Co najmniej 100 tys. rolników w Polsce to już dość majętni ludzie, zarabiający więcej niż przeciętny mieszkaniec miasta. Funkcjonują i prowadzą gospodarstwa jak przedsiębiorcy. Zysków w większości nie przejadają, tylko inwestują: w zakup maszyn, ziemi, budynki gospodarcze. Za kilka lat będą jeszcze zamożniejsi.

TVP pochwaliła się, że do jej – mającego mieć premierę jesienią – programu pt. „Żona dla rolnika”, w którym pięciu panów, właścicieli gospodarstw rolnych, ma szukać „drugiej połówki”, zgłosiło się już 2 tys. kobiet zainteresowanych udziałem. Rolnik przestał być postrzegany jako harujący biedak bez perspektyw?

W czerwcu w „Dzienniku Gazecie Prawnej” ukazał się dobrze współbrzmiący z tym newsem artykuł „Polscy rolnicy są dziś bogatsi niż pracownicy najemni”. Na dowód autor artykułu przywołał dane GUS. Według nich w zeszłym roku średni tzw. dochód rozporządzalny (czyli po uwzględnieniu składek – na ubezpieczenie społeczne, zdrowotne) rodzin rolniczych wyniósł aż 5044 zł, podczas gdy w przypadku gospodarstwa domowego było to tylko 3647 zł miesięcznie, w grupie pracowników najemnych 4289 zł, przedsiębiorców i ludzi wolnych zawodów (osób pracujących na własny rachunek) – 5164 zł, emerytów – 2699 zł, a rencistów – 1913 zł.

Do 2005 r. sytuacja była odwrotna – to rodziny pracowników najemnych miały większe dochody niż rolników. Sytuację chłopów diametralnie zmieniło przystąpienie Polski do UE. W latach 2003 – 2012 średni dochód rozporządzalny rodzin rolniczych wzrósł nominalnie aż o 152 proc., a pracowników najemnych – tylko o 73 proc. – wylicza „DGP”. Rolnicy zawdzięczają to przede wszystkim dotacjom, które stanowią już ponad połowę ich dochodów (polskich chłopów udało się bardziej upaństwowić niż za czasów Gomułki), Nie chodzi przy tym tylko o dotacje unijne, ale i te z budżetu państwa: środki przeznaczone w nim na rolnictwo wzrosły od czasu akcesji Polski do Unii Europejskiej aż trzykrotnie, do ponad 20 mld zł. >>zobacz film

Dwa dni później ukazał się polemizujący artykuł w portalu Bankier.pl. „Czy rolnicy naprawdę są bogaci?” Autor, Łukasz Piechowiak, twierdzi, że dane statystyczne także w tym przypadku bywają zwodnicze. Chodzi o to, że rolnicze gospodarstwa domowe, wciąż często wielopokoleniowe, są liczniejsze od statystycznego gospodarstwa domowego w Polsce i od rodzin pracowników najemnych. Ich dochód w przeliczeniu na głowę jest niższy od krajowej średniej i od rodzin pracowniczych.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Autor zastrzega jednak dalej, że polscy rolnicy są grupą bardzo zróżnicowaną pod względem dochodów. I że obrazujący nierówności dochodowe tzw. współczynnik Giniego dla całej Polski wynosi 30 proc. (w przypadku Niemiec to jedynie 24 proc.), ale w odniesieniu do naszych rolników – aż 55 proc.

Polskie rolnictwo jest wciąż bardzo rozdrobnione. Większość polskich gospodarstw rolnych to gospodarstwa bardzo małe (do 5 hektarów), dające na ogół dochód, z którego absolutnie nie da się wyżyć – prowadząc je, trzeba mieć jeszcze inne źródła zarobku.

W Polsce jest półtora miliona gospodarstw rolnych (dane GUS z 2012 r.), o średniej powierzchni 9,6 ha. Z tego ponad połowa (780 tys.) mieści się w grupie do 5 ha, kolejne 350 tys. między 5 a10 ha, 144 tys. między 10 a15 ha, a tylko 29 tys. – 50 ha i więcej. Według GUS tylko 6 proc. polskich gospodarstw (czyli 90 tys.)  może osiągnąć tzw. zdolność konkurencyjną, czyli po prostu być w stanie w przyszłości utrzymać się na rynku. Firma badawcza Martin & Jacob, specjalizująca się w rolnictwie, patrzy na to bardziej optymistycznie i zalicza do tej grupy wszystkie gospodarstwa, mające co najmniej 15 ha. W 2012 r. było ich u nas 204 tys.

Co to wszystko oznacza? Po pierwsze w Polsce organizacje rolnicze czy partie chłopskie od lat przedstawiają rolnictwo, jako tę część gospodarki, która wymaga szczególnego traktowania, a naszych rolników – jako niezamożnych i potrzebujących wsparcia. Do rolników, nie tylko polskich, podobnie podchodzi Bruksela. Efekt? Ogromne wsparcie finansowe dla rolnictwa, w Polsce nawet większe niż w krajach zachodnich, bo nasi gospodarze są wciąż znacznie biedniejsi od zachodnioeuropejskich, mają dużo mniejsze od nich gospodarstwa i trudniej im w związku z tym z nimi konkurować. To m.in. dlatego oprócz rozmaitych dotacji unijnych uzupełnianych subwencjami z budżetu krajowego, państwo polskie pomaga rolnikom na wiele sposobów: dając preferencyjne kredyty, zwalniając z akcyzy na paliwo (w 2012 r. kosztowało to budżet prawie 700 mln zł), nakazując koncernom paliwowym dodawać do benzyny i oleju napędowego dodatki roślinne (tzw. biopaliwa), umożliwiając rolnikom płacenie dużo niższych składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne (z tych drugich do niedawna byli zwolnieni), dopłacając 15 mld zł rocznie do KRUS czy zwalniając właścicieli gospodarstw indywidualnych z podatku dochodowego. Niektóre z tych przywilejów pachną absurdem. Tak, jak państwowe dopłaty do uprawy tytoniu. Z jednej strony bowiem rząd prowadzi działania, mające zniechęcać do palenia papierosów, a z drugiej zwiększa sztucznie dochodowość uprawiania tytoniu.

(infografika D. Gąszczyk)

(infografika D. Gąszczyk)

Przy olbrzymim rozwarstwieniu w polskim rolnictwie oznacza to jednak, że dla większości naszych gospodarstw wsparcie finansowe państwa i UE ma charakter socjalny. W przypadku tych większych, a chodzi nie tylko o wielkie, kilkusethektarowe farmy, sprawia, że są one dużo zamożniejsze niż przeciętna miejska rodzina. Bierze się to m.in. z faktu, że także rolnik indywidualny, który ma gospodarstwo większe niż średnie też płaci symboliczną składkę na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne i jest zwolniony z podatku dochodowego, mimo, że zarabia naprawdę dużo.

Ile zarabia dokładnie – nie wiadomo. Brakuje pełnych i wiarygodnych danych na ten temat. Firma badawcza Martin & Jacob od lat prowadzi badania Agribus na reprezentatywnej, ogólnopolskiej grupie rolników, których gospodarstwa mają co najmniej 15 hektarów.

Aż 37 proc. respondentów odmówiło jednak odpowiedzi na to pytanie.

Duża ich część zapewne dlatego, by nie bulwersować wysokością zarobków.

Skąd takie przypuszczenie? W poprzedniej edycji Agribusa, z 2012 r., odmownych odpowiedzi było dużo mniej (tylko 21 proc.), a odsetek rolników, którzy przyznawali się do wyższych zarobków, znacznie wyższy niż w ostatniej edycji tych badań. Respondentów, których dochód netto wynosił powyżej 8 tys. zł miesięcznie było w 2012 r. 9 proc. (w 2013 r. – 5 proc.), 6-8 tys. zł – 7 proc. (w 2013 r. 5 proc.), a 4-6 tys. zł – 20 proc. (w 2013 r. 15 proc.). Czyli dwa lata temu 36 proc. rodzin rolniczych z grupy gospodarstw od 15 ha w górę zarabiało na rękę co najmniej 4 tys. zł, a w zeszłym roku – tylko 25 proc. Czy w ciągu roku tylu rolników mogło tak znacząco zbiednieć?

Ponadto w Agribusie z 2013 r. pada m.in. pytanie o średni przychód z jednego hektara i koszt produkcji roślinnej na takim areale. 42 proc. respondentów wydawało na jeden hektar do 1 tys. zł, a 29 proc. miało średni przychód z takiego areału nie mniejszy niż 1,5 tys. Nie brakowało więc zapewne takich, którzy osiągali w swym gospodarstwie nawet 50 proc. zysku. Trzeba dodać, że bardzo wielu rolników na różne sposoby dorabia sobie do swojego gospodarstwa. Według Agribusa 2012 aż 55 proc. gospodarzy objętych badaniem pracowało gdzieś na etat lub część etatu, 18 proc. prowadziło działalność gospodarczą nie związaną z rolnictwem, 19 proc. świadczyło usługi dla innych rolników, a 6 proc. zajmowało się agroturystyką. Biorąc to wszystko pod uwagę, łatwo sobie wyobrazić, że na polskiej wsi nie brakuje prawdziwych krezusów.

Jak wspominałem, gospodarstw rolnych jest w Polsce półtora miliona, a średni dochód netto rolniczego gospodarstwa domowego to 5044 zł miesięcznie. Jednocześnie 200 tys. polskich rolników ma gospodarstwa, których powierzchnia jest co najmniej o połowę wyższa od krajowej średniej (15 ha i więcej). Można założyć, że o tyle samo większy jest ich średni dochód netto miesięczny. Czyli wynosi jakieś 7,5 tys. zł na rolniczą rodzinę; W Polsce za granicę zamożności przyjmuje się dochód netto w wysokości 7 tys. zł.

Rolnictwo zaczyna być u nas postrzegane jako atrakcyjne miejsce pracy, a polskie gospodarstwa rolne rzadziej niż kiedyś zmagają się z problemem sukcesji. Jeszcze dekadę temu gdy dzieci szły na studia do miasta, to już stamtąd nie wracały. Dziś to się zmienia, także dlatego, że wielu mieszkańców miast przenosi się na wieś, postrzegając je jako lepsze miejsce do życia (według GUS od 2000 r. na polskiej wsi przybywa mieszkańców, a w dużych miastach ich ubywa). W ślad za tym zaczynają je inaczej oceniać także dotychczasowi mieszkańcy terenów wiejskich, w tym rolnicy. W 2011 r., według raportu „Polska wieś 2012” (opracowanego przez Fundację na rzecz Rozwoju Polskiego Rolnictwa), na pytanie: „Czy przeprowadziłby się Pan/Pani do miasta?”, „nie” odpowiedziało aż 81 proc. mieszkańców wsi. O 4 proc. więcej niż w 2010 r.

Wedle danych Eurostatu Polska ma najmłodszych rolników w całej UE – największy odsetek właścicieli gospodarstw rolnych w wieku do 40 lat. Polscy rolnicy są też coraz lepiej wykształceni. W grupie gospodarzy, posiadających co najmniej 15 ha, 10 proc. ma wyższe wykształcenie, 33 proc. średnie lub policealne (Agribus 2013), a aż 82 proc. korzysta z internetu (zdecydowana większość ma dostęp do niego w domu). Ten odsetek rośnie, bo rolnicy coraz bardziej stawiają na edukację, szczególnie swoich dzieci. I nie szczędzą na ten cel pieniędzy. Coraz bardziej dbają też o swoje zdrowie: według GUS w 2013 r. ich wydatki na wizyty w prywatnych przychodniach wzrosły o 14,9 proc., przy spadku o 3,9 proc. dla ogółu polskiego społeczeństwa. Rosną też inne wydatki. Według badań Agribus 34 proc. dochodów polscy rolnicy przeznaczają na „wydatki związane z życiem codziennym” (w 2008 było to 32 proc.), 56 proc. na  „wydatki związane z pracami rolniczymi i prowadzeniem gospodarstwa rolnego”.

Już 10 proc. rolnicy wydają na „dobra luksusowe”, czyli m.in. na zakup nowego auta czy  na zagraniczne wycieczki.  Jeszcze w 2010 r. było to jedynie 7 proc., a w 2008 r. – 6 proc. I bez statystyk zmiany na polskiej wsi widać gołym okiem : wyremontowane obejścia, bardzo nowoczesny sprzęt rolniczy, nowe domy – rolnicze rodziny dysponują większymi lokalami mieszkalnymi niż pozostałe. Średnia dla Polski to 74,5 mkw., a w przypadku rolników – 121,9 mkw.

Co ważne, polscy rolnicy nie są rozrzutni i nie żyją na kredyt. Według danych GUS za 2013 r.  gospodarstwa domowe w Polsce wydawały na bieżąco 81,7 proc. dochodów, w przypadku pracowników najemnych było to 80,4 proc., pracujących na własny rachunek – 81,5 proc., emerytów – 84,6 proc., rencistów – 93,9 proc., a rolników – jedynie 67,9 proc. W pewnym stopniu wynika to zapewne ze specyfiki rolnictwa – rolnik musi być przygotowany na ryzyka (nieurodzaju, klęsk żywiołowych itp.) i gromadzić rezerwy na gorsze lata.

Ta specyfika przyczynia się też do swego rodzaju ucieczki do przodu, stosowanej przez wielu polskich rolników. Dużo inwestują w gospodarstwa: w jego unowocześnianie i powiększanie (dokupowanie ziemi, nowe budynki gospodarcze), zakup maszyn, a nawet przetwórstwo swoich płodów rolnych. Średnioroczne wydatki rolników na zakup maszyn w latach 2004-2010 były dwa razy wyższe niż w 2003 r.

Coraz więcej rolników zrzesza się w grupach producenckich i spółdzielniach. Głównie po to, żeby mieć lepszą pozycję negocjacyjną przy sprzedaży towarów. Zachęcają ich do tego przeznaczone na ten cel dotacje unijne i preferencyjne linie kredytowe.

W całej UE, także w Polsce, widać bardzo wyraźny trend zmniejszania się liczby gospodarstw rolnych i ich koncentracji. Dochody w przypadku produkcji na niewielką skalę są na ogół niskie, konkurencja na unijnym rynku rolniczym ostra, a ryzyka tak duże, że wykruszają się nie tylko najsłabsze i najmniejsze gospodarstwa, ale i część tych średnich. I na razie nie zanosi się na to, by ten trend miał się zatrzymać. Szczególnie w przypadku Polski, mającej dużo bardziej rozdrobnione rolnictwo niż unijna średnia. W rolnictwie pracuje aż 7,5 proc. mieszkańców naszego kraju. To najwięcej w całej UE.

(infografika D. Gąszczyk)

(infografika D. Gąszczyk)

Do gospodarstw rolnych mających co najmniej 50 ha ziemi należy niecałe 30 proc. powierzchni wszystkich użytków rolnych. Podczas gdy w 19 krajach unijnych ten odsetek przekracza 50 proc. W przypadku Czech i Słowacji sięga 90 proc., w Wielkiej Brytanii i Francji – ponad 80 proc., w Niemczech – 75 proc., a na Węgrzech, Hiszpanii i Szwecji – 70 proc.

Paradoksalnie, w powiększaniu gospodarstw najbardziej blokuje ich wsparcie finansowe z publicznych środków, w tym unijne dotacje. Bo one z jednej strony bardzo podbijają ceny ziemi rolnej, a z drugiej zniechęcają do jej sprzedaży – nawet nieużytek daje prawo do dopłat i taniego ubezpieczenia w KRUS. Dlatego wielu gospodarzy zamiast sprzedawać ziemię oddaje ją w dzierżawę.

Autorzy niedawno opublikowanego raportu „Monitoring obszarów wiejskich. Etap 1” przygotowanego przez Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej oraz Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN zwracają uwagę, że najuboższe gminy w Polsce to te, w których dominuje rolnictwo. Bo w Polsce rolnicy zamiast podatku dochodowego (płaconego przez właścicieli gospodarstw rolnych m.in. w Niemczech, we Francji, Holandii i Włoszech) uiszczają dużo mniejszy podatek rolny. Płacą go także – w miejsce wyższego podatku od nieruchomości – za budynki gospodarcze wykorzystywane na cele rolnicze. To sprawia, że gminy z dominacją rolnictwa dysponują dużo mniejszymi dochodami od tych samorządów, które mają więcej pracowników najemnych i firm. Uderza to rykoszetem w samych rolników, bo takie gminy mają mniej pieniędzy na inwestycje, na rozwój infrastruktury, na edukację, a przez to słabiej się rozwijają, są uznawane za gorsze miejsce do życia.

Tę sytuację, przynajmniej w pewnym stopniu, zmieniłoby objęcie rolników podatkiem dochodowym. Podatek rolny jest dziś płacony niezależnie od osiąganych dochodów, od tego, czy w danym roku osiąga się zysk czy stratę. Po objęciu rolników podatkiem dochodowym KRUS zostałby wchłonięty przez ZUS. Na razie tych zmian nic jednak nie zapowiada.