Podwójne oblicze węgierskiej gospodarki

09.09.2015
Rząd Viktora Orbána od dawna oddaje się propagandzie sukcesu. Ekonomiści debatują zaś, czy notowany na Węgrzech wzrost gospodarczy wystarcza, by formułować optymistyczne rokowania długoterminowe.

Viktor Orban (CC By NC ND European Parliament)


Prowadzący, jak sam ją nazywa, „nieortodoksyjną politykę” węgierski premier Viktor Orbán nie od dzisiaj dzieli opinię publiczną we własnym kraju i za granicą, w tym w Polsce. Wyważone opinie o jego postulatach, ostatnio np. w sprawie uchodźców, trudno znaleźć, bowiem Orbán jest politykiem wyrazistym, charyzmatycznym i często wychodzi poza przyjęte reguły.

Węgrzy są najlepsi

Cechą wyróżniającą jego podejścia na scenie wewnętrznej jest stały optymizm. Bezustannie przewijające się przez oficjalne media hasło brzmi „Węgry robią to lepiej”, a ostatnio dodano do niego jeszcze jedno, umieszczone na wielkich billboardach sfinansowanych z państwowego budżetu i rozmieszczonych w całym kraju. Powiada ono: „Na Węgrzech jest największy wzrost w UE”. Cała seria tych sponsorowanych przez rząd billboardów głosi też, że „reformy na Węgrzech funkcjonują”.

Ta propaganda nie zawsze i nie do końca odpowiada prawdzie, bowiem np. w 2014 r. większym wzrostem od Węgier (3,6 proc. w 2014, na rok 2015 zapowiedziano 3,2 proc.) wylegitymowała się Irlandia (4,8 proc.). Nie o to chodzi. Podstawą jest urzędowy optymizm, a nie ścisłe dane czy wierność faktom.

Premier niemal w każdym programowym wystąpieniu stawia tezę, iż Węgry odrzuciły dotychczasowe, narzucone im z Zachodu kanony, jak neoliberalizm czy wielokulturowość, a punktem wyjścia w budowie nowej rzeczywistości jest interes narodowy i suwerenność. To są cele nadrzędne i święte zadania.

Oprócz powrotu na ścieżkę wzrostu w oficjalnych enuncjacjach eksponuje się, tak jak zrobił to premier w wygłoszonym w lutym dorocznym orędziu o stanie państwa, niską inflację, wzrost dzietności (1,41 dziecka na rodzinę – najwyższy wskaźnik od 1997 r.), ograniczenie liczby rozwodów, za to zwiększenie liczby miejsc w żłobkach. Wymienia się też wzrost turystyki i przyjazdów gości z zewnątrz i mocno eksponuje zwiększone zatrudnienie (według oficjalnych danych wskaźnik bezrobocia spadł z 7,2 do 6,8 w okresie czerwiec 2014 – czerwiec 2015).

Takie zestawienia prowadzą do tezy zasadniczej: wkrótce Węgry ponownie staną się liderem Europy Środkowej. Innymi słowy, polityka jest dobra, kraj idzie właściwym kursem, a przyszłość zapowiada się znakomicie.

Czy mamy więc do czynienia z cudem gospodarczym, o którym zaczynają mówić władze w Budapeszcie, a czasem także nie do końca znające i rozumiejące węgierskie realia zagraniczne media?

Oligarchia nowego chowu

Obok urzędowego optymizmu cechą wyróżniającą oficjalne wypowiedzi jest ich staranna selektywność. Nie ma w nich ani słowa o postępującej centralizacji i oligarchizacji państwa, czym coraz bardziej żyje społeczeństwo.

Po głośnym – i niesmacznym w stylu – „rozwodzie” premiera Orbána z twórcą gospodarczego zaplecza rządzącego Fideszu, Lajosem Simicską w lutym 2015 r., oraz równie głośnym i do dziś niewyjaśnionym skandalu wokół domu maklerskiego Questor z kwietnia tego roku, opinia publiczna zaczęła się wreszcie głębiej interesować bogactwem osób na najwyższych stanowiskach w państwie. Za dowód może posłużyć duże powodzenie książki „Szüret” (Winobranie) niedawno zmarłej dziennikarki dochodzeniowej Krisztiny Ferenczi o gromadzeniu majątku przez najbliższą rodzinę Orbána oraz popularność publikacji Bálinta Magyara (ministra oświaty w poprzednich, socjalistyczno-liberalnych gabinetach) „Anatomia węgierskiego państwa mafijnego” sporządzonej na podstawie dwóch obszrenych tomów studiów znanych specjalistów opozycyjnej wobec Fideszu proweniencji o nie mniej znaczącym tytule „Magyar Polip” (Węgierska ośmiornica), nawiązującego do znanego niegdyś serialu o włoskiej mafii.

Budzący spore emocje, bo uderzył w kieszenie tysięcy zwykłych obywateli, Questor okazał się być wielką spiralą finansową, w którą zaangażowani byli najwyżsi oficjele w państwie, włącznie z ministrem spraw zagranicznych i współpracy gospodarczej z zagranicą Péterem Szijjártó. Csaba Tarsoly, twórca tego domu maklerskiego, siedzi za kratkami, ale sprawa nie posuwa sie naprzód, co powoduje, że poszkodowani co pewien czas urządzają głośne antyrządowe demonstracje.

Opinię publiczną interesują też dalsze losy Simicski, jednego z najbogatszych ludzi na Węgrzech (tak jak w innych przypadkach, jego majątek jest nieprzejrzysty), który po rozłamie z premierem zaczął nagle tracić zamówienia publiczne. Dotychczas jego największa firma – Közgép – dostawała je na największe projekty inwestycyjne, z autostradami włącznie. Teraz je straciła, a Simicska wychodzi z projektami poza Węgry, natomiast odebrane mu projekty krajowe przejmuje m.in. niespełna 30-letni, a już bardzo bogaty István Tiborcz – jedyny dotychczas zięć mającego piątkę dzieci premiera.

Nie tylko on jest przedmiotem stałego zainteresowanai opozycyjnych mediów. Znowu stało się głośno o rodzinnej wsi Viktora Orbána, Felcsút, gdzie w Wielkanoc 2014 roku oddano do użytku stadion piłkarski, a teraz komentuje się prowadzoną do niego z odległego o kilkadziesiąt kilometrów Budapesztu kolejkę wąskotorową. Tymczasem już wcześniej dziennikarze mierzyli… krokami odległość od wejścia na stadion do rodzinnego domu Orbána, gruntownie odnowionego w 2005 roku. Kolejnym oligarchą stał się najpierw sołtys, a dzisiaj mer Felcsút Lőrincz Mészáros, szybko przejmujący kolejne publiczne zamówienia i jeszcze szybciej się bogacący.

Nic dziwnego, że w Felcsút, jakieś 500 m od domu premiera, tyle że nie od strony autostrady, którą przyjeżdża on z Budapesztu, pojawił się wzorowany na tych sponsorowanych przez rząd billboard z napisem „Wkrótce tu będzie stacja kosmiczna”. Z kolei w sąsiednim Alcsút podobny informuje po angielsku „Felcsút – no to mamy problem”.

Niezależne raporty psują radość

Mamy więc oficjalny wizerunek Węgier zwycięskich, kraju sukcesu i (samo)zadowolenia, no i mamy obraz państwa coraz bardziej przypominającego rosyjskie niż zachodnie realia, gdzie osoby związane z władzą w niejasnych okolicznościach szybko się bogacą we wcale nie najbogatszym społeczeństwie.

Dopiero na te dwie nararcje należałoby nałożyć trzecią, próbującą dokonać głębszej i w miarę obiektywnej wiwisekcji aktualnej węgierskiej rzeczywistości. Patrząc z tej perspektywy jest się nad czym zastanowić.

Niemiecko-Węgierska Izba Handlowo-Przemysłowa, najsilniejsza organizacja tego rodzaju, w najnowszym dorocznym raporcie z kwietnia 2015 roku odrzuciła tezy o rzekomym cudzie gospodarczym na Węgrzech. Wskazała m.in. na wąskie zaplecze węgierskiego handlu zagranicznego w istocie opierającego się na wielkich zakładach samochodowych (Mercedes, Audi, Suzuki, Opel) i topniejących inwestycjach.

Również niemiecka Grupa Bertelssmana, od lat dokonująca bodaj najbardziej wnikliwej i wielowymiarowej (demokracja, rynek, państwo prawa) wiwisekcji państw pokomunistycznych, stale obniża ranking Węgier w sporządzanym przez siebie w 41 państwach członkowskich OECD Wskaźniku Zrównoważonego Wzrostu. Węgry w ostatnim raporcie (z 2015 r.) znalazły się dopiero na 38. pozycji, jeśli chodzi o stan gospodarki i politykę gospodarczą, na 34. w przypadku budżetu i rynku pracy oraz na ostatniej pod względem systemu podatkowego, a więc o kilka pozycji niższej niż w 2010 r., gdy Orbán dochodził do władzy.

Rządowej propagandy sukcesu nie kupuje też Bank Światowy, który – jak MFW – ma zresztą własne porachunki z Węgrami i ich aktualną administracją, więc może być nieco uprzedzony do polityki władz w Budapeszcie. W jego aktualnym rankingu możliwości robienia interesów na 189 badanych państw umieszczono Węgry na 54. pozycji (też niżej niż kilka lat temu), ale dopiero na 128., jeśli chodzi o możliwości inwestycyjne, co powinno dawać do myślenia.

Nie podziela oficjalnego węgierskiego optymizmu renomowany szwajcarski think-tank Światowe Forum Gospdoarcze. W jego publikowanym regularnie, niezwykle cenionym w kręgach inwestorów i biznesmenów raporcie na temat konkurencyjności na światowych rynkach Węgry znalazły się ostatnio na miejscu 60., między Rumunią a Meksykiem, a za Estonią (pozycja 29.), Czechami (37.), Litwą, Łotwą i Polską (41. – 43.), a nawet Kazachstanem (50.) i Bułgarią (54.). W tym samym zestawieniu w 2005 r. Czechy prowadziły w naszym regionie (na pozycji 29.) przed Węgrami 35, a następnie Słowacją (36.) i Polską (43.). Innymi słowy, konkurencyjność w ostatnich latach zmalała, a nie wzrosła.

Podobnie jest z Indeksem Pomyślności Gospodarczej, który przyniósł międzynarodową renomę londyńskiemu Instytutowi Legatum. W najnowszym zestawieniu Węgry znalazły się na pozycji 39., w naszym regionie wyprzedziły Słowenia (miejsce 24.), Czechy (29.), Polska (31.), Estonia (32.) i Słowacja (35.). Powodów do nadmiernego optymizmu więc nie ma.

Co gorsza, podobne dane płyną z bodaj najpopularniejszergo źródła statystyki w UE, jakim jest Eurobarometr. Ze wszystkich jego zestawień wyłania się obraz raczej stagnacji lub upadku, a nie stabilnego rozwoju.

Owszem, Węgry znalazły się ponownie na ścieżce wzrostu, ale i tak ich PKB jest wciąż niższy od tego z 2007 r., gdy jeszcze przed kryzysem światowym znalazły się w głębokiej zapaści. Z tych samych danych wynika, że w Grupie Wyszehradzkiej w ostatniej dekadzie najwyższy wzrost odnotowano w Polsce i na Słowacji, a Węgry mogą się co najwyżej cieszyć ze stagnacji, gdyż do niedawna borykały się z recesją. Podczas gdy PKB Polski w 2005 r. stanowił jeszcze 51 proc., a już w roku 2012 przekroczył 65 proc. średniej unijnej, na Węgrzech w 2005 r. było 63 proc., a teraz jest już niżej niż w Polsce (odpowiedcnio 65 i 67).

Wschód nie wypalił

Węgry w ostatnich latach mocno spowolniły, a przedmiotem debaty wśród najwybitniejszych specjalistów jest kwestia, czy ostatnio notowany wzrost, któremu nikt nie przeczy, jest podstawą do optymistycznych długoterminowych rokowań. Ponownie, jak w przypadku oceny całej „nieortodoksyjnej” polityki tego państwa, opinie są mocno zróżnicowane, ale warto chyba wskazać na fakt, iż publikowane na Zachodzie dane jednoznacznie mówią o pogorszeniu się węgierskich możliwości inwestycyjnych. Natomiast promowana przez władze w Budapeszcie polityka otwartcia na Wschód (keleti nytitás), na Rosję, Chiny, Kazachstan czy Azerbejdżan, nie przyniosła jak dotąd spodziewanych efektów, co przyznano ostatnio nawet oficjalnie, robiąc tym samym wyłom w twardej propagandzie sukcesu. Co będzie dalej? Czy ostra obrona interesu narodowego i suwerenności będzie wystarczająca w państwie dającym zaledwie 0,15 proc. PKB (wg danych BŚ) w dobie globalizacji?


Tagi


  • marcel pisze:

    W 2014, wg BŚ, udział Węgier w światowym PKB to 0,18% (58 pozycja), Polski – 0,70% (23), USA – 22,4% (1).
    Też nie jesteśmy gigantem, w takim zestawieniu.
    PKB per capita w 2014 dla Polski i Węgier, wg PPP, porównywalne tzn. prawie równe, u nas deko wyższe (w current international $).

  • agnes pisze:

    Niezależne raporty to oksymoron.

  • Ed pisze:

    Nawet nie przeczytałem, bo wiem co Autor o Orbanie napisze! Szanuję Pana jako eksperta „od” Chin, ale na Pana teksty o Węgrzech szkoda mi czasu! Delikatnie mówiąc zatracił Pan dystans do opisywanego „obiektu”!

  • [ja!] pisze:

    Każda „nieortodoksyjna polityka gospodarcza” („trzecia droga” itd., jak zwał, tak zwał) w nieco dłuższej perspektywie nieodmiennie kończy się potężnym kryzysem, czy nawet wręcz bankructwem (dotyczy to tak samo Węgier, jak i Polski) — rynek nie wytrzymuje na dłuższą metę niskiej efektywności w zamian za propagandę.
    ———————————————————————————————————————————————
    Globalnych rynków nie można bowiem na dłuższą metę oszukać niszczącym zaufanie i kapitał społeczny ręcznym sterowaniem gospodarką, doraźnymi decyzjami, ani zaczarować jedynie pozorami wolnego rynku — imitacjami na wzór wiosek potiomkinowskich, kultem cargo, czy huraganem medialnej propagandy.
    ———————————————————————————————————————————————
    Można jedynie przez jakiś czas sztucznie i nieuczciwie pobudzać gospodarkę „amfetaminą”, np. drukowaniem pustych pieniędzy itp. sztuczkami księgowymi, jednak cena późniejszej katastrofy do zapłacenia pozostaje tym większa.

  • ZQW pisze:

    Byłem w tym roku na urlopie na Węgrzech i muszę przyznać, że bardzo mi się podobało. Widać wyraźny rozwój za rządów Orbana.
    Świetne drogi, dużo inwestycji w gospodarkę i turystykę. Statystycznie to taka Słowacja jest bogatsza od Węgier, ale tego zupełnie nie widać odwiedzając oba kraje. Jak się rozmawia z Węgrami, to są też głosy krytyczne np. w sprawie ograniczenia sprzedaży papierosów, ale ogólnie to są oni zadowoleni z rządów.
    A co do opinii o trzeciej drodze, to oczywiście zgadzam się całkowicie. Obecnie świat zachodni idzie trzecią drogą, która musi zbankrutować. Napędzane darmowym pieniądzem marnotrawstwo uprawiane przez duże koncerny i banki, żerujące na państwach i podatnikach, musi prowadzić do bankructwa. Węgry wspierając swoje małe i średnie firmy nie idą żadną trzecią drogą, ale drogą normalną. PKB nie odzwierciedla też niczego. Węgry redukując deficyt budżetowy z 10% do prawie zera, statystycznie pod względem PKB mają się gorzej. Ale czy na pewno tak jest? Węgrzy uważają, że mają dobre rządy, a im samym żyje się lepiej. I sądzę, że tak jest.

  • stan pisze:

    Grecy też tak uważali.

  • Jan pisze:

    Chwila chwila w 2007 roku Wegry były w tym miejscu co Grecja. Dzisiaj Gracja jest zadłuzona za 300 % PKB i rośnie pomimo superowych promocyjnych pożyczek i umażania długów.
    wegrzy bez nowych pożyczek bez umazania długów spłacają swoje zobowiązania i jeszcze się rozwijają.
    Podajecie jakieś dane z 2007 roku z 2008 ze było lepiej, ale w 2010 roku wegry prawie zbankrutowały. Od tego czasu największy zwrot w europie zrobiły własnie Węgry, z bankurta w kraj walący o miano tygrysa europy. Irlandia też nie poddała sie dyktatowi europejskich bankierów stąd ten wzrost.

  • ktos pisze:

    Zastanawiam sie skad ta zacieklosc w atakowaniu Orbana i Wegier i podwazaniu ich osiagniec. Chyba promowanym modelem rozwoju jest „model Grecki”, gdzie aktywa zadluzonego kraju mozna przejac za ulamek wartosci. W ekonomii i polityce nie ma „cudow” wiec nie ma ich rowniez na Wegrzech. Ale to co zrobil Orban – uratowanie kraju przed upadkiem i „prywatyzacja” na wzor grecki – jest zapewne blisko cudu. A ze Orban nie jest dziewica? No pwenie nie jest. Widocznie Wegrzy doceniaja ludzi doswiadczonych.

  • Kocham Sandomierz pisze:

    Naprawdę się zastanawiasz ? Przecież Orban bezkompromisowo wywalił z Węgier „zewnętrzne grupy nacisku” budując państwo od nowa na wartościach chrześcijańskich i prorodzinnych, a gospodarkę na równowadze dobra jednostki i społeczeństwa. A że grupy te, to hydra o wielu głowach (korporacje, instytucje finansowe, agencje „rejtingowe”, większość mediów, i wiele innych), to i stęsknione swojej doli psy szczekają z wielu stron. Wierzę że teraz dzieje się to u nas. Serdecznie polecam wywiad Pospieszalskiego z Orbanem z 2012 roku (łatwo znaleźdź w sieci) gdzie doskonale opowiada o tym co się tam dzieje.

  • zibi pisze:

    Co za bzdury, nie mam zamiaru przechodzić tego co Węgrzy, taka polityka zawsze prowadzi do patologii, korupcji, nadużyć a w efekcie do kryzysu, poza tym polityka budżetowa PIS jest dokładnie odwrotna do Orbanowskiej, to dla nas będzie KATASTROFA.

Dodaj komentarz


2 + = cztery

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane