Zapewnienie wszystkim obywatelom minimalnego dochodu to najlepszy sposób na walkę z problemami prekariuszy i nierównościami społecznymi. Jeśli ten model sprawdzi się w Finlandii, to jest szansa, że o jego wprowadzeniu pomyśli więcej krajów – twierdzi prof. Guy Standing, autor wydanej właśnie w Polsce „Karty prekariatu”.

ObserwatorFinansowy.pl: Pańska pierwsza książka „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa” (w Polsce wydana w 2014 roku) spotkała się z ostrą krytyką ze strony wielu komentatorów. „Karta prekariatu” jest odpowiedzią?

Prof. Guy Standing: Moje koncepcje krytykowały głównie osoby o skrajnie lewicowych, wręcz komunistycznych poglądach, bo denerwowała je definicja prekariuszy jako nowej klasy społecznej. Stara, lewicowa ideologia opiera się na podziale społeczeństwa na klasę pracującą i tak zwaną burżuazję nowej ery. Tymczasem w wyniku globalizacji doszło do wyraźnej fragmentaryzacji klas społecznych. Pojawienie się prekariatu jest skutkiem tego procesu. Teraz przedstawiam konkretne sposoby, jak można go złagodzić.

Na jakiej podstawie definiuje Pan prekariat jako odrębną, jednorodną klasę społeczną?

Prekariat nie jest jednorodny. Dziś widać wyraźniej co najmniej trzy odmiany prekariuszy. Pierwsi pochodzą z biedniejszych rodzin, z małych miejscowości, mają małe szanse na dobre wykształcenie i rozwój albo stracili stałe zatrudnienie z powodu wieku czy restrukturyzacji. Druga grupa to wykształceni młodzi ludzie zatrudniani na wiecznie darmowych albo kiepsko płatnych stażach, a także profesjonaliści żyjący z dorywczych zleceń, na czasowych umowach. Trzecia to m.in. migranci, niepełnosprawni czy byli skazani.

Wszystkich łączy to, że żyją z pracy wykonywanej na niepewnych stanowiskach, bez stałych umów, co przeplata się z okresami bezrobocia. W Polsce czy Hiszpanii tę liczbę szacuje się na 25 proc. wszystkich pracujących, w Portugalii to nieco ponad 20 proc., a w Japonii – kiedyś ojczyźnie sararimanów (pracowników korporacji zatrudnionych na całe życie) – jest ich niemal 40 proc.

Jako główne rozwiązanie problemu prekariatu postuluje Pan m.in. wprowadzanie przez poszczególne kraje dochodu podstawowego, czyli stałej kwoty, którą otrzymywaliby obywatele, przy jednoczesnej rezygnacji z jakichkolwiek ulg podatkowych czy świadczeń pomocy społecznej. W czasach deficytów budżetowych, z którymi zmaga się większość państw, to brzmi jak utopia.

Nieprawda. Po prostu wcześniej nie było motywacji, by zmienić funkcjonujący system. W polityce – od prawa do lewa – wyłoniło się coś, co można nazwać demokracją utylitarystyczną. Politycy koncentrują się na znalezieniu formuły, która odwoływałaby się do większości przedstawianej często jako klasa średnia. Nie przejmują się zbytnio tym, że ich polityka pozbawia praw mniejszości i spycha ją w prekariat, bo wygrywają wybory dzięki większości. Mniejszość rośnie jednak z każdym dniem i staje się coraz bardziej niespokojna. Już mieliśmy do czynienia z wybuchami niezadowolenia w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji. Niebezpieczeństwo ze strony tej grupy to jednak nie tylko groźba protestów, lecz także chorób społecznych wywoływanych przez stres, niepewność i rosnące ubóstwo: przestępczości, samobójstw, uzależnień…

Prekariat jest niebezpieczny, bo łatwo go zwerbować ultraprawicowym partiom politycznym, ale w pozytywnym sensie jest także niebezpieczny dla wszelkich skrajnych ruchów, bo jest odporny na populistyczne hasła zwiększenia minimalnych płac czy podwyższania podatków. Oczekuje jednak wyartykułowania nowych potrzeb i zmiany dotychczasowych modeli rozwiązywania problemów społecznych, a raczej stworzenia nowych. To, że w Polsce pojawiła się partia Razem i uzyskała niezły wynik, jest zwiastunem tego procesu.

To nie wyjaśnia, w jaki sposób miałby być finansowany dochód podstawowy dla wszystkich…

Podstawowy dochód może być zapewniony jedynie przez struktury państwowe, bo na pewno nie może go zapewnić rynek pracy. W XXI w. nie możemy polegać na klasycznej redystrybucji wynikającej z progresywnego opodatkowania. Firmy świetnie radzą sobie z unikaniem coraz wyższych podatków, ale też systemy redystrybucji są wysoce zawodne. Tymczasem państwa wydają ogromne pieniądze na ulgi, dotacje czy subsydia wspierające często bogatych członków społeczeństwa, m.in. instytucje finansowe czy rolników.

Jednym ze sposobów zapewnienia podstawowego dochodu, oczywiście przy jednoczesnej rezygnacji z jakichkolwiek innych form wsparcia, są demokratyczne fundusze powiernicze tworzone z dochodów ze sprzedaży surowców naturalnych, prywatyzacji, sprzedaży wysokich technologii itp. Tego typu fundusze istnieją już w Norwegii czy na Alasce, choć na razie służą jedynie kumulowaniu środków dla przyszłych pokoleń.

Jednocześnie niektóre kraje wprowadzają już eksperymentalnie dochód podstawowy. Jeśli zrealizują się plany przedstawione dopiero co przez fiński zakład ubezpieczeń społecznych, pierwszym krajem, który go wprowadzi, będzie Finlandia (Każdy Fin niezależnie od poziomu dochodów otrzymywałby co miesiąc wolną od podatku kwotę 800 euro. W skali całego państwa oznaczałoby to wydatek 52,2 md euro rocznie – przyp. red.). Podobne rozwiązanie będzie testować Holandia – na razie w Utrechcie – i stan Alberta w Kanadzie. Myśli o tym Szwajcaria.

Przyzna Pan, że to jednak wciąż niszowa koncepcja.

Nie mogę się z tym zgodzić. W ciągu ostatnich dwóch, trzech lat mówi się o tym naprawdę coraz częściej. Choćby w USA, gdzie inicjatywy na rzecz wprowadzenia dochodu podstawowego (np. Basic Income Earth Network) są coraz poważniej traktowane w Kongresie. Jego propagatorem jest m.in. były sekretarz pracy Robert Reich, który uważa, że w dobie automatyzacji pracy, postępu technologicznego i rosnącego bezrobocia to jedyne rozwiązanie na przyszłość. Chyba nikt nie ma już wątpliwości, że rosnące nierówności – jeden ze skutków ubocznych prekariatu – stają się coraz bardziej palącym problem społecznym i gospodarczym. Ostatecznie tracimy na nich wszyscy.

Oczywiście zawsze istnieli jacyś robotnicy bez stałej pracy, ale dziś mówimy o nowej normie niestabilnej pracy najemnej, czego nie sposób już przezwyciężyć samym wzrostem gospodarczym czy ostrzejszymi regulacjami. Co istotne, prekariusze z jednej strony doświadczają niestabilnej pracy i płacy, kryzysu tożsamości. Mają niepewne zarobki i tracą w ten sposób prawa, przywileje, zabezpieczenia, które mają ludzie zatrudnieni na stałych umowach.

Z drugiej strony te osoby nawet już nie aspirują do salariatu, czyli grupy osób z bezpiecznym zatrudnieniem. Tych młodszych przeraża uzależnienie starszych od korporacyjnego pędu i profitów – kart medycznych czy sportowych, bonów żywnościowych, służbowych komórek i samochodów, płatnego urlopu – ale sami są uzależnieni od czekania na zlecenie. Cechą tej części prekariatu jest poczucie frustracji. Nie robią tego, co chcieli, a szanse na robienie tego w przyszłości mają niewielkie. Co więcej, zdają sobie sprawę, że ostrzejsze przepisy pracy dla pracodawców, o co walczą z reguły związki zawodowe, nie pomogą, a wręcz pogorszą ich sytuację.

Krytycy tej koncepcji uważają, że dochód podstawowy rozleniwiłby ludzi, a przez to mógłby mieć fatalne skutki gospodarcze.

Dzisiejszy system jest dla aktywności zawodowej jeszcze gorszy. Podejmowanie dorywczej pracy pozbawia najczęściej możliwości uzyskania pomocy społecznej, wpędza w szarą strefę alb zmusza do emigracji. Dochód podstawowy mógłby więc wpłynąć na zwiększenie aktywności zawodowej, zagregowanego popytu, a tym samym bazy do opodatkowania, co zwiększa dochody państwa i możliwości redystrybucyjne. Pozwala uniknąć pułapek ubóstwa. Dochód podstawowy zachęca też do innych form aktywności niż tradycyjne zatrudnienie – wolontariatu, opieki nad chorymi, dziećmi, aktywności społecznej… Tak wynika z badań przeprowadzonych w kilku krajach.

Skoro prekariat nie jest grupą homogeniczną, mogą do niego należeć ludzie o całkowicie odmiennych poglądach politycznych, wykształceniu, pochodzeniu itd. Jak Pan wyobraża sobie w tym przypadku walkę klasową, o której pisał Pan w pierwszej książce?

W większości krajów coraz więcej osób żyje w stanie chronicznej niepewności. Znaleźliśmy się w sytuacji, gdy rosnące nierówności i coraz większa liczba osób żyjąca poniżej progu ubóstwa zagrażają stabilności społeczeństw. W Hiszpanii, we Włoszech czy Grecji prekariat po wybuchu kryzysu w 2008 roku zaczął się przeradzać w zorganizowane grupy. Wszelkie klasy społeczne w przeszłości też nie były z początku jednorodne, zawsze istniały w ich obrębie konflikty interesów. Kryzys, z którym mamy do czynienia teraz, dotyczy jednak względnie homogenicznej grupy, którą nazywam wyłaniającą się awangardą, która walczy o uznanie, możliwość planowania przyszłości, reprezentację w społeczeństwie. I boi się, że nie będzie mogła żyć choćby na takim poziomie, jak ich rodzice.

W kontekście kryzysu uchodźców w Europie deklaracja konieczności wprowadzenia dochodu podstawowego brzmi jak zachęta do uciekania do krajów, gdzie taki dochód byłby najwyższy

Koncepcja dochodu podstawowego zakłada, że jest wypłacany jedynie obywatelom danego kraju. Kluczowa pozostaje więc kwestia, na jakiej zasadzie przyznawane byłoby obywatelstwo. To zniechęcałoby do migracji ekonomicznej, ale też nie wykluczałoby wprowadzania pomocy dla imigrantów, których dany kraj potrzebowałby jako siły roboczej, z szansą na uzyskanie obywatelstwa. Uważam, że dochód podstawowy pomógłby wprowadzić na nowo do społeczeństw sprawiedliwość i równe prawa dla ich obywateli.

Rozmawiała Magdalena Krukowska

Guy Standing – brytyjski badacz społeczny i ekonomista. Specjalizuje się w badaniach nad rozwojem. Jest profesorem w School of Oriental and African Studies na Uniwersytecie Londyńskim, jednym ze współzałożycieli Basic Income Earth Network, autorem m.in. książek „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa”, „Work After Globalization”: Building Occupational Citizenship” oraz „Karta prekariatu”.