Jak utrwalić powyborcze ożywienie

02.12.2016
Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach w USA zaskoczyło większość świata. Prezydent-elekt nie przestaje jednak postępować na przekór oczekiwaniom. Od jego wygranej rynek akcji - wbrew przewidywaniom wielu ekspertów - poszedł mocno w górę, wskaźniki sięgnęły rekordowego poziomu, a dolar zwyżkował.


Wyjaśnienia tych nieoczekiwanych reakcji mogłoby dostarczyć przyjrzenie się temu, co parę następnych miesięcy może przynieść rynkom.

Przed wyborami większość analityków przewidywała, że wygrana Trumpa uruchomi wielką wyprzedaż na giełdzie i pęd ku obarczonym niskim ryzykiem obligacjom rządowym. I gdy zaczęły spływać wyniki głosowania, świadczące najpierw o ogromnym zwycięstwie Trumpa na Florydzie, a potem o zyskiwaniu przezeń rosnącej przewagi w kolegium elektorów – rzeczywiście tak było. W momencie, gdy wydawało się, że jego przewaga jest już nie do pokonania, wskaźnik Dow Jones spadł o 800 punktów, a obejmujący więcej akcji wskaźnik S&P 500 osiągnął dzienny „limit spadku”. Zaczął ponadto słabnąć dolar, a na rynku amerykańskich papierów skarbowych pęd ku solidnym walorom spowodował obniżenie dochodowości obligacji.

Rynkowy pesymizm nie trwał jednak długo. Wkrótce po akceptującej wyniki wyborów wypowiedzi prezydenta-elekta – co nastąpiło prawie o 3 rano czasu wschodnioamerykańskiego – akcje zaczęły zwyżkować i ta tendencja się utrzymuje, co przyczyniło się do podbicia cen ryzykownych aktywów na całym świecie. Do USA napływa kapitał, wskutek czego dolar wzmocnił się do poziomu niespotykanego od niemal 13 lat.

W dodatku wielu inwestorów opuściło bezpieczne schronienie obligacji skarbowych, uruchamiając skok ich oprocentowania. I to nawet wyraźniejszy niż w 2013 roku podczas „histerii na wieść o przykręcaniu kurka”, jaka nastąpiło po oświadczeniu ówczesnego przewodniczącego Rezerwy Federalnej USA, Bena Bernanke, iż Fed zamierza zwijać zasilanie płynnością. Obecnie rynki są niemal pewne, że w grudniu Fed wprowadzi podwyżkę stóp procentowych.

Najbardziej prawdopodobnego wyjaśnienia tego giełdowego zwrotu należy szukać w powyborczych wypowiedziach Trumpa, dotyczących pro-wzrostowych elementów jego programu gospodarczego, takich jak deregulacja, reforma opodatkowania przedsiębiorstw oraz wydatki na infrastrukturę. Od momentu wyboru Trump unika na ogół odnoszenia się do protekcjonistycznych zobowiązaniach z kampanii wyborczej, takich jak nałożenie karnych ceł na import z Chin i z Meksyku, demontaż Północnoamerykańskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (NAFTA) i anulowanie dwustronnego porozumienia handlowego USA z Koreą Południową. Wprawdzie powtórzył swoje zobowiązanie do wycofania się z Partnerstwa Transpacyficznego, ale przecież ta umowa i tak nie została dotychczas ratyfikowana. Zdecydował się natomiast nie wznawiać krytyki Fed i jego kierownictwa.

Ten zwrot nastawienia przekonuje rynki, iż całkiem możliwe, że Trump nie zdecyduje się na podtrzymanie także innych, bardziej szkodliwych dla wzrostu posunięć, jakie sugerował podczas kampanii wyborczej. Trump stał się również bardziej pojednawczy; w „New York Times” mówił, że nie chce „skrzywdzić Clintonów” powołując specjalnego prokuratora do prowadzenia śledztwa przeciwko byłej przeciwniczce. Wypowiedział się także pozytywnie – a nawet ciepło – o prezydencie Baracku Obamie, którego latami krytykował.

Podobne tendencje można dostrzec w podejściu Trumpa do republikańskich przeciwników z kampanii wyborczej, w tym przewodniczącego Izby Reprezentantów, Paula Ryana, oraz jednego z najbardziej jednoznacznych republikańskich odstępców, byłego gubernatora Massachusetts, Mitta Romneya. Zważywszy, że Republikanie zdobyli większość w obydwu izbach Kongresu i że poprawili pozycję na szczeblu stanów, odprężenie w stosunkach Trumpa z partyjnym establishmentem dobrze wróży wcielaniu w życie jego rozwiązań pro-wzrostowych.

Żeby osiągnąć ten szybszy i bardziej inkluzyjny wzrost, a tym samym uprawomocnić żywiołowy ruch rynków – potrzeba będzie oczywiście znacznie więcej. Konkretnie zaś – starannego zaprojektowania zmian i nieprzerwanego ich stosowania. Ponadto zespół, który będzie nadzorować cały ten proces, ma być dopiero wyznaczony. Jego członków – podobnie jak inne osoby z nominacji – może czekać długi proces weryfikacji, a niektórzy będą mieć problemy z zatwierdzeniem przez Senat.

Kiedy już ten zespół powstanie, jego członkowie będą musieli wymyślić, jak sprawić, żeby plany Trumpa zadziałały w gospodarce, która – z konieczności, a nie z wyboru – jest nadmiernie zależna od niekonwencjonalnej polityki pieniężnej. Ich plan musi uwzględniać, że podczas tego wydłużonego okresu ekspansji monetarnej zarówno rynki finansowe, jak i mechanizm alokacji zasobów uległy zniekształceniom, pogłębiającym nierówności majątkowe.

Dobra wiadomość jest taka, że przyszła administracja może wykorzystywać rozwiązania przygotowane za kadencji Obamy, które wskutek bardzo spolaryzowanej i dysfunkcyjnej polityki Kongresu, jaka charakteryzowała osiem lat kadencji Obamy, miały jednak niewielkie znaczenie. Posunięcia te powinny być nastawione na rozwiązanie koniecznych spraw, takich jak inwestycje w infrastrukturę, reforma podatkowa i tworzenie miejsc pracy.

Stany Zjednoczone nie istnieją oczywiście w próżni. Jeśli więc prezydent-elekt ma spełnić oczekiwania rynków, konieczne będzie także przezwyciężenie – a przynajmniej powstrzymanie – wyzwań zewnętrznych. Szczególnie poważne konsekwencje może mieć przy tym rozwój wydarzeń w Europie, którą w ciągu kilku następnych miesięcy czeka cała seria potencjalnie destabilizujących wydarzeń politycznych.

We Włoszech odbędzie się w najbliższych dniach referendum konstytucyjne, którego skutkiem może być upadek rządu premiera Mateo Renzi. Wielka Brytania musi opracować plan przeprowadzenia wiarygodnego i uporządkowanego Brexitu. We Francji Marine Le Pen ze skrajnie prawicowego Frontu Narodowego będzie usiłowała przekształcić nadchodzące wybory prezydenckie w kolejny wstrząs antyestablishmentowy. A w Niemczech Angela Merkel będzie jesienią przyszłego roku próbowała utrzymać władzę przez kolejną kadencję – choć nastroje niechętne są tradycyjnym politykom.

Mimo zagrożenia niestabilnością Europy Trump ma taką pozycję, że jest w stanie nie tylko wspomóc pobudzenie wzrostu w USA, ale także uczynić ten wzrost bardziej inkluzyjnym. Gdyby zastosował wspierany przez Kongres zwrot ku bardziej wszechstronnym rozwiązaniom gospodarczym, polityka jego administracji mogłaby stanowić dla sektora prywatnego zachętę, żeby swoje wielkie zasoby gotówki zaczął wykorzystywać nie na krótkoterminowe instrumenty inżynierii finansowej, lecz na pobudzające wzrost inwestycje w fabryki, wyposażenie i w ludzi.

Żeby zanikła frustracja ekonomiczna, która tak licznych Amerykanów skłoniła do głosowania na Trumpa – i żeby wzrost na rynkach utwierdził się – taka perspektywa musi stać się rzeczywistością.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test