygranego PiS [Podatki—Interwencjonizm—Socjalizm] obudził demony myślenia, iż „wszystko jest możliwe” [potrzebny jest jedynie wstępny „triumf woli”], co nb. jest tylko jeszcze jednym kosztem alternatywnym ręcznego, doraźnego sterowania procesami gospodarczymi jak w Związku Sowieckim [i co budzi dokładnie ten sam sposób myślenia z przeszłości o najlepszym sposobie kierowania procesami społeczno-gospodarczymi u rządzonej publiki]).
    ———————————————————————————————————————————————
    No i tak zbieram sobie te ostatnio wygłaszane na pełnej powadze „złote myśli”, a co gorsza zbierające liczne „łapki w górę” świadczące o sile społecznego poparcia dla danych argumentów. Wszystkie charakteryzują się znaczącą przewagą opisywanych w artykule „korzyści doraźnych” nad znacznie większymi, jednak nieujawniającymi się w pierwszym okresie istotnymi kosztami i potężnymi dysfunkcjami. Otóż jedynymi sposobami uzyskania turbo-rozwoju w Polsce mają być jakoby następujące kroki:
    ———————————————————————————————————————————————
    1. Zabronić pracy w wieku emerytalnym.

    2. Zabronić pracy w niedziele i święta.

    3. Zabronić handlu ziemią rolną.

    4. Zabronić wprowadzania automatyzacji.

    5. Zabronić udzielania pożyczek na procent i wymagania zabezpieczeń.

    6. Cały import obłożyć karnymi cłami, minimum 10.000%.

    7. NBP musi w trybie natychmiastowym drukować każdą ilość gotówki zaordynowaną przez rząd.

    8. Wszyscy kredytobiorcy muszą otrzymać pomoc podatników.

    9. Dzieci i biedni muszą dostawać bezwarunkowy socjal.

    10. Jedynie mianowani przez polityków urzędnicy kierujący państwowymi przedsiębiorstwami są w stanie wspomagać interes narodowy.
    ———————————————————————————————————————————————
    BTW: Jestem też przykro rozczarowany fatalną jakością logiki oraz argumentów użytkownika Tezcatlipoca2016 pod tym tekstem — Tezcatlipoca2015 był w tym o wiele lepszy! Tymczasem to się kupy nie trzyma! (skrótowo rzecz ujmując — na szczegółową analizę brak już miejsca). Po większości pozostałych komentatorów nie oczekiwałem niczego, stąd też i kompletny brak rozczarowania i szkoda czasu na komentarz.
    ———————————————————————————————————————————————
    Błędy w tekście są marginalne i dotyczą jedynie kwestii odpryskowych, które można łatwo zrzucić na karb potrzeby zachowania prostoty wywodu (mnie wydał się on wręcz nieco prostacki — dla sporej części komentujących [biorąc rażące po oczach nietrafione argumenty] — najwyraźniej aż nazbyt skomplikowany) oraz zaistnienia efektów „krawędziowych” — na granicy z zupełnie innymi tematami.

  • [ja!] pisze:

    Błędy w tekście są marginalne i dotyczą jedynie kwestii odpryskowych związanych z zaistnieniem efektów „krawędziowych” — na granicy z zupełnie innymi tematami, w które siłą rzeczy nie można się było zbytnio zagłębiać, a które jednocześnie łatwo można zrzucić na karb potrzeby zachowania prostoty wywodu (który mi wydał się wręcz nieco zbyt prostacki, jak z podręcznika dla niezaawansowanych — dla sporej części komentujących [biorąc rażące po oczach nietrafione argumenty] — najwyraźniej aż nazbyt skomplikowany).
    ———————————————————————————————————————————————
    Najbardziej przykro zaskoczyło mnie jednak ujawnienie nagłych różnic z Tezcatlipoca2016 — aż jestem ciekaw, czy póki co pozostanie to jedynie różnica pod tym jednym tekstem, czy jednak będzie się rozwijać.
    ———————————————————————————————————————————————
    To możliwe, bo kiedy dwóch mówi to dokładnie samo, to jeszcze niekoniecznie znaczy to samo — w innej sytuacji politycznej ta sama diagnoza niesprawności i zagrożeń nie musi prowadzić do tej samej oceny działań naprawczych. U nas władzę realizujących obce interesy oligarchów zastąpił u steru rządów miejscowy mentalny PRL i zupełnie nie przekonuje mnie jego „mający dobre chęci” narodowy socjalizm — zdecydowanie chętniej wymieniłbym go na szybko gnający do krajowej potęgi, dominacji i dobrobytu (zgodnie z najlepszą aktualnie istniejącą wiedzą) narodowy turbo-kapitalizm…

Dodaj komentarz


5 − = jeden

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane