Polska mogłaby rozwijać się szybciej

17.12.2015
Za kilkanaście lat imigranci zarobkowi mogą być w Polsce niezbędni – uważa Michael Landesmann, ekonomista z Uniwersytetu Jana Keplera.

Michael Landesmann (fot. NBP)


ObserwatorFinansowy.pl: Wszyscy chwalą Polskę za stabilny wieloletni wzrost gospodarczy, a jednak jest coś, co psuje ten sielski obrazek. Bezrobocie. W wielu regionach jest dwucyfrowe. Kiedy nasz wzrost PKB przełoży się na realny wzrost powszechnego dobrobytu?

Michael Landesmann: To racja, że sam wzrost PKB nie mówi wszystkiego i ukrywa poważne problemy gospodarcze. Problem bezrobocia jest zaś poważny we wszystkich państwach, które przechodziły transformację z gospodarki socjalistycznej w kapitalistyczną, nie wszyscy ich obywatele otrzymali bowiem wówczas takie same szanse. Osoby z prowincji albo rejonów, w których dominował przestarzały przemysł, były na starcie w gorszej sytuacji. Stoczniowcy, górnicy, hutnicy, którzy byli zatrudnieni w branżać preferowanych przez centralne planowanie, nagle budzili się w rzeczywistości, w której nie byli już tacy ważni. To jednak, że będą problemy z dostosowaniem i spójnością społeczną, było oczywiste. Ciekawsze jest pytanie, jak sobie z tym radzi polityka.

A co w takiej sytuacji można realnie zrobić? Mamy biedne peryferia z wysokim bezrobociem i bogate centrum z niskim. Można to jakoś… wyrównać?

To poważny konflikt celów z punktu widzenia osób odpowiedzialnych za gospodarkę całego państwa. Bywa przecież, że aby kraj rósł szybciej, czyli by szybciej rósł PKB, trzeba wspierać tych, którzy już sobie dobrze radzą. Jednoczesne wspieranie peryferii nie jest wówczas łatwe, bo przecież środki finansowe rządu są ograniczone.

Z drugiej strony należy zapewniać spójność społeczną, nie można pozwolić, by przepaść między regionami rosła. Pomocne tu są różne polityki celowe – można np. wspierać mobilność społeczną poprzez dopłaty do wynajmu mieszkań dla osób z biedniejszych rejonów czy budowę infrastruktury komunikacyjnej. Osoby, które w poprzednim systemie pracowały w tych przestarzałych branżach, powinny z kolei być poddawane aktywizacji zawodowej, należałoby ułatwiać im przekwalifikowanie się. W tej sprawie w Polsce robi się chyba za mało, bo choć PKB rośnie, to – bądźmy szczerzy – wcale nie jest to jakieś szalone tempo wzrostu, a kiedy popatrzymy na wzrost produktywności czy produkcji przemysłowej, to na pewno mogłoby być lepiej.

Pole manewru w polityce gospodarczej zawężają nam wyzwania demograficzne, czyli starzejące się społeczeństwo. Po prostu maleją produktywne zasoby gospodarki, a z pustego i Salomon nie naleje.

To prawda. Na rynku pracy wytworzył się też pozorny paradoks: jest duże zapotrzebowanie na pracę i spore bezrobocie, zwłaszcza wśród młodych.

Jak go wytłumaczyć?

Mamy sporo ludzi, którzy mają kwalifikacje nieodpowiadające potrzebom rynku. Z kolei osoby w wieku przedemerytalnym pilnują swoich stanowisk, bo wiedzą, że miałyby problemy z ponownym znalezieniem pracy i blokują w ten sposób drogę młodym. Oczywiście można prowadzić politykę zachęcającą do zatrudniania młodych, oferować im dodatkowe szkolenia i to z dużą szansą na sukces, bo młodość to elastyczność, szybkie dostosowanie się. Gorzej jest ze starszymi osobami, które jeszcze pracują, bo jeśli już stracą zatrudnienie, mają naprawdę spory problem z powrotem do pracy. Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o bezrobocie wśród młodych, Polska nie jest w aż tak złej sytuacji – na południu Europy mamy w tej kategorii stopę bezrobocia na poziomie 50 proc.

Ekonomiści często komentują kwestie problemów demograficznych, podkreślając konieczność sprowadzania siły roboczej z zagranicy, czyli imigrantów. To jednak wytwarza przestrzeń dla populizmu, nie sądzi Pan? My nie mamy u siebie pracy, a oni przyjeżdżają i mają! Kradną nam pracę! Polacy tego doświadczają na Wyspach ze strony Brytyjczyków czy Irlandczyków, ale sami mogą się tak zachowywać u siebie.

Realną przyczyną migracji jest popyt na pracę. W Niemczech jest to szczególnie klarowne: jest tam niskie bezrobocie na poziomie 4,4 proc. i widoczny deficyt rąk do pracy, dlatego z chęcią przyjmują pracowników z innych krajów. Polacy zaś wyemigrowali do Wielkiej Brytanii nie po to, by kraść pracę Brytyjczykom, tylko dlatego że brytyjscy przedsiębiorcy chcieli im ją dać. Owszem, dla lokalnych mieszkańców istnieje pewien negatywny efekt związany z zewnętrzną imigracją, bo przyjezdni godzą się pracować za inne stawki i w innych warunkach. Robią to, bo są bardziej zmotywowani. Jak pokazują badania, efekt ten jest jednak bardzo mały, a per saldo gospodarka zyskuje. Rząd może zresztą interweniować, podnosząc kwalifikację zawodowe grup najbardziej podatnych na wyparcie z rynku pracy przez imigrantów. Wracając do spraw Polski: historycznie rzecz biorąc, nie mieliście w ostatnim półwieczu tak poważnych problemów demograficznych jak reszta Europy. U was to się dopiero zaczyna.

Niska dzietność będzie miała realny efekt dla gospodarki dopiero za kilkanaście lat. Oznacza to, że jest sporo czasu na przygotowanie się, na ruchy wyprzedzające i tu właśnie jest miejsce dla mądrej polityki imigracyjnej. Imigranci to nie tylko brakujące ręce to pracy, to – jak pokazują badania – także większa produktywność gospodarki jako całości i wyższy dochód realny rdzennych mieszkańców danego państwa. Dla Unii Europejskiej są szansą, bo kompensują to, czego UE nigdy nie miała w porównaniu z USA: dynamiczny przepływ siły roboczej. Mimo wszystko obywatele Unii są zakorzenieni w swoich ojczyznach i trudniej im wyemigrować tam, gdzie jest popyt na pracę. Efekt jest taki, że gospodarka rozwija się wolniej i w niektórych rejonach utrzymuje się bezrobocie. Ludzie, którzy napływają spoza UE, nie mają tego zakorzenienia w danym regionie i mogą bez większych wyrzeczeń podróżować za chlebem i pracą.

Z jednej strony mamy czynniki, które wypychają w naszą stronę masy ludzi, a z drugiej czynniki, które ich do nas przyciągają. Te pierwsze ekonomiści nazywają push factors, a drugie to pull factors [ang. push – pchać i pull – ciągnąć – przyp. red.]. Podsumowując, nie powinno się uważać imigrantów za wrogów rynku pracy. Wręcz przeciwnie. Proszę pamiętać, że mówię tu tylko o gospodarczych aspektach zjawiska migracji.

A współcześnie ma ono więcej wymiarów, równie istotnych. Więc może zamiast uciekać się do tej gospodarczej protezy, jaką jest zachęcanie przybyszów do osiedlania się w UE, spróbować ożywić wzrost gospodarczy na własną rękę, z użyciem tych ludzi, których mamy? Bo przecież bezrobocie może być wynikiem prostego faktu, że gospodarka rozwija się w tempie poniżej swojego potencjału.

Jeśli mowa o Europie, to nie sądzę, żeby największym problemem był wzrost PKB. To raczej niedostosowanie na rynku pracy, o którym przed chwilą mówiłem. Pańska uwaga ma większe uzasadnienie np. w kontekście Chin, gdzie rzeczywiście, aby absorbować siłę roboczą napływającą do miast ze wsi, potrzebny jest wzrost na poziomie 8–10 proc. PKB.

Niemniej niski wzrost PKB w Europie to poważny problem. W Polsce też zaczyna spowalniać. Wszyscy mówią, że ratunkiem są innowacje. Nawiasem mówiąc, nie ma Pan wrażenia, że to słowo jest nadużywane?

Cóż, rozumiem, dlaczego w Polsce tak wiele mówi się o innowacjach. Przez wiele lat motorem wzrostu waszej gospodarki, tak samo zresztą jak gospodarek waszych sąsiadów, był import, a nie kreacja technologii. Co więcej, ten import odbywał się przez firmy zagraniczne. To przestało wystarczać i trzeba pomyśleć o własnych motorach wzrostu, własnych rozwiązaniach. To jest problem nie tylko Europy Centralnej, lecz również Chin. Tam jest to szczególnie widoczne: kraj, który bazował na eksporcie i napływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych, nagle spowolnił i musi uruchomić własne zasoby, jesli chce się dalej rozwijać.

W utrzymaniu wzrostu PKB oprócz polityki proinnowacyjnej ważna jest polityka popytowa i widziana w jej kontekście spójność społeczna. Jeśli mamy ubogich o sporych potrzebach, to mamy niewykorzystany potencjał popytowy. Należy jakoś uruchomić popyt wśród tych uboższych warstw społecznych, np. dając im łatwiejszy dostęp do kredytu, może ulgi jakieś podatkowe – oczywiście w mądry sposób.

Jest jeszcze przekonanie, że PKB powinno bazować na przemyśle i że kraje, które się go wyzbywają, strzelają sobie w stopę. Zgadza się Pan?

Przemysł jest istotny dla krajów o niskim i średnim PKB, w krajach bogatszych zastępują go usługi, marketing, design, wynalazczość. Polska jest obecnie gdzieś pomiędzy. Produkujecie coraz więcej bardziej zaawansowanych komponentów do produktów międzynarodowych i macie coraz więcej centrów rozwojowo-badawczych. Nie jesteście już tylko montownią Europy. Jeśli ktoś szuka montowni, buduje fabryki w Rumunii czy w Pakistanie. Zresztą nie można patrzeć statycznie na te kwestie i mówić „budujmy na przemyśle”, albo „budujmy na innowacjach”. Te sprawy się przenikają i nie są zero-jedynkowe.

Dla niektórych są, a wynikiem zawsze jest myślenie protekcjonistyczne.

Protekcjonizm w takim starym rozumieniu – taryf, ceł, ochrony rynku – jest zakazany prawem unijnym.

Mowa raczej o nowoczesnym protekcjonizmie, jak w Korei Południowej. Polega on na hodowaniu własnych firm i wypuszczaniu je na globalne rynki, dopiero gdy dojrzeją. To skuteczna strategia?

Cóż, można znaleźć argumenty na to, że skuteczna. Kraje Azji jednak bardziej niż na ochronę rynku stawiają na promowanie eksportu, a dopiero w drugiej kolejności na utrudnianie życia zagranicznej konkurencji. To jest ich sposób. Ale w Polsce się nie sprawdzi.

Dlaczego?

Bo wasz największy partner handlowy i inwestycyjny, czyli Niemcy, przestaną inwestować, jeśli zaczniecie wdrażać taką politykę. One chcą wolności przepływu kapitału, ludzi, pracy i technologii, a nie quasiprotekcjonistycznej inżynierii, która pewnie im zaszkodzi. Na szczęście są inne metody, którymi możecie promować swój przemysł. Możecie wpływać choćby na to, by wyjątkowo dobrze kształcono ludzi w konkretnych kierunkach, wzmacniając tym kapitał ludzki w wybranych przez siebie branżach. W ten sposób stworzycie własne fundamenty sukcesu.

Rozmawiał: Sebastian Stodolak

Michael Landesmann – profesor ekonomii na austriackim Uniwersytecie Jana Keplera. Specjalizuje się w badaniach ilościowych, bada integrację gospodarczą, zmiany strukturalne i wzrost gospodarczy. Michael Landesmann gościł w Warszawie na konferencji Boosting EE Competitiveness zorganizowanej przez Narodowy Bank Polski.


Tagi


  • Tezcatlipoca2015 pisze:

    „UE nigdy nie miała w porównaniu z USA: dynamiczny przepływ siły roboczej. Mimo wszystko obywatele Unii są zakorzenieni w swoich ojczyznach i trudniej im wyemigrować tam, gdzie jest popyt na pracę.” – podstawowym problemem jest niejednorodność językowa. W USA wszędzie mówią po angielsku.
    „Należy jakoś uruchomić popyt wśród tych uboższych warstw społecznych, np. dając im łatwiejszy dostęp do kredytu, może ulgi jakieś podatkowe” – postulat szukania jeleni do neo-niewolnictwa bankowego? Tym ludziom należy wreszcie zaoferować płace adekwatne do poziomu PKB per capita.
    „Przemysł jest istotny dla krajów o niskim i średnim PKB, w krajach bogatszych zastępują go usługi, marketing, design, wynalazczość” – to dlaczego teraz, przy niskich cenach energii w USA, następuje tam intensywna reindustrializacja? Bajki pan Landesmann opowiada. „Protekcjonizm w takim starym rozumieniu – taryf, ceł, ochrony rynku – jest zakazany prawem unijnym” – za to mamy protekcjonizm w nowym wydaniu: narzucanie dyrektyw unijnych, które spełniają wyłącznie produkty niemieckie, francuskie lub holenderskie. Może warto przypomnieć ordynarny lobbing Philipsa i Osrama w kwestii zakazania żarówek? „Kraje Azji jednak bardziej niż na ochronę rynku stawiają na promowanie eksportu, a dopiero w drugiej kolejności na utrudnianie życia zagranicznej konkurencji” – a opresji prawno-atestowej to pan Landesmann nie słyszał? Nie trzeba jawnego protekcjonizmu, aby zamknąć swój rynek.

Dodaj komentarz


+ dwa = 9

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane