Polska gospodarka jest nieinnowacyjna, bo młoda

20.06.2014

Skąd się biorą innowacje? Profesor Dan Breznitz z Uniwersytetu Toronto poświęcił całą swoją karierę naukową na badanie tego zagadnienia. I doszedł do wniosku: innowacyjność nie bierze się z dużych nakładów finansowych, tylko z czasu i konsekwencji w proinnowacyjnej polityce. – A to znaczy, że Polska innowacyjna nie jest jeszcze, bo jeszcze być nie może – przekonuje ekonomista.

 

Prof. Dan Breznitz (fot. z archiwum autora)


ObserwatorFinansowy.pl: Minęło 25 lat od wprowadzenia w Polsce wolnego rynku, a wciąż jesteśmy gospodarką raczej odtwórczą, niż twórczą. Mało innowacyjnych technologii, mało znaczących patentów, mało przełomowych produktów. Dlaczego tak jest i co zrobić, żeby było inaczej?

Prof. Dan Breznitz: Te 25 lat to nie jest tak długo, jak się panu wydaje. Żeby gospodarka mogła być innowacyjna, potrzeba czasu – choćby na wykształcenie nastawionych na innowacje naukowców. A żeby to zrobić, potrzeba dobrej infrastruktury naukowej i nastawionych na innowacje uczelni. Nie da się ich mieć za pstryknięciem palców. 25 wolnej Polski to dopiero pierwszy etap na drodze do innowacyjności, dopiero teraz wykuwacie tę innowacyjną kadrę.

Izrael, który w 1968 r. był na jednym z ostatnich miejsc pod względem innowacyjności ze wszystkich krajów OECD. Wtedy na badania i rozwój Izrael wydawał zaledwie 1 proc. PKB, a w sektorze cywilnym nowe technologie opracowywało w sumie 900 osób, czyli tak naprawdę jeden biurowiec. Reorganizacja izraelskiej gospodarki i reorientacja jej na innowacyjność zajęła około 20 lat. Jak pan sądzi, co się zmieniło, że w końcu Izrael stał się jedną z najbardziej innowacyjnych gospodarek świata?

Pewnie zaczął pompować olbrzymie pieniądze w badania, w naukowców.

Owszem, zwiększano wydatki na te cele, ale najważniejsze było to, że polityka proinnowacyjna stała się priorytetem na lata. Każdy program wspierania innowacyjności był szczegółowo przemyślany i wprowadzany na lata do konsekwentnego wdrażania bez względu na to, kto akurat był u władzy. W przypadku Polski istotne jest więc to, czy rząd prowadzi politykę proinnowacyjną zakrojoną na wiele lat, wiele kadencji i od jak dawna taka proinnowacyjna polityka jest prowadzona. Odpowiedź na to pytanie pozwoli w rezultacie odpowiedzieć na kolejne – kiedy Polska zacznie być postrzegana jako kraj innowacyjny: za kilka, czy dopiero za kilkanaście lat?

W Polsce polityka proinnowacyjna raczej kuleje, nie ma ogólnej wizji rozwoju w tym względzie, są raczej punktowe działania. Statystyki pokazują, że z roku na rok jest raczej gorzej niż lepiej.

To źle, innowacje są dla długodystansowców, a nie dla sprinterów. Musi być wizja i konsekwencja w jej realizacji, przy czym konsekwencja jest nawet ważniejsza niż wizja. Wróćmy do przykładu Izraela i porównajmy go z Tajwanem, który proinnowacyjne polityki wprowadzał mniej więcej w tym samym czasie, co Izrael i startował z podobnego poziomu, na jakim Polska znajdowała się 50 lat temu. Od czego te kraje, czyli Izrael i Tajwan zaczęły? Od reformy systemu kształcenia i zapewnienia minimalnych, ale łatwo dostępnych i stabilnych sum na badania.

Potem przeszły do reformy telekomunikacji, bo nie da się we współczesnym świecie wymyślić czegoś przełomowego, gdy kontakt z innymi jest zbyt trudny, bądź zbyt drogi. Reforma ta polegała m.in. na prywatyzacji państwowych monopolistycznych telekomów. Do tego momentu kraje te działały podobnie, natomiast w końcu pojawiły się różnice na poziomie wizji. Izrael ocenił, że źródło postępu i innowacji to sektor prywatny i zaczął motywować ludzi tego sektora do intensywniejszego zajmowania się badaniami i rozwojem.

Robiono to bardzo łopatologicznie, urzędnicy wręcz wizytowali firmy i każdemu z osobna tłumaczyli, dlaczego innowacyjność jest tak istotna. Za słowami szły programy wsparcia – np. jeśli miałeś jakiś innowacyjny pomysł, rząd dawał ci nawet do 50 proc. finansowania. Jeśli nie udało się, trudno. Pożyczki nie musiałeś zwracać. Udało się? Spłacałeś ją z zysków z minimalnymi odsetkami. Tajwan poszedł w inną stronę, oceniając, że to rząd, czy też państwo jest źródłem innowacji. Powołał do życia olbrzymie publiczne instytucje badawcze i skoncentrował się na kilku branżach, m.in. półprzewodnikowej. I co? Także odniósł olbrzymi sukces.

Osobiście nie wydaje mi się, żeby sukces państwowych centrów innowacji na Tajwanie był szczególnie zaskakujący. Jeśli jak pan mówi, wybrali tylko kilka branż i w nie zainwestowali pieniądze, to efekty były tylko kwestią czasu. Nawet rząd, jeśli wystarczająco często strzela na oślep, wreszcie trafi w okolice środka tarczy. Załóżmy jednak, że mamy europejski model, w którym to sektor prywatny gra pierwsze skrzypce. Jakie błędy może popełnić rząd, starając się stymulować innowacyjność gospodarki?

Jednym z najmniej skutecznych w tym względzie działań jest na przykład dawanie ulg podatkowych dla innowacyjnych firm. Dlaczego? Bo te ulgi otrzymują firmy już istniejące i już wykazujące zyski. Tam rzadko rodzą się prawdziwe i przełomowe innowacyjne. Pomagać w ten sposób należy firmom i projektom dopiero tworzącym się, głodnym ryzyka i sukcesu. Duże firmy przyjmą te podatkowe zachęty jako dotacje dla prowadzenia normalnego biznesu. Wydasz setki milionów dolarów bez efektów. Inny rodzaj kardynalnego błędu w polityce innowacyjnej to tworzenie programów, które działają krótko i angażują olbrzymie pieniądze. W Kanadzie taki program, wart miliardy dolarów, był zakrojony na pięć lat i miał rozruszać branżę półprzewodnikową. I co? I nic. 5 lat to było zdecydowanie za mało. Lepsze byłyby mniejsze sumy rozłożone na dłuższy okres czasu.

Wysokie dotacje na pojedyncze projekty i programy działające przez krótki okres? Kojarzy mi się to z unijnymi programami nakierowanymi na tworzenie e-biznesów. W Polsce powstało setki portali internetowych, czy małych firm, które żyły dokładnie tak długo, jak było trzeba, żeby nie musieć zwracać pieniędzy. Potem padały.

Nie znam tych programów za dobrze, ale brzmi, jakby ktoś przy ich projektowaniu popełnił wszystkie możliwe błędy, jakie popełnić można.

Jest jeszcze coś, co rzuca mi się oczy, gdy widzę, jakiś rządowy proinnowacyjny program. Otóż zazwyczaj są to programy koncentrujące się na komputerach, internecie, czy elektronicznych gadżetach. Jest trochę tak, jakby innowacje utożsamiano i ograniczano do świata cyfrowego. Czy to właściwe podejście?

Oczywiście, nie. Ja tę nadmierną koncentrację na zaawansowanych technologiach nazywam technofetyszyzmem. Zbyt często innowacyjność utożsamia się z nowinkarstwem. Innowacyjność to co innego, to jest raczej proces, który należy definiować tak, jak robił to Joseph Schumpeter – jako proces od momentu powstania danego wynalazku, danej idei, przez uprzemysłowienie jej, znalezienie na nią popytu i sprzedanie. Przecież innowacyjnym można być nie tylko w branży IT, można mieć także innowacyjną firmę produkującą kawę, czy dostarczającą pocztę. Żeby coś było naprawdę innowacyjne, musi być na to popyt rynkowy, coś takiego musi generować dodatkowy wzrost. Zresztą, po to właśnie wspiera się innowacje – żeby był wzrost – a nie po to, żeby mieć kolejnego smartfona z jeszcze lepszą funkcją robienia zdjęć. Dlatego, jeśli w Polsce myśli się o proinnowacyjnych działaniach, to zamiast koncentrować się na tym, na czym koncentrują się wszyscy, czyli na sektorze biotechnologicznym, czy na komputerach, powinniście się skoncentrować na branżach, w których inne kraje nie są obecne. Nie należy iść tutaj za modą.

Z tego, co pan mówi wynika, że w skutecznej polityce proinnowacyjnej dużą rolę odgrywają mimo wszystko publiczne pieniądze. Czy należy przez to rozumieć, że największym motorem innowacyjności nie jest ani sam rynek, ani sam rząd, tylko ich sprzężenie?

Powiedzmy jasno – rząd może się mylić i rynek może się mylić. Rząd może pompować bańki i rynek może je pompować. Przypomnijmy sobie choćby bańkę na rynku internetowym z 2001 r. Gdybyśmy postawili wyłącznie na rynek, to Izrael nie rozwinąłby się tak, jak się rozwinął. Na początku przecież badania i rozwój napędzane były państwowymi pieniędzmi, prywatne pieniądze pojawiły się dopiero, gdy inwestorzy zobaczyli, że innowacyjne technologie przynoszą prawdziwe zyski. Aniołowie biznesu, czy fundusze venture capital pojawiają się dopiero, gdy widzą, że mogą zarobić. Oni nie inwestują w projekty wysokiego ryzyka i dla idei. Inwestują tam, gdzie węszą zysk.

Państwo ma swoją rolę w inkubowaniu pierwszego etapu innowacyjności, w motywowaniu jak największej liczby innowatorów do działania i podejmowania ryzyka. Gdy przejdą to pierwsze stadium zasilani publiczną kasą, potem przyjdzie kasa prywatna. Myśli pan, że jeśli wpadnie na wspaniały pomysł, to anioł biznesu klaśnie z zachwytu i rzuci kasą? Nieprawda. Powie raczej: super pomysł, to ja przyjdę za trzy lata i jak będziesz miał na to klientów, to zainwestuję. W przypadku krajów takich jak Polska, gdzie rynek inwestorów prywatnych nie jest szczególnie rozwinięty tym bardziej trudno zakładać, że innowacyjne pomysły znajdą finansowanie. Nawiasem mówiąc, w USA fundusze venture capital są przydatne w rozwoju sektora technologii informacyjnych, umiarkowanie skuteczne w rozwoju sektora biotechnologicznego, a w całej reszcie po prostu beznadziejne.

Które państwo obecnie można nazwać wzorem do naśladowania i najbardziej innowacyjnym państwem świata?

Według mnie to pytanie jest źle sformułowane. Bo, w takim rankingu wygrałyby USA czy Izrael, gdyby brać pod uwagę standardowe kryteria – jak np. liczbę patentów. Tymczasem świat jest bardziej skomplikowany. Nie jest tak, że cała innowacja powstaje w jednym kraju. Samochody projektuje się w kraju Y, części produkuje się w kraju X, a składa się je w kraju Z – przy czym idą one na rynki krajów A, B i C. Z takiego punktu widzenia przestaje być już jasne, który kraj jest najbardziej innowacyjny. Czy wciąż USA? Musielibyśmy być w stanie ocenić, które pomysły i patenty z USA są rzeczywiście potrzebne rynkowi. Może jest tak, że w USA częściej się coś wymyśla, ale to w Niemczech częściej się wymyśla coś, co ma przy okazji realne zastosowanie i na co są potrzebny? Ja twierdzę, że jeśli kierujemy się takimi kryteriami, najbardziej innowacyjne rynki to Niemcy, Dania i Korea Południowa, a nie USA. To te kraje najskuteczniej przekształcają innowacje w produkty.

Nobliści Kenneth Arrow i Edmund Phelps w rozmowie ze mną podkreślali, że żyjemy w dobie zmierzchu innowacyjności i brak na horyzoncie wielkich idei, które naprawdę zmienią nasze życie. Z czego to wynika?

Myślę, że obaj są w błędzie. Jak można z pozycji akademika ocenić, czy narodziła się gdzieś naprawdę przełomowa idea, czy technologia? Nie jest to możliwe. Być może faktycznie jej nie ma, ale może już gdzieś jest, może nawet funkcjonuje wokół nas, ale jeszcze nie umiemy dostrzegać jej funkcjonalności? Przecież, gdy zaczęto produkować pierwsze urządzenia elektryczne przez lata uważano je jedynie za ciekawostkę. Historycznie rzecz biorąc, wielkie wynalazki i zmieniające świat idee, pojawiają się falami, są jak przypływy i odpływy. Jeśli teraz wydaje nam się, że nic się nie dzieje, to może dlatego, że kolejny przypływ się dopiero zbliża? Nasza perspektywa jest ograniczona i za 20 lat możemy sobie pluć w brodę, jak ślepi byliśmy. Zwłaszcza, że innowatorzy mają znacznie mocniejsze niż kiedykolwiek wcześniej w historii „motywacje” do działania. Potencjalny zysk finansowy jest olbrzymi, do tego szybko rozprzestrzeniające się po całym świecie uznanie i prestiż społeczny. Szansa na wielkie i przełomowo technologie, czy wynalazki idee rośnie, a nie maleje.

 Rozmawiał: Sebastian Stodolak

Prof. Dan Breznitz – ekonomista, profesor Uniwersytetu w Toronto. Specjalizuje się badaniu innowacji i innowacyjnych branż przemysłu, bada także skuteczność proinnowacyjnych polityk rządowych. W dniach 23-25 czerwca 2014 r. był gościem Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie.

realizacja: Tomasz Sańpruch


Tagi


  • kot778 pisze:

    Polska innowacyjną pustynią, daleko za Rumunią. ” Oczywiście Polacy się o tym nie dowiedzą z głównych dzienników…”
    w Polsce mamy zalew odkryć naukowych w postaci licznych patentów, nawet ponad 100 rocznie! Dla przykładu, Niemcy mają 17500, a Korea Południowa 14500.
    -Świadczy to o katastrofalnym upadku oświaty i nauki w Polsce.

  • kamil pisze:

    I przygnieciona podatkami o przepraszam, daninami

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    @kot778 „Świadczy to o katastrofalnym upadku oświaty i nauki w Polsce” – oczywiście, że tak. A w jakim stanie miałaby niby być ta oświata po horrendalnej pseudo-reformie Handkego, gdzie nauczanie w dużej mierze encyklopedyczne zamieniono na ogólne nienauczanie, w tym wmontowane nonsensowne gimnazja? A w jakim stanie miałaby być ta nauka, jeżeli pierwotny podział peerelowski: PAN – nauka wspomagająca przemysł, uczelnie – nauczanie wyższe zastąpiono… no właśnie, czym zastąpiono? Bryndzą materialną, i zarobkową, i inwestycyjną, trwającą 25 lat. To są stracone DWA pokolenia naukowe. Programy europejskie to humbug propagandowy, typowe budownictwo potiomkinowskie, gdzie powstają ładne budynki, tylko nie ma kim ich zasiedlić. Zarobki na uczelniach są takie, że każdy przytomny absolwent na poziomie ucieka do przemysłu, a ten bez poziomu, po szkołach „gotowania na gazie”, ucieka na zmywak. I nawet te ostatnie regulacje płacowe po dekadzie zamrożenia płac jeszcze nie przywracają nawet tego nędznego realnego poziomu płacowego, jaki był w roku 2004! A teraz kluczowe dwa zdania z tego artykułu:
    (a) „jeśli miałeś jakiś innowacyjny pomysł, rząd dawał ci nawet do 50 proc. finansowania. Jeśli nie udało się, trudno. Pożyczki nie musiałeś zwracać”,
    (b) „5 lat to było zdecydowanie za mało. Lepsze byłyby mniejsze sumy rozłożone na dłuższy okres czasu”. Ad.a – jeżeli się nie uda, zwracasz wszystko. Ad.b – w polskim finansowaniu NAJDŁUŻSZY okres projektu to trzy lata. W grantach europejskich trzy lata to NAJKRÓTSZY okres projektu. Po prostu nikt przytomny nie zakłada, że cokolwiek sensownego da się zrobić w trzy lata. W naszych warunkach to tylko działania pokazowe, nastawione na formalną poprawność, a nie na rzeczywistą skuteczność. Najbardziej fundamentalnym błędem jest uznawanie LICZBY publikacji za wskaźnik efektu. Tony wyprodukowanej makulatury, nawet indeksowanej na Web of Science, nijak się nie zmienią w jakąkolwiek innowacyjność. Obecnie funkcjonujący system awansów naukowych jest patologiczny i niespójny: MNiSW lansuje koncepcję wskaźników bibliograficznych, środowisko – ustawek mafijno-koteryjnych. W efekcie najzdolniejsi uciekają na Zachód, bo nie mają ochoty być kolejnym pokoleniem zmarnowanym przez lokalnych kacyków, których profesury nie są podparte żadnymi osiągnięciami. Ani realnymi, ani publikacyjnymi. I nic w tym nie drgnie, dopóki nie uprawnienia płynące z tytulatury, a w szczególności kluczowe: prawo do promotorstwa, do recenzowania i do bycia wybieranym do CK, nie zostaną uwarunkowane rzeczywistym dorobkiem naukowym. Na razie, sztandarowy przykład: przewodniczący CK i wielu jej członków mają dorobek, który obecnie nie uprawniałby nawet do obrony doktoratu na porządnej uczelni. I ci ludzie mają oceniać i wydawać zgody awansowe dla osób, które ich przewyższają dorobkiem? To może do komisji doktorskich zaprośmy maturzystów?

  • Ludź pisze:

    Niestety smutna prawdą nowego systemu jest fakt, że w 1989 roku zachłysnęliśmy się zachodem zapominając o naszych mocnych stronach i asymilując zachodni kapitał i zachodnią tandetę.
    Gdyby przełom odbywał w cywilizowany sposób teraz moglibyśmy śmiało mierzyć się z poważnymi graczami na rynku. A tak musimy budować wszystko od podstaw.

  • jogi pisze:

    Japonii wystarczyło 30 lat do stworzenia międzynarodowego koncernu TOYOTA.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    @jogi Toyota powstała w warunkach pełnego wsparcia państwowego i pod trwającym do tej pory parasolem protekcjonizmu praktycznie uniemożliwiającym wejście na rynek japoński obcym koncernom. Japończycy, a także naśladujący ich Koreańczycy, stosują prostą zasadę: nieograniczona konkurencja wewnętrzna i absolutny protekcjonizm zewnętrzny. A my typowo, jak frajerzy, uwierzyliśmy w zaklęcia globalizacji…

  • Sebastian Stodolak pisze:

    „Japończycy, a także naśladujący ich Koreańczycy, stosują prostą zasadę: nieograniczona konkurencja wewnętrzna i absolutny protekcjonizm zewnętrzny.”

    Czy województwo podkarpackie powinno (gdyby mogło) stosować taką metodę? Polecam pod rozwagę.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    @Sebastian Stodolak „Czy województwo podkarpackie powinno (gdyby mogło) stosować taką metodę? Polecam pod rozwagę.” – a od kiedy w Korei jakikolwiek region stosował taką metodę? Stosowały BRANŻE. Dla przypomnienia: województwo podkarpackie w roku 1989 miało nieźle rozwinięty przemysł, który został zarżnięty zamiast być podleczony i podhodowany. Wbrew absurdalnym twierdzeniom teoretyków pokroju Balcerowicza, produkcja silników do samolotów i statków specjalistycznych „nieco” się różni od produkcji palet drewnianych, nawet jeżeli teoretyczne porównania sugeruję tożsamość komparatywną, a nawet przewagę tych palet. A różni się tym, że istnieje zaplecze przemysłowe, badawcze i kadra. Obecnie General Electric lamentuje, że nie ma w Polsce inżynierów i nie ma kto ich kształcić. A niby kto ma ich kształcić, skoro od 25 lat nie istnieje przemysł poza prostymi montowniami? Skoro w pierwszej kolejności zaorano właśnie te zakłady, które były najwyżej rozwinięte? Przykład? Choćby Elwro wrogo przejęte przez Siemensa przy achach i ochach rządowych. Niestety, obecne taśmy „Wprost” ujawniają, parafrazując nieżyjącego Kisiela, że rządzi nami banda niekompetentnych ćwoków (disclaimer do RedNacza: grube określenie jest użyte świadomie i zamierzone).

  • kbien pisze:

    @Tezcatlipoca2014. Tak, pamiętam te kolejki po produkcję Elwro. A tak na serio – i przy całym szacunku dla tych, którzy ciężko pracowali – produkcję trzeba nie tylko wyprodukować, ale także komuś sprzedać. Ostrożnie więc z emocjami.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    @kbien Widać różnimy się wiekowo, bo akurat kolejki po produkcję Elwro to pamiętam. Oczywiście z jednego powodu: była lepsza niż alternatywnie dostępna radziecka Elektronika. Pańska deprecjacja jest jednak nie na miejscu, bo świadczy o jednym: kompletnej nieznajomości Elwro z okresu początku lat dziewięćdziesiątych i wrogiego przejęcia przez Siemensa, połączonego z wywożeniem nowych linii produkcyjnych do Niemiec.

  • dr inż. z przemysłu pisze:

    O innowacjach decyduje organizacja pracy a nie to, jak młoda jest gospodarka. W Niemczech przedsiębiorca nie otrzyma pieniędzy na wsparcie projektu badawczo-wdrożeniowego jeśli nie wykaże gotowości swojej firmy do dyfuzji innowacji. Przedsiębiorca musi przedstawić schemat organizacyjny swojej firmy, a w nim umieszczone następujące ośrodki odpowiedzialności za innowacje: 1/ radę techniczną, która ocenia jakość badań i odpowiada za podejmowanie decyzji dot. komercjalizacji wyników badań i dopuszczeniu prototypu do produkcji seryjnej, 2/ komisję racjonalizacji i wynalazczości, która zajmuje się oceną pomysłów pracowniczych, 3/ inżyniera ds. postępu, który organizuje i nadzoruje wdrożenie innowacji w firmie. W Polsce składając wniosek na projekt badawczo-wdrożeniowy do NCBiR lub NCN nie ma obowiązku wykazania gotowości firmy do dyfuzji innowacji, co skutkuje tym, że mamy problemy z komercjalizacją wyników badań (prace kończą się badaniami prototypu bez wdrożeń do gospodarki). Aby poprawić stan naszej gospodarki trzeba dobrze uczyć studentów – dostępne książki na temat wdrożeń nowych uruchomień świadczą, że nauczaniem zajmują się amatorzy z uczelni.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    @”dr inż. z przemysłu” „nauczaniem zajmują się amatorzy z uczelni” – nic dodać, nic ująć. Niestety, gdzie ci amatorzy mają stać się zawodowcami? Na początku lat dziewięćdziesiątych urwała się jakakolwiek kooperacja z przemysłem, bo zakłady walczyły o przetrwanie, co udało się tylko niektórym, a z kolei uczelnie dobito ozusowaniem umów o dzieło, co uczyniło taką współpracę całkowicie nieopłacalną. W ciągu następnych dwudziestu lat władzę na uczelniach technicznych przejęło pokolenie pseudo-naukowców (disclaimer dla RedNacza: wiem, co piszę, bo siedzę w tym środowisku), którzy ponadawali sobie habilitacje i profesury, ale fabryki i produkcji z bliska nie oglądali. Są absolutnymi teoretykami, którzy przedmiot swojej dydaktyki znają wyłącznie z książek starszych kolegów. O obecnej sytuacji przemysłu nie mają bladego pojęcia. Dodatkowo, odziedziczyli po swoich poprzednikach klikowo-nepotyczny schemat awansowy, który w założeniach miał być rozbity przez reformę Kudryckiej, a w efekcie jedynie się utrwalił i wzmocnił przez wszechobecną punktozę skutkującą masowym produkowaniem bezwartościowej makulatury publikacyjnej. W ciągu ostatniego roku byłem świadkiem kilku habilitacji i wniosków profesorskich, w przypadku których kandydaci nie mieli praktycznie ŻADNEGO dorobku. I awansowali. Jeden z nich obecnie zaczyna powielać swoją miernotę: właśnie otwierano przewód doktorski, w którym ten „habilitowany” jest promotorem. Reprodukcja miernoty (copyright Gorzelak) trwa w najlepsze. Mnie po prostu ogarnia przerażenie, bo to jest czysta forma kultu cargo: polscy naukowi Papuasi tworzą swoją wiklinową naukę, odprawiają doktorsko-habilitacyjno-profesorskie obrzędy szamańskie, ale z tego dokładnie nic nie wynika.

Dodaj komentarz


3 × jeden =

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane