Na Węgrzech nowe podatki nie tylko na Internet

29.10.2014
Podatek od transmisji danych przez Internet, jeden z ponad 40 nowych podatków wprowadzonych przez cztery lata rządów premiera Viktora Orbána i partii Fidesz, nie tylko mocno zaskoczył sektor telekomunikacyjny, ale wywołał też nieoczekiwanie potężny sprzeciw szerokiej rzeszy Węgrów.

Mihály Varga, minister gospodarki, ocenił możliwe wpływy z podatku od transmisji przez internet na 20 mld forintów (270 mln zł) (Fot. PAP)


Zapowiedzi wprowadzenia podatku od korzystania z Internetu doprowadziły do największej od lat demonstracji ulicznej w Budapeszcie. Wzięło w niej udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Część demonstrantów przypuściła atak na siedzibę partii Fidesz. Musiała interweniować policja.

Tło jest takie, że po wysoko wygranych wyborach komunalnych rząd zabrał się do porządków w wydatkach państwa. Te, po trzech w tym roku kampaniach poprzedzających wybór posłów do parlamentu krajowego, europejskiego oraz samorządów terytorialnych, napęczniały mocno. Rząd obiecywał wprawdzie, że nie będzie rozdawania pieniędzy w celu przeciągania wyborców na swoją stronę, ale skończyło się na obietnicach. Teraz kłopot ma minister gospodarki, który próbuje uspakajać opinię publiczną, że nie ma mowy o przymiarkach do zaciskania pasa, ale przekonujący nie jest.

Przygotowaną właśnie reformę administracji państwowej, w tym zaplanowane zwolnienie tysięcy zatrudnionych w niej osób, minister nazywa koniecznością. Tak samo uzasadnia całkowitą likwidację wszelkich zasiłków stanowiących uzupełnienie dochodów osób najmniej zarabiających oraz wprowadzanie nowych podatków, które obciążają – według jego słów – nie ludzi, a jedynie firmy, a wśród nich przede wszystkich te nielubiane, czyli zagraniczne.

Podatek od przesyłek w internecie

W ramach konstruowania budżetu na rok 2015 rząd przygotował kilka zmian w systemie podatkowym. Podczas lektury projektów nowych ustaw przesłanych do parlamentu wyszło na jaw, że drastycznie wzrosnąć ma akcyza na najtańsze trunki o wysokiej zawartości alkoholu, że wprowadzony zostanie tzw. podatek produkcyjny na niektóre środki czystości – np. proszki do prania i że rząd chce pobierać podatek od wielkości danych transmitowanych przez Internet.

Najbardziej kontrowersyjny w odbiorze okazał się właśnie ten ostatni pomysł. Tak bardzo kontrowersyjny, że rząd, zaskoczony skalą protestu społecznego pospiesznie wycofał się z planów jego wprowadzenia.

W projekcie ustawy mowa była o podatku w wysokości 150 forintów (ok. 2 złotych) od każdego gigabajta. Mihály Varga, minister gospodarki, ocenił możliwe wpływy budżetowe z tego tytułu na ok. 20 miliardów forintów (270 mln zł), ale eksperci wykazali w ciągu kilku godzin, że przy takiej stawce firmy oferujące usługi internetowe musieliby zapłacić kilkakrotnie więcej, bo aż 170-180 mld forintów (2,3 – 2,5 mld zł). Suma tego rzędu przewyższa roczne wpływy netto całego sektora internetowego. Według danych węgierskiego urzędu statystycznego, roczny przychód wszystkich firm, które żyją z udostępniania sieci internetowej, nie przekracza obecnie 164 mld forintów. To oznacza, że w przypadku zastosowania planowanej stawki, wielkość podatku byłaby równa wartości przeciętnego miesięcznego abonamentu. W związku z tym, projektodawca rychło podał do wiadomości, że podatek ma górną granicę i jeden prywatny abonent nie będzie płacił fiskusowi więcej niż 700 forintów, a pułap dla firm będzie wynosił 5000 forintów.

Projekt nowego podatku był nieprzygotowany pod względem merytorycznym i nie został skonsultowany, ani z firmami, ani z konsumentami, ani z ekspertami. Według prasy węgierskiej, jego pomysłodawcą był sam Viktor Orbán, który miał wpaść na ten pomysł, kiedy na posiedzeniu rządu szukano źródeł pokrycia podwyżek pensji dla pracowników skarbówki i policji. Nie wiadomo, czy to prawda, ale tak czy owak, idea podatku internetowego spotkała się z całkowicie negatywnym przyjęciem nie tylko na Węgrzech, ale także za granicą. Konsternację wywołała przede wszystkim w Brukseli, gdzie wszelkie starania idą przecież w kierunku udostępnienia Internetu jak największej liczbie obywateli Unii. Odbiór inicjatywy podatkowej jest w siedzibie Unii tym bardziej nieprzychylny, że pod względem dostępu do sieci Węgry nie są w czołówce nawet w swoim regionie.

Ciężary planowanego podatku internetowego miały być rozłożone nierównomiernie. Najmniej uderzyć on miał w duże przedsiębiorstwa. Jeden z przepisów projektu umożliwiał odpis w 2015 r. od daniny internetowej 1/12 podatku dochodowego zapłaconego w roku poprzednim. Dzięki tej klauzuli węgierski Telekom będzie mógł pomniejszyć swój podatek internetowy o 1,4 mld forintów, a firma Digi o 500 milionów. Z kolei UPC i Invitel, które w 2014 r. miały straty możliwości tej nie mają. Omawiany przepis faworyzował więc generalnie firmy z wieloma źródłami przychodów i uderzał w takie, które zajmują się wyłącznie dostawą dostępu do sieci.

Warto przy tym wszystkim pamiętać, że firmy telekomunikacyjne już płacą podatek nadzwyczajny naliczany poza i mimo CIT. W roku 2013 na podstawie tzw. podatku telekomunikacyjnego cały ten sektor odprowadził do budżetu państwa 47 mld forintów. To jednak nie wszystko, bo jest jeszcze jeden dziwny podatek nadzwyczajny płacony za podziemne kable komunikacyjne, wedle długości tych kabli. Jaki jest koszt podatkowy kabli na razie nie wiadomo, bo dane o wpływach z tego tytułu nie zostały jeszcze podane.

Dyrektorzy finansowi firm zajmujących się wszelkimi formami łączności stoją od paru lat przed wielkim wyzwaniem, bo stale tylko słyszą: znajdź pieniądze i płać. W październiku 2014 r. firmy telekomunikacyjne zapłaciły państwu po przetargach niebagatelną sumę ponad 100 miliardów forintów za nowe częstotliwości (800, 1600, 2600 megaherców). Państwo skubie je intensywnie, ale wiadomo, że te nadzwyczajne koszty zostaną przez nie przerzucone na klientów, a jeśli nie w pełni, to uszczerbek na dochodach odbije się na wielkości i tempie inwestycji, a tym samym na jakości telekomunikacji na Węgrzech. Prędzej, czy później skutki tego odczuje zaś cała gospodarka.

Węgrzy na cenzurowanym w USA

Władze amerykańskie zakazały wjazdu do USA sześciorga węgierskich urzędników, wśród nich szefowej węgierskiego Urzędu Skarbowego. Władze amerykańskie twierdzą, że mają niepodważalne dowody, że urzędnicy ci brali udział w działalności korupcyjnej i czerpią z tej działalności dochody. Szefowa Urzędu Skarbowego na razie zniknęła z przestrzeni publicznej. Węgierski RTL przydybał ją na lotnisku w Wiedniu, ale nie otrzymał odpowiedzi na zadawane przez dziennikarza stacji przed odlotem pytania, czy ma zakaz wjazdu do USA, czy nie. Ambasada amerykańska powołując się na odpowiednie amerykańskie akty prawne nie ujawnia z kolei nazwisk urzędników poddanych sankcjom.

Na pierwszy rzut oka sprawa ta nie wygląda na wyjętą z segregatora „Gospodarka”, ale mimo niewątpliwych akcentów politycznych, ma też poważne reperkusje gospodarcze.  Może bowiem mieć znaczny wpływ na nastroje potencjalnych inwestorów i zagranicznych firm działających na Węgrzech.

Do tej pory wyszło na jaw, że produkująca oleje jadalne amerykańska firma Bunge otrzymała od węgierskich urzędników państwowych propozycję, że w zamian za kilka miliardów forintów przelanych na konto pewnej fundacji, zmienią na jej korzyść przepisy VAT. Szefowie Bunge zawiadomili o próbie korupcji władze amerykańskie i węgierskie już w roku 2011, ale ze strony Węgier poważnej reakcji nie było.

Odpowiednie organy zaczęły energiczne działania dopiero po wydaniu zakazu wjazdu urzędników do Stanów. Aresztowano kilka osób i ujawniono miliardowe oszustwa z VAT na olej jadalny w roli głównej. Kilka dni później minister gospodarki Mihály Varga powiadomił, że od roku 2011 prowadzone jest dochodzenie w podobnych sprawach. W procederze miałyby brać udział takie firmy amerykańskie, jak Glencore i Cargill, i tam też miały nastąpić aresztowania.

Informacje o „przekrętach” z VAT z domniemanym udziałem wysoko postawionych urzędników, dokonywanych rzekomo za (przynajmniej) wiedzą kierownictwa Urzędu Skarbowego pojawiały się w prasie węgierskiej już od lat. Kilka miesięcy temu były urzędnik skarbówki zorganizował konferencję prasową, podczas której oświadczył, że przy wiedzy, a nawet pod auspicjami kierownictwa urzędu skarbowego dokonywane są wielkie oszustwa podatkowe o wartości kilkuset miliardów, a nawet biliona forintów. Urząd Skarbowy przeprowadził wówczas przez jeden weekend generalną kontrolę swojej działalności po czym stwierdził, że zarzuty nie mają żadnych postaw, a prokuratura wszczęła postępowanie karne przeciwko byłemu urzędnikowi. Ten stwierdził w odpowiedzi, że w swoim czasie zawiadomił o sprawie listownie nie tylko kierownictwo skarbówki, ale także ministra gospodarki, jak również szefa gabinetu premiera, lecz jego wystąpienia pozostały bez najmniejszego echa.

Budapeszt szuka nowych przyjaciół

Sprawa zarzutów korupcyjnych wobec urzędników może mieć bardzo poważne skutki gospodarczo-polityczne. Na razie zakaz wyjazdu sześciu Węgrów i nerwowa reakcja węgierskiego rządu popsuły przede wszystkim stosunki z USA, które są dziś najgorsze od kilkudziesięciu lat. Po ujawnieniu sprawy András Bencsik, jeden z założycieli organizacji CÖF (Forum Współpracy Cywilnej), która organizuje regularnie wielkie manifestacje poparcia dla polityki Orbána (biorą w nich udział setki tysięcy Węgrów i tysiące Polaków) stwierdził wręcz w wywiadzie, że Stany Zjednoczone nie tylko nie są przyjacielem, ale nie są też sojusznikiem Węgier. W wypowiedzi tej nawoływał także do zmiany orientacji polityki Budapesztu, apelując o odwrócenie się od Brukseli oraz Waszyngtonu i o szukanie sojuszu z Rosją. W tym samym duchu mówił też publicznie László Kövér, najbliższy przyjaciel Viktora Orbána, przewodniczący węgierskiego parlamentu. Ten polityk stwierdził z kolei, że nadszedł już czas zastanowienia się nad opuszczeniem Unii Europejskiej.

W stolicy Węgier toczy się poważna dyskusja o tym, kiedy Bruksela obierze kurs podobnie ostry, jak ten zasygnalizowany przez Amerykanów. Poważnie brany jest pod uwagę scenariusz, że chociażby ze względu na praktyki korupcyjne przy rozdziale środków unijnych, Unia zakręci kurek z pieniędzmi dla Węgier. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby ocenić, że byłby to niezwykle silny cios odczuwany nie tylko przez rząd Orbána, ale i całą gospodarkę węgierską, która bez środków unijnych znalazłaby się w poważnych tarapatach.

Jak do tej pory we wszystkich ugrupowaniach opozycyjnych przeważała opinia, że na forum UE należy popierać rząd w staraniach o jak największe środki finansowe dla Węgier. Teraz jednak coraz wyraźniej słychać w Budapeszcie głosy opozycji, że Unia Europejska powinna rozważyć zatrzymanie przepływu środków finansowych dla rządu węgierskiego, bo nie widać innej możliwości uprzytomnienia Viktorowi Orbánowi i jego ekipie, jak niedobrze się bawią. Z perspektywy stolicy Węgier wydaje się, że opinie takie spotykają się w Brukseli z coraz to większym zrozumieniem. Taka reakcja ze strony UE zapoczątkowywałaby zupełnie nowy etap w niekonwencjonalnej historii polityki węgierskiej, i to nie tylko tej gospodarczej.

OF


Tagi


  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    Cóż, nasze „układy zamknięte” są o tyle inteligentniejsze od węgierskich, że firm zagranicznych nie tykają, a niszczą wyłącznie firmy polskie m.in. JTT, Optimus i inne. Ciekawe, że nikt ani z nowosądeckiej, ani z wrocławskiej struktury skarbowej nie poniósł odpowiedzialności ani karnej, ani nawet dyscyplinarnej za urzędniczy bandytyzm. Urzędnicza omerta kwitnie w najlepsze.

Dodaj komentarz


9 × = czterdzieści pięć

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane