Chińsko-amerykański deficyt zaufania

06.08.2014
Zakończone niedawno spotkanie Dialogu Strategicznego i Gospodarczego (Strategic and Economic Dialogue, S&ED) między USA i Chinami przyniosło ogromne rozczarowanie. Obydwie strony stoją przed olbrzymimi wyzwaniami, ale brakowało na nim strategii. A to, co miało uchodzić za dialog, było serią przemówień i ściśle opracowanych tematów do poruszenia.
John Kerry, sekretarz stanu podczas szóstej rundy Dialogu Strategicznego i Gospodarczego (zdjęcie z domeny publicznej)

John Kerry, sekretarz stanu podczas szóstej rundy Dialogu Strategicznego i Gospodarczego (zdjęcie z domeny publicznej)

John Kerry, sekretarz stanu podczas szóstej rundy Dialogu Strategicznego i Gospodarczego (zdjęcie z domeny publicznej)

Co najważniejsze, nie odnosiły się one w ogóle do mającego coraz bardziej destrukcyjne skutki deficytu zaufania, który stanowi najistotniejsze od 25 lat zagrożenie dla stosunków chińsko-amerykańskich.

Okoliczności spotkania były trudne. Departament Skarbu USA po raz kolejny uskarżał się na kurs chińskiej waluty, która w pierwszej połowie 2014 roku osłabła wobec dolara o 2,4 proc. – choć przez poprzednie osiem i pół roku umocniła się wobec niego o 37 proc. Amerykański Departament Stanu oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych Chin były natomiast uwikłane w wojnę słów, związaną z narastającymi sporami o tereny i szlaki morskie na Morzu Południowochińskim.

Najciemniejsze chmury pojawiły się jednak na froncie bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni. Dwa miesiące przed S&ED Departament Sprawiedliwości USA wysunął wobec pięciu oficerów Chińskiej Armii Ludowej (PLA) 31 oskarżeń – od oszustw komputerowych i hakerstwa po kradzież tożsamości oraz szpiegostwo gospodarcze. W odpowiedzi na to Chiny zawiesiły uczestnictwo w dwustronnej wojskowej wymianie informacji o zagrożeniach w sieci. Jednocześnie echo rewelacji o wszechogarniającym zakresie amerykańskiego szpiegostwa w sieci rozeszło się od Kapitolu po Berlin, co spowodowało pojawienie się przepisów, nastawionych na kontrolowanie nie objętej na ogół nadzorem amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, a także rzuciło cień na niezmiernie istotne stosunki amerykansko-niemieckie.

Oskarżenia i kontroskarżenia w sprawach dotyczących cyberprzestrzeni skupiają się przede wszystkim na motywach. Stany Zjednoczone od razu odróżniają szpiegostwo komercyjne od wojskowego. Dla Chin jednak takie rozróżnienie brzmi nieszczerze.

Chińskie władze nie widzą bowiem wielkiej różnicy między zagrożeniem dla sieci ze strony NSA i ze strony PLA, zwłaszcza że ingerencja USA w sieć również nastawiona jest na zagraniczne firmy, negocjatorów handlowych oraz przywódców międzynarodowych – czyli wszystkich bezpośrednio lub pośrednio zaangażowanych w działalność komercyjną. To moralne dzielenie włosa na czworo jest zresztą ostatecznie mniej istotne niż wzajemnie obwinianie się, które stanowi widoczny przejaw pogłębiającego się po obydwu stronach braku zaufania, będącego efektem destrukcyjnej fazy współuzależnienia Chin i USA.

Z uwagi na ten kontekst trudno się dziwić, że S&ED dał tak mało. Wojsko obydwu krajów nie wznowiło wymiany informacji dotyczących bezpieczeństwa w sieci. Szczególne rozczarowanie przyniosły natomiast rokowania w sprawie dwustronnego traktatu inwestycyjnego – wzajemnie korzystnego, opartego na przepisach rozwiązania, które oznaczałoby początek długiego procesu otwierania rynków obydwu krajów na nabierające w coraz większym stopniu charakteru globalnego firmy z USA i z Chin. Rok temu w rokowaniach traktatu inwestycyjnego pojawił się zachęcający przełom. W tym roku mamy zastój, gdyż rozpoczęcie szczegółowych negocjacji co do branż, które byłoby z niego wyłączone – „listy negatywnej”, która zawsze wywołuje kontrowersje – odroczono do 2015 roku.

Odwlekanie decyzji w tej sprawie stanowi problem, bo oznacza, że będzie się ona bezpośrednio wiązać z nadchodzącą kampanią wyborów prezydenckich – a jest to okres, w którym zawsze następuje nasilenie sporów o Chiny. Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę, że Kongres jest spolaryzowany i dysfunkcyjny, to widać, że ramy czasowe zawarcia amerykańsko-chińskiego traktatu inwestycyjnego zaczynają przypominać trwający całą dekadę i zakończony w 2001 roku proces przyjmowania Chin do Światowej Organizacji Handlu. Dla obydwu krajów byłoby to niedobre, zwłaszcza, że przed każdym z nich stoją obecnie pilne wyzwania gospodarcze.

Gdy w tydzień po S&ED byłem w Chinach, w kręgach oficjalnych aż huczało o nowych możliwościach wzrostu, jakie stwarza przestawianie gospodarki na usługi. Wyraźnie uznano, że na tym froncie dokonuje się znaczący postęp, zwłaszcza że trzeci sektor (usługi) już trzeci kolejny rok rozwija się szybciej niż drugi (przetwórstwo i budownictwo) – to zaś wystarczy, żeby usługi stały się po raz pierwszy najważniejszym sektorem w gospodarce Chin.

A powinien się on jeszcze bardziej powiększyć. Na razie znajdujący się w stanie embrionalnym chiński sektor usług odpowiada około 47 proc. PKB. To znacznie mniej niż w krajach o średnim poziomie dochodu, gdzie jego udział sięga zwykle 60-65 proc.

Chińskie władze rozumieją przy tym, że bez zdolności, systemów doświadczenia i skali działania, jaką zapewniają działający globalnie wielonarodowi dostarczyciele usług, dalszy marsz w kierunku gospodarki usługowej zostanie zatrzymany. A któż mógłby to wszystko zapewnić lepiej niż USA – największa i najbardziej konkurencyjna gospodarka usługowa świata?. Można by pomyśleć, że skoro USA przeżywają kolejny rok słabych wyników ekonomicznych, to ta dodatkowa szansa wzrostu znajdzie odzew wśród amerykańskich uczestników S&ED.

Niepokojący jest fakt, iż przywódcy zarówno USA, jak i Chin nie potrafili rozpoznać wzajemnych korzyści z traktatu inwestycyjnego. Skoro obydwa kraje spowalniają reformy, które mają wyraźnie charakter „wygranej dla każdego” [win-win], oznacza to, że albo przywiązują one niewielką wagę do potrzeby wzrostu albo że nie chcą podejmować tego pilnego zadania, bo chcą najpierw uporać się z dzielącym je i coraz bardziej zdradliwym brakiem zaufania.

Podejrzewam, że w grę wchodzi to ostatnie. Przywódcy obydwu krajów rozumieją wyzwania wzrostu. Żaden z nich jednak nie wykazuje skłonności do zajęcia się narastającym deficytem zaufania, jaki pojawił się w ostatnich latach wskutek problemów związanych z bezpieczeństwem w sieci. Powody wzajemnych zarzutów są bowiem oczywiste: obydwa kraje dopuszczają się hakerstwa – i obydwa tracą kontrolę nad własnymi hakerami. Dziś jednak gdy świat jest wewnętrznie wzajemnie powiązany, nasilenie zjawiska hakerstwa w sieci w ogóle zwiększa się w tempie wykładniczym.

Jeśli zatem USA i Chiny mają ponownie zająć się innymi ze stojących przed obydwoma krajami wyzwaniami geostrategicznymi i ekonomicznymi, muszą zaakceptować wspólną odpowiedzialność za uporanie się z napięciami, dotyczącymi bezpieczeństwa w sieci. Niepowodzenie lipcowego S&ED to sygnał ostrzegawczy, a także kolejna oznaka tego, że wzajemne stosunki zmierzają w złym kierunku. Utrzymanie tego kursu nie wchodzi w grę.

Stephen S. Roach, członek zwyczajny wydziału w Yale University i były przewodniczący Morgan Stanley Asia, jest autorem książki „Unbalanced: The Codependency of America and China” (Nierównowaga: współuzależnienie Ameryki i Chin).

© Project Syndicate, 2014

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane