Biometria pomoże zaoszczędzić Indiom pieniądze publiczne

27.05.2012
Pod koniec 2012 roku już 200 mln mieszkańców Indii będzie w stanie wykazać, że oni to oni. Realizowany szybko, choć nie bez przeszkód projekt polega na budowie bazy danych odcisków papilarnych oraz tęczówek obywateli. Cyfrowy zapis tych cech osobniczych pomoże m.in. zmniejszyć skalę kradzieży i wyłudzeń w ramach zwalczania biedy.
(CC BY The US Army)

(CC BY The US Army)

(CC BY The US Army)

W relacji do globalnych liderów Indie to nadal państwo położone poza pierwszym i drugim kręgiem bogactwa. Kraj buduje się jednak – dosłownie i w przenośni – na potęgę. Jednak mimo olbrzymiego postępu w najróżniejszych dziedzinach, setki milionów obywateli nie mają żadnego dokumentu tożsamości, a tym samym możliwości potwierdzenia choćby swojego adresu. Pozostawieni poza wiarygodną ewidencją tworzą ogromną liczbę osób wykluczonych. Nie mogą otworzyć rachunku w banku i skorzystać z najdrobniejszej choćby pożyczki.

Są też inne skutki – w państwie, w którym, wedle słów premiera Singha, dwie piąte dzieci jest niedożywionych, aż dwie trzecie produktów żywnościowych dystrybuowanych przez rząd trafia do złodziei zamiast do głodnych. Jeden z powodów, to właśnie brak możliwości identyfikacji najuboższych beneficjentów państwowej pomocy. Są to głównie wieśniacy. Mieszkańcy wsi i osad noszą bardzo często jedno i to samo nazwisko.

Władze wydają rocznie 8 mld dol. na subsydiowanie ziarna dla najuboższych, w tym przede wszystkim dla ludzi bez jakichkolwiek dowodów, praw jazdy, czy legitymacji. Wskutek machinacji, polegających np. na wykazywaniu w sprawozdaniach z prac interwencyjnych robotników-widmo (ghost-workers), ta „wdowia” pszenica lub ryż przechwytywane są przez aferzystów. Aż prosiło się, żeby w sukurs przyszedł jakiś cud. Tak się złożyło, że na podorędziu był i jest indyjski cud informatyczny.

Pro publico bono na biznesowej „emeryturze”

Nandan Nilekani był 30 lat temu jednym z 7 współzałożycieli, a przez kilka lat (do 2009 r.) szefem jednej z najbardziej rozpoznawanych i cenionych firm informatycznych świata.

Mowa o Infosys Technologies z centralą w Bangalore. Roczne przychody koncernu, ze sprzedaży w bezpośrednich okolicach, sięgają 7 mld dol., a  grupa biura ma praktycznie na całym świecie. Osobisty majątek, urodzonego w 1955 r., pana Nilekani, magazyn Forbes oszacował ostatnio na 1,4 mld dol. Nawet gdyby Nilekani był tylko w jednej setnej tak bogaty, stać by go było, aby poświęcić część swego czasu i potencjału intelektualnego na rzecz rodaków. W tym względzie nie zawiódł ziomków.

Po odejściu z Infosys, N. Nilekani przyjął posadę szefa Urzędu ds. Jednoznacznej Identyfikacji (Unique Identifiction Authority of India), w randze członka rządu. Jego zadaniem jest stworzenie najpotężniejszej w skali globalnej i jednocześnie najbardziej zaawansowanej biometrycznej bazy danych. Ma ona zapewnić bezbłędną identyfikację obywateli za pomocą połączenia informacji zawartych w unikalnych liniach papilarnych i niepowtarzalnych cechach tęczówek.

Projekt należy do kategorii przedsięwzięć publiczno-prywatnych. Partnerzy to rząd centralny i rządy stanowe, a z drugiej strony prywatne firmy z sektora IT. Zajmują się one „zdejmowaniem” odcisków palców i robieniem zdjęć tęczówek oraz przetwarzaniem pozyskanych obrazów na dane cyfrowe.

Przedsięwzięcie ogromne i skomplikowane, także politycznie.  Indie to chyba najbardziej zbiurokratyzowane państwo świata, borykające się w dodatku z plagami klientyzmu, korupcji, etatyzmu, szowinizmu, silnych animozji na tle religijnym. Dochodzi do tego nieodpowiedzialność partii politycznych i opieszałość  w dziedzinie cywilizacyjnej. Nadal np. obowiązują w Indiach przepisy, że oficjalna komunikacja między urzędami, czy na linii urząd – firma musi odbywać się na papierze. Wziąwszy to pod uwagę, większość obserwatorów skazała projekt na niepowodzenie. Początkowo szło zgodnie z ostrzeżeniami niedowiarków.

Aadhaar przyspiesza

Na początku 2011 r. zarejestrowało się jedynie kilka milionów chętnych, a z tego numery identyfikacyjne, wraz z „zaszytymi” w nich danymi biometrycznymi, otrzymał ledwo milion osób – czyli raczej mało. Nikt nie zna prawdziwej liczby, ale utrwalił się dość mocny konsensus, że Indie zamieszkuje obecnie ponad 1,2 miliarda ludzi.

Wystarczył rok, aby projekt UID (od unique identification), określany w Indiach jako Aadhaar, nabrał niesłychanego tempa. W styczniu 2012 r. liczba osób, opisanych biometrycznie w systemie, przekroczyła 110 mln, a liczba wniosków o przystąpienie do programu sięga obecnie już 200 mln.

Ponieważ zapisuje się teraz po 20 mln nowych chętnych miesięcznie, to zdaniem Nilekani, w końcu 2012 r. na listach osób z numerem identyfikacyjnym Aadhaar oraz starających się o udział w systemie znajdzie się łącznie 400 mln. Z kolei premier Manmohan Singh, wyczekujący jak kania dżdżu jakiegokolwiek sukcesu, liczy, że do czasu następnych wyborów powszechnych w 2014 r. własne sekwencje identyfikacyjne będzie miała ponad połowa dorosłych obywateli państwa.

Skutki mają być w wielu dziedzinach dla Indii zbawienne. Ostatnie 10 lat to ekspansja państwowej pomocy dla biednych, przekazywanej w formie rzeczowej. Najmniej pożytku mają z takiego wsparcia najbardziej potrzebujący. Władze stanu Karnataka podały w styczniu br., że zmiana zasad, polegająca na wypłacie zasiłków na konta bankowe zamiast w formie np. przydziałów żywności, pozwoliła na usunięcie ze stanowych rejestrów ok. 2 mln tzw. robotników-widmo. Zatrudniano ich rzekomo do prac porządkowo-interwencyjnych na terenach wiejskich.

Przekręt tu, przekręt tam – kontrasty mają się w Indiach czym żywić. A że kraj duży, to i zyski z szemranej działalności wielkie. Nie dziwi w tych okolicznościach bardzo silny opór przed „oczyszczaniem wody w stawie”.

Rząd Indii zatrudnia ok. 20 mln osób. Są przesłanki, że powodzenie projektu UID/Aadhaar może postawić pod znakiem zapytania sens dalszego utrzymywania co najmniej kilku milionów etatów. Zainteresowani porażką projektu mogą więc stanowić wystarczającą siłę, by zablokować doprowadzenie do końca przedsięwzięcia, które stwarza możliwości „ubankowienia”, „urynkowienia” i w ogóle włączenia do współczesnej cywilizacji setek milionów osób.

Wielu się modli o porażkę

Zarówno po stronie rządowej, jak i opozycyjnej trwają zabiegi, żeby Aadhaar spalił na panewce lub w najgorszym razie nie rozwinął się zanadto.

W rządzie „ruchowi oporu” przewodzi wpływowy minister spraw wewnętrznych Palaniappan Chidambaram. Mówi się, że minister nie może przeboleć, że Aadhaar bezapelacyjnie wygrywa rywalizację z tamtejszym (także biometrycznym) Peselem, budowanym właśnie przez MSW. System tego resortu skupiony jest jednak wyłącznie na kwestiach szeroko rozumianego bezpieczeństwa państwowego. Nosi adekwatną do celu nazwę National Population Register (NPR) i do końca ub.r. objął jedynie 8 mln obywateli. Nie jest też żadną tajemnicą, że szef MSW jest od lat rywalem ministra finansów (Pranab Mukherjee), kojarzonego z UID.

Zdefiniowani i zdeklarowani przeciwnicy oraz tzw. „pożyteczni idioci” uciekają się do wszelkich możliwych sposobów by Aadhaar wstrzymać. W parlamencie czujnością wykazał się stały komitet ds. finansów, przyjmując raport twierdzący, że Aadhaar to projekt „nieprzemyślany i pochopny, prowadzący donikąd, w ogóle źle ułożony i jako taki nadający się jedynie do zamknięcia”. Pojawiają się także zarzuty dotyczące braku wystarczających zabezpieczeń sfery prywatności, tak jakby było to największe zmartwienie ludzi, którzy nie wiedzą czy nazajutrz będą jedli, a nocą tłoczą się w 10 osób w jednym pomieszczeniu.

Gdy te argumenty nie trafiają do przekonania, mówi się i pisze o tym, że lepiej jeśli matki dostają mąkę, ryż i paliwo (w racjach przetrzebionych najpierw przez tabuny złodziei), niż pieniądze (do wypłacenia na podstawie sekwencji UID w wiejskim bankomacie). Dlaczego? Ponieważ nie będą w stanie obronić gotówki przed mężami, potrzebującymi kasy na alkohol i inne męskie przyjemności.

Na szczęście, efekty tego łzawego gadania są na razie znikome. W styczniu br. zawarty został nawet rozejm między N. Nilekani a ministrem Chidambaram’em, który polega m.in. na tym, że dane z Aadhaar będą mogły być wykorzystane przez NPR.

Biliony rupii przez mini bankomaty

W marcu prasa w Indiach informowała, że w następnym budżecie mają znaleźć się środki na zakup ok. miliona mini bankomatów, z funkcjami wypłaty, wpłaty, przelewu środków między rachunkami oraz informacji o stanie kont. Pilotaż tej części projektu rozpoczął się już we wschodnim stanie Jharkhand (Kraina Lasów), zamieszkałym przez 33 mln osób żyjących na powierzchni ok. 80 tys. km kw.

Użytkownik będzie podawał swój numer identyfikacyjny oraz podda się momentalnemu odczytowi swoich cech biometrycznych. Pomyślna weryfikacja tożsamości będzie podstawą wydania należnego przydziału żywności i gazu LPG w jednym z 550 tys. punktów racjonowania lub wypłaty zasiłku w gotówce z mini bankomatu.

Tamtejsi producenci kalkulują, że jeden mini bankomat na potrzeby Aadhaar może kosztować od 10 tys. do 20 tys. rupii.  Efekt skali może jednak zmniejszyć ten koszt nawet do ok. 5 tys. rupii, czyli ok. 100 dolarów. Przez bankomaty programu Aadhaar może zaś przejść początkowo 3 bln rupii rocznie, a docelowo nawet 5 bln rupii, czyli ok. 100 mld dol. Kwoty są niebagatelne, dobrze oddają sens i zakres projektu.

Eksperci z Indii i z zagranicy wskazują, że znaczenie UID/Aadhaar, tworzonego na indyjską modłę, ujawnia się w pełni dopiero wtedy, gdy projekt rozpatruje się nie w kategoriach bezpieczeństwa państwa, a w świetle jakości, kosztów i rozmiarów usług państwa świadczonych mieszkańcom.

Jeśli już o kosztach mowa, to Nandan Nilekani podał niedawno, w wywiadzie dla stacji telewizyjnej NDTV, że wytworzenie sekwencji identyfikacyjnych dla 600 mln mieszkańców Indii będzie kosztowało ok. 180 mld rupii, czyli 3,6 mld dol. Sześć dolarów na głowę to stawka bardzo skromna. Jeśli koszty nie wzrosną wyraźnie będzie to wielki sukces. Jeśli zaś wzrosną z powodu usprawnień dotyczących bezpieczeństwa danych i prywatności – też źle nie będzie.

Jan Cipiur


Tagi


Artykuły powiązane