Kompromitacje nie tylko dawnej ekonomii

13.02.2015
Starożytni, w chwilach niepewności i kłopotów, korzystali z usług kapłanek Wyroczni Delfickiej. Obecnie rolę wyroczni przejęły nauki ekonomiczne, a kapłanami stali się ekonomiści. I, niestety, ich wyroki (czytaj: teorie) bywają równie nietrafne i wyssane z palca, co te wygłaszane wieki temu na trójnogu.


 

Prawdziwa nauka reaguje na rzeczywistość a nie obraża się na nią. Wybuch kryzysu w 2007 roku sprawił, że ekonomiści musieli na nowo spojrzeć na uprawianą dyscyplinę. Pojawiły się nowe idee, powrócono do tych zapomnianych. Choć proces trwa, minęło już wystarczająco dużo czasu, by spróbować te nowe prądy usystematyzować. Obserwator Finansowy wspólnie z Dziennikiem Gazetą Prawną podjęły taką próbę. Opisujemy tę zmianę w nowym cyklu „Podręcznik nowej Ekonomii”. Autorami publikacji są dwaj znakomici dziennikarze ekonomiczni: Rafał Woś, publicysta Dziennika Gazety Prawnej, autor książki „Dziecięca choroba liberalizmu”, w której kontestuje realia wolnego rynku, oraz Sebastian Stodolak z Obserwatora Finansowego, autor wielu doskonałych wywiadów, m.in. z laureatami Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, zwolennik wolnego rynku i ograniczenia roli państwa w gospodarce. Ich artykuły będą naprzemiennie przedstawiać różne punkty widzenia na największe wyzwania ekonomii i gospodarki. 

 

Rok 2008. Świat stoi u progu globalnego kryzysu finansowego. Ludzie z głową na karku ostrzegali przed nim od lat, ci mniej przenikliwi także zaczynają zauważać pierwsze poważne symptomy. Burza, która ma nadejść, zmieni gospodarczy krajobraz globu na wiele lat. Będą to największe zawirowania gospodarcze od Wielkiego Kryzysu lat 30 XX wieku.

Jak nazwalibyśmy kogoś, kto właśnie wtedy, gdy widać już, że sielski okres prosperity to przeszłość, wygłasza bez skrępowanie taki sąd: „…czas wielkich kryzysów minął, przede wszystkim dlatego, że rozwój nauki umożliwia rządom i aktorom gospodarczym ich lepsze rozumienie i opanowanie”? Niepoprawnym optymistą, czy po prostu naiwniakiem i ślepcem?

Błędem byłoby jednak używać takich epitetów wobec Guya Sormana, wybitnego francuskiego wolnorynkowego intelektualisty i autora powyższej konstatacji. Dlaczego?

Nadmierny optymizm nie był wynikiem jego własnej refleksji. Wszczepiano mu go przez lata. Jedyną jego winą była nadmierna ufność w słowo autorytetów.

Modus operandi Sormana polega mianowicie na tym, że o wyjaśnienie zagadek tego świata pyta ekonomistów – i to tych z „głównego nurtu”. Tak właśnie powstawały jego artykuły i felietony (często świetne) i tak powstała książka, z której wstępu (na szczęście najsłabszej jej części) zdanie zacytowaliśmy. Już sam jej tytuł w pełni oddaje poziom zaufania autora do swoich rozmówców: „Ekonomia nie kłamie”. Nie kłamie? Ok, skoro nie kłamie – może sobie dorozumieć czytelnik – to należy ekonomii i ekonomistom zawierzyć.

I nie tylko Sorman bezkrytycznie ufa ekonomistom. My wszyscy mrużymy oczy oślepiani promienistym nimbem wszechwiedzy, który ich otacza. Im bardziej rozwijał się kapitalizm, tym bardziej ich hołubiono, a w ciągu ostatnich dwóch dekad zapanowali niepodzielnie nad studiami telewizyjnymi, wstępniakami dzienników i – przede wszystkim – nad gabinetami politycznymi rozmaitych rządów. Ich argumenty uważa się za rozstrzygające nie tylko w kwestiach gospodarczych sensu stricte. Ekonomista stał się specem od wszystkiego – jego opinie ceni się zarówno, gdy mowa o polityce pieniężnej, czy demografii, jak i o aborcji, powszechnym dostępie do broni, „tabletkach po”, czy choćby o wpływie wybudowania drogowej obwodnicy dla ochrony populacji ślimaków winniczków. Właściwie dlaczego nie? Wszędzie przecież można założyć okulary ekonomiczne. Można, owszem, ale jak widać choćby w przypadku Sormana, nie zawsze wyostrzają one wzrok.

Czego nie wiedział Churchill

Związek tej konstatacji z faktem, że nazwaliśmy nasz cykl „Podręcznikiem nowej ekonomii” jest oczywisty. To bowiem, co dotychczas sądziło się w ekonomii może być błędne. To, co się sądzi teraz, też może być błędne. A przede wszystkim, błędne może być to, co sądzić się w ekonomii dopiero będzie. Truizm? Może, ale jakże często ignorowany. Ekonomia co prawda „nie kłamie”, ale jak każda nauka, może się mylić. Co więcej, jeszcze częściej niż bezosobowa ekonomia, mogą mylić się indywidualni ekonomiści, którzy przecież nie mówią jednym językiem i na te same problemy oferują nam różne recepty w zależności od szkoły, do której przynależą i kogo reprezentują.

Skutki tych pomyłek to nie tylko kompromitujące opinie, które właściwie nikomu poza wygłaszającymi je nie szkodzą – niestety, jest wręcz odwrotnie. Skutki te bywają równie opłakane, jak skutki ślepego zawierzenia wróżce.

Brytyjczycy na przykład prawdę tę poznali doświadczalnie w 1925 r., gdy Winston Churchill postanowił powrócić do porzuconego wcześniej standardu złota. Skutki pomysłu? Cały katalog makroekonomicznych tragedii. Dla Wielkiej Brytanii: spadek popytu, deflacja, wysokie bezrobocie i strajki włącznie z paraliżującym cały kraj strajkiem generalnym w 1926 r. Ale to nie koniec. Angielski powrót do złota był tragiczny także dla USA. Niedoszacowany wobec funta dolar przyczynił się do boomu inwestycyjnego, pompując rynkową bańkę, która pękła z hukiem w 1929 r. Jedna decyzja, nieszczęść zatrzęsienie.

Dlaczego Churchill aż tak się pomylił? Bo tak poradzili mu wówczas najbardziej prominentni ekonomiści, z szefem Banku Anglii Montagu Normanem na czele. Norman et censortes przekonywali Churchilla, że „wyedukowani i rozsądni ludzie rozumieją, że dla złota nie ma alternatywy.” Zarządzający skarbem korony Otto Niemeyer straszył, że odwrót od złota oznacza odpływ gotówki i inwestycji z Londynu. (Nawiasem mówiąc, czy i dzisiaj nie słyszymy zbyt często argumentów pokroju: „poważni ekonomiści twierdzą, że…”?)

– Nawet, jeśli Churchill zbłądził, to dlatego, że uległ presji ówczesnego ekonomicznego establishmentu, który w tamtych czasach w zdecydowanej większości chciał przywrócenia standardu złota. Sam Churchill przyznawał, że nie rozumie technicznych zagadnień ekonomii. Zgromadził więc przy „okrągłym stole” dwóch głównych adwokatów powrotu do złota, Niemeyera i Normana, i dwóch krytyków, z których tym bardziej znanym był John Maynard Keynes. Posłuchał rad zwolenników standardu złota, reprezentujących większość ekonomistów – pisze w traktującej o Churchillu książce „Największy z Brytyjczyków” Jeremy Havardi. Decyzja Churchilla szybko okazała się całkowicie błędna. I nie chodzi o sam pomysł powrotu do złota – ten być może wcale nie był taki głupi – a głównie o to, że Churchilll powierzył jego realizację niewłaściwym ludziom.

Jak wyłożył to potem jasno Keynes, popełnili oni olbrzymi błąd techniczny – powiązanie funta ze złotem przywrócono po kursie sprzed I Wojny Światowej (1 złoty funt = 4,85 dolarów). Problem w tym, że realna wartość tej waluty właśnie w wyniku tej wojny spadła. Sztucznie zawyżona i zakotwiczona w złocie zaburzyła więc gospodarcze mechanizmy. Ludwig von Mises, wybitny wolnorynkowy teoretyk komentował później: „Postępowanie Churchilla było wyrazem niewybaczalnej nieznajomości ekonomii i historii pieniądza.”

No, ale po szkodzie każdy jest mądry.

Jaką lekcję można wyciągnąć z tej historii w XXI w.? Taką, że nieprzemyślanych doświadczeń ekonomicznych lepiej nie przeprowadzać na całej gospodarce – w idealnym świecie może i się udają, ale w praktycznym, z jego nieprzewidywalnością i ograniczeniami, stają się groźne.

Teorie zombie

Groźne poglądy ekonomiczne reprezentuje – w teorii skompromitowany i martwy, a w praktyce co rusz odżywający w różnych formach i okolicznościach – „maltuzjanizm”.

Jego twórca, Thomas Malthus żył na przełomie XVIII i XIX w. i był jednym z najwybitniejszych ekonomistów swoich czasów, reprezentantem szkoły klasycznej, ideowym poplecznikiem Adama Smitha. O ile jednak Smith optymistycznie zakładał, że ludzkość będzie radzić sobie coraz lepiej, Malthus doszedł do wniosków zgoła odmiennych. Stwierdził, że ludzkość przejawia tendencję nieograniczonej reprodukcji (populacja rośnie w tempie geometrycznym), za czym nie nadąża produkcja żywności (przybywa jej w tempie arytmetycznym). Jego zdaniem ograniczone zasoby dla rolnictwa w połączeniu z rosnącą liczbą ludności i niezmiennym dochodem per capita, miały powodować regularne klęski głodu, wojny i niepokoje społeczne.

Uczony proponował zbudowanie powszechnej moralności opartej na seksualnej abstynencji, gdyż jego zdaniem w ten sposób można było uniknąć cyklicznych klęsk. Był jednocześnie duchownym, więc naturalnie nie proponował kontroli urodzin, jednak jego teoria wzięta na serio przez mniej uduchowione osoby mogłaby usprawiedliwić eugenikę i zakaz swobodnej prokreacji. Słowem: rozwiązania totalitarne.

Rzeczywistość zweryfikowała poglądy Malthusa. Od 1800 r. na świecie przybyło 6 mld ludzi i głównym problemem okazuje się nie brak jedzenia, a raczej nadmierna i „źle” rozłożona konsumpcja. Żywności jest wystarczająco dużo, tylko bywa, że akurat nie tam, gdzie potrzeba jej najbardziej. Malthus byłby rozczarowany, choć pewnie ucieszyłby go fakt, że jego kasandryczne proroctwa wciąż są atrakcyjne dla literatów – na przykład dla Anthony’ego Burgessa (autora „Mechanicznej Pomarańczy”), który w 1962 roku napisał „Rozpustne nasienie” – powieść, której fabuła bazuje na maltuzjańskiej wizji świata.

Dlaczego Malthus popełnił tak potężny błąd w swoim opisie świata? Ponieważ założył, że świat ludzki jest statyczny i ekstrapolował tę obserwację na przyszłość.

– Malthusa zwiodło to, że dochód na głowę w Anglii rzeczywiście był stały właściwie od wczesnego średniowiecza, a ludzi nieustannie przybywało. Myślał, że tak będzie już zawsze. Tyle, że potem mieliśmy coś, czego Malthus nie przewidział, bo przewidzieć się nie dało: rewolucję przemysłową – uważa prof. James Heckman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. – Zagrożenie, że dana teoria ekonomiczna jest nietrafiona rośnie, gdy odrywamy się od faktów, bądź gdy fakty nadinterpretujemy, tworząc na ich bazie ogólne modele. Te modele, tak jak model maltuzjański, mogą nas zwieść na manowce – uważa ekonomista.

Z kolei popularny myśliciel Nicolas Nassim Taleb w odniesieniu do nieprzewidywalnych zjawisk zauważa w książce „Zwiedzeni przez losowość”, że: „w ekonomii mamy bardzo obszerne modele kalkulacji ryzyka, które bazują na bardzo chwiejnych, czy nawet jawnie nieprawdziwych założeniach. Czarują nas matematyką, ale poza nią wszystko w nich jest po prostu nie tak. Właściwe założenia mogą mieć większe znaczenie niż wyszukany model.”

Statyczne postrzeganie świata, w którym raz zaobserwowane relacje będą już powtarzać się w nieskończoność jest częstym błędem następców Malthusa. Najbardziej znanym z nich jest Paul Ehrlich, amerykański uczony, który teorię Malthusa odświeżył w wydanej w 1968 r. książce „Bomba populacyjna”. Wieszczył katastrofę demograficzną i głód, które to kataklizmy miały nadejść w ciągu 15 lat. Według Ehrlicha wyczerpać miały się też zasoby naturalne, co zasygnalizować miał drastyczny wzrost cen.

W 1980 r. zareagował na tę ostatnią prognozę Julian L.Simon, ekonomista ze szkoły chicagowskiej, proponując Ehrlichowi zakład: „Wybierz pięć dowolnych surowców naturalnych, które mają się według ciebie wyczerpać, a ich ceny wzrosnąć. Ja obstawiam, że ceny spadną. Horyzont czasowy: dekada” Ehrlich wybrał chrom, nikiel, wolfram, cynę i miedź. Kto zakład wygrał? Julian L.Simon. Czego więc nie rozumiał Ehrlich?

– Tego, że taki twór, jak zasoby naturalne… samo z siebie nie istnieje w przyrodzie. To od ludzi zależy to, co jest, a co nie jest zasobem. Jedynym więc naturalnym zasobem jest ludzka kreatywność. Ehrlich tego nie rozumiał, nie wierzył w ludzki umysł. Żadna z wielu kasandrycznych prognoz, które Ehrlich wygłosił w ciągu ostatnich 40 lat się nie sprawdziła – mówi ekonomista Dan Boudreaux, autor poczytnego bloga cafehayek.com.

Krzywa teoria

Można protestować, że to wszystko wyjątki – że przytaczamy wyjątkowo pechowych teoretyków. Z takim zastrzeżeniem dyskutowaliby nawet sami… ekonomiści. Wielu z nich przejawia dużą dozę samokrytyki. Właściwie w całym środowisku naukowym – niezależnie od dziedziny – są uczeni mówiący: hola, my także się mylimy! I to często!

Np. John Ioannidis, badacz w dziedzinie zdrowia i medycyny z Uniwersytetu Stanforda. Ioannidis przekonuje, że ogromna część wniosków, które w medycynie wysnuwa się na podstawie empirycznych badań naukowych to wnioski fałszywe.

Możemy sformułować nieskończoną liczbę fałszywych hipotez o świecie, tłumaczy Ioannidis, i skończoną liczbę hipotez prawdziwych. Nie da się więc uniknąć sytuacji, w której ktoś przyjmuje hipotezę fałszywą. Już na „dzień dobry” można z całą pewnością powiedzieć, że co najmniej 5 proc. hipotez, które aprobują badacze jest błędnych, ale w praktyce jest dużo gorzej. Ioannidis posiłkując się analizą prawdopodobieństwa Bayesa twierdzi, że w przypadku medycyny ze względu na charakter tej nauki znakomita większość hipotez przyjmowanych w danym czasie może być fałszywa.

W ekonomii – jak wskazuje choćby prof. Alex Tabarrok, dyrektor think-tanku Mercatus Center – jest pewnie trochę lepiej, ale badania ekonomistów także mają wiele poważnych ograniczeń metodologicznych. Często opierają się one na zbyt małych próbkach danych, biorą pod uwagę zbyt wiele nieistotnych czynników, które „zaburzają” istotę sprawy, a pomijają czynniki kluczowe. Do tego wszystkiego sami ekonomiści często, kierowani niekonicznie szlachetnymi motywami, wyolbrzymiają znaczenie swoich prac, próbując wykazać za wszelką cenę z góry założoną tezę. Jeśli są specjalistami od ekonometrii, znają mnóstwo tricków, które pozwalają im kamuflować nadużycia. Tymczasem dla słuszności teorii liczy się nie tylko wiarygodność danych wejściowych, ale także ich właściwa obróbka i wyjaśnienie.

– Teorią, która opierała na prawdziwych, ale źle opisanych danych empirycznych jest słynna „krzywa Phillipsa”. Ilustrowała ona zależność pomiędzy inflacją płacową a bezrobociem: pierwsza rośnie, a druga się zmniejsza. Dawało to asumpt rządom do szkodliwej polityki proinflacyjnej. Sam kiedyś uczyłem studentów o słuszności tej teorii, dopóki nie okazało się, że w długim okresie jest fałszywa. Lata 70. w USA pokazały, że możemy mieć jednocześnie wysoką inflację i wysokie bezrobocie – mówi prof. Richard Vedder z Uniwersytetu Ohio

Ekonomista twierdzi, że na podobnej zasadzie fałszywą okazała się teoria, że wydatki fiskalne rządu tworzą miejsca pracy: – Nie dla wszystkich było to jasne i stąd te 800 mld dolarów wpompowane do gospodarki w 2009 r. Ekonomiści wierzyli, że po takim zastrzyku pieniędzy, bezrobocie nie przekroczy 8 proc. – opowiada Vedder.

Jednak ekonomiści, którzy byli zwolennikami wydatków argumentują, że gdyby nie one… bezrobocie byłoby jeszcze wyższe. Dowody? Teoretyczne modele… I znów jesteśmy w miejscu, przed którym przestrzegał nas przed chwilą James Heckman. Jest może nawet jeszcze gorzej, bo okazuje się, że skutki wdrażania ekonomicznych porad mogą być nie tylko dobre, albo także złe. Mogą też nie podlegać jednoznacznej ocenie. Być może prof. Christina Romer, która w 2009 r. przewodniczyła doradcom prezydenta USA, jest odpowiedzialna za wyrzucenie w błoto 800 mld dolarów, albo za uratowanie gospodarki. Nie czeka jej ani kara, ani nagroda.

Zawyżone wymagania

Pal licho pojedyncze nietrafne decyzje w polityce gospodarczej. Gorzej, jeśli błędna jest cała doktryna. Pomińmy zideologizowane doktryny totalitarne, np. marksizm-leninizm, których zgubny wpływ na historię ludzkości jest oczywisty. Ciekawszy z punktu widzenia „błądzącej ekonomii” jest choćby merkantylizm i protekcjonizm – doktryny, które w pewnym sensie są odpowiedzialne za równe spustoszenie, co czerwony totalitaryzm.

Merkantylizm opierał się na trzech głównych i, jak teraz wiemy, fałszywych założeniach (że źródło bogactwa tkwi m.in. w dodatnim bilansie handlowym, posiadaniu metali szlachetnych, a konkurencja między krajami ma charakter gry o sumie zerowej, tj. jeden zyskuje kosztem drugiego) i dominował w Europie jako doktryna ekonomiczna w całym XVII i XVIII w.

Jak wytłumaczyć tę trwałą popularność? To proste. Doktryna ta była teoretycznym uzasadnieniem podbojów, grabieży i wyzysku. Mówiąc Marksem, można by powiedzieć, że był ideologiczną nadbudową dla systemu kolonialnego. Rozregulował i zahamował naturalną ewolucję krajów kolonialnych w Azji, obu Amerykach, czy Afryce i przyczynił się do powstania wielu problemów, z którymi dotąd sobie one nie poradziły.

Protekcjonizm z kolei, kuzyn merkantylizmu, to nurt myślowy, który w imię walki o ochronę lokalnych rynków wprowadza cła, ograniczenia migracji, czy kwoty importowe – powstał w XIX w. jako reakcja na urynkowienie międzynarodowej gospodarki. Mimo, że jego teoretyczne podstawy rozkruszył jeszcze w tym samym stuleciu David Ricardo (udowodnił, że handel wzajemny biednych z bogatymi jest opłacalny dla obu stron), a potem jego resztki zakopywał m.in. Milton Friedman, czy – uwaga! – Paul Krugman, jest to pogląd wciąż żywy i obecny w polityce rządów. Główny negatywny skutek? Szkodzi nie tylko tym, którzy go stosują, ale spowalnia też rozwój najbiedniejszych rejonów świata.

Wszystko to, o czym piszemy w jakimś sensie kompromituje ekonomię i czyni ekonomistów łatwym celem populistycznych ataków „anty-ekonomistów”. Tak być nie musi.

Żeby ekonomia jako nauka miała zasłużoną dobrą reputację, trzeba od niej po prostu znacznie mniej wymagać i nie udawać, że za jej pomocą zalepi się każdą dziurę w skrzeczącej rzeczywistości. Wpuszczając ekonomistów na kopalniane doły, do publicznych szkół i szpitali, by tam dokręcali swoje śrubki i przestawiali wajchy, nie sprawimy, że wszystko zacznie działać, jak trzeba.

– Sądzę, że ekonomiści stali się zbyt ważni i za bardzo wierzy się we wszystko, co mówią. Część z tego, co robią, to „fake science”, fałszywa nauka. Nie ma się też, co oszukiwać. Oni sami mają swoje interesy, o które walczą. Jeśli ktoś chce zrobić karierę jako szef banku centralnego, musi wcześniej publikować prace, które mu to ułatwią, a nie zawsze będą to prace przydatne, słuszne, czy prawdziwe – ubolewa Russ Roberts, ekonomista z George Mason University oraz gospodarz serwisu econtalk.com, na którym przeprowadził już ponad 450 długich rozmów z kolegami po fachu.

Prof. Roberts jest także autorem popularnego rapowego klipu edukacyjnego, w którym raperzy wcielają się w rolę klasyków ekonomii: Keynesa i Hayeka. Ten pierwszy przekonany jest, że aby gospodarka działała jak należy, potrzeba trochę inżynierii społecznej, interwencji i eksperymentów. Ten drugi przestrzega, że często uznajemy za wiedzę to, co jest jej pozorem, a ekonomiści nie powinni zajmować się rozbudzaniem w ludziach zapału do zbyt gruntownego zmieniania świata.

Hayek pisał, że „osobliwym zadaniem ekonomii jest pokazanie ludziom jak mało w istocie wiedzą o tym, co w ich mniemaniu da się zaprojektować.” Warto mieć to na uwadze, gdy jakiś ekspert-ekonomista będzie nas przekonywał, że zna wszystkie właściwie recepty.


Tagi


  • 224 pisze:

    Bardzo interesujący artykuł. Traktować teorie ekonomiczne z rezerwą – owszem, jak wszystkie teorie. Ale nie może to prowadzić do konstatacji, że każda teoria jest równie podejrzana. Apel Hayeka skierowany był przeciw zmienianiu świata według projektów ekonomistów. Ale przecież współczesna gospodarka oparta jest właśnie na jednym z takich projektów, którego wdrożenie trwa o lat 30 tych ub. wieku (dla mnie akurat oczywiste, że również błędnym)! Czy w tej sytuacji równeż wskazany jest umiar w dążeniu do zmian?

  • GS pisze:

    Autorami podręcznika o ekonomii są dziennikarze… Z całym szacunkiem dla Panów, ale niech jednak podręczniki piszą osoby wyspecjalizowane w dążeniu do wiedzy pewnej i prawdziwej (pomijając tych naukowców, którzy tego nie rozumieją) i posiadające nie tylko szeroką i głęboką wiedzę uogólnioną do potwierdzonych praw i teorii, ale też odpowiednie narzędzia (metody), a nie dziennikarze, których cele nie zawsze (wręcz rzadko w mojej subiektywnej ocenie) się z tymi pokrywają. To, że często o faktach i rzeczywistości piszą, nie znaczy, że są w stanie je uogólnić, stosując metody gwarantujące zachowanie prawdziwości lub negatywną weryfikację. Agregacja faktów to nie to samo co uogólnienie.

  • GS pisze:

    Aha, zaczynają być irytujące do złudzenia powtarzane frazesy że ekonomiści nie przewidzieli kryzysu, że zajmują się przewidywaniem przyszłości i że prognozy są wyssane z palca. To tak jak do znudzenia przypominać że wszyscy Niemcy są winni Holokaustu. Dlaczego tak mało jest konkretnych odniesień do konkretnych błędów? Prognozami zajmują się wybrani ekonomiści – praktycy z banków i dużych instytucji finansowych, czasem naukowych. Wielu naukowców zajmuje się dopracowaniem metodyk, pracuje nad teoriami, które mają wspierać politykę gospodarczą w rozwiązywaniu problemów społeczno-gospodarczych. Co więcej, prognozy nie raz już, choćby na łamach OF były oceniane jako nieprzydatne (niewiele różniąca się skuteczność od prognoz naiwnych – przedłużających w przyszłość aktualną wartość zmiennej). Jak powiedział prof. Kołodko – wszystko się dzieje tak jak się dzieje, bo wiele rzeczy dzieje się na raz. Gospodarka to twór niezwykle złożony, dynamiczny, który stanowi platformę łączącą gro dziedzin życia ludzi, których jest już prawie 7mld na świecie, a każdy przyjmuje różne role w społeczeństwie i gospodarce. Ekonomia to nie fizyka, gdzie prawa są niemal w 100% prawdziwe i potwierdzalne. W społeczeństwie atomem jest kreatywny człowiek, który zawsze znajdzie sposób wykorzystania każdego prawa ekonomicznego, które sprawdza się dla danych historycznych. Z tego choćby powodu banki centralne często prowadzą politykę hybrydową: dyskrecjonalno-regularną (opartą na regułach). Pewne reguły są potrzebne, ale gdyby prowadziły politykę opartą wyłącznie na regułach łatwo byłoby przewidzieć ich działania: narzędzie, moment zastosowania i siłę oddziaływania i „zagrać” pod nie. Zatem ekonomiści dążą do określania praw i reguł rządzących gospodarką, ale nie zawsze w celu ich zastosowania do przepowiadania przyszłości, ale raczej generowania twierdzeń dedukcyjnych – „co będzie jeśli..” coś się stanie (albo nie stanie). Takie twierdzenia/wnioski mają swoje ograniczenia, ale potrafią nakreślić pewien obszar zjawisk, które mogą mieć miejsce w różnych scenariuszach, choć wymagają także rzetelnej interpretacji, o której propagatorzy zwalania winy za zło kryzysów na ekonomistów chyba już zapominają.

  • BilboB pisze:

    @GS, ale przecież to pewna umowność. Dziennikarze maja wykazać pola do dyskusji, przypomnieć kilka nazwisk, historii. No i ktoś musi sprostować kilka głupot zjakie miały miejsce w historii, skoro profesorowie, na których sie powołujesz, nie potrafili i nie potrafia – lub nie chcą/nie chce im się – tego zrobić. Moim zdaniem b.interesujące opracowanie. Dowiedziałem się kilku rzeczy. A agregacja faktów nie musi być jednowymiarowym zbirem statystycznym. A jesli nie jest to nie oznacza, że przekłamuje fakty tylko, że je inaczej podaje. Powiedziałbym: dla ludzi, a nie naukowców.

  • [ja!] pisze:

    Kim są ekonomiści „głównego nurtu”? Co to jest ekonomia „głównego nurtu”? Czymś dokładnie odwrotnym, niż się wydaje!
    ——————————————————————————————————————————————
    Ekonomia ma za zadanie analizować gospodarkę, wyjaśniać ją i ew. projektować korzystne rozwiązania na przyszłość. Natomiast ekonomia „głównego nurtu” pełni rolę odwrotną — jest pseudonauką zaprzęgniętą w rydwan władzy — pseudoekonomią mającą za zadanie _W_Y_T_Ł_U_M_A_C_Z_Y_Ć_ aktualne poczynania aktualnej władzy, opromienić je nimbem naukowości, racjonalności oraz _B_E_Z_A_L_T_E_R_N_A_T_Y_W_N_O_Ś_C_I_. Stąd blask, prestiż, zaszczyty oraz środki finansowe będące w gestii władzy każdorazowo spływają na aktualną ekonomię „głównego nurtu”.
    ——————————————————————————————————————————————
    Sam osobiście miałem okazję przekonać się, jak szybko potrafi się zmienić ekonomia „głównego nurtu” w Polsce — wystarczyło kilka tygodni od silnej reorientacji politycznej w wyniku nowego rozdania w wyborach parlamentarnych, by nagle rozpoczął się śpiew na zupełnie nową „melodię” w całym środowisku najbardziej prominentnych polskich ekonomistów. To pożyteczna lekcja — tak w jednej chwili narodziła się cała nowa ekonomia „głównego nurtu”, a stara zniknęła i nikt się do niej nie zamierzał przyznawać, jakby to była jakaś wstydliwa przeszłość z życia rodziny.
    ——————————————————————————————————————————————
    W II RP, czy w PRL też była „ekonomia głównego nurtu”, też nagle się zmieniła po 44, po 48, po 56, czy po 81 roku, tak jak też nagle zniknęli jej „wyznawcy” po 89 roku.
    ——————————————————————————————————————————————
    Można więc powiedzieć, że ekonomia „głównego nurtu” to rodzaj pseudonauki — „ekonomia” wspierania aktualnej władzy i kończąca się z chwilą kryzysu tę władzę obalającego.

  • [ja!] pisze:

    Ten znakomity tekst o błędach ocen ekonomicznych zakończę… błędną oceną merkantylizmu ze strony Autora. :)) (Który zresztą tylko potwierdza moją powyższą tezę ekonomii jako narzędzia władzy).
    ——————————————————————————————————————————————
    Cyt.: „doktryny, które w pewnym sensie są odpowiedzialne za równe spustoszenie, co czerwony totalitaryzm.
    ——————————————————————————————————————————————
    Merkantylizm opierał się na trzech głównych i, jak teraz wiemy, fałszywych założeniach (że źródło bogactwa tkwi m.in. w dodatnim bilansie handlowym, posiadaniu metali szlachetnych, a konkurencja między krajami ma charakter gry o sumie zerowej, tj. jeden zyskuje kosztem drugiego”
    ——————————————————————————————————————————————
    Dlaczego dziś merkantylizm wydaje się szkodliwy, wręcz totalnie głupi, a jednak był stosowany i dlaczego był dobry? Bo zmieniły się warunki polityczno-gospodarcze! Ekonomia „głównego nurtu” wówczas, tak jak i dzisiaj, miała służyć ochronie władzy. A co było najskuteczniejszym narzędziem ochrony władzy w epoce pozbawionych narodowości armii zaciężnych? Tym czymś była waluta, do której każdy miał zaufanie — złoto! Tylko odpowiednio duży zapas złota umożliwiał operacje polityczne i wojenne. Dzięki złotu można było ograbić sąsiada, albo szybko wystawić wielką armię obronną. Nie liczyła się gospodarcza „rezerwa strategiczna” wielkich gospodarek (brak przemysłu!), która zadecydowała o losie np. II. Wojny Światowej, tylko możliwość opłacenia (złotem!) odpowiednio dużej armii, a brak złota był największą gwarancją nie tylko utraty władzy, ale i innych bardzo przykrych tego konsekwencji.
    ——————————————————————————————————————————————
    Stąd i merkantylizm — mądra polityka gospodarcza w odpowiednich dla siebie warunkach.

  • [ja!] pisze:

    No i nie zapominajmy podczas oceniania, że merkantylizm był „ekonomią” mającą służyć władcy, a nie jakiemuś tam feudalnemu społeczeństwu… (był ze strony ówczesnych ekonomistów odpowiednikiem „Księcia” Machiavellego).
    ——————————————————————————————————————————————
    W warunkach braku przemysłu, braku zaufania do pieniądza drukowanego, braku silnej identyfikacji narodowej, całkowitej stagnacji techniki wojennej za to kluczowego znaczenia „zasobów ludzkich” merkantylizm był mądrą i skuteczną polityką gospodarczą służącą władcy.

  • pawel-l pisze:

    Chciał pan chyba napisać „Im mniej kapitalizmu, tym bardziej hołubi się ekonomistów”.
    Standard złota obowiązywał w WB przez 200 lat mimo prowadzonych wojen.
    Podobnie w USA. Po wojnie secesyjnej przywrócono SZ bez większych problemów.
    To nie przywrócenie standardu złota było problemem. Tylko olbrzymie wydatki wojenne i niechęć do obniżenia standardu życia (ewetualnie poprzez dewaluację funta).
    W USA to FED na życzenie WB chcąc ograniczyć napływ złota stworzył bańkę kredytową.

  • Tezcatlipoca2015 pisze:

    @[ja!] No to rozważmy „mądrą politykę” dla obecnej sytuacji Polski. Zaawansowany przemysł zlikwidowany 20 lat temu, obecny przemysł tylko w formie montowni zależnych od firm francuskich i niemieckich, ośrodki R&D prawie bez wyjątku zlokalizowane poza Polską, kult cargo uprawiany przez MNiSW (utożsamianie publikacji z twórczością naukową, a tej z kolei z korzyścią dla LOKALNEGO społeczeństwa i gospodarki), zarobki zaniżone o ok. 30% w stosunku do realnej wydajności, polityczno-etatystyczne hordy pasożytów żerujących na dochodach podatkowych, system bankowy całkowicie zależny od zagranicznego kapitału, system podatkowy wrogi lokalnym firmom a całkowicie serwilistyczne wobec korporacji zagranicznych, armia w stanie rozsypki sprzętowej, kadrowej dowódczej, agresywny sąsiad dokonujący rekonkwisty imperialnej. No? Jaka polityka wydaje ci się „mądra” na obecną chwilę?

  • [ja!] pisze:

    @Tezcatlipoca2015:
    ——————————————————————————————————————————————
    „Zaawansowany przemysł zlikwidowany 20 lat temu”
    ——————————————————————————————————————————————
    Zazwyczaj zgadzam się z Twoimi komentarzami, ale powyższe hasło, to tak dalece idące (bardzo charakterystyczne!) publicystyczne uproszczenie, że chyba bez napisania całego rozdziału mój wysiłek poszedłby na marne.
    ——————————————————————————————————————————————
    Pozostaje mi odwołać się do metazalecenia, iż powinniśmy kopiować politykę najlepiej rozwijających się państw świata, ale z okresu, gdy były tak biedne, jak współczesna Polska.
    ——————————————————————————————————————————————
    Oznacza to z grubsza znaczące obniżenie kosztów funkcjonowania państwa, jak najwięcej wolnego rynku, prywatnej inicjatywy, duża likwidacja wielu regulacji zabijających wręcz chęci do jakiejkolwiek przedsiębiorczości. Przypomnienie, że organizacje swoimi metodami działania upodobniają się do otoczenia — nawet państwowe struktury działające w otoczeniu rynkowym przejmują jego kulturę organizacyjną (USA), a z kolei nawet najbardziej wolnorynkowe przedsiębiorstwa w otoczeniu biurokratycznym oraz państwowych molochów socjalizmu i monopoli same swoim zachowaniem się do nich upodobniają (PRL/RPRL). Kluczowym parametrem zabijania wzrostu i gospodarki jest udział redystrybucji PKB przez państwo.
    ——————————————————————————————————————————————
    „polityczno-etatystyczne hordy pasożytów żerujących na dochodach podatkowych”
    ——————————————————————————————————————————————
    W sferze politycznej kluczowym punktem przeobrażenia państwa jest ordynacja wyborcza — wymiana wyborców na znacznie lepszych, lepiej wykształconych, lepiej zorientowanych w sprawach publicznych, bardziej zmotywowanych do poszukiwania prawdy i trafnych wyborów. Co ciekawe — jest to osiągalne w dość prosty sposób — wprowadzić wyborczy stopień pośredni — elektorów, wybieranych jako najlepsi z najlepszych spośród sąsiadów, gdzie wszyscy się znają i nie działa żaden wizerunkowy PR. Tym samym elektorom dać zarazem prawo zwalniania z pracy (w głosowaniu) każdego funkcjonariusza publicznego — obecne skomplikowane łańcuchy odpowiedzialności wytworzyły całe obszary zupełnie patologicznej bezkarności (choćby w tak ważnych dla gospodarki sądownictwie, czy policji, gdzie obecnie „nic się nie da”), gdzie patologia nie tylko zupełnie bezkarnie żeruje na społeczeństwie, ale jeszcze w dodatku tym samym deprawuje wzorce społeczne, niszczy kapitał społeczny, kiedy płacący podatki obywatel mniej się boi mafii, niż urzędnika.
    ——————————————————————————————————————————————
    To by wystarczyło do skasowania obecnych patologii bieżącego państwa pt. RPRL.
    ——————————————————————————————————————————————
    „armia w stanie rozsypki sprzętowej”
    ——————————————————————————————————————————————
    Jw. Przy okazji przypomnienie, że w wyniku postępującego rozwoju techniki wojennej jeden dobrze wyszkolony i prawidłowo wyekwipowany żołnierz będzie odpowiadał coraz większej liczbie słabo wyposażonych i zdezorganizowanych rekrutów (generujących zarazem olbrzymie, a bezproduktywne koszty osobowe oraz koszty alternatywne dla gospodarki). Powiedzmy, że już dziś można ten stosunek przeliczać jak 1:20, a będzie jeszcze większy.
    ——————————————————————————————————————————————
    „agresywny sąsiad dokonujący rekonkwisty imperialnej”
    ——————————————————————————————————————————————
    Na to akurat nie mamy większego wpływu poza rozwojem własnego programu nuklearnego, rakietowych atomowych okrętów podwodnych oraz stopniowym wchodzeniem w najnowsze technologie (jak kiedyś Finlandia w komórki, tak my dziś w gry komputerowe, grafen, drony…), które prędzej lub później stworzą „osobliwość”, która całkowicie przewartościuje obecny układ sił (jak kiedyś ropa naftowa dla krajów arabskich, którzy bez niej wciąż byliby głodnymi poganiaczami wielbłądów na pustyni).
    ——————————————————————————————————————————————
    „ośrodki R&D prawie bez wyjątku zlokalizowane poza Polską”
    ——————————————————————————————————————————————
    I bardzo słusznie! Jesteśmy tak zacofani, że za darmo korzystamy z szybkiej ścieżki rozwoju dzięki rencie zacofania — biurokratyczne tzw. „pobudzanie innowacyjności”, ze środków unijnych, czy nie — to jedna wielka katastrofa! (wspomniany wyżej „kult cargo” — o którym zawsze przypominam widząc biurokratyczne imitacje procesów rynkowych, nieodmiennie kończące się bezproduktywną katastrofą).
    ——————————————————————————————————————————————
    Japończycy, Koreańczycy, a następnie Chińczycy przez dziesięciolecia byli na ścieżce szybkiego wzrostu głównie dzięki bezkosztowemu kopiowaniu cudzych rozwiązań.
    ——————————————————————————————————————————————
    „system bankowy całkowicie zależny od zagranicznego kapitału”
    ——————————————————————————————————————————————
    Tu nie ma dróg na skróty — próba administracyjnego budowania „krajowego” systemu bankowego nieodmiennie skończyłaby się katastrofą — idąc drogą regularnego wzrostu, np. Chin, możemy dbać jedynie o to, by silne państwo dbało o różnorodność pochodzenia tego kapitału, no i oczywiście nie pozwalało na dyskryminację tego krajowego, powoli akumulującego. Ziarnko do ziarnka, samonapędzający się procent składany i po 20-30 latach wszyscy przecierają oczy ze zdumienia — skąd się wzięła ta nowa potęga!?
    ——————————————————————————————————————————————
    Tymczasem jest to bardzo proste — wreszcie uwolniony od „pływania w etatystycznym kisielu” regularny wzrost po 10% rocznie daje po 20 latach wzrost potęgi gospodarczej o 570%! No a po 30 latach — już o 1650%!

  • ekonomista pisze:

    Moi drodzy,

    czy ekonomiści się w historii mylili? Tak. Czy przedstawiciele innych dyscyplin naukowych też? Tak, też się mylili. W rozwoju każdej nauki pomyłki, proces błądzenia ludzkiego do wiedzy to norma. To, że się nie mylimy świadczy tylko o tym że należy wyciągać wnioski z błędów a nie że naukę, która się myli trzeba potępić w czambuł.

    Druga sprawa, to przywoływane ogólnie w artykule utyskiwanie na to, że dziś zbyt posłusznie „wierzymy ekonomistom”. Drogi autorze tego artykułu! Zdecydowana większość mówców w TV, polityków i tak zwanych ekspertów nie jest ekonomistami…

    To w zasadzie koniec komentarza. Dodam jeszcze ciekawostkę. Sztuką nie jest nie błądzić, ale WYCIĄGAĆ WNIOSKI Z BŁĘDÓW. Kryzysy baniek spekulacyjnych, iluzji pieniężnych pojawiają się w historii regularnie. Co ciekawe, NIEMAL ZAWSZE WG W MIARĘ PODOBNYCH ZASAD. Może właśnie dlatego, że nikt nie słucha ekonomistów?

    Pozdrawiam,
    E

  • Providiusz pisze:

    Zakładając oczywiście faktyczną tu semantykę pomyłki, błądzenia, poszukiwania itp. a nie swiadome działanie i manipulację w mediach celem uzykania zamierzonej (przeważnie wcześniej socjologicznie zdefiniowanej) reakcji ludzi, mas wpatrujących lub wsłuchujących sie w media (jako wielceskutecznegonarzędzia tej polityki informacji)

Dodaj komentarz


pięć + = 8

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane