• Prof. Tadeusz Kowalik, PAN

Niskie płace hamują rozwój państw

20.05.2010
Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w kwietniu 3398 zł, licząc r/r wzrosło o 3,2 proc. – podał GUS. Ale dynamika wzrostu spada. Płace były o 2,7 proc. niższe niż w lutym. - Gdy pada argument, że w Polsce płace muszą być niskie, bo utrzymujemy wielu emerytów i rencistów, to należy odpowiedzieć: mamy ich tylu głównie dlatego, że prowadzono politykę niskich płac. Niskie płace negatywnie wpływały na kulturowy i zawodowy poziom pracowników.

Tadeusz Kowalik, polski ekonomista i działacz społeczny o poglądach socjalistycznych (c) PAP/Leszek Szymański/


Dość powszechnie przyjmuje się, że kapitalizm sam z siebie i w każdych warunkach jest dynamiczny i innowacyjny. Zapewniać wzrost i postęp techniczny, jeśli nie ma przeszkód, ma nawet nie kapitalizm, lecz coś znacznie bardziej ogólnego – gospodarka rynkowa czy w ogóle rynek. Z takimi założeniami przystąpiono w 1989 r. do restauracji kapitalizmu w Polsce.

Ale taki kapitalizm, kapitalizm pionierski należy do przeszłości, choć nawet w XIX wieku był mocno wspierany przez państwo. Kapitalizm dojrzały bez wewnętrznych lub zewnętrznych bodźców rozwoju karleje. Bodźcem zewnętrznym była rywalizacja z alternatywnym systemem komunistycznym, rodzącym poczucie zagrożenia. Rywalizacja pomiędzy „realnym socjalizmem” i kapitalizmem zmusiła ten system do wyścigu, zwłaszcza gdy Rosjanom udało się wyprzedzić Amerykę w podboju kosmosu. Wystrzelenie sputnika wywołało w USA prawdziwy szok: rewolucję w edukacji, nauce, technologii, ekonomii. Powstało wiele modeli (teorii) wzrostu. Polityczny filozof niemiecki Peter Sloterdijk (2009) pisze, oczywiście z zamierzoną przesadą, że Zachód zawdzięcza państwo opiekuńcze Józefowi Stalinowi.

Również na poziomie przedsiębiorstw trwa (nie pozbawiona iluzji pieniądza, czyli złudzenia, że nominalne podwyżki płac przekładają się na wzrost płac realnych, oraz innych mitów) walka o podział nadwyżki pomiędzy zyski i płace, a personalnie – między światem kapitału i pracy, między przedsiębiorcami i pracownikami. Przed perspektywą wymuszenia wzrostu płac przedsiębiorcy bronią się za pomocą postępu technicznego, maszyn wypierających robotników lub poskramiających ich apetyty. To, co wielu ideologów kapitału uważa za szkodliwą roszczeniowość, spełniało rolę motoru postępu. Taki był sens koncepcji „sił przeciwważących” (countervailing power) J. K. Galbraitha (1953). I sens podobnego stwierdzenia Davida Osta, że żywotność kapitalizmu zależy nie tyle od tego, jak jest legitymizowany, ile raczej od tego, jak jest kontestowany.

Oczywiście, to myśl Amerykanina nawykłego do kapitalizmu kontrarystycznego.

Europa, zwłaszcza kraje skandynawskie, Niemcy, a potem Japonia dowiodły, że i kapitalizmowi można narzucić system kooperacyjny, niejako „do podziemia” spychając permanentny konflikt między kapitałem i pracą. Przez ponad dwa dziesięciolecia te właśnie kraje świetnie się rozwijały. A i teraz kraje skandynawskie radzą sobie najlepiej, łącząc najwyższy poziom zabezpieczenia społecznego z najnowocześniejszą gospodarką (opartą na wiedzy). Dwaj austriaccy uczeni nazwali  je centres of excellence in Europe, poważnie zastanawiając się, czy nie one właśnie przygotowują  dla Europy A New Economic model (Aiginger, Landesman, 2002).

Po owocach ich poznacie

Polska w 1989 roku miała przed sobą wiele możliwości i wiele dróg rozwoju.

„Byłe kraje socjalistyczne rozpoczęły wędrówkę, mając przed sobą wiele dróg. Nie ma tylko dwóch dróg. (…) U początków podróży byłych krajów socjalistycznych można wyrazić nadzieje, że będą one kierowały się nie tylko wąskimi kwestiami ekonomicznymi (…) ale także szerszym zespołem ideałów, które motywowały wielu twórców tradycji socjalistycznej. Może niektóre z tych krajów wejdą na drogę mniej uczęszczaną, co może odmienić życie nie tylko ich, ale nas wszystkich” (Stiglitz 1990 i 1994).

Niestety, nie stało się tak. Dążąc do wcielenie w życie czystej doktryny rynku, stworzono ład społeczny jak najkonsekwentniej sprzeczny z powyższymi ideami.

Społeczne konsekwencje obranej formy transformacji znalazły swój wyraz w następujących cechach nowego ładu.

Po pierwsze, Polska doświadczyła najwyższej w tak długim czasie stopy bezrobocia zarówno pośród krajów Unii Europejskiej, jak i w Europie Środkowej. Już w pierwszej połowie lat 90. bezrobocie osiągnęło 16 proc. zarejestrowanych, a w szczytowym momencie 20 proc.  Po chwilowym spadku w wyniku wejścia do Unii Europejskiej, znów doświadczamy wysokiego bezrobocia z tendencją do jego wzrostu. A przecież spora część bezrobotnych nie widzi sensu rejestrowania, bo po co, skoro tylko nieznaczna ich mniejszość ma prawo do zasiłku z tego tytułu?

Porażające było traktowanie wkraczającego na rynek pracy najliczniejszego i najbardziej wykształconego pokolenia jak ciężaru, dopustu bożego. W żadnym kraju UE bezrobocie wśród młodzieży nie przekroczyło 40 proc. W Polsce wynosiło 43 proc. przed wejściem do UE i obecnie znów zbliża się do tego niechlubnego rekordu. Jest to jeden z wielu symptomów świadczących o tym, że elity władzy przyzwyczaiły się do wysokiego bezrobocia, a proponowane środki nie zapowiadają na najbliższe lata nawet zahamowania wzrostu tej prawdziwej klęski społecznej o wielorakich konsekwencjach.

Bezpośrednim skutkiem tych zaniedbań stała się masowa emigracja zarobkowa – o największej skali w czasie pokoju. Tylko cynizm lub niewiedza mogłyby skłaniać do obrony tezy, że korzyści z tego masowego exodusu przewyższają straty.

Po drugie, transformacji towarzyszy bardzo wysoki poziom ubóstwa, znacznie większy niż w innych krajach Europy Środkowej. W dziesięcioleciu przed akcesją PKB wzrósł o ponad jedną trzecią  i w tym samym czasie liczba osób żyjących poniżej biologicznego minimum egzystencji wzrosła niemal trzykrotnie, przekraczając  4 miliony. Wyrazem najjaskrawszym i najbardziej brzemiennym w dalekosiężne skutki jest duża liczba dzieci żyjących poniżej linii ubóstwa – 26 proc. Niedawno UE wytknęła to Polsce. Przed obecną recesją i spowolnieniem sytuacja się poprawiła, ale znów mamy objawy narastania tej patologii w kraju przecież już o średnim poziomie rozwoju. Bezpośrednią przyczyną tego stanu rzeczy jest jeden z najniższych w UE udziałów w PKB wydatków Polski na zabezpieczenia społeczne, a zwłaszcza najniższy ich udział na świadczenia dla dzieci, bezrobotnych, pomoc mieszkaniową i inną pomoc społeczną (Hagemejer, 2009). Najniższy jest też udział wydatków na aktywną politykę walki z bezrobociem. Co jest dobitnym wyrazem pasywności władz polskich albo wskaźnikiem kultu państwa minimalnego.

Po trzecie, nastąpiła drastyczna pauperyzacja chłopstwa i wsi, która zdobyła sobie przydomek przechowalni bezrobotnych. Przez znaczną część dwudziestolecia dochody nie wielkoobszarowych rolników utrzymywały się w okolicach połowy dochodu sprzed systemowej transformacji.

Po czwarte, Polskę charakteryzuje jeden z najwyższych w Europie wskaźników nierówności dochodowych, wyrażających się z jednej strony w dużym biegunie ubogich, a z drugiej – w powstaniu wielkich fortun, najczęściej na styku sfery publicznej i prywatnej. Według Stanisławy Golinowskiej (2008) – mamy najwyższy wskaźnik Giniego w UE z wyjątkiem Portugalii. Zaś porównania z innymi krajami Środkowej Europy brzmią wręcz niewiarygodnie. Jak pokazali ostatnio dwaj autorzy (Przychodzeń, Przychodzeń, 2009), często używany wskaźnik nierówności dochodowych Giniego w Czechach, na Słowacji i w Słowenii jest ciągle jeszcze niższy niż Polski sprzed ustrojowej transformacji, a tylko nierówności Węgier osiągnęły ówczesny poziom  Polski. Upada więc tak często podnoszony argument, że nasze rozpiętości dochodowe są uwarunkowane potrzebami wydajności.

Po piąte, katastrofalny spadek budownictwa mieszkań dla mniej zamożnych. Powszechną praktyką jest drogie budownictwo dla klasy średniej i wyższej. W konsekwencji powstały dwie kultury życia o cechach dziedzicznych, dwie odmienne społeczności, odgrodzone od siebie wysokimi parkanami, pękiem kluczy, liczną policją prywatną i elitarnymi szkołami i ekskluzywnymi gabinetami zdrowia.

Dalej należałoby wymienić: systematyczne ograniczanie i zachwianie stabilności państwa opiekuńczego, przewagę XIX-wiecznych stosunków pracy w nowo powstałym (poza częścią sprywatyzowanych firm państwowych) sektorze prywatnym i wreszcie zjawisko korupcji i klientelizmu, objawiające się ze szczególną siłą w procesach prywatyzacji.

Te właśnie fakty, zjawiska, procesy traktuję jako osobliwości konstytuujące system,  które będą nam towarzyszyć przez wiele, wiele lat.

Szczycimy się, że w czasie transformacji PKB wzrósł o ok. 80 proc. Mniej więcej tyle wzrosła też wydajność pracy. Wszelako płace realne rażąco pozostawały w tyle. Spychane były w dół przez wysokie bezrobocie oraz brak skutecznego oporu związków zawodowych, zwłaszcza „Solidarności” osłabionej przez rozciągnięcie parasola nad planem Balcerowicza. Płace odzyskały poziom sprzed transformacji dopiero w okolicach 2000 r. A niskie płace jako wygodna podstawa konkurencyjności nie zachęcały przedsiębiorców do postępu technicznego. Niskie płace to ograniczony popyt, a więc i marne perspektywy zyskowności inwestycji. Są zatem antywzrostowe i antyzatrudnieniowe.

Gdy więc pada argument (o dziwo, niekiedy nawet z ust ludzi lewicy), że w Polsce płace muszą być niskie, bo utrzymujemy wielu emerytów i rencistów, to należy odpowiedzieć: mamy tylu ich głównie dlatego, że prowadzono politykę niskich płac. Dodajmy, że po stronie pracowników niskie płace negatywnie wpływały na ich kulturowy i zawodowy poziom.

Wyobraźnia ekonomiczna starych i nowych elit politycznych

Najważniejszą przyczyną takiego wyboru drogi transformacji, a  tym samym wzorca nowego ładu była, w moim przekonaniu, niesprzyjająca jakiejkolwiek „trzeciej drodze”, skrajnie zmitologizowana wyobraźnia społeczno-ekonomiczna nowych elit politycznych oraz znacznej części polityków dawnego układu. Oto najważniejsze składniki tej wyobraźni, niekiedy publicznie formułowane:

1. Przekonanie, że gospodarki państwowego socjalizmu, w tym polską, cechował daleko idący egalitaryzm. Przejście więc do gospodarki rynkowej musiało oznaczać radykalny wzrost zróżnicowania dochodów. Nie zdawano sobie sprawy, że egalitarna ideologia miała mało wspólnego z rzeczywistością. Już w latach 70. i 80. dochodowe nierówności były tu znacznie wyższe niż we wszystkich krajach skandynawskich i nie niższe niż w większości pozostałych krajów zachodnioeuropejskiego kontynentu, za wyjątkiem krajów śródziemnomorskich.

2. Przekonanie, że Polska przechodzi fazę pierwotnej akumulacji kapitału. Konieczne jest więc przyspieszenie powstawania prywatnych fortun jako źródła akumulacji. Transformacja, a zwłaszcza prywatyzacja nie mogą być sprawiedliwe. Zwykle mawiano, że to czas tworzenia fundamentów gospodarki rynkowej, czyli jak najszybciej muszą się pojawić bogaci, klasa średnia. Jednym z fundamentów miała być możliwie wysoka prywatna akumulacja kapitału, tworząca podstawę szybkiego wzrostu gospodarczego, a więc i bogacenia się społeczeństwa. W celu zwiększenia efektywności konieczna jest „elityzacja systemu płac” (Boni 1997).

Nawet tak surowy krytyk planu Balcerowicza jak Grzegorz Kołodko jeszcze w końcu lat 90. wierzył, że: „radykalna zmiana mechanizmów podziału jest instrumentem dalszej akumulacji bogactwa. To zaś tworzy podstawy nowej klasy średniej i wyższej, bez których system rynkowy w ogóle nie mógłby istnieć (…) Jeśli polityka nastawiona jest na kreowanie nowej klasy średniej, a dochody w tym czasie spadają, to ubóstwo musi wzrosnąć. Z makroekonomicznego punktu widzenia jedną z charakterystycznych cech transformacyjnego załamania jest transfer części dochodów z warstw biednych do zamożnych”. Według tego autora to „zadanie być może trudniejsze niż podczas podobnego procesu historycznego, jakim była akumulacja pierwotna, ponieważ trwa poważne załamanie lub nawet depresja” (Kołodko 1999). Trudno ostatnie zdanie interpretować inaczej niż jako akceptację, nawet w czasie recesyjnego załamania, transferu zasobów z warstw biednych do zamożnych.

3. Wiara, że jeśli rynek zostanie uwolniony z ograniczeń administracyjnych, to będzie sprawiedliwie wynagradzał wszystkie czynniki produkcji, a więc także pracę, czyli według ich rzeczywistego wkładu w tworzeniu bogactwa. Rynek bowiem, jak to ujęło dwóch naszych czołowych socjologów, „jest w istocie merytokracją”, czyli „rynek wyrównuje szanse (…) daje lepsze szanse lepszym” (Domański, Rychard 1998). O wiele lepiej rozumiał tę kwestię konserwatywny liberał, J.M. Keynes, który podkreślał, że kapitalizm cechują dwie wady: niezdolność do pełnego zatrudnienia oraz „dowolny i społecznie niesprawiedliwy podział bogactwa i dochodów” (Keynes, [1936] 1956).

4. Przeświadczenie, że nasza gospodarka jest przesocjalizowana, że udział wydatków państwa w dochodzie narodowym jest w Polsce znacznie wyższy niż w krajach o podobnym poziomie rozwoju. Wyciąga się stąd wniosek, że należy dążyć do ograniczenia wydatków państwa na cele socjalne  (chociaż wobec wyżej przytoczonych niechlubnych rekordów naszego kraju jest bardziej niż oczywiste, że dalsze ograniczenia transferów socjalnych muszą pogorszyć jakość pracy). Temu przede wszystkim miały służyć reforma służby zdrowia oraz emerytur i rent oraz formalna i nieformalna prywatyzacja edukacji.

5. Przekonanie, bodajże o największych konsekwencjach, że do gospodarki rynkowej wiedzie droga „szokowej operacji”, niemal jednorazowy skok. A przecież taka strategia uniemożliwia powstanie zdrowych instytucji rynkowych. W jej wyniku może powstać tylko chory rynek i chore państwo, cherlawy kapitalizm. To właśnie mając na myśli, były wiceprezydent Banku Światowego, noblista (Stiglitz, 2001) porównał szokową terapię do „kulturalnej rewolucji chińskiej” i rewolucji bolszewickiej.

6. I wreszcie mit „skoku do Europy” oraz wywodzące się z tradycji judeochrześcijańskiej przekonanie, że prowadzą do niej daleko idące wyrzeczenia. Bodajże najlepiej wyraził konieczność wyrzeczeń jeden z najbardziej wpływowych liderów nowej władzy, Bronisław Geremek: „Rozumiejąc trudności, przed jakimi postawił nas plan Balcerowicza, wiedziałem, że w rzeczywistości jest to jedyna droga dająca Polsce szansę uzyskania miejsca w europejskim porządku gospodarczym (…) bez wyrzeczeń i to wyrzeczeń poważnych, nie mieliśmy szans pokonać tego dystansu, który nas dzielił od progu umożliwiającego rozpoczęcie procesów integracyjnych. Wiedziałem też, że na tej drodze musimy poruszać się bardzo szybko, bo Europa nie miała przecież zamiaru na nas czekać, więc także ów wymarzony próg minimum stawał się coraz wyższy” (Geremek 1990). Dodajmy, że i propagandzie  nt. akcesji do eurolandu często towarzyszy wezwanie do nowych wyrzeczeń. Potrzeba zaś wyrzeczeń jednych powstrzymywała od podjęcia starań nad odbudową silnych związków zawodowych, a innym wręcz nakazywała złamanie ich oporu.

7. Totalny zanik znajomości trwałego wkładu do nauki ekonomii J.M. Keynesa i M. Kaleckiego. Na podstawie własnych obserwacji w kraju i za granicą (spędziłem ok. 10 lat w ośrodkach naukowych 6 krajów zachodnich) oraz rozmów z gośćmi zagranicznymi mogę stwierdzić, że w żadnym ze znanych mi krajów reaganizm i thatcheryzm nie dokonał takiego spustoszenia w umysłach ekonomistów i polityków gospodarczych jak w Polsce.

Obecnie jest oczywiste, że postępowanie według „zasad” brytyjskiej pierwotnej akumulacji kapitału wraz z masowym zubożeniem i wyzyskiem musi oznaczać „zubożenie” kapitału ludzkiego. Jest więc antyrozwojowe. Podobnie antyrozwojowy charakter ma polityka ograniczania państwa opiekuńczego. Nie byliśmy i nie jesteśmy w fazie pierwotnej akumulacji kapitału. Przeciwnie, Polska – kraj o średnim szczeblu uprzemysłowienia – doświadczyła daleko idącej doktrynalnej dezindustrializacji. Akumulacja kapitału jest podstawowym warunkiem rozwoju gospodarczego, ale jej źródłem nie muszą być oszczędności gospodarstw domowych. Głównym źródłem inwestycji są w takich gospodarkach nierozdzielone zyski przedsiębiorstw (głównie w formie spółek) oraz budżet państwa.

Nawet w powojennych Niemczech Zachodnich inwestycje państwa przez szereg lat dorównywały wielkością inwestycjom prywatnego biznesu, a niekiedy (w latach 1953-1954) je przewyższały. W ostatnim półwieczu zostały uprzemysłowione liczne kraje (w Europie kraje skandynawskie i Austria, a w Azji Japonia, Tajwan) bez zubożenia znacznych grup ludności. A na przykład w Finlandii nie ma bogaczy typu anglosaskiego. Udział wydatków socjalnych w Polsce dorównuje przeciętnej w UE, bierze się to jednak z masowej dezaktywizacji społeczeństwa. Wskutek tego liczba socjalnych klientów kasy państwowej gwałtownie wzrosła, ukrywając bezrobotnych wśród emerytów i rencistów, którzy dominują jako beneficjenci transferów socjalnych.

W nie swojej roli

Są podstawy, by twierdzić, że czynnikiem decydującym okazała się wyjątkowo wielka rola paru jednostek w tym szczególnym momencie historii roku 1989. Powołanie ekipy gospodarczej rządu Tadeusza Mazowieckiego okazało się brzemienne w decyzje określające kierunek dalszego rozwoju Polski oraz kształt nowego ładu społeczno-ekonomicznego.

Początkowo mogło się wydawać, że wybory 4 czerwca 1989 roku były zwycięstwem reprezentacji silnego, ogarniętego ideą samorządności ruchu pracowniczego ruchu – powtórzmy – w swej podstawie socjaldemokratycznego. A tymczasem poczynając od tego zwycięstwa, latem owego roku ujawnił się i dokonał prawicowy zwrot, w wyniku którego powstał jeden z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społeczno-ekonomicznych w Europie drugiej połowy XX wieku. Robotnicza rewolta znalazła swe zwieńczenie w epigońsko-mieszczańskiej restauracji kapitalizmu na modłę anglosaską.

W moim przekonaniu, najważniejsze decyzje podjęte zostały w trójkącie: Tadeusz Mazowiecki – Jacek Kuroń – Waldemar Kuczyński, a w tle, jako żerdź parasola osłaniającego zwrot, Lech Wałęsa. (Powołanie Leszka Balcerowicza na szefa gospodarki było już konsekwencją ukształtowania tego czworokąta personalnego). Wszyscy czterej odegrali wówczas niejako nie swoje role, narzucone przez historyczny kontekst oraz przypadki. Nie swoje w tym sensie, że na podstawie tylko nieco wcześniej głoszonych przez nich poglądów można było się spodziewać radykalnie odmiennych działań.

Tadeusz Mazowiecki, chrześcijański personalista („zdalny” uczeń J. Maritaina i E. Mouniera), chadek typu Ludwiga Erharda, autor solidarnościowej trójsyntezy jako ruchu – równocześnie niepodległościowego, chrześcijańskiego i socjalistycznego (Mazowiecki, [1988]1990) – zdobywa „wielki szacunek” konserwatysty Aleksandra Halla, „bo choć jego wrażliwość społeczna i zauroczenie robotnikami raczej skłaniało go do pójścia za sposobem myślenia Ryszarda Bugaja, jednak zdecydował się na program Balcerowicza, co było sprzeczne z jego wrażliwością, ale dobre dla Polski” (Friszke, 2002).

Jacek Kuroń, legenda lewicowej opozycji (często określany jako lewak, a dla hierarchów katolickich – trockista), demonstracyjnie zawiesza swoje poglądy na czas tworzenia fundamentów gospodarki rynkowej, popiera najpierw plan Jeffreya Sachsa, a potem angażuje się – jako minister pracy, komentator telewizyjny i inicjator Kuroniowej zupy – w realizację szokowej terapii. Z tego powodu będzie przez ponad dziesięć ostatnich lat życia sypał popiół na głowę.

Waldemar Kuczyński, który jeszcze rok wcześniej (Kuczyński, [1988]1996) deklarował się jako zwolennik gospodarki mieszanej i państwa opiekuńczego, zwalczając „restauracyjną skrajność” i „dziecięcą chorobę prawicowości”, a i później będzie mawiał, że czuje się raczej socjaldemokratą, ale z obezwładniającym dodatkiem, że „wtedy był czas liberałów”. Popierał więc „skok” J. Sachsa, wprowadzał do władz Leszka Balcerowicza,.

No i „nasz Lechu”. Przywódca robotniczy, który dba o to, by „Solidarność” nie odrodziła się zbyt mocna, bo to uniemożliwi radykalną reformę (Ławiński, 1989), a w decydującym momencie ostatecznej artykulacji programu Balcerowicza nie tylko rezygnuje z negocjacji, lecz proponuje niemal całkowite oddanie władzy rządowi. A działo się to w kraju, który był dumny z zawarcia w Gdańsku, Szczecinie, Jastrzębiu umowy społecznej; dumny z Porozumień Okrągłego Stołu, które zapoczątkowały w całym bloku komunistycznym konsensualny demontaż komunizmu.

To prawdziwie szekspirowska (tragi) komedia pomyłek, świadcząca, że światopogląd czasów płynnej ponowoczesności stał się integralną część pragmatyzmu („wtedy był czas liberałów”). W perspektywie  trzydziestu lat (1980-2010) ruch społeczny S wygrał politycznie, obalając – oczywiście przy pomocy reformatorskiej części starego układu – system realnego socjalizmu. Zaraz potem jednak Polska weszła na niebezpieczną drogę bezalternatywnej imitacji wzorca neoliberalnego, na której grabarze systemu, przemysłowi robotnicy, zostali znów zepchnięci do pozycji roboli. Ludzie S, jej aktyw, absolutnie nie byli przygotowani do sprawowania władzy. A najmniej okazał się przygotowany do tego Lech Wałęsa. Uważał, że silny ruch związkowy jest przeszkodą dla reform. Nie zdawał sobie sprawy, że gdyby skorzystano z doświadczenia szwedzkiego, to właśnie one, silne związki zawodowe mogły stać się bazą społeczną reform. Awansem (nie znając nawet treści) poparł antyzwiązkowy i antyrobotniczy program Balcerowicza.

Zignorowana lekcja szwedzka

Pierwsze kroki były wielce obiecujące. Jeszcze w wigilię wielkich wyborów systemowych uwagę polskich ekonomistów przyciągnął model szwedzki. Dziewięcioro z nich, z wiceprzewodniczącym „przyrządowej” Konsultacyjnej Rady Gospodarczej Janem Mujżelem na czele, na przełomie stycznia-lutego 1989 roku udało się na studyjną wycieczkę do Sztokholmu. Rezultatem był ponad 70-stronicowy raport wraz z paroma aneksami szczegółowymi (Konsultacyjna, 1989). Trudno zrozumieć, dlaczego wydarzenie to nie stało się punktem wyjścia dla debaty ustrojowej ani na sali obrad, ani w Porozumieniach  Okrągłego Stołu. A treść konkluzji do tego zachęcała.

Odnosząc się do modnego już wówczas hasła, by sięgać po „sprawdzone w świecie” rozwiązania, autorzy akcentują ich zróżnicowanie: „Gospodarka szwedzka funkcjonuje w warunkach ostrych rygorów efektywnościowych narzuconych przez rynek międzynarodowy. Z tego m. in. powodu nie ma w niej miejsca na paternalizm w stosunku do przedsiębiorstw czy branż trwale nieefektywnych. Jednak nawet olbrzymie programy restrukturyzacyjne, jak np. likwidacja całego praktycznie przemysłu stoczniowego, przebiegają tam w warunkach spokoju społecznego mimo stale utrzymującej się znacznej siły związków zawodowych. Tajemnica sukcesu tkwi w tym, co Szwedzi nazywają aktywną polityką zatrudnienia. Zamiast przeznaczać pieniądze na zasiłki dla bezrobotnych, najpierw szuka się możliwości pracy dla potencjalnych kandydatów na bezrobotnych (…). Radykalizm gospodarczy współistnieje w Szwecji z solidaryzmem społecznym, a filozofia rozwiązywania sytuacji konfliktowych jest zaprzeczeniem thatcheryzmu. W Anglii likwidacja nierentownych przedsiębiorstw przeważnie pociąga za sobą wzrost bezrobocia, a co za tym idzie, strajki i napięcie społeczne. W Szwecji operacja ta przebiega w miarę bezkonfliktowo. W praktykowanej wówczas w Szwecji zasadzie „równej płacy za równą płacę”, niezależnie od kondycji firmy na rynku, autorzy dostrzegli interesujący mechanizm automatycznej restrukturyzacji gospodarki, eliminacji firm słabych i motywowania do innowacji pozostałych firm.

Przywiązując szczególną wagę do polityki przemysłowej, a w szczególności do restrukturyzacji starych branż, autorzy opracowali specjalne aneksy poświęcone konsensualnej restrukturyzacji dwóch branż: stalowej i stoczniowej. Można więc powiedzieć, że zachowali rozsądne proporcje pomiędzy opisem ustrojowych pryncypiów gospodarki szwedzkiej i palących kwestii pragmatycznych, wynikających jednakże z przesłanek modelowych.

Do Szwecji wstęp monetaryzmu i wolnorynkowej retoryki Reagana był niezwykle ograniczony. Wyraziło się to w sposobie reakcji konserwatywno-liberalnego rządu Carla Bildta na kryzys gospodarki szwedzkiej, jakiego doświadczyła w latach 1991-1994. Bezrobocie dochodziło w szczytowym momencie kryzysu do 13 proc. Jaka była reakcja władz? W 1993 roku posłużono się niebotycznym, jak na kraj wysoko rozwinięty, deficytem budżetowym. Różnica pomiędzy udziałem dochodów państwa w PKB (60 proc.) i wydatków (73 proc.), czyli deficyt sektora finansów publicznych sięgnął 13 proc. PKB. Dzięki temu właśnie, mimo bezprecedensowo wysokiego w tym kraju bezrobocia, ubóstwo nie wzrosło, nie wzrosły też znacząco nierówności dochodowe. Domorośli wolnorynkowcy zwykli są podnosić z powodu wysokiego deficytu lament: za taką lekkomyślność płaci się w długim okresie. Szwecja zaś zademonstrowała, właśnie w dłuższym okresie, niezwykłą obok Finlandii zdolność połączenia polityki wychodzenia z kryzysu z modernizacyjnym skokiem.

Potencjalnie równie ciekawym doświadczeniem jak szwedzkie mógł się też stać fenomen nieco później zwany The East Asian Miracle (World Bank, 1993). Taki tytuł nada Bank Światowy książce poświęconej „wschodnioazjatyckim tygrysom”. Doświadczenie tych krajów i ich gospodarek stanie się podstawą jednej z najgłębszych rewizji w dominującej doktrynie ekonomicznej. Japonia i Tajwan, a nieco później Korea Południowa złamały powszechne dotąd przekonanie, że ceną kapitalistycznego uprzemysłowienia musi być wzrost nierówności dochodowych, a w konsekwencji majątkowych. Wszystkie trzy kraje rozpoczęły proces przyspieszonej industrializacji od radykalnego wyrównania majątkowego i dochodowego.

Z doświadczenia tego wiceszef Banku Światowego, późniejszy noblista, Joseph Stiglitz wyprowadzi kilka lat później ważny wniosek teoretyczny. Oświadczy, że doświadczenie wschodnioazjatyckie skłania do odrzucenia przekonania, iż wczesne stadia industrializacji są koniecznie związane z narastaniem nierówności.

Potencjalnie więc przywieziony ze Szwecji raport wymierzony był przeciw przygotowywanej pół roku później pod egidą MFW szokowej operacji, funkcjonującej w oficjalnym języku jako plan Balcerowicza. Ale co z tego, skoro nawet uczestnicy owej studyjnej wyprawy, Jan Mujżel i Marcin Święcicki ani razu nie odwołali się do swego raportu podczas obrad Okrągłego Stołu, choć należeli do uczestników najbardziej aktywnych. Podobnie kilka miesięcy później, gdy ważyły się losy zasadniczego kształtu nowego ładu społeczno-ekonomicznego, dosłownie żaden z czołowych władców i autorów programu społeczno-ekonomicznego na ten raport i zalecenia nie zwrócił najmniejszej uwagi.

Emocje i idee rządzą światem

Nie tylko w Polsce, lecz również w całym bloku sowieckim dokonało się najpierw załamanie monocentrycznego ładu, utworzenie pluralistycznego systemu politycznego, a dopiero w następstwie tego załamania przystąpiono do głębokich, zasadniczych zmian systemowych w gospodarkach.

Paradoksalnie jednak zarówno w Polsce, jak i w wielu innych krajach, zastosowana została wstrząsowa recepta à la Margaret Thatcher. Dlaczego? Bo zwyciężyły nie tyle rzeczowe argumenty, co emocje skutecznie ukształtowane przez atmosferę łatwego zwycięstwa politycznego (szapkami zakidajem) oraz „ducha czasu” kształtowanego przez idee Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Bo wówczas to ich idee były w natarciu, a idee socjaldemokratyczne w odwrocie, chociaż w 1989 r. Reagan był już na emeryturze, a M. Thatcher zaledwie rok później (w końcu 1990 roku) w spektakularny sposób utraciła fotel premiera.

Dla uniknięcia nieporozumień wyjaśniam, że z tezy o dominującej roli idei i emocji wcale nie wynika, że zarówno ludzie władzy, jak i ich doradcy nie posługiwali się rzeczowymi argumentami. Twierdzę tylko tyle, że trudno powiedzieć, czyje argumenty per se były silniejsze. Zwyciężały natomiast te, które były zgodne z duchem (czy raczej światowym podmuchem) czasu. Wybory bowiem określonego ładu społecznego są wyborami opartymi na wartościach, a te nie poddają się kryteriom prawdy i fałszu. Stąd tak duża rola w ich wyborze motywów psychologicznych.

Postacią emblematyczną dla tego ducha czasu stał się prezydent Stanów Zjednoczonych, Ronald Reagan. Nie chciano dostrzegać, że swój produkt – hasło powrotu do wolnego rynku – skutecznie sprzedawał opinii zagranicznej (i części zmanipulowanej opinii amerykańskiej). Sam jednak pełną garścią sięgał szerzej niż wszyscy jego powojenni poprzednicy z Białego Domu po narzędzia interwencji państwowej (Chomsky 1999). I jeszcze gorzej. Drugą postacią emblematyczną dla tego intelektualnego zwrotu stała się Margaret Thatcher, o koncepcjach której w socjalliberalnych i socjaldemokratycznych kręgach mawiano, że to reaganomics bez impulsów rozwojowych.

Częściową odpowiedź na pytanie o przyczyny wyboru ustrojowego dokonanego w  1989 roku daje książka dwóch autorów amerykańskich (pierwszy jest noblistą) George’a Akerlofa i Roberta Shillera Animal Spirits, z wiele mówiącym podtytułem: Jak humanistyczna psychologia steruje gospodarką oraz dlaczego to jest ważne dla globalnego kapitalizmu (2009). Nie można jednak ignorować roli zbiorowych motywów psychologicznych. Wolność i procedury demokratyczne raczej ułatwiają ich działanie niż je temperują. Przypomnę parę zdarzeń, które to ilustrują.

Oto dialog, jaki się wywiązał pomiędzy Bugajem i Kuroniem podczas półtoragodzinnej perory Sachsa w Sali Kolumnowej Sejmu, na zgromadzeniu parlamentarzystów Obywatelskiego Komitetu Parlamentarnego. Kuroń wspomina: „Rysiek powiedział «Co za bzdury ten facet opowiada!» A ja na to: «Nie znam się na tym (…), ale słuchając wiem, że to rozwiązanie ma walor polityczny (…). Program może być ekonomicznie gorszy albo lepszy. Ale musi mieć polityczny walor, to znaczy przedstawiasz taki program ludziom, a oni rozumieją, co powiedziałeś, i go poprą. Jeśli uzyskasz to poparcie i potrafisz je utrzymać, to możesz zrobić najprzedziwniejsze rzeczy»” (Rozmowa… 1991). Karol Modzelewski następująco tłumaczył zauroczenie Kuronia koncepcją Jeffreya Sachsa: „bo [Sachs] na najbardziej skomplikowane problemy udzielał odpowiedzi prostych. To można było przedstawić zrozumiale. Jacek to potrafił”.

Tak więc polityczny walor i prostota zadecydowały o poparciu bardziej wizji niż programu, niezależnie od jej treści. Rolę psychologii grupowej najdosadniej ujawnił Aleksander Małachowski. Tak oto przedstawia akceptację przez Sejm planu Balcerowicza: „Byliśmy trochę jak barany prowadzone na rzeź i łatwo ulegaliśmy obietnicom polityków, mających decydujący głos w praktycznym wcielaniu w życie szkodliwych rozwiązań. Pamiętam jak łatwo, jeszcze w Sejmie Kontraktowym, zgodziliśmy się na szokową terapię Balcerowicza (…). Jedyne, na co potrafiliśmy się zdobyć, to była napisana przez Ryszarda Bugaja uchwała, stawiająca rządowi pewne warunki i wymogi co do tej terapii (…) Balcerowicz (…) i jego mentor, profesor Sachs, zwyczajnie nas, posłów bez doświadczenia, oszukali…” (Małachowski 2001). Sprzyjał temu charakter dokumentów, nad jakimi krótko i mało rzeczowo dyskutowano: tuzin projektów ustaw, których ogólny sens mogło rozumieć zaledwie parę osób.

Ekspert MFW ujawnił, że wcześniej ministrowie jednogłośnie wybrali najostrzejszy z przedstawionych przez Fundusz trzech wariantów planu. Wywołało to zdziwienie tego eksperta, gdyż z reguły podobne plany napotykały w krajach Trzeciego Świata na znaczny opór, wydłużający negocjacje, zmuszający do ustępstw. Również Kuczyński informuje, że negocjacje z Funduszem przebiegały w atmosferze wzajemnego zrozumienia.

Na drodze do obrachunku?

Dwudziesta rocznica początku przemian ustrojowych przyniosła nową porcję apologetycznych enuncjacji na temat planu Balcerowicza i polskiej transformacji jako nadzwyczajnego sukcesu. W tych warunkach niełatwo byłemu premierowi, którego liczni apologeci stawiają na wysokim cokole, dokonywać publicznego obrachunku. Z tym większym uznaniem trzeba podkreślić, że Mazowiecki nie poddał się tym hagiograficznym nastrojom. Właśnie przy tej okazji wypowiedział na UW opinię najbardziej z dotychczasowych samokrytyczną: „Mocno bolało, ale być musiało. Gdybym wiedział, że bezrobocie wzrośnie do 19 proc., długo bym się zastanawiał nad decyzjami o transformacji gospodarczej” (Wroński, 2009).

Ale mamy tu także wspomniany mit ś.p. UW. Były premier wyraził przy tej okazji opinię na temat klęski PGR-ów: „Nam się zdawało, że jeśli damy szansę ludziom, aby wzięli ziemię i zaczęli na niej gospodarować, to tak zrobią. Okazało się jednak, że w PGR-ach pracowali robotnicy rolni, którzy nie chcą być na swoim i nie potrafią myśleć kategorią gospodarstwa”. Dla specjalistów rolnych, a mieliśmy ich wielu na bardzo wysokim poziomie, to oskarżenie jest oczywistym absurdem. PGR-y niemal z dnia na dzień, mocą ustawy z listopada 1991 roku, zlikwidowano, a „inwentarz” przekazano nowo utworzonej agencji, kierowanej przez jednego z najbardziej zapalonych prywatyzatorów, Adama Tańskiego. A był to rok dna zapaści. Zniszczone zostały oszczędności prywatne, państwo dodrukowywało pieniądze, łatając wielką dziurę budżetową. Radykalnie podniesiono stopę procentową od pożyczek. W tych warunkach możliwości skorzystania z kredytów były zerowe.

Mazowiecki nie zdaje sobie sprawy, że pomysł przekazania PGR-ów pracownikom musiałby być wielką operacją logistyczną, stwarzającą realną możliwość przekształcenia robotników w gospodarzy. Dały przykład Chiny, gdzie w latach 80. ub.w. dokonano skutecznego przejścia od komun bardziej jeszcze rygorystycznych niż polskie PGR-y do gospodarki zespołowej i prywatnej. Ale tam tworzono najpierw Town-Vilalge-Enterprises (TVE), miejsko-wiejskie przedsiębiorstwa o charakterze zbliżonym do spółdzielni. Od tego zaczęło się ożywienie i przyspieszenie gospodarcze. Gdyby chciano podobnie postąpić z PGR-ami, to musiano by się odwołać do „odpartyjnionych”  samorządów pracowniczych, zapewnić finansową pomoc państwa, organizacyjną pomoc władz lokalnych itp. Proces uwłaszczania „pegeeriuszy” musiałby trwać kilka lat. Towarzyszyć temu musiałaby pomoc państwa, sprzyjać ogólna atmosfera polityczna, a nie ta niekorzystna dla spółdzielczości, dla wspólnych form działania.

Nade wszystko jednak ujawniła się tu podstawowa wada polskiej „szokowej terapii”. Wyznaczano cele, a nie zastanawiano się nad drogami ich realizacji, ignorowano procedury transformacji, zdając się na mityczny rynek. Na tę wadę wielokrotnie, obsesyjnie wręcz, wskazywał, wieloletni ekspert MFW, dr Marcin Wyczałkowski (2004), który zasypywał polskie władze swoimi memorandami i propozycjami. I głównie dlatego określił polski skok w rynek jako „Samosierrę”. Natomiast kręgi dawnej Unii Wolności czy szerzej – nowe elity polityczne, nadal tkwią w przekonaniu, że jej oświeceni działacze mieli dobre programy, ale zetknęły się one z murem niezrozumienia pasywnego i zacofanego społeczeństwa, pozbawionego zdolności dostrzeżenia swych bardziej długofalowych interesów. Błąd działaczy miałby polegać tylko na tym, że nie umieli przekonać społeczeństwa do ich racji.

Wojtczak na siebie bierze winę Balcerowicza i Bieleckiego

Ale i wśród nich dochodzi do głosu sumienie, Kuroń przestaje być tym jedynym. Michał Wojtczak to były biznesmen i wpływowy wiceminister w ekipie Balcerowicza. Po wylewie i spędzeniu parę lat w szpitalach oraz stworzeniu imponującego ośrodka dla niepełnosprawnych, zapytany przez Krystynę Naszkowską, czy był draniem, odpowiada: „20 lat temu w rządzie Mazowieckiego odpowiadałem za restrukturyzację rolnictwa i wiem, że przeze mnie kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy ludzi z dawnych pegeerów znalazło się na bruku, praktycznie bez środków do życia. Nie mogę o tym zapomnieć, bo ile razy jestem na terenach dawnych pegeerów, to widzę, do czego to doprowadziło […] Należałem do sześcioosobowego  rządowego zespołu ds. reformy gospodarczej kraju […]. Mogłem powalczyć, a praktycznie zgodziłem się na koncepcję Balcerowicza […] Intuicja podpowiadała mi, że robimy źle. Mogłem przekonywać Balcerowicza, a jakby mi się nie udało, odejść z rządu. Tylko tak należało się zachować” (Wojtczak, Naszkowska, 2009).

Gdy pierwszy raz Balcerowicz odszedł z rządu, publicznie wyraziłem nadzieję, że po przemyśleniu, nabraniu dystansu stanie się drugim polskim Eugeniuszem Kwiatkowskim. Dziś już na to za późno. Ale zawsze ma szansę dołączyć do swoich dawnych współpracowników – Jacka Kuronia, Michała Wojtczaka, swego doradcy Jeffreya Sachsa, który obecnie głosi poglądy bliższe św. Franciszkowi niż jemu.

Wywody powyższe zmierzały do wykazania, że o zasadniczych decyzjach wyznaczających kierunek polskiej transformacji ekonomicznej i podstawy nowego ładu społecznego decydowały mniej przemyślenia i profesjonalnie opracowane programy niż skłonność do „kawaleryjskiej szarży”, połączona z ograniczoną wiedzą. To sprawiało, że popularne w Polsce, nawet podsuwane przez socjalliberałów amerykańskich rozwiązania typu socjaldemokratycznego, na przykład szwedzkie czy austriackie, zostały kompletnie zignorowane.

Prof. Tadeusz Kowalik
Od 1993 r. w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Wykładowca w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego. Profesor nauk humanistycznych i ekonomii. Badania naukowe prowadził  m.in. na uczelniach w Genewie, Szwajcarii, Cambridge, Kalifornii i Los Angeles. Wykładał m.in. na uniwersytetach w Toronto, Oksfordzie, Nowym Jorku. Jest autorem wielu książek i publikacji poświęconych przemianom gospodarczym i społecznym.
Założyciel Unii Pracy i Stowarzyszenia Studiów i Inicjatyw Społecznych. Jeden z najbardziej znanych krytyków reform Balcerowicza i polskiego modelu transformacji.

Bibliografia

Aiginger  K., Landesman M, (2002), Competitive economic performance: USA versus EU, Wiedeń

Akerlof G., Shiller R. (2009), Animal spirits. Oksford, Princeton

Baka W. (2007), Zmagania z reformą. Warszawa, Iskry

Balcerowicz L. (1992), 800 dni. Szok kontrolowany. Warszawa, BGW

Beksiak J., Jędraszczyk A., Gruszecki T., Winiecki J. (1990), Zarys programu zmian stabilizacyjnych i zmian systemowych, Warszawa

Boni M. (1997), Zróżnicowanie dochodów. Stare nawyki, nowe wyzwania. „Gazeta Bankowa”, 16 lutego

Bruno M. (1992), Stabilization and Reform in Eastern Europe: a preliminary evaluation, „IMF working paper” nr 92/30. Waszyngton

Brus W. (1974) Uspołecznienie a ustrój polityczny. Wydawnictwo Aneks Upsala

Brus W. (1985) Feasible and viable? The New Left Review, nr 1/153

Brus, W. (1987) Demokratyzacja a efektywność gospodarcza: spojrzenie po dziesięciu latach. „Dwadzieścia jeden”, nr 5

Brus W. (1989), Refleksje o postępującej nieoznaczoności socjalizmu. W: Jasińska A., Wesołowski W. (red.) Demokracja i socjalizm. Wrocław-Warszawa-Kraków, Ossolineum

Brus W. (1990), Zmora reformowania socjalistycznego systemu ekonomicznego, „Teoria Ekonomii”, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, nr 4 (20)

Brus W., Łaski K. ([1989]1992), Od Marksa do rynku,  Warszawa, Państwowe Wydawnictwo Naukowe

Domański H., Rychard A. (1998), Nowe społeczeństwo klasowe?, rozmowa R. Krasowskiego i J. Ostrowskiego. „Życie”, 20 marca

Chomsky N. (1999), Power In the global arena. „The New Left Review”, nr 230

Eysymont E. (1992), Odejście tyrana. „Spotkania”, 8 stycznia

Friszke A. (2002), Polityka i wartości. „Rzeczpospolita”, 18 kwietnia

Gadomski W. (2010), Dojrzewanie do Balcerowicza, „Gazeta Wyborcza”, 20-21 luty

Gardawski J. ( 2009), Polska pracująca a kryzys fordyzmu, Warszawa

Geremek B. (1990), Geremek odpowiada Żakowski pyta. Warszawa, wydawnictwo Plejada

Golinowska S. (2008), Diversity and Communality In European Social Policies: The Forging of a European Social Model, polska wersja streszczenia książki,  Warszawa

Gomułka S. (1990) Stabilizacja i wzrost. „Gospodarka Narodowa”, maj

Gotz-Kozierkiewicz D. (1989) Jakie podatki płacą Szwedzi? „Wektory Gospodarki”, nr 9/10

Hagemejer K. (2009), Polityka celów, środków i miar, „Dialog”, nr 3-4

Hayek F.A. (1996), Droga do zniewolenia. Kraków, Arcana

Keynes J. M. ([1936] 1956), Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza. Warszawa

Kołodko G.W. (1999), Od szoku do terapii. Warszawa, Poltext

Konsultacyjna Rada Gospodarcza (1989), Model szwedzki. Warszawa, tekst powielony

Kowalik T. (2001), Why the Social Democratic Option Failed: Poland’s Experience of Systemic Change. W: Glyn, A. (ed.) Social Democracy in Neo-liberal Times. Oxford. Oxford University Press

Kowalik T. (2005), Systemy gospodarcze. Efekty i defekty reform i zmian ustrojowych. Warszawa, Fundacja Innowacja

Kowalik T. (2009), www.TRANSFORMACJA POLSKA.pl, Warszawa, Wydawnictwo MUZA

Krajewski A. (1991), Balcerowicz kandydatem do Nobla. „Gazeta Wyborcza”, 28 czerwca

Kuczyński W. (1992), Zwierzenia zausznika. Warszawa, Oficyna Wydawnicza BGW

Kuczyński W. ([1988]1996), Kłopoty z socjalizmem. W: Kuczyński W., Agonia socjalizmu, Warszawa, Wydawnictwo Rzeczpospolita

Kuroń J. (1991), Moja zupa. Warszawa, Oficyna Wydawnicza BGW

Kuroń J. (1994), Rzeczpospolita dla każdego. „Życie Gospodarcze”, nr 21

Kuroń, J. (1997), Siedmiolatka, czyli kto ukradł Polskę. Wrocław, Wydawnictwo Dolnośląskie

Kuroń J. (2001), Trzech na jednego, „Zdanie”, nr 1-2

Lutkowski K. (1989), Z czym do Funduszu. Powinniśmy przekonać MFW, że Polska wymaga odmiennego traktowania. „Polityka – Eksport – Import”, nr 19, 20 września

Łagowski B., 2010, Historia alternatywna, „Przegląd”, 5 kwietnia

Łaski K. (1989) Jak z jajecznicy zrobić jajko. „Życie Gospodarcze”, nr 52-53

Ławiński P. (1989), Ile wytrzymacie? „Tygodnik Solidarność”, 29 września

Małachowski A. (2001), Łzy się cisną do oczu. „Przegląd”, nr 11

Mazowiecki, T. (1990) Spotkania chrześcijaństwa z ideami socjalistycznymi i kontrowersje między nimi. W: Wesołowski, W. (red.) Losy idei socjalistycznych i wyzwania współczesności. Warszawa, PTWzKR

Mazowiecki, T. (2004), Na początku jest pustka, wywiad T. Torańskiej. „Gazeta Wyborcza”, 18-19 września

Modzelewski, K. (1993), Dokąd od komunizmu? Warszawa, BGW.

Michnik A. (1993), Gdzieś we wschodniej części Europy, rozmowa W. Guzika, W. Beresia, K. Burnetki i A. Romanowskiego z… „Tygodnik Powszechny”, nr 35

Mills C. W. (1970), The Sociological Imagination, Oksford

Przegląd (1989), Kto tu rządzi. „Przegląd Tygodniowy”, nr 38

Przeworski A. (2009), Demokracja to nierówność, wywiad M. Nowickiego. „Dziennik – Europa”, 30-31 maja

Przychodzeń J., Przychodzeń W. (2009), Szara strefa a nierówności dochodowe w gospodarkach posocjalistycznych, „Master of Business Administration” nr 2 (97)

Rozmowa redakcyjna (1991), Podziały w Solidarności. Dlaczego? „Życie Gospodarcze”, nr 21

Sachs J., Lipton, D. (1989), Memorandum on Current Economic Issues. 5 sierpnia, wydruk komputerowy, z archiwum S. Gomułki

Sachs J. (2009), Nauka przetrwania, wywiad J. Żakowskiego. „Polityka”, nr 4

Soros G. (1989 a), A Plan for Poland (revised draft submitted for comments), 14 lipca, z archiwum S. Gomułki

Soros G. (1989 b), A Plan for Poland, 30 sierpnia, z archiwum S. Gomułki

Soros G. (1989), Wybrać musi społeczeństwo, wywiad. „Życie Gospodarcze”, 24-31 grudnia 1989

Stiglitz J. (1990), Whither socialism, wykłady na Uniwersytecie Sztokholmskim, tekst powielony, Sztokholm

Stiglitz J. (1997), The role of government in economic development (keynote address), W: Annual World Bank Conference on Development Economics. World Bank, Washington D.C

Stiglitz J. (2004) Ekonomia sektora publicznego. Warszawa, WN PWN

Stiglitz J. (2001), Development thinking at the Millennium. W: Pleskovic, B., Stern, N. (eds.) Annual World Bank Conference on Development Economics 2000. World Bank, Washington D.C

Wesołowski W. (red.) (1990), Losy idei socjalistycznych i wyzwania współczesności. Warszawa, PTWzKR

Wojtczak M. (2009), Odkupienie, wywiad Krystyny Naszkowskiej, „Gazeta Wyborcza, Duży Format” 18 grudnia

World Bank (1993), The East Asian Miracle. Washington

Wróblewski A. K. i in. (1998), Raport „Polityki”: Bieguny bogactwa i biedy. „Polityka”, nr 20

Wałęsa, L. (1989), Oświadczenie, Dajmy rządowi uprawnienia nadzwyczajne. „Gazeta Wyborcza”, 13 grudnia 1989.

Wroński, P. (2009), Mocno bolało, ale być musiało. Gdybym wiedział, że bezrobocie wzrośnie do 19 proc., długo bym się zastanawiał nad decyzjami o transformacji gospodarczej. „Gazeta Wyborcza”, 6-7 czerwca

Wyczałkowski, M. (2004), Życie człowieka kontrowersyjnego. Warszawa, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne



Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test