• Jacek Adamski, dyrektor departamentu ekonomicznego PKPP Lewiatan

Po 2012 roku czeka nas kilkuletni marazm

08.02.2010
Rząd zakłada optymistycznie, że uda się wejść do strefy euro już w 2013 lub 2014 roku, choć teraz nie mamy oficjalnej daty akcesji. Mnie to się wydaje  niemożliwe; chyba że są plany głębokich cięć wydatków, ale ja nic o tym nie wiem. Przy okazji jednak powiem, że ograniczanie deficytu nie powinno być ekonomicznym bożkiem.

Copyright by A


Minister finansów przygotował nowy program konwergencji. Realny, Pana zdaniem?

Zacznę od tego, że Polska ma obowiązek prawny aktualizacji programu konwergencji, wynika to z układów europejskich. W tym roku sytuacja jest nieco inna, gdyż od 2009 roku Polska została przez Unię objęta reżimem nadmiernego deficytu, bo na podstawie danych za 2008 rok deficyt finansów publicznych przekroczył 3 proc. PKB, czyli próg wyznaczony  przez kryteria z Maastricht. Automatycznie więc trafiliśmy do grona państw z nadmiernym deficytem. Jesteśmy jednym z 16 takich krajów we Wspólnocie.

Na razie trudno mówić o programie konwergencji, gdyż nie został on jeszcze upubliczniony. Pojawiały się tylko nieoficjalne informacje w prasie, oficjalnie znamy tylko założenia wzrostu PKB, opracowane przez ministra finansów. Ciekawa rzecz, że nie potwierdziły się informacje o fenomenalnym wzroście 3,5 proc. PKB, czy nawet 4 proc. PKB. Wiemy, że na 2010 rok przewidziano dwie prognozy: optymistyczną z 3 proc. PKB i pesymistyczną z 2,7 proc. Dla mnie te widełki są zbyt wąskie, mieszczą się błędzie statystycznym.

Z pewną nieufnością podchodzę do tych liczb. Z drugiej strony pamiętajmy, że 1,2  proc. PKB to  nadal aktualna prognoza wzrostu gospodarczego na ten rok zapisana w budżecie państwa. Ten optymistyczny wariant z 3 proc. lokuje się w górnej ćwiartce prognoz niezależnych ośrodków ekonomicznych, konsensus mówi o 2,5 proc. PKB, czyli to lekko poniżej założeń ministra. Oczywiście są i takie prognozy, które utrzymują, że tegoroczny wzrost gospodarczy w Polsce sięgnie 4 proc., ale należą one do rzadkości. Moim zdaniem rząd chce nieco lepiej przedstawić rzeczywistość niż ona naprawdę wygląda, przynajmniej na podstawie obecnie dostępnych informacji. Wiadomo po co rząd to robi.

Po co?

W momencie, gdy przewidujemy wyższy wzrost gospodarczy w kolejnych trzech latach, to wartość nominalna PKB będzie wyższa, w  związku z tym w wyniku dzielenia długu publicznego przez wartość PKB mamy szanse nie przekroczyć konstytucyjnego poziomu 60 proc. Wiemy, że w programie konwergencji zapisano, że w 2011 roku osiągniemy ponad 55 proc. Jeśli tak by się stało, to zgodnie z przepisami – o tym dowiemy się z komunikatu ministra finansów w maju 2012 r. – czekają nas ostre konsekwencje dla budżetu w 2013 roku, czyli już po wszystkich wyborach.

Przekroczenie 50 proc., czyli tzw. pierwszego progu, nie będzie mieć większego znaczenia, bo oznacza, że kolejny deficyt budżetowy nie może być większy niż poprzedni. Nikt tego nawet nie zauważy. W tym roku rząd założył, że deficyt sięgnie 52 mld zł, tymczasem wszyscy zgodnie mówią, że będzie on znacznie mniejszy, czyli przyjęto go z dużym zapasem, właśnie po to, aby tworzył bazę na przyszły rok.
Ale już przekroczenie drugiego progu nie będzie takie bezbolesne.
Z programu konwergencji wynika, że ten moment będzie odsunięty w czasie. Tymczasem niektórzy ekonomiści uważają, że już w tym roku przekroczymy ten próg. Moim zdaniem jest to bardzo prawdopodobne.

W takim układzie w 2011 roku minister finansów musiałby ogłosić tuż przed wyborami parlamentarnymi, że kolejny budżet będzie już zrównoważony.

Nie do końca zrównoważony. Konsekwencją przekroczenia progu 55 proc. jest zakaz zwiększania relacji długu publicznego do PKB, czyli przyjęty budżet nie może powodować wzrostu zadłużenia. A to zależy też od salda potrzeb pożyczkowych państwa, teoretycznie można sprzedawać aktywa, przyspieszać prywatyzację.

A społeczne konsekwencje jakie będą?

Wydatki socjalne raczej nie ucierpią, bo gros z nich to wydatki sztywne, a tych, jak wiadomo, nie można ciąć bez zmiany ustaw. Pierwszą ofiarą przekroczenia 55 proc. będą  inwestycje prorozwojowe, czyli na przykład dofinansowanie inwestycji europejskich. Będziemy się cieszyć z autostrad czy dróg szybkiego ruchu, które zostaną zbudowane do 2012 roku, potem czeka nas kilkuletni marazm.

A może jednak wzrost gospodarczy będzie szybszy i do tego nie dojdzie? Już raz minister Rostowski miał rację, jeśli chodzi o wzrost PKB.

Rzeczywiście, twierdził, że wzrost gospodarczy Polski w 2009 roku wyniesie 1,7 proc., a będzie znacznie szybszy niż na to wyglądało na początku 2009 roku.
Może i tym razem ma rację.

Pomoże w tym plan reform przedstawiony przez premiera?

Program konsolidacji finansów, niestety, nawet w tytule ma słowo propozycje, co pomniejsza jego rangę. Wiemy, że to nie program rządu, co więcej, trudno określić jego charakter, gdyż nie ma on cech normatywnych. To są jakby propozycje do dyskusji, dwie bardzo ważne, o dużych konsekwencja gospodarczych i politycznych. Chodzi o zapowiedzianą kontynuację reformy emerytalnej, służb mundurowych i KRUS. O dziwo, w przypadku tych pierwszych nie widzę jakiś specjalnie negatywnych reakcji.

Związkowcom się nie podobają.

Ale trudno, by było inaczej. Awantur nie ma, gdyż rozwiązanie dotyczy osób, które dopiero zdecydują się na służbę w 2012 roku. W żaden sposób to nie dotyka już zatrudnionych, co jest zgodne z poczuciem sprawiedliwości społecznej.

Tylko że na zbawienne efekty trzeba będzie długo czekać.

Jeśli chcemy być państwem prawa, tylko tak można postępować. Korzyści dla finansów publicznych będą widoczne po latach, ale najważniejsze, że będą.

Niczego szybciej nie można zrobić?

Druga mocna propozycja premiera to zróżnicowanie sytuacji uczestników KRUS, czyli żeby ci najbogatsi przedsiębiorcy rolni – kilkusettysięczna rzesza – którzy faktycznie są już od dawna częścią gospodarki rynkowej, powoli byli włączani do normalnego systemu opodatkowania  i zabezpieczenia społecznego.

PSL jest niechętna reformie KRUS, właśnie wicepremier Pawlak stwierdził, że lepiej zlikwidować ZUS. Proponuje, by wszyscy przeszli do rolniczej kasy.

Chyba żeby przekładać pieniądze z kieszeni do kieszeni. To propozycja polityczna, żartobliwa. W programie PO mówi się o konkretnym rozwiązaniu. Ale być może jest ono nie do zrealizowania  w tym układzie rządowym. Wiadomo jednak, że w tę stronę trzeba iść. Być może duża część naszego rolnictwa powinna być objęta pomocą społeczną, ale na miłość boską nie całe rolnictwo.

Dług będzie zatem rósł, powinniśmy się bać?

Nie dramatyzowałbym naszej sytuacji. Jeśli chodzi o poziom długu jako procent PKB, to według szacunków Unii Europejskiej w 2009 r. wynosił on 51,7 proc., dziś wiemy, że było to ciut poniżej 50 proc. To jeden z najlepszych wyników Wspólnoty. Włochy mają 114 proc., Niemcy 73 proc., Francuzi 76 proc. Nie mówmy więc o katastrofie, owszem zadłużenie rośnie, ale na tle Europy wypadamy dobrze. Natomiast nie jest możliwe, by w ciągu 2-3 lat zahamować wzrost zadłużenia.

W ekonomii mówi się, że rządy powinny prowadzić politykę antycykliczną, czyli jak mamy gospodarczą koniunkturę, trzeba ograniczać wydatki, oszczędzać. Niestety, politycy bardzo lubią rozdawać pieniądze. W Europie tylko jeden kraj umie stosować zasadę antycykliczności – to Szwecja. Jej dług sięga 42 proc., a zadłużenie nie rośnie. W tym kraju działa ustawowa reguła budżetowa, która mówi, że w czasie koniunktury muszą mieć 1 proc. nadwyżki budżetowej w stosunku do PKB. Szwedzi to naród zdyscyplinowany. Teraz mają deficyt budżetowy, bo musieli w kryzysie ratować banki, ale szybko z tego wyjdą.

W Polsce koniunkturę końca lat 90. i 2003-2007 przesypialiśmy, politycy okazali się przyjaciółmi ludu, rządzący prowadzili ekspansywną politykę wydatkową. Nie oszczędzano, w efekcie rósł deficyt strukturalny, a właśnie w tamtym czasie cięcia byłyby stosunkowo mało bolesne społecznie. Dlatego teraz mamy deficyt strukturalny plus wynikający ze złej koniunktury. Tego nie da się wyprostować w ciągu dwu lat. To tak , jakby ktoś na dużym statku chciał zmienić kurs w dwie sekundy. Tego nie da się zrobić.

To kiedy, Pana zdaniem, finanse publiczne nie będą nam przeszkadzać w wejściu do strefy euro?

Rząd zakłada optymistycznie, że uda się to już w 2013 lub 2014 roku, choć teraz nie mamy oficjalnej daty akcesji. Mnie to się wydaje  niemożliwe, chyba że są plany głębokich cięć wydatków, ale ja nic o tym nie wiem. Przy okazji jednak powiem, że ograniczanie deficytu nie powinno być ekonomicznym bożkiem.

Właśnie w Kanadzie skończył się szczyt grupy G7. Przedstawiciele najbogatszych państw świata uznali, że w tym roku nie wycofają się z działań stymulujących gospodarkę. Poświecili więc równowagę w finansach na rzecz podtrzymania wzrostu gospodarczego. To świadoma decyzja.  Pamiętajmy, że są kraje, które tego odkładać nie mogą, oprócz trzech państw bałtyckich – robią niesamowicie bolesne cięcia; mamy Irlandię i Islandię, oba realizują oszczędnościowe programy gospodarcze. Mamy też Grecję, której rząd też zapowiada reformy, mimo niechęci obywateli.

Polska do tej grupy nie należy, być może w tym roku jeszcze nie należy robić u nas radykalnych cięć, co nie znaczy, że można zaprzestać podejmowania kroków o długookresowym działaniu, takich jak reforma emerytalna.

Porządkować finanse trzeba, by wejść do strefy euro, bo polskim przedsiębiorcom będzie się to opłacać. Dostaną silną i stabilną walutę, spadną ich koszty transakcyjne, zyska na tym cała gospodarka.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test