Pieniądze szczęścia nie dają – brzmi stare powiedzenie, nie wiadomo czy prawdziwe. Pewniejsza jest jego odwrotność, że nieszczęściem jest brak gotówki. Doświadcza go najdotkliwiej 700 mln ludzi w świecie żyjących w skrajnym ubóstwie. Czy można ustalić wielkość dochodu, która zadowoli niezamożnych, a bogatych nie wpędzi w depresję? Zapewne nie, ale są tacy, którzy próbują.

Badania subiektywnych odczuć dotyczących własnych dochodów są piekielnie trudne, bo konfrontować trzeba wielkości mierzalne, czyli wielkości wpływów ze szczęściem, będącym odczuciem indywidualnym. Czterdzieści lat temu wielką burzę wywołały odpowiedzi Richarda Easterlina na pytania o to, czy lepiej sytuowani członkowie społeczeństw są z reguły szczęśliwsi od tych biedniejszych i jak to jest, gdy porównywać pod tym samym względem państwa.

Profesor Easterlin wywodził, że do domniemywanej zależności między zamożnością a rosnącym szczęściem odnosić się trzeba z dużą ostrożnością, a nawet sceptycyzmem. W swych ocenach tej relacji ludzie odnoszą się głównie do akceptowanych akurat norm lub do sytuacji swojego otoczenia. W dosadnym skrócie – moim szczęściem jest nieszczęście sąsiada. Easterlin twierdził ponadto, że wzrost produktu krajowego zaspokaja wprawdzie potrzeby, ale też pobudza aspiracje, co w konsekwencji unieważnia oczekiwania, że społeczeństwa miałyby być radośniejsze na skutek odczuwanego w danym okresie dobrobytu. W polskim wydaniu mechanizm ten sprawił, że ciepła woda przeszła w zimny prysznic.

Co było najpierw

Spostrzeżenia Easterlina znalazły się pod ostrzałem zmasowanej i długotrwałej krytyki. Nie pomogło, że były one formułowane z dużą ostrożnością. Spór ciągnie się do dzisiaj. Autorzy pracy z 2012 r. pt. „The New Stylized Facts about Income and Subjective Well-Being” uważają, że dowiedli czegoś przeciwnego. W ich ocenie, dobrostan poprawia się wraz ze wzrostem dochodów: bogaci są szczęśliwsi od ubogich, gdy porównywać ludzi w poszczególnych państwach i okresach oraz gdy przyrównywać kraje zasobniejsze z biedniejszymi. Ich zdaniem, bardzo wyraźny jest też związek między wzrostem gospodarczym, a rosnącym poczuciem szczęścia. W obu tych stanowiskach znalazł się wszakże jeden wspólny mianownik. Jest nim pogląd, że nawet najbogatsze gospodarki i społeczeństwa nie doznają bynajmniej stanu nasycenia i stale chcą mieć więcej.

Na podstawie kilkuzdaniowego streszczenia przeciwstawnych poglądów trudno wyrobić sobie opinię, który z nich jest bliższy prawdy. Pomocny byłby eksperyment polegający na sztucznym wzbogaceniu odpowiednio dużej grupy ludzi na stosownie długi czas. Na Zachodzie ćwiczenie takie nie wchodzi jednak w rachubę, ponieważ kosztowałoby krocie, a namiastki nie są dostatecznie miarodajne.

W Holandii bardzo rozgarnięci biznesmeni, wiedzący o wielkich zaletach zarabiania dużych pieniędzy na filantropii organizują od 1989 r. loterię, w której wygrane losowane są z puli kodów pocztowych przypisanych do domowych adresów uczestników. Połowa dochodów przekazywana jest licznym organizacjom pozarządowym (np. WWF, Amnesty International, UNICEF), które otrzymały do tej pory na swe cele statutowe łącznie 4,5 mld euro. W 2015 r. ok. 2,5 mln uczestników wykupiło 4 mln losów, a wygrani otrzymali milionowe nagrody w gotówce, samochody, czy telewizory.

Grupa badaczy porównała serie danych o wygranych w tej loterii z wynikami lokalnych ankiet o poziomie satysfakcji gospodarstw domowych. Związku między nagłym przypływem sporej gotówki lub dóbr, a poziomem szczęścia nie doszukano się. Może go rzeczywiście nie ma, a może przyczyną jest statystycznie bardzo duży poziom zamożności Holendrów, dla których dodatkowy milion euro, a już na pewno samochód wygrany na loterii, nie robi tak ogromnej różnicy jak gdzieś np. w Afryce.

Kenijskie poletko doświadczalne

Zajmowanie się teorią szczęścia w rejonach piszczącej biedy nosi znamiona ciężkiej prowokacji, ale pęd do wiedzy jest silniejszy. W Kenii działa Centrum Busara zajmujące się ekonomią behawioralną. Ośrodek bada tamtejszych mieszkańców miejskich slumsów oraz obszarów wiejskich. Ekonomiści z Princeton i były dyrektor organizacji GiveDirectly, przekazującej gotówkę biedakom z Kenii i Ugandy, postanowili zaobserwować zachowania i postawy ubogich Afrykanów, na których spadać zacząłby znienacka „deszcz” sporych pieniędzy. Założenia i wyniki ogłosili w pracy pod znamiennym tytułem „Your Gain Is My Pain: Negative Psychological Externalities of Cash Transfers”. Nie powtarzając użytego już wcześniej powiedzenia, można to przetłumaczyć na: „Ty dostajesz, a ja cierpię: negatywne zewnętrzne skutki psychologiczne transferów gotówkowych”.

Wylosowano 503 gospodarstwa domowe z ponad 120 wsi kenijskich z regionu w pobliżu Jeziora Wiktorii, które otrzymały (jednorazowo lub w 9 ratach) pieniądze w kwotach dochodzących maksymalnie do równowartości 1525 dolarów. Wyróżnikiem biedy kwalifikującej wstępnie do udziału w loterii był dach kryty strzechą. Rodziny mieszkające w domach chronionych od góry blachą były odsiewane jako legitymujące się zewnętrznymi znamionami „zamożności”. Ustalono też równie liczną grupę kontrolną, która dowiedziała się, że żadnych tego rodzaju darowizn nie otrzyma. Transfer gotówki odbywał się na konta z dostępem przez telefon komórkowy. Jeśli w jakiejś rodzinie nie było aparatu, to musiała go kupić (za pomijalną cenę).

Średnia wielkość środków przekazana bez żadnych warunków wstępnych wylosowanym gospodarstwom wyniosła 357 dolarów. Taka kwota niemal wystarcza na pokrycie wartości dobytku zgromadzonego przez statystyczną rodzinę wiejską z tamtejszych rejonów. Innymi słowy, przeznaczenie całości darowizny na pomnożenie majątku sprawiłoby, że dobytek ten stałby się (statystycznie) dwukrotnie większy.

W badaniu satysfakcji płynącej z nagłego przypływu relatywnie wielkiej gotówki nie ograniczono się do ankiet. Metodami klinicznymi mierzono także ewentualne stany depresyjne oraz analizowano ślinę pod kątem zawartości kortyzolu nazywanego potocznie hormonem stresu. Chodziło o uzyskanie możliwie najszerszego spektrum uzupełniających się narzędzi oceny.

Jak można się było spodziewać na podstawie doświadczeń każdego z nas, wśród osób obdarowanych poziom zadowolenia wzrósł. Obniżył się u nich także odsetek incydentów depresji oraz poziom kortyzolu. Z drugiej strony, niepomiernie zmniejszył się poziom satysfakcji w grupie kontrolnej złożonej z gospodarstw pozbawionej nagłego silnego wsparcia finansowego. Co więcej, wzrost poziomu satysfakcji z tytułu poprawy sytuacji finansowej o 100 dolarów był istotnie mniejszy od rozmiarów spadku tejże satysfakcji u sąsiadów, którzy tych pieniędzy nie otrzymali. Im większe były darowizny dla uczestników, tym wyższe niezadowolenie osób nieobjętych tym (drastycznym) eksperymentem. Interesujące zdaje się także spostrzeżenie, że u osób cierpiących szczerze z powodu dotyku szczęścia, którego doświadczyli ziomkowie nie odnotowano wartych uwagi zmian dotyczących stanów depresyjnych i poziomu kortyzolu.

Liczy się sąsiad, a nie średnia

Każde badanie ma swój kres, a to co działo się potem jest dużo ciekawsze od spostrzeżenia, że biedak trafiający „piątkę” w lotto może przeżyć radość, a nawet wpaść w euforię. Po roku od zakończenia eksperymentu przeminęło zarówno zadowolenie jednych jak i gorycz drugich. Satysfakcja wróciła do status quo ante, dobre i złe odczucia uległy zatarciu. W języku psychologii proces ten nazwany został adaptacją hedonistyczną, która z jednej strony pozwala nam podnosić się z upadków, ale też zmniejsza, niestety, radość z dobrych zdarzeń na naszej drodze. Można w tym mechanizmie upatrywać sił każących nam wyznaczać sobie stale nowe zadania i cele. Jeśli tak, to ciągły wzrost gospodarczy może być dla człowieka immanentny, co niekoniecznie musi być wyłącznie dobrą wiadomością dla ludzkości i jej planety.

Badaniu można zarzucić, że nie wiadomo co odczuwaliby uczestnicy, gdyby przekazy pieniężne otrzymały wszystkie biedne gospodarstwa na jakimś obszarze, niezależnie od stopnia ubóstwa. Efekty wzrostu gospodarczego nie spływają wszakże równomiernie na całość populacji, więc domniemany mankament można równie dobrze zmieniać w zaletę.

Z eksperymentu przeprowadzonego w Kenii wysnuwają się także spostrzeżenia dotyczące podnoszonej zwłaszcza przez ludzi cierpiących nie tyle na szmery, co na łomot po lewej stronie klatki piersiowej kwestii nierówności dochodowych. Okazało się, że pominięci w rozdawnictwie zważali nie tyle na rozpiętości dochodowe mierzone współczynnikiem Gini’ego, co na swoje oddalenie od średniej dochodów dla wioski. Gdyby więc ktoś w tej wiosce doznał wzbogacenia, a ktoś inny równego siłą zbiednienia, to wzrosłaby wartość Gini dla tej miejscowości, ale średnia dochodów pozostałaby bez zmian, więc pozostali mieszkańcy nie mieliby bólu wątroby, że ktoś stał się nagle bogatszy, bo ciągle nie odstawaliby od średniej.

Podwójna doktor Ada Ferrer-i-Carbonell, wtedy na Uniwersytecie w Amsterdamie, teraz w Barcelona Graduate School of Economics, opublikowała paręnaście lat temu, opartą na materiale z Niemiec pracę o zależności między dochodami a dobrostanem jednostki pt. „Income and well-being: empirical analysis of the comparison effect”. Przedstawiła w niej wniosek, że ludzie porównują się ze sobą asymetrycznie. Patrzymy przede wszystkim na tych, którzy mają się lepiej niż my, zwracając tym samym znacznie mniejszą uwagę na cały przekrój społeczno-ekonomiczny otoczenia. Czujemy się bardzo źle, gdy poprawia się wielu ludziom/rodzinom wokół nas, lecz jeśli nam samym poprawi się bardzo wyraźnie i jeszcze bardziej, to zamiast cieszyć się z dobrego losu, kierujemy wzrok na osoby z grzęd ustawionych jeszcze wyżej od naszej żerdzi, dopiero co zdobytej z takim trudem.

Do zakończenia brakuje jeszcze odpowiedzi na pytanie, czy do pieniędzy dochodzimy dzięki szczęściu jakim się cieszymy, czy też to dzięki pieniądzom stajemy się szczęśliwi? Zgodnie z przytoczoną na samym początku mądrością ludową, pieniądze szczęścia (rzekomo?) nie dają. Z badań naukowców z brytyjskiego Uniwersytetu Warwick nt. szczęścia i wydajności wynika, że coś może być w przysłowiu na rzeczy, bo najpierw jesteśmy szczęśliwi i dopiero po osiągnięciu tego stanu dochodzimy do pieniędzy. Wyjaśnienie wydaje się logiczne. Skrzywiony lub wręcz ponury pracownik jest mniej wydajny i kreatywny, co odbija się na jego zarobkach. Wysokie dochody i szczęście mogą mieć wspólne źródło w szerokiej sieci przyjaciół i znajomych, która daje szanse na ciekawsze życie i lepiej płatną posadę.

Mamy ostatnio w Polsce wiele przykładów porażek politycznych i gospodarczych wynikających z braku dogłębniejszej wiedzy o zachowaniach i postawach ludzi w różnych sytuacjach. Także zapowiedzi dotyczące działań nowej władzy trącą zanadto butą bez właściwego pokrycia w zdolnościach sprawczych. Warto zatem zapamiętać, że ludzie są „wiecznie” niezadowoleni, m.in. dlatego, że zbyt szybko przyzwyczajają się do własnych osiągnięć.