Niemieckie obligacje są uważane za bezpieczniejsze od amerykańskich

12.08.2011
Ameryka, to wciąż centrum finansowe. Inwestorzy zaczęliby się pozbywać aktywów amerykańskich, gdyby stracili wiarę w to, że USA będzie w stanie sprostać swoim zobowiązaniom. Na ten moment jeszcze trochę poczekamy, choć niewątpliwie się do niego zbliżamy – mówi Mateusz Machaj, główny ekonomista Instytutu Misesa.

(CC BY Images_of_Money)


Obserwator Finansowy: Po obniżeniu ratingu USA rozpoczął się Armagedon na amerykańskiej giełdzie. Czy ruch S&P spowoduje też, że inwestorzy zaczną wyprzedawać amerykańskie obligacje?

Dr Mateusz Machaj: Spadek ratingu do AA+ wcale nie musi być sygnałem, że należy natychmiast pozbyć się części obligacji tego kraju. W transakcjach kredytowych amerykańskie obligacje odgrywają bardzo ważną rolę. Są używane jako zabezpieczenia takich transakcji, dlatego że mają – miały – najwyższy rating. Teraz, gdy rating został obniżony, pojawia się pytanie, czy te podmioty będą mogły używać amerykańskich obligacji jako bardzo bezpiecznego zastawu. To z kolei zależy od masy różnych uregulowań prawnych.
Teoretycznie amerykański bank centralny mógłby stwierdzić teraz, że skoro rating został obniżony, to banki posiadające amerykańskie obligacje muszą się dodatkowo zabezpieczyć (ze względu na podniesione ryzyko). Jednakże FED wydał natychmiastowy komunikat, że obniżenie ratingu nie wpłynie na amerykański nadzór bankowy i że obligacje dalej będą traktowane jako superbezpieczne. Podobne głosy płyną też z Azji – np. z Korei Południowej.

Mimo zapewnień Fed, już chyba wszyscy czują, że obligacje amerykańskie nie są tak bezpieczne, jak kiedyś?

Przez dziesiątki lat były postrzegane jako najbezpieczniejsze, ponieważ poza epizodem w latach trzydziestych, rząd amerykański zawsze spłacał nominalne zobowiązania. Ale trzeba przyznać, że od czasu początku kryzysu niemieckie obligacje są postrzegane jako bezpieczniejsze od amerykańskich. Chociaż cały czas te amerykańskie stanowią największą część rynku długu publicznego i są bardzo, bardzo płynne.

Czy przez obniżenie ratingu koszty obsługi amerykańskiego długu publicznego wzrosną do 75 – 100 miliardów dolarów rocznie?

Teoretycznie jest to możliwe, gdy obligacje stanieją, a stopy zwrotu na tych obligacjach wzrosną. Przykładowo, jeśli załóżmy oprocentowanie obligacji wynosiło 2,5 procenta, to z powodu zwiększonego ryzyka popyt na obligacje amerykańskie może się zmniejszyć, a przez to spadną ich ceny i wzrosną stopy zwrotu, na przykład do 3 proc. Przy rolowaniu długu rząd musiałby ponieść większy koszt o te 0,5 proc. Wszystko to nie może jednak zostać spowodowane samym obniżeniem ratingu – zawsze inwestorzy muszą podjąć decyzję o zmniejszeniu popytu na obligacje amerykańskie. W przeciwnym wypadku nie ma powodu, by stopy zwrotu wzrosły. Japonia nie ma najwyższego ratingu, a stopy zwrotu z jej obligacji są bardzo niskie. Choć jest to specyficzny przykład, bo zadłużenie Japonii to przede wszystkim zadłużenie wewnętrzne. Podczas gdy dług publiczny wynosi ponad 200 proc. PKB, to całkowite zadłużenie zagraniczne Japonii (włącznie z prywatnym) wynosi 45 proc. PKB. Całkowite zadłużenie zagraniczne (z prywatnym) USA stanowi blisko 100 proc. PKB.

Właśnie, obligacje amerykańskie w większym stopniu funkcjonują na rynkach międzynarodowych. Jaki jest teraz najgorszy scenariusz?

Gdyby teraz na przykład Ludowy Bank Chin podjął decyzję, że nie chce trzymać rezerw w tych aktywach, to mogłoby mieć decydujące znaczenie. Chiny są właścicielem prawie 10 procent długu publicznego USA. Już sam komunikat o chęci wyprzedaży obligacji byłby destabilizujący dla dolara i dolarowych obligacji. Mogłoby to wprowadzić USA na „grecką” ścieżkę (do której i tak zmierzają).

Ten najgorszy scenariusz może się spełnić?

Raczej nie. W interesie merkantylistycznych Chin jest zachować status quo. Radykalne załamanie finansów publicznych w Stanach odbiłoby się na wartości dolara. Takie osłabianie dolara nie leży w interesie Chin, ponieważ jest to gospodarka zorientowana na dotowanie eksportu (między innymi mocnym dolarem i słabością krajowej waluty). Na pewno taka decyzja nie zapadnie ze względu na obniżony rating. Dlatego decyzję S&P należy traktować jako punkt pewnego trendu w kłopotach amerykańskich finansów publicznych. Kolejny sygnał o tym, że nie jest dobrze.

Ci, którzy finansują amerykański dług, ufają Ameryce?

Tak, ponieważ Ameryka, to wciąż najważniejsze centrum finansowe. Inwestorzy zaczęliby się pozbywać aktywów amerykańskich, gdyby stracili wiarę w to, że USA będzie w stanie sprostać swoim zobowiązaniom. Na ten moment jeszcze trochę poczekamy, choć niewątpliwie się do niego zbliżamy. Aczkolwiek wolniej niż moglibyśmy sądzić.
Proszę przyjrzeć się przykładowi Grecji. Inwestorzy zauważyli kłopoty greckich finansów publicznych zanim doszło do znaczącego obniżenia ich ratingów. Agencje niejako były spóźnione w stosunku do inwestorów. Jedno z drugim nie jest sztywno powiązane.

A gdyby oprócz S&P rating obniżyła np. agencja Fitch, która także wielokrotnie ostrzegała amerykański rząd?

Byłby to kolejny punkt w trendzie. Następny podmiot wydałby sygnał ostrzegawczy. Gdyby Warren Buffet wyszedł z chorągiewką i powiedział: „Stany mogą zbankrutować”, to czy to coś zmienia w amerykańskiej gospodarce? (zrobił coś przeciwnego). Wszystko zależy od posiadaczy instrumentów finansowych. Kryzysowa sytuacja, z którą dziś mamy do czynienia, trwa od 2007-08 roku. Aktywa z błędnymi inwestycjami zostały przejęte przez bank centralny, a banki dostały w zamian za to obligacje rządowe (o mniejszym stopniu ryzyka). Jednocześnie rozpoczęto rozdmuchane programy fiskalne, zwiększające deficyt i zadłużenie. W wyniku tych zmian sektor publiczny przejął na siebie zobowiązania sektora prywatnego.

Ogromne straty sektora aktywów prywatnych są dziś w finansach publicznych. Sektor prywatny zamiast być zorientowanym na akumulację kapitału i zwiększanie produkcji, jest zorientowany na otrzymywanie pomocy transferowej. Zatrudnienie zasobów przestaje być dla gospodarki produktywne i staje się biurokratyczne. W trakcie tego zamieszania agencje zaczynają kwestionować, czy rząd będzie w stanie spłacić dług, skoro ten wzrósł o kilkadziesiąt procent.

A perspektywy wzrostu gospodarczego nie wydają się optymistyczne. To, co obecnie robią amerykańskie władze, Departament Skarbu i Fed, druk pieniądza i zwiększanie wydatków budżetowych, było już wypróbowane kilkanaście lat temu w Japonii. I nie przyniosło pozytywnych rezultatów. Na wiele lata wprowadziło gospodarkę japońską na ścieżkę pełzającej recesji z pseudoożywieniami, mniej więcej takiej, którą obserwujemy od drugiej połowy 2007 roku. Niektórzy uparcie wierzą w to, że wielokrotnie zawodzący lek być może kiedyś w końcu zadziała inaczej niż dotychczas.

Rozmawiała Katarzyna Kozłowska

Dr Mateusz Machaj jest głównym ekonomistą Instytutu Misesa, oraz pracownikiem Instytutu Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły