Co szósta osoba myli płacę brutto z netto

15.08.2014
Im młodsi Polacy, tym więcej mają kłopotów z odróżnieniem wynagrodzenia netto od brutto. Nieporozumienia zaczynają się przy rozmowach kwalifikacyjnych, a kończą przy wypłacie. Znaczna część Polaków ma zarówno kłopoty z liczeniem, jak i z wiedzą o podatkach czy produktach bankowych.

(infografika Dariusz Gąszczyk)


Krzysztof W. dwudziestolatek po maturze w technikum zrobił awanturę pracodawcy, szefowi warsztatu przy pierwszej wypłacie. – Przecież się umawialiśmy na tysiąc osiemset złotych, specjalnie zostawałem po godzinach, a pan mi daje nieco ponad tysiąc trzysta złotych – wykrzykiwał.

Szef też się oburzył. Chłopak po pierwsze dostał pracę, po drugie legalnie, po trzecie zarabia więcej niż minimalne wynagrodzenie. Więc o co awantura? Okazało się, że gdy omawiali warunki pracy, to pracownik mówił o tym co chce dostać do kieszeni, a szef o wynagrodzeniu brutto, czyli tym, jakie jest zapisane w umowie.

Takich osób jak Krzysztof jest sporo. Z opublikowanych niedawno wyników badania „Stan wiedzy ekonomicznej Polaków – Raport Instytutu Wolności i Raiffeisen Polbank” wynika, że co piąty Polak, który ma mniej niż 24 lata nie odróżnia pensji brutto od netto. Ze starszymi jest nieco lepiej, ale i tak be względu na to ile ma lat te pojęcia myli się co szósta osoba z wykształceniem podstawowym i co dziesiąta z zasadniczym zawodowym i ze średnim. Pomyłki zdarzają się także wśród magistrów – źle mówi 4 proc.

– Ludzi interesuje ich wynagrodzenie „na rękę”, a nie to ile będą mieli na papierze – tłumaczy Małgorzata Starczewska–Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

– I to jest nasze nieszczęście, bo Polacy nie rozumieją różnicy między kosztem pracy, płacą brutto i netto. Nie rozumieją, że pomiędzy tym co oni dostają na rękę, a co jest zapisane w umowie istnieje 30 proc. różnica, a pracodawca musi jeszcze dodatkowo zapłacić część składek.

Ekonomistka uważa, że powinniśmy mieć na „paskach” także tę część, którą pracodawca płaci od wynagrodzeń pracodawca.

– Może chociaż część pracowników zastanowiłaby się co się dzieje z ponad 70 proc. ich wynagrodzenia netto – dodaje ekonomistka.

Krzysztof dostaje 1320 zł na rękę, w umowie ma wpisane 1800 zł, a koszt dla pracodawcy to 2, 17 tys. zł. Im wyższa pensja tym w złotówkach różnice większe. Dla płacy netto ok 2,8 tys. brutto ok 4 tys. zł, a dla pracodawcy koszt całego wynagrodzenia to 4,9 tys. zł.

– To ważne byśmy wiedzieli, jakie i na co płacimy podatki – uważa Agnieszka Chłoń-Domińczak, ekonomistka z SGH. Jej zdaniem to, że nie ludzi nie interesuje czemu służą płacone składki i podatki jest jedną z przyczyn, że tak powszechnie akceptujemy pracę na czarno. – Nie zastanawiamy się nad konsekwencjami takiego wyboru, nad tym co wynika jakie są konsekwencje braku ubezpieczenia zdrowotnego i społecznego.

Wyniki badania, które zlecił, nie są zaskoczeniem dla Piotra Czarneckiego, prezesa Raiffeisen Polbanku:

– System edukacji wciąż nie jest dostosowany do współczesnych wyzwań, gdzie zrozumienie podstawowych pojęć finansowych jest koniecznością. Nie czytamy świadomie umów, nie rozróżniamy procentów od punktów procentowych, pensji brutto od netto, a potem bywamy rozczarowani. Nie wiemy nawet jaka jest inflacja, a przecież wiedza o jej wysokości może pomóc nam w oszacowaniu czy warto domagać się od pracodawcy podwyżki pensji, bądź od banku godziwego oprocentowania na lokacie – tłumaczy prezes Czarnecki.

Z badania wynika, że procenty od punktów procentowych odróżnia tylko co dwunasty respondent, w tym co ósmy po studiach wyższych. A o inflacji nie wie nic prawie co drugi pytany, 25 proc. respondentów określiło ją prawidłowo.

Piotr Mazurkiewicz, partner w HRK SA przyznaje, że z jednej strony część pracowników, szczególnie z niższymi kwalifikacjami, nie zna swoich praw i obowiązków w wystarczającym stopniu, a z drugiej młodzi ludzie często stawiają wygórowane oczekiwania finansowe lub przychodzą na rozmowę kwalifikacyjną bez podstawowych informacji o firmie, w której chcą pracować.

– Mają problem z odróżnieniem umowy cywilnoprawnej od umowy o pracę, wynagrodzenia podstawowego od całkowitego. W takiej sytuacji rekruterzy wyjaśniają różnice i tłumaczą jak zapisy formalne wyglądają w praktyce – dodaje Piotr Mazurkiewicz.

Ale to nie jedyne rafy jakie trudno pokonujemy. To, że trzymanie pieniędzy w domu jest wciąż najbezpieczniejszą formą oszczędzania dla prawie co trzeciego sześćdziesięciolatka i starszej osoby może tak nie dziwić, jak to, iż podobnie uważa prawie co piąty (18 proc.) młody człowiek, który nie skończył 24 lat. Co prawda spora część młodych ludzi w tym wieku się uczy, ale konto ma co drugi z nich. Powszechne staje się dopiero wśród 25 – 40 latków – ma je ponad 80 proc. Średnio co trzecia zapytana w badaniu osoba wiedziała, że przy pobieraniu gotówki z bankomatu może być naliczana prowizja w różnej wysokości. Mniej niż połowa zdaje sobie sprawę, że limity na kartach płatniczych można zmieniać.

Kłopoty sprawia także system podatkowy. Zaledwie 20 proc. respondentów wiedziało, że po wejściu w wyższy próg podatkowy zmienia się sposób obliczania podatku dla części, a nie całego dochodu. Z raportu wynika również, że część uprawnionych może nie korzystać z ulg podatkowych bo niewiele o nich wie. Prawie co czwarta osoba nie jest w stanie wymienić żadnego odliczenia, które może wykorzystać.

Wciąż tajemniczy jest „podatek Belki”– tylko co piąta osoba orientuje się, od czego jest odprowadzany podatek od dochodów kapitałowych.

Badanie przeprowadziła firma Millward Brown techniką CAPI in home na 1000-osobowej losowej próbie reprezentatywnej dla ogółu ludności Polski w wieku 15–75 lat w styczniu 2014 roku.

 


Tagi


  • Gacek pisze:

    „To, że trzymanie pieniędzy w
    domu jest wciąż najbezpieczniejszą formą
    oszczędzania dla prawie co trzeciego sześćdziesięciolatka i starszej osoby może tak nie dziwić, jak to, iż podobnie uważa prawie co piąty (18 proc.) młody człowiek, który nie skończył 24 lat” – gdyby nie inflacja pożerająca wartość zgromadzonych pieniędzy przez oszczędzających, to wcale bym nie stwierdził, że są w takim wielkim błędzie. Tak długo jak istnieje system rezerw częściowych, tak długo trzymanie pieniędzy w skarpecie będzie stosunkowo bezpieczną metodą na to by w razie kryzysu nie pozostać z niczym.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    Doświadczenie AmberGold oraz różnych hochsztaplerstw polisowo-kapitałowych uczy, że łkanie banków jest płaczem wilka nad utraconą szansą pożarcia frajerów. Doświadczenie Cypru uczy zaś, że banki nie są bezpiecznym miejscem oszczędzania, bo można zostać ograbionym w majestacie prawa. Najbardziej szydercze jest w lekcji cypryjskiej to, że banki cypryjskie nie były wcale uwikłane w akcje hazardowe, ale w podobno bezpieczne rządowe obligacje greckie. Następnie zostały zmuszone do zredukowania zadłużenia Grekom, ale im nikt już bailoutu nie zaproponował. Czysta grabież pod dyktando Berlina, który hojnie ratował banki… swoje i francuskie, a bez zmrużenia powieki zgruzował banki cypryjskie.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    Pani Starszewska-Krzysztoszek zamiast protekcjonalnie pouczać maluczkich powinna sama się douczyć, co było uzasadnieniem wprowadzenia tak patologicznej struktury płacowo-podatkowo-daninowej jaka egzystuje w Polsce. Po pierwsze, wprowadzając indywidualny PIT w miejsce płaskiego podatku od funduszu płac i indywidualnego wyrównawczego planowano, dość naiwnie, pokazać obywatelom, że łożą na utrzymanie państwa i powinni dbać o sposób wydatkowania tych środków. Jak nauczyło nas ostatnie dwadzieścia lat, obywatele widzą, że łożą, ale sitwy partyjne zadbały, aby patologiczny system łupów i stanowisk był poza zasięgiem interwencji obywatelskiej: wodzowskie partie, listy partyjne, transfery międzypartyjne bez utraty mandatów i zerowy wpływ obywateli na obsadzanie stanowisk przez partyjniackich hochsztaplerów. Po drugie, w roku 1999, wprowadzając kompletnie idiotyczny podział składek na „płacone przez pracownika” i „płacone przez pracodawcę” zastosowano socjotechnikę, która miała uratować Buzka i jego rząd przed rebelią, do której by doszło, gdyby ludzie nagle zobaczyli jasno, czarne na białym, że to kapitalistycznie zdziczałe (w stylu XIX-wiecznym) państwo rabuje im połowę zarobków. Sprytnie usunięto z pola widzenia pracownika i z zapisów umów część płaconą przez pracodawcę. Ciekawe jakby zareagował ten przywołany w artykule Krzysztof W., gdyby dowiedział sie, że na rękę dostał 1320, w umowie miał 1800, a pracodawcę kosztował 2173 zł. Cóż, chłopak się zrzucił na sędziowsko-prokuratorskie stany spoczynku, na emerytury 35-letnich agentów CBA, na ośmiorniczki i wyborne wina. Ciekawe, kiedy to pęknie, bo zawór bezpieczeństwa (emigracja zarobkowa) coraz bardziej się zatyka.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    „Wciąż tajemniczy jest „podatek Belki”– tylko co piąta osoba orientuje się, od czego jest odprowadzany podatek od dochodów kapitałowych” – ten podatek ma skandaliczny system naliczania ryczałtowego. Pobiera się 20% podatek od odsetek, ale nie uwzględnia się kosztów utrzymania konta. W przypadku przeciętnych kont prowadzi to do systematycznego zjadania oszczędności.

  • zwykły Polak pisze:

    Oprócz tego, z bezpieczeństwem własnych środków w instytucjach finansowych wiąże się także ryzyko, wcale nie tak hipotetycznego do powtórzenia jako mogłoby się wydawać, „wariantu cypryjskiego” :)

  • 2+2=4 pisze:

    I o to chodzi zeby mylili lub zapomnieli o tym, ze istnieje w ogole placa brutto! Jakby kazdy placil podatki w gotowce, i pit i vat, to socjalizmu by dawno nie bylo!

  • 2+2=4 pisze:

    I jeszcze o trzymaniu pieniędzy w domu. 45 lat, wyższe wykształcenie ekonomiczne, pracowałem jakiś czas w zarządzie banku, dlatego pieniędzy w banku nie trzymam!

Dodaj komentarz


+ jeden = 8

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane