EBC w marcu uratuje euro po raz ostatni, potem kolej na rządy

25.01.2016
Mario Draghi zapowiedział, ze na kolejnym posiedzeniu EBC „zrewidowanie nastawienia w polityce pieniężnej”, ale ponieważ dodał charakterystycznym tonem „nie poddamy się”, rynki odczytały to jako zapowiedź poszerzenia programu QE. Wielkiego entuzjazmu nie ma, bo wszyscy wiedzą, że polityka pieniężna dochodzi do granic.

Mario Draghi i Vítor Constâncio w drodze na konferencję EBC 21.01.2016 r. (CC BY-NC ECB European Central Bank)


Jeśli jest na świecie bankier, który opanował słowną interwencję, to niewątpliwie jest nim prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi. Jego styczniowe „nie poddamy się” odebrano tak jak „zrobimy co musimy” z listopada 2015 roku, które z kolei było parafrazą „zrobimy wszystko co trzeba” (w domyśle: aby uratować euro) z lipca 2012 roku. Wszystkie te słowne wytrychy służą poinformowaniu rynków, że EBC uczestniczy w wojnie walutowej dużych banków centralnych, ale oczywiście nie może mówić o tym wprost. Żaden bank nie mówi o tym wprost.

Poszerzenia europejskiego programu skupu aktywów ponad kwotę 60 mld euro miesięcznie, bądź poza marzec 2017 roku spodziewano się już na ostatnim posiedzeniu EBC. Nie doszło do niego, prawdopodobnie przez opór Niemiec, które bronią wartości wspólnej waluty. Przynajmniej werbalnie. Na grudniowym posiedzeniu obcięto tylko stopę depozytową z minus 0,2 proc. do minus 0,3 proc. i zaprezentowano projekcje, z której wynika, że inflacja w strefie euro osiągnie 1 proc. w 2016 roku i 1,6 proc. w 2017 roku.

Oprac. DG

Co zatem zmieniło się w styczniu? O tym Draghi mówił już otwarcie – od daty zamknięcia ostatniej projekcji o 40 proc. spadła cena ropy naftowej, chwieją się Chiny i rynki rozwijające się, wiele giełd wpadło w bessę. Ciężko w takich warunkach oczekiwać kwitnącego wzrostu PKB i inflacji. Przeciwnie można obawiać się tzw. efektów drugiej rundy. Niskie wskaźniki inflacji mogą wpłynąć na niskie oczekiwania inflacyjne, te z kolei na porozumienia płacowe, które mogą wywołać deflacyjną spiralę.

Skoro inflacja w grudniu 2015 roku wynosiła tylko 0,2 proc., a surowce od tego czasu znajdują się jeszcze niżej nie sposób oczekiwać, że EBC w tym roku choćby zbliży się do 2 proc. celu inflacyjnego, albo chociaż do 1 proc. wyniku z grudniowej projekcji. „Spodziewana ścieżka rocznej inflacji HICP w 2016 roku jest teraz wyraźnie niższa w porównaniu z perspektywami na początku grudnia” – czytał Draghi w komunikacie, który zaaprobowali członkowie Rady Prezesów EBC.

O ile konkretnie inflacja będzie niższa przekonamy się 10 marca po kolejnym posiedzeniu. Ekonomiści mBanku w prognozie na 2016 rok szacują, że inflacja w strefie euro na początku roku zaskoczy negatywnie i zbliży się do zera. Dopiero w drugiej połowie roku oczekują odbicia cen surowców i zakręcenia wskaźnika inflacji w górę. „Wszystko w granicach secular stagnation – polityka monetarna zaczyna sięgać granic swojej efektywności” – dodają.

Rzeczywiście warto się zastanowić czy Europejski Bank Centralny nie doszedł do ściany. Nawet jeśli w marcu zwiększy program QE albo minimalnie obniży stopę depozytową to osiągnie najwyżej symboliczne osłabienie euro, które w założeniach ma pomóc eksportowi. Ta recepta zadziałała na początku zeszłego roku spychając kurs EUR USD z okolic 1,22 do 1,08 dziś, ale do zapowiadanej od dawna wizji parytetu euro i dolara wciąż daleko.

Warto dodać, że w trzecim kwartale 2015 roku wzrost PKB strefy euro wynosił tylko 0,3 proc. kwartał  do kwartału i możliwe to było dzięki prywatnej konsumpcji, a kontrybucja eksportu była negatywna.

„Bazooka EBC napotyka na solidy mur przeszkód. Pierwszym jest system bankowy nadwątlony przez bilion euro złych kredytów, z bilansami wciąż trzy razy większymi niż gospodarka strefy euro. Drugim problemem jest brak inwestycji przedsiębiorstw, które pozostają niewrażliwe na niższe stopy procentowe. Trzecim jest płytki rynki kapitałowy – wąskie gardło przez które płynność EBC cieknie do małych i średnich firm, odpowiedzialnych za 80 procent nowych miejsc pracy” – wymieniał w grudniu w „Financial Times” Alberto Gallo z Royal Bank of Scotland. Nic się od tego czasu nie zmieniło, jeśli już to na gorsze.

Zmierzam do tego, że bez większych inwestycji i większego eksportu nie uda się osiągnąć wyraźnego wzrostu PKB, a co za tym idzie wzrostu inflacji, który nie wynika tylko z efektów bazowych. Sama polityka monetarna zaś do tego nie wystarczy.

Warto pamiętać, że Mario Draghi nie jest jedynym bankierem centralnym bezskutecznie starającym się osiągnąć cel inflacyjny. Japońska prasa donosi, ze Haruhiko Kuroda myśli nad dalszym rozszerzeniem skupu aktywów, Mark Carney z Banku Anglii zadeklarował, że „nie ma pośpiechu” w sprawie spodziewanej w tym roku podwyżki stóp. Nie milkną też spekulacje, że nawet Janet Yellen stojąca na czele amerykańskiego Fed poprzestanie na razie na jednej podwyżce stóp, choć w tym roku planowano cztery. Mówiąc wprost: konkurencja w osłabianiu własnej waluty jest spora i Draghi wygrywa tylko do konferencji prasowej kolejnego bankiera.

Truizmem jest stwierdzenie, że za niekonwencjonalną polityką monetarną EBC powinna w takim razie pójść skoordynowana polityka fiskalna rządów państw strefy euro. To wciąż się jednak nie dzieje, warto więc zastanowić się czy są jakieś działania możliwe do zaakceptowania przez 19 różnych krajów.

Teoretycznie mógłby to być duży program inwestycji infrastrukturalnych, ale precedens w postaci planu Junckera nie nastraja optymistycznie. Za 315 miliardami euro, który wybija się na czołówki gazet stoi tak naprawdę tylko 21 mld euro zlewarowanych aktywów. Więcej pewnie nie jest możliwe przy tak małym w stosunku do rozmiarów gospodarki budżecie UE i przy tak dużym zadłużeniu wielu państw.

Także rozwiązanie ideologicznie przeciwne – liberalizacja i obniżka podatków aby przyciągnąć inwestycje prywatne, udało się tylko w dwóch krajach – w Irlandii i Hiszpanii. Z różnych względów inne rządy nie chcą tego powtarzać.

Co zatem zostaje? Pewien trop podpowiedział w Davos premier Holandii.

„Tylko 35 proc. europejskiej gospodarki jest częścią europejskiego wspólnego rynku, 65 proc. nie. Gospodarka cyfrowa, usługi, energia, kapitał to wszystko nie jest częścią wspólnego rynku. To co powinniśmy robić przez następne 12 miesięcy to przyśpieszyć postęp w dziedzinie wspólnego rynku cyfrowego, także dyrektywę dotyczącą usług i jej implementację, aby otworzyć zawody, które wciąż w wielu krajach są chronione. Wiemy z badań, że 1,3 bln euro będzie dodane do PKB Unii Europejskiej jeśli to zrobimy” – mówił Mark Rutte.

I to jest bardzo europejski sposób reform – biurokratyczne negocjacje do upadłego. Miejmy nadzieję, że się powiodą, bo nigdzie nie jest zagwarantowane, że kryzys strefy euro taki jak w 2011 roku już się nie powtórzy, a amunicja EBC niemal się wyczerpała.

 


Tagi


  • johny pisze:

    Europa dymi. Nie ma pomysłów na rozwój. Po tych wszystkich optymalizacjach brak dzieci przeniesieni wysokopłatnych zawodów produkcji do chin i Indii. Nagle się okazało ze bezdzietny pracownik na smieciowce w McDonaldzie Tesco czy Lidlu nie jest zainteresowany niczym innym niż zakupem konsoli do gier i ewentualnie 10 letniego samochodu. resztę już ma mieszkając katem u rodziców. Tak wygala współczesny european dream

Dodaj komentarz


dwa × = 18

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane