Europa à la carte

19.09.2014
Państwa UE mają różne podejście do kwestii integracji. Niektórym zależy na silnym powiązaniu z Unią, innym na możliwości rozluźnienia związku wtedy, gdy rządy i obywatele uznają dalszą integrację za szkodliwą. Czemu zatem nie przyznać państwom możliwości decydowania o stopniu powiązania z Unią?

David Cameron, premier Wielkiej Brytanii. (CC By NC ND Number 10)


Propozycję taką wysuwa nie tylko brytyjski konserwatywny premier David Cameron, ale także wpływowi niemieccy politycy CDU Wolfgang Schäuble i Karl Lamers.

Koniec bezkrytycznego eurooptymizmu

Po dekadzie członkostwa w Unii Europejskiej bezrefleksyjny euroentuzjazm jest w Polsce coraz częściej zastępowany przez podejście zdroworozsądkowe: chwalimy te polityki UE, które oceniamy jako dobre, ale dostrzegamy też wady unijnych regulacji. Najjaskrawszym przykładem stosowania zdrowego rozsądku jest temat funduszy europejskich.

Zarówno znawcy tematu, jak i tzw. „zwykli obywatele” dostrzegają zalety unijnych pieniędzy, które pozwoliły wielu ludziom założyć firmy, a studentom wyjechać na kształcenie w ramach programu Erasmusa. Polacy widzą, że dzięki funduszom z UE budynki miejskie zostały odnowione, a uczelnie dofinansowane.

Jednocześnie nie boimy się krytykować nieprawidłowości i absurdów związanych z unijnymi funduszami, takich jak bezużyteczne szkolenia, przekręty z dotacjami na ekologiczne orzechy włoskie, mało potrzebne aquaparki czy kosztowny ministerialny portal internetowy mający służyć bezdomnym posiadającym podpis elektroniczny.

Gdy spojrzy się na wpływ obecności w Unii na polską sytuację społeczno-gospodarczą, okaże się, że po jednej stronie medalu znajduje się prawo do swobodnego podejmowania pracy i prowadzenia działalności gospodarczej w innym państwie UE, a na rewersie widnieją absurdalne regulacje. Tylko w tym roku było głośno o dwóch z nich: o szykowanym zakazie wędzenia mięsa tradycyjnymi metodami i o wprowadzonej już konieczności wycofania z rynku odkurzaczy o najwyższej mocy (Bruksela ma się także zająć ekspresami do kawy).

Z jednej strony Unia Europejska stara się ułatwiać internetowe zakupy w różnych krajach UE, nakazując państwom m.in. wdrożenie internetowego systemu rozstrzygania sporów. Ale jednocześnie w Polsce cięgi zbiera unijna polityka klimatyczna, która poprzez nałożenie restrykcji na emisję dwutlenku węgla i nakaz szybkiego rozwijania kosztownych odnawialnych źródeł energii prawdopodobnie powiększy tzw. ubóstwo energetyczne polskich gospodarstw domowych. 12 września list w tej sprawie wystosowały trzy największe związki zawodowe: NSZZ „Solidarność”, OPZZ i FZZ. Argumentują one, że zaostrzenie klimatycznej agendy UE przyniesie utratę miliona miejsc pracy. Podobne ostrzeżenia padają z drugiej strony barykady – niechętnie o polityce klimatycznej UE wypowiadają się liberalne think-tanki i organizacje biznesowe.

W Polsce narzekanie, za granicą analiza

W części innych państw członkowskich krytyka poszczególnych polityk UE jest bardziej nasilona niż nad Wisłą. Nierzadko idzie za tym dużo poważniejsza niż w Polsce analiza ekonomiczna unijnych regulacji. W publikacji „Top 100 EU Regulations” z 2013 r. brytyjska organizacja pozarządowa OpenEurope oszacowała, że ponoszony przez Wielką Brytanię roczny koszt brukselskich przepisów wynosi 27,4 mld funtów.

W ogniu krytyki znajduje się zwłaszcza unijna dyrektywa o czasie pracy, która w następujący sposób została skrytykowana przez premiera Davida Camerona: „To nie jest ani słuszne, ani konieczne, aby twierdzić, że integralność wspólnego rynku czy pełne członkostwo w Unii Europejskiej wymaga, żeby godziny pracy brytyjskich lekarzy były ustalane w Brukseli, bez szanowania argumentów brytyjskich parlamentarzystów i praktyków”.

Według OpenEurope dyrektywa powoduje 4,1 mld funtów strat rocznie. Do jej wymagań należy m.in. prawo pracownika do czterech tygodni płatnego urlopu rocznie oraz do przynajmniej jednego dnia wolnego w tygodniu. Choć trudno zgodzić się z tezą, że zapisy takie jak 48-godzinny tydzień pracy czy obowiązkowy nieprzerwany 11-godzinny odpoczynek w ciągu doby jest wygórowanym przywilejem socjalnym, to z drugiej strony – jak pisze w swojej najnowszej książce „Trzeba się bić” prof. Leszek Balcerowicz – „odmianą niewolnictwa jest zakazywanie ludziom dłuższej pracy”.

Pod tym względem solidnych argumentów dostarcza przeciwnikom dyrektywy badanie przeprowadzone przez Royal College of Surgeons wśród 980 brytyjskich chirurgów: pokazało ono, że obecnie pacjenci są dużo mniej bezpieczni niż przed wprowadzeniem dyrektywy o czasie pracy.

Druga ostro krytykowana przez Brytyjczyków dyrektywa również dotyczy pracy, tyle że wykonywanej przez pracowników zatrudnionych przez agencje zatrudnienia tymczasowego. Zdaniem OpenEurope roczna strata dla brytyjskiej gospodarki z tytułu tej dyrektywy wynosi 2 mld funtów. W 2002 r. rząd Tony’ego Blaira twierdził, że zawarta w projekcie dyrektywy zasada równego traktowania pracowników tymczasowych i zatrudnionych na stałe naruszy „balans między elastycznością a ochroną”. Mimo to Wielkiej Brytanii nie udało się zablokować przyjęcia tych regulacji przez Radę UE. Ich wdrożenie Londyn opóźniał do ostatniej chwili. Całkiem prawdopodobne, że spełniła się prognoza, iż w wyniku dyrektywy pracę straci aż 30 tys. Brytyjczyków. Na początku 2014 r. ukazała się analiza Morgana Westéusa z Uniwersytetu w Umeå, zgodnie z którą wpływ dyrektywy o pracownikach tymczasowych na szwedzki rynek pracy był negatywny.

Ukonstytuowała się grupa krajów, które otwarcie mówią, że chciałyby zmienić zasady swobodnego przepływu osób. Celem jest ograniczenie zjawiska „turystyki socjalnej”. Do państw tych należą Austria, Holandia, Niemcy, Włochy i oczywiście Wielka Brytania. Chodzi np. o zapisy Rozporządzenia w sprawie koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego. Zgodnie z dokumentem zasiłek rodzinny może być przyznawany osobie pracującej np. w Holandii nawet wtedy, kiedy jej dziecko mieszka w Polsce, a zasiłek dla bezrobotnych uzyskany w dowolnym państwie członkowskim musi być przez to państwo transferowany przez 3 lub nawet 6 miesięcy od chwili, gdy bezrobotny wyjedzie do innego kraju UE, np. wróci do swojej ojczyzny.

Zgodnie z unijnymi zasadami swobodnego przepływu osób nie można także wprowadzać limitów napływu imigrantów, co nie podoba się m.in. Francji. W 2011 r. wbrew prawu UE zakazała ona wjazdu włoskiego pociągu z arabskimi imigrantami, mimo że mieli oni dokumenty potwierdzające prawo czasowego pobytu uprawniające do korzystania ze swobodnego przepływu osób w Unii. David Cameron twierdzi nawet, że unijne przepisy faworyzują osoby z Europy Środkowo-Wschodniej, przez co pracownicy np. z Indii nie są równo traktowani.

Dużo trzeba by poświęcić miejsca, aby wymienić wszystkie dziedziny polityki i regulacje Unii, którym sprzeciwiają się państwa członkowskie. Do takich przepisów należy m.in. dyrektywa o efektywności energetycznej budynków. Zakłada ona, że państwa muszą co roku przeprowadzać renowację 3 proc. budynków, a dystrybutorzy energii będą musieli corocznie wykazywać oszczędności energii.

Kontrargumentem wobec dyrektywy były istotne koszty ponoszone przez państwa, wzrost cen energii dla gospodarstw domowych i zaburzenie funkcjonowania wolnego rynku. Dyrektywie sprzeciwiały się Holandia i Wielka Brytania. Za jej niewdrożenie Komisja Europejska pozwała Austrię i Polskę przed Trybunał Sprawiedliwości UE.

Inny przykład: część państw członkowskich UE, w tym takie potęgi jak Paryż, Berlin i Londyn, są niechętne procedowanemu w UE planowi utworzenia Wspólnego Europejskiego Systemu Umów Sprzedaży (CESL). Argumentują, że system ten – który nie zharmonizuje krajowych systemów, lecz stworzy alternatywne prawo sprzedaży – spowoduje dużo niepewności wśród przedsiębiorców i konsumentów oraz zwiększy biurokrację. Jeżeli większość państw zagłosuje za systemem, pozostałe będą czuć się pokrzywdzone, musząc wprowadzać prawo, które oceniły jako szkodliwe. I tak jest w przypadku każdej unijnej regulacji.

Potrzebna reforma Unii

Zjawiska zróżnicowanych potrzeb integracyjnych państw UE nie da się ukryć. Dążenie do dalszej ścisłej, jednolitej integracji może powodować napięcia i przedłużające się negocjacje. Naprzeciw temu problemowi wychodzą różne propozycje reformy Unii Europejskiej.

Od 2012 roku premier Wielkiej Brytanii David Cameron głosi, że państwa członkowskie w każdej chwili, w wyniku np. referendum, powinny mieć możliwość „repatriacji kompetencji” z poziomu UE do narodowych porządków prawnych. Chodzi tu o możliwość rezygnacji z poszczególnych obszarów unijnej polityki, np. socjalnej czy w dziedzinie wymiaru sprawiedliwości, bez jednoczesnego naruszania podstaw polityki UE, np. wspólnego rynku.

Taka repatriacja odbywałaby się poprzez renegocjację warunków członkostwa danego państwa i zmianę unijnych traktatów. Nie jest jednak jasne, na jakich dokładnie zasadach kompetencje miałyby wracać do krajowych porządków prawnych. W analizie przygotowanej już wcześniej – bo w 2011 r. – przez instytut OpenEurope można przeczytać, ze „repatriacja jest szerokim pojęciem, które obejmuje wiele rodzajów działań: od przywrócenia odpowiedzialności za poszczególne przepisy z UE na poziom Wielkiej Brytanii [albo innego państwa członkowskiego – przyp. aut.] do odzyskania władzy nad całokształtem polityki w jakiejś dziedzinie”.

Zatem w wyniku repatriacji kompetencji państwa być może nie musiałyby rezygnować z całej polityki UE w danym obszarze – np. socjalnym – ale mogłyby po prostu odrzucać poszczególne dyrektywy i rozporządzenia, które uznają za szkodliwe. Rezygnacja przez dane państwo z całej kompetencji w danej dziedzinie wymagałaby każdorazowej zmiany Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Wprowadzenie możliwości nieprzyjmowania dyrektyw przez państwa członkowskie wiązałoby się tylko z jednorazową zmianą traktatu.

Pod pewnymi względami podobną propozycję przedstawili niemieccy politycy – Wolfgang Schäuble, minister finansów w rządzie Angeli Merkel, i Karl Lamers, były szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu. Koncepcja Schäublego i Lamersa pochodzi z 1994 roku, a 20 lat później została przez nich przypomniana na łamach „Financial Timesa” w artykule pt. „More integration is still the right goal for Europe”.

Według autorów „konieczne jest dokonanie rewizji zadań Unii Europejskiej” i lepsze stosowanie zasady subsydiarności. „Ponieważ państwa mają zróżnicowany apetyt na integrację, w swoim rozwoju Europa powinna iść w kierunku większej elastyczności” – piszą niemieccy politycy, jednocześnie w pewnej mierze wyrażając poparcie dla propozycji Wielkiej Brytanii. Swój apel kończą stwierdzeniem, że Unia Europejska powinna oddziaływać na państwa członkowskie w ograniczonym, podstawowym stopniu, ale jednocześnie pozwalać mniejszym grupom państw na dobrowolną ściślejszą integrację.

Zdaniem niemieckich polityków takie rozwiązanie paradoksalnie przyczyni się do uzyskania postępu na różnorodnych polach działania UE – od rynku cyfrowego do polityki klimatycznej – prawdopodobnie dlatego, że zakończona zostanie era męczących negocjacji z państwami, które na dane regulacje nie mają „apetytu”. Jako przykład zastosowania zasady dobrowolnej ścisłej integracji Schäuble i Lamers podają strefę euro, która w takiej zreformowanej Unii mogłaby bez oglądania się na inne państwa posiadać własny parlament i komisarza mającego prawo wetowania narodowych budżetów.

Nie wszyscy zadowoleni

Choć brytyjskie i niemieckie propozycje wydają się rozsądne, niektórzy europejscy politycy mają na tego typu pomysły alergię. Francuski prezydent François Hollande skwitował żądania Davida Camerona: „Europa nie jest Europą, z której można zabierać kompetencje z powrotem. To nie jest Europa à la carte”. Były niemiecki szef dyplomacji Joschka Fischer określił ewentualne wdrożenie takiej propozycji jako „cofnięcie się Unii w rozwoju”. Szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso powiedział zaś do Camerona: „Nie będzie repatriacji unijnych kompetencji. To nie jest nasz problem. (…) Państwo jest albo w Unii, albo poza nią”. Obruszyli się też pochodzący z Węgier komisarz UE ds. zatrudnienia Laszló Andor oraz były minister spraw zagranicznych Niemiec Guido Westerwelle. Wyśmiali oni koncepcję „repatriacji kompetencji” jako drogę prowadzącą do sytuacji, w której państwa będą wybierać sobie te obszary polityki UE, które im się podobają, tak jak zrywa się owoce z drzew.

Aż ciśnie się na usta pytanie, dlaczego właśnie nie ma tak być? Czy jest coś złego w tym, że państwa będą sobie wybierać te rozwiązania, które im pasują, poza naprawdę fundamentalnymi sprawami, jak np. regulacje dotyczące wspólnego rynku, a także wspólne unijne wartości, jak poszanowanie praw obywatelskich?

Odpowiedź na pytanie, dlaczego wielu ważnym europejskim politykom nie mieści się w głowie „repatriacja kompetencji” czy instytucjonalizacja „Europy dwóch (lub kilku) prędkości”, może być różna. Prawdopodobnie część polityków ma niezmienne przekonanie, że sukces Unii Europejskiej polega na coraz większej harmonizacji przepisów i wkraczaniu Brukseli na coraz to nowe obszary. A może dla niektórych państw zbytnia samodzielność innych krajów utrudniałaby wywieranie politycznej presji, np. podczas unijnych negocjacji. Na szczęście są też tacy unijni urzędnicy, którzy propozycje reformy UE rozumieją i popierają. Przyznał się do tego ustępujący szef Rady Europejskiej Herman van Rompuy i nowo wybrany przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Znienawidzona „Europa dwóch prędkości”

Rozwiązania polegające na możliwości odstąpienia od niektórych dziedzin wspólnej polityki czy przepisów UE są na rękę Polsce, w której coraz częściej dają się we znaki szkodliwe unijne przepisy. Jednak paradoksalnie koncepcja utworzenia mniej i bardziej zintegrowanej grupy państw jest przez polskich polityków szczerze znienawidzona. Reforma UE dopuszczająca różne prędkości integracji to dla naszych posłów i ministrów groźba utraty politycznej pozycji Polski. Politycy Platformy Obywatelskiej, SLD i Twojego Ruchu ze swoimi szefami na czele nie chcą dopuścić do tego, aby Polska była w grupie „mniej zintegrowanej”. Dlatego chcą, aby Polska jak najszybciej weszła do strefy euro.

Przykładowo, związany z PO komisarz UE ds. budżetu Janusz Lewandowski twierdzi, że „wizja funkcjonowania strefy euro w następnych latach jest zwiastunem dzielenia Europy, a nie jej jedności”. „Pogłębienie integracji daje się szczególnie zauważyć w strefie euro (…). Ma [ona] już wspólny nadzór finansowy, ostatnio zaczęto też mówić o wspólnym budżecie… Widać więc, że wszystko zmierza w stronę Europy dwóch prędkości”.

„Sądzę, że rząd polski robi zdecydowanie za mało, by Polska stała się częścią tej szybciej integrującej się Europy” – twierdzi z kolei Leszek Miller, szef SLD.

Politycy centroprawicowi i lewicowi domagają się, aby zablokowane zostały inicjatywy mające na celu wzmocnienie zarządzania gospodarczego w strefie euro i zapobieżenie jej kryzysom, jak np. budżet strefy euro. Podobnego zdania są politycy prawicy, np. PiS i Solidarnej Polski, tyle że oni akurat niechętnie widzą Polskę jako członka unii walutowej. „Mamy istotne decyzje podejmowane prze eurogrupę (…), czyli właściwie mamy sytuację, w której już konstytuuje się formalnie, ustrojowo i instytucjonalnie (…) Europa dwóch prędkości” – ostrzega Jarosław Sellin, poseł PiS.

Tymczasem polscy politycy, tak przecież krytykujący niektóre unijne przepisy, powinni wnosić mądry wkład w dyskusję nad reformą Unii Europejskiej, a nie powtarzać federalistyczne slogany o konieczności jak najściślejszej integracji. Tym bardziej, że opinie takie są krótkowzroczne: biorą pod uwagę jedynie enigmatyczną „większą pozycję Polski”, a nie potencjalnie liczne konsekwencje legislacyjne, np. dla polityki gospodarczej i społecznej.

Zaproponowana przez Camerona możliwość odrzucenia przez państwa rozwiązań w pewnych obszarach unijnej polityki i aktów prawnych czy też opisane przez Schäublego i Lamersa sprowadzenie Unii do zadań podstawowych (lecz nadal ważnych), z możliwością udziału państw w grupach krajów, które będą w poszczególnych dziedzinach ściślej zintegrowane, nie przyniesie Polsce szkody. Wręcz przeciwnie: rozwiązania takie będą stanowiły wyraz szacunku wobec suwerenności, czyli prawa państw do kształtowania swojej polityki zewnętrznej i wewnętrznej.

OF


Tagi


  • Tomasz Gruszecki pisze:

    Bardzo słuszny głos! Brawo dla obserwatoradinansowego że ośmielił się naruszyć ideolgię”europejską” dominującą wśrósd naszych „elit” w której noto bene przodują dawni wyznawcy równie totalitarnej ideologii,stworzenia na świecie wspaniałego raju,centralistycznie zarządzanego przez wszechmocne państwo

  • Sulfur pisze:

    Niby fajnie, ale:
    1. Co to są te podstawowe, nienaruszalne i bazowe rzeczy? Jak je zdefiniować? Wiele krajów ma zastrzeżenia także do nich lub ich elementów, w tym do otwartego rynku czy swobody przemieszczania się.
    2. Z punktu widzenia interesików pomysł wspaniały, ale z punktu widzenia interesu strategicznego nierozsądny, ponieważ spowoduje dezintegrację unii, jej blokizację-powstanie szeregu bloków polityczno-gospodarczo-militarnych i ułatwi a nie utrudni penetrację słabych przez silnych. UE na tym polega, że eliminuje się walkę o bezpieczeństwo między państwami chcącymi poszerzać strefy wpływów poprzez wymianę cząstkami suwerenności-to samo za to samo u każdego tak, że wszystkie kraje mogą na siebie wpływać i tworzą (teoretycznie) wymienną strefę wzajemnych wpływów. Problem polega nie na tym, że są dziwne regulacje przyjmowane, tylko że one służą jednym a szkodzą drugim. A dzieje się tak dlatego, bo teoria wymiany kawałków suwerenności nijak ma się do praktyki, gdzie są równi i równiejsi, ci co decydują i ci o których się decyduje.
    3. Dlatego Polska prze do euro itp. wątpliwych atrakcji, ponieważ chcemy być przy Niemcach, a nie obok Niemców. Wybór strategiczny.
    4. Europa dwóch czy wielu prędkości może zagrozić pozycji Polski jako potencjalnego regionalnego lidera do której aspirujemy. Jeśli można się wykluczyć z polityk UE, to znaczy, że nie potrzeba budować koalicji i szukać sojuszników.
    5. UE stanie się jeszcze bardziej chaotyczna, niezrozumiała, niesterowna i nieprzydatna

    Zamiast komplikować Unię może należy ją uprościć? Może zamiast tej mantry o pogłębianiu integracji warto by się uspokoić i przestać produkować tony nowych regulacji? Przejrzeć całe to prawo i je oczyścić, dostosować, wyciągnąć wnioski z stosowania, wypracować faktyczne mechanizmy subsydiarności? Na przykład rozważmy kwestie wetowania budżetów-ale po co to? Czy nie lepiej, stabilniej byłoby porozumieć się co do zmian w konstytucjach państw strefy tak, by do każdej z nich wpisać limity długu,deficytu i tym podobne mechanizmy zdroworzsądkowe, a kto w danym terminie referendum takowego pomyślnie nie przejdzie będzie musiał strefę albo opuścić, albo mu się dopiero wtedy budżet wetować będzie?

Dodaj komentarz


3 × trzy =

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane