• Andrzej Sadowski, CAS

Miara zacofania Europy. Rzecz o Strategii Lizbońskiej

08.03.2010
W czasach PRL, gdy nie dało się ukryć faktu, że nie ma co zbierać na polach, zbierało się plenum KC PZPR. Dziesięć lat nie zaowocowały uczciwym bilansem, który powinien wskazać, dlaczego nie doszło do realizacji Strategii Lizbońskiej. Brak takiej odpowiedzi jest ucieczką od wiedzy o stanie, w jakim dziś znajduje się zjednoczona Europa. I skutkuje ogłoszeniem następnej, jako równie doniosłej - Strategii 2020. Ale  rzecz nie w samych strategiach, tylko w wartościach, które są ich fundamentem - pisze Andrzej Sadowski z CAS.

Andrzej Sadowski założyciel i wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha, pierwszego niezależnego instytutu w Polsce.


Upływ czasami nawet jednej dekady wystarcza, aby dokonać oceny procesów, które miały zmieniać naszą cywilizację. Mija dziesięć lat od przyjęcia Strategii Lizbońskiej (SL). Do niedawna bardzo często odbywały się przeglądowe konferencje, które miały wykazywać, jak bardzo kraje UE są zaawansowane w jej wdrażanie. Z upływem czasu zamieniły się w konferencje, gdzie mierzono już nie postęp, ale powiększający się dystans do Stanów Zjednoczonych, które były punktem odniesienia przy tworzeniu Strategii. Wbrew zapowiedziom istota planu była jednak minimalistyczna. Zapisanym w SL marzeniem i celem zjednoczonej Europy było wygranie rywalizacji z tzw. Ameryką, która – co warto przypomnieć – przez dziesiątki lat rozwijała się w cieniu potęgi i możliwości starego kontynentu.

Mimo że SL jest dziś coraz bardziej wstydliwym wspomnieniem, to pozostanie niezwykle ważnym świadectwem w historii jednoczącej się Europy. Jest świadomym przyznaniem się do dystansu wobec USA, który trudno było kwitować, pocieszając się istnieniem europejskiego modelu socjalnego. W zestawieniu liczyła się suma wszystkich rozwiązań i efektów, jakie pojawiają się na końcu działania. Trudno jest publicznie twierdzić, że wzrost gospodarczy na poziomie 3 procent w USA jest oznaką początku recesji, utrzymując jednocześnie, że te same procenty są przejawem niebywałego rozwoju w krajach UE.

Gdzie tkwią błędy?

Odpowiedź można znaleźć w raporcie, który opublikowano pod koniec 2009 roku w Wielkiej Brytanii. Porównując status wielodzietnych rodzin, okazało się, że większe dochody ma ta, która żyje z rządowych zasiłków, niż ta, która próbuje utrzymać się z pracy.

Dodatkowo okazało się, że z zasiłków utrzymują się w dużej mierze rodziny mniejszości etnicznych. Przypomnijmy sobie, jak obawiano się przyjazdu naszych obywateli, którzy mieli doprowadzić do załamania brytyjskiego systemu zasiłków. Tak się nie stało dlatego, że Polacy podjęli pracę, i to w branżach skazanych na likwidację z braku pracowników.

Kraje europejskie padły ofiarą rządowych systemów socjalnych, które stały się dziś niezwykle atrakcyjne dla legalnie mieszkających wielodzietnych rodzin mniejszości narodowych. Kryzys demograficzny, w którym pogrążona jest Europa, powoduje niezwykłą ambiwalencję w zachowaniu rządów. Z jednej strony wyczerpujące finansowo próby utrzymania z niewielkimi korektami socjalnego status quo, a z drugiej walka rządów z tzw. nielegalną imigracją przy jednoczesnym zwalczaniu społecznych objawów rasizmu.

Kiedy odwołamy się do amerykańskiego doświadczenia, zauważymy, że miliony ludzi z całego świata chcą się dostać na terytorium USA nie dlatego, że są tam zapomogi, tylko dlatego, że każdy, kto chce pracować, może to zrobić. Dlaczego obywatel Meksyku dopiero po przekroczeniu granicy ma szanse na pracę, która pozwoli mu utrzymać rodzinę, kupić samochód i dom oraz opłacić naukę dzieci? Dlaczego Polacy są pod względem zgromadzonego bogactwa trzecią mniejszością etniczną w USA? Dla tych i innych nierdzennych mieszkańców tego państwa celem nie były świadczenia socjalne, tylko możliwości rozwoju, jakie ma każdy przybysz.

Nie jest ciągle ważna religia, którą się wyznaje. Fundamentem jest uznanie dla pracy, która prowadzi do osobistego bogactwa. Mimo tylu mniejszości etnicznych, religijnych i kulturowych Ameryka nie jest miejscem takiego rasizmu, jaki jest w coraz większym stopniu obserwowany w Europie. Poszanowanie dla odrębności i różnorodności, co prawda zachwiane i nadwerężone 11 września, jest siłą, która przyciąga pracowitych, zdolnych i ambitnych z całego świata. Brak dyskryminacji w karierze wobec przybyszów z innych kontynentów jest najlepszą gwarancją nieustannej innowacyjności amerykańskiej gospodarki.

Europa ze swoimi programami walki z nielegalnymi imigrantami, gettami i w najlepszym razie prawem do legalnego dobrze płatnego zasiłku nie jest w stanie spożytkować potencjału ludzi, którzy wybrali ją sobie jako ziemię obiecaną. Nic dziwnego zatem, że szybki przyrost mniejszości etnicznych, korzystających z systemu zasiłków, jest m.in. źródłem siły powstających jak grzyby po deszczu w całej starej Europie ugrupowań politycznych o jednoznacznych nacjonalistycznych czy wręcz rasistowskich obliczach. Poza tym to właśnie tzw. socjal jest tak naprawdę powodem, dla którego asymilacja staje się niezwykle utrudniona.

Kiedy w końcu lat 60.  ubiegłego wieku wobec ujemnego bezrobocia (tak określano brak rąk do pracy) Niemcy otworzyły swoje granice dla obywateli Turcji i Jugosławii, to dzięki pracy, która na nich czekała, bardzo szybko następowała integracja i asymilacja. Niemieckie społeczeństwo co prawda nie było i nie jest tak otwarte jak amerykańskie,  jednak pierwsze i drugie pokolenie tzw. gastarbeiterów chciało zostać obywatelami Niemiec, przyjmując jego system wartości. Należała do niego praca. Była wyznacznikiem możliwości i pozycji społecznej, po którą mimo przeszkód chciały sięgać mniejszości etniczne.

Od momentu, kiedy stworzono dla pracy niezwykle atrakcyjną alternatywę w postaci różnego rodzaju zasiłków oferowanych przez rząd, rozpoczął się proces nie tylko nieustannego zadłużania państwa, ale i proces zmian cywilizacyjnych. W kolejnych pokoleniach urodzonych i kształconych na niemieckiej ziemi obserwuje się już nie tylko wzmożone zainteresowanie swoimi etnicznymi korzeniami, ale też brak potrzeby asymilacji wraz z afirmacją radykalnych ruchów religijnych przy jednoczesnym korzystaniu z możliwości, które ciągle oferuje system socjalny.

Kilka lat temu kolejny i ważny raport dotyczący demografii w Niemczech przedstawiła Rita Süsmutt. Nowe pokolenia obywateli Niemiec rodziły się głównie w rodzinach etnicznych lub w takich, gdzie tylko jedno z małżonków było Niemcem.

Niezależnie od tego procesu niemiecka gospodarka – co wykazano w poprzednim raporcie R. Süsmutt – potrzebuje w najbliższych dziesięcioleciach ponad dwadzieścia milionów dobrze wykwalifikowanych pracowników, którzy z pewnością nie urodzą się w Niemczech. To samo dotyczy innych gospodarek państw Unii. Wiele branż nie uległo likwidacji dzięki napływowi pracowników z Polski i pozostałych krajów przyjętych do UE – i będzie funkcjonowało do momentu, w którym praca tam przestanie być atrakcyjna nie tylko w wymiarze finansowym.

Innowacyjność jako wyższa forma zasiłku

„Innowacyjność” uzyskała status nowej urzędowej religii. Każda strategia, program czy działanie musi się do niej odwoływać. Joseph Schumpeter już kilkadziesiąt lat temu dowodził, że jest ona naturalnym procesem w przedsiębiorstwach, jeśli przynosi  dodatkowy zysk. Przedsiębiorców nie trzeba do niej ani zachęcać, ani zmuszać. Dlatego w dużej mierze ordynowana administracyjnie nie przyniesie materialnych korzyści ponad podatki, które zostaną zużyte na jej wprowadzanie. Gdyby sporządzano bilansy tego typu działań, byłoby oczywiste, jakie są koszty tak osiąganych sukcesów.

Administracyjnie wprowadzana „innowacyjność” na koniec upodobni się do europejskiego modelu socjalnego. Granty wykreują nowe grupy „innowacyjnie uzależnionych”, zorientowanych na ciągłe powiększanie na ten cel funduszy. Dotacje na podtrzymanie nieefektywnego i niekonkurencyjnego rolnictwa zostaną wyparte na bardziej zbożny cel, jakim będzie „europejska innowacyjna gospodarka”.

Kiedy już nie za dziesięć lat jak w przypadku fiaska Strategii Lizbońskiej, ale wcześniej okaże się, że efekty są niewspółmierne do pieniędzy łożonych na innowacyjność, Europę zaczną prześcigać kolejne, coraz bardziej egzotyczne kraje. Czas jest tą wartością, której w przeciwieństwie do straconych pieniędzy nie da się nigdy odzyskać.

Bufet na Titanicu był czynny do końca

W tym samym niemalże momencie w Europie ogłasza się kolejną strategię jej rozwoju – szumnie nazwaną Startegią 2020 – oraz krach Grecji, która jest jej częścią. Przepaść – jaka powstaje między celami sięgającymi prawie gwiazd a bankructwami, jakie grożą nie tylko Grecji – to jedynie rezultat rozwiązań przyjmowanych nie wczoraj, ale dekady temu. To, że społeczeństwo greckie tak naprawdę odmawia normalnej pracy i chce utrzymania status quo, pokazuje, jak zgubne są skutki „modelu socjalnego” nie tylko pod względem finansowym, ale przede wszystkim moralnym.

Feliks Koneczny, badając dzieje różnych cywilizacji, stwierdził, że etyka jest jednym z najważniejszych czynników ekonomicznych, często rozstrzygającym. Stworzenie rozwiązań i instytucji, które tego nie respektują, oraz uczynienie obywateli w większej lub mniejszej mierze klientami aparatu rządowego, przekracza granice, w których jest możliwe demokratyczne sprawowanie władzy. „Bunt mas”, który obserwował i diagnozował Ortega y Gasset, ma swój pierwszy akt w greckiej, już nie antycznej, ale współczesnej obsadzie. Europa stoi dziś w obliczu o wiele poważniejszego wyzwania od tego, które zawierała Strategia Lizbońska.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły