Rousseau: Chiny nie są krajem komunistycznym

16.03.2012
- Jestem przekonany, że zdobycie pozycji światowego hegemona nie jest celem władz chińskich i mówię to będąc w pełni świadomym tego, że wiele osób uważa Chiny za państwo imperialne - mówi Jean-Marie Rousseau, ekspert w sprawach Chin, w rozmowie o strategicznych celach, polityce inwestycyjnej i relacjach Chin z USA i Europą.
Deng Xiaoping (CC By-SA sstmmd99)

Deng Xiaoping (CC By-SA sstmmd99)

Deng Xiaoping (CC By-SA sstmmd99)

Obserwator Finansowy: W rozważaniach politologów i ekonomistów coraz częściej pojawia się teza, że Chiny już wkrótce staną się największą potęgą gospodarczą świata. Czy według Pana zdobycie pozycji światowego hegemona jest celem władz chińskich?

Jean-Marie Rousseau: Jestem przekonany, że nie i mówię to będąc w pełni świadomym tego, że wiele osób uważa Chiny za państwo imperialne. Chińskie władze nie mają ambicji bycia światowym liderem.

Jakie są w takim razie główne cele, które chcą zrealizować chińskie władze, czy też motywy, którymi się kierują?

Począwszy od lat 80-tych, czyli od momentu kiedy Deng Xiaoping zdecydował o otwarciu Chin na świat, głównymi celami było zrównanie pod względem gospodarczym Chin z państwami rozwiniętymi oraz podniesienie standardu życia Chińczyków. Narzędziami do osiągnięcia tych celów miały być inwestycje zagraniczne, industrializacja i tworzenie nowych miejsce pracy. Jednym ze sloganów ery Deng Xiaopinga było „bogaćcie się”.

To jednoznacznie świadczy o tym, że Chiny nie są krajem komunistycznym. Osobiście uważam, że nie były nim już w latach 80-tych, aczkolwiek siłą dzierżącą władzę i ponoszącą całkowitą odpowiedzialną za państwo jest oczywiście nadal Komunistyczna Partia Chin, dysponująca pełnią władzy. Warto przy tym wspomnieć, że elita partii komunistycznej nie jest hermetyczna. Prywatni biznesmeni osiągający sukcesy są zachęcani do wstępowania do partii i są w niej promowani.

Dzisiejszą potęgę Chiny zbudowały w znacznym stopniu dzięki inwestycjom zagranicznym. Czy inwestorzy zagraniczni są tam ciągle pożądani?

Zanim odpowiem na to pytanie warto wspomnieć, że za znaczną częścią inwestycji „zagranicznych” stoją Chińczycy z Hongkongu, Singapuru czy Tajwanu. Tajwańczycy w istotnym stopniu przyczynili się do modernizacji prowincji Fujian, położonej po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej. Związki, które wytworzyły się w wyniku tych inwestycji są tak silne, że coraz więcej mieszkańców wyspy uważa zjednoczenie z Chinami kontynentalnymi za nieunikniony proces. A wracając do pytania Chiny coraz bardziej zdecydowanie sugerują jakie inwestycje zagraniczne są nadal pożądane, a jakie nie.

Jakie inwestycje zagraniczne Chińczycy starają się blokować, a jakie nadal chętnie przyjmują?

Chiński rząd dąży do zwiększenia konsumpcji wewnętrznej, ale jednocześnie chce, żeby krajowi konsumenci kupowali przede wszystkim produkty rodzimych firm, choćby ze względu na rynek pracy. Władze będą blokować inwestycje zagranicznych firm, które mogłyby konkurować z istniejącymi już chińskimi producentami. Ponadto akceptowane są inwestycje zapewniające transfer technologii, którą chińskie firmy mogłyby przejąć, a w przyszłości także eksportować. Niektórym przedsiębiorstwom już się to udaje. Na przykład telekomunikacyjny Huawei skutecznie konkuruje już ze światowymi potentatami nie tylko na swoim macierzystym rynku, ale z powodzeniem sprzedaje swoje produkty w Ameryce Południowej czy Afryce.

Czy w perspektywie długookresowej chiński rząd będzie dążył do utrzymania i wzmocnienia pozycji największej światowej fabryki, czy też należy oczekiwać, że Chiny będą zmierzać do osiągnięcia przewagi także w innych sektorach gospodarki?

Spodziewam się, że w coraz większym stopniu konkurować na rynku produktów zaawansowanych technologii na przykład z Koreą. Z tego zresztą powodu spodziewam się, że Chiny będą torpedować ewentualne dążenia do zjednoczenia Korei. Chińskie firmy w coraz większym stopniu będą też konkurować z firmami z Europy i Ameryki Północnej, ale to nie będzie konkurencja na wyniszczenie. Europa i Ameryka to konkurenci, ale jednocześnie partnerzy, których Chiny potrzebują.

Istotnym źródłem przewagi Chin na rynku zaawansowanych technologii jest monopol na metale ziem rzadkich. Jak do tego doszło, bo przecież Chiny nie były ich jedynym producentem?

97 proc. metali ziem rzadkich sprzedawanych na całym świecie pochodzi z Chin. To efekt strategicznej decyzji Deng Xiaopinga, a wynikała ona z trafnych przewidywań jak duże znaczenie gospodarcze będą miały w przyszłości metale ziem rzadkich. Zanim Chiny osiągnęły swoją pozycję istniało wiele kopalni na świecie wydobywających rudy ziem rzadkich, w szczególności w USA, ale ze względu na zanieczyszczanie środowiska zostały one zamknięte. Amerykanie sami zaproponowali Chinom przejęcie produkcji, a Chińczycy, z pełną świadomością zagrożeń środowiskowych, zaakceptowali to. Bardzo późno, dopiero w 2009 roku, Amerykanie i reszta świata zorientowali się, że Chiny praktycznie całkowicie zmonopolizowały produkcję.

W jakich jeszcze dziedzinach Chiny próbują budować pozycję monopolistyczną?

Takie próby są podejmowane w przypadku grafitu, z którego wytwarzany jest materiał przyszłości – grafen [metodę wytwarzania grafenu na masową skalę opracowali polscy naukowcy – przyp. autora]. Trudno stwierdzić, czy Chińczycy będą dążyć do zdobycia pozycji monopolistycznej, ale na pewno chcą mieć istotny udział w światowym rynku.

Według powszechnej opinii produkty chińskie są tanie ale jednocześnie marnej jakości. To samo mówiło się w latach 50-tych, czy 60-tych o produktach japońskich. Czy sądzi Pan, że chińskie produkty czeka podobna ewolucja, jak dobra japońskie, uznawane dziś za wyznacznik jakości w bardzo wielu branżach?

Podobny przykład możemy przytoczyć także w odniesieniu do Korei. Chyba najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest przykład chińskiej firmy Haier, producenta AGD, obecnie jednego z największych i najlepszych na świecie. Zaledwie 20 lat temu była to mała firma, której produkty były bardzo słabe. Haier osiągnął swój dzisiejszy poziom częściowo dzięki przejęciom innych firm, na przykład niemieckiego Liebherra. Niedawno firma rozpoczęła  produkcję paneli słonecznych. Spodziewam się, że w ciągu dwóch lat może być ich największym producentem na świecie. Podobnie będzie z innymi chińskimi, które będą stopniowo poprawiać jakość i konkurować ze światowymi potentatami.

Jednym z najpoważniejszych zarzutów stawianych Chinom i tamtejszym firmom jest podrabianie na gigantyczną skalę produktów markowych. Czy władze chcą ten proceder ukrócić?

Do pewnego stopnia tak, gdyż podróbki zaczęły naruszać także interesy chińskich firm promujących własne marki. Nie będą jednak zbyt energicznie ścigać firm kopiujących i ulepszających produkty najnowocześniejszych technologii, bo w ten sposób Chiny, nie ponosząc wysokich kosztów, mogą szybko dogonić kraje rozwinięte.

Chiny posiadają gigantyczne rezerwy finansowe w dolarach. Czy sądzi Pan, że kiedykolwiek mogą je wykorzystać jako broń w wojnie ekonomicznej przeciwko Stanom Zjednoczonym?

Nie sądzę, żeby Chińczycy chcieli pogrążyć Amerykę zalewając rynek dolarami ze swoich rezerw, bo jej potrzebują, jako stabilnego partnera gospodarczego, o czym już wcześniej wspominałem. Rezerwy dolarowe można uznać za broń, ale to także pułapka, gdyż ewentualne załamanie kursu dolara doprowadziłoby do gigantycznej przeceny chińskich rezerw. W interesie Chin jest więc podtrzymywanie wartości dolara, choć należy przy tym dodać, że od pewnego czasu, bardzo powoli, ale konsekwentnie, Chińczycy wymieniają rezerwy dolarowe na złoto. Niezależnie od tego procesu Chińczycy, w swoim interesie będą wspierać stabilność gospodarki amerykańskiej i są gotowi jej pomagać.

I z tego samego powodu są gotowi udzielić pomocy Europie?

Tak. Europa to wielki konsument chińskich produktów. Widać przy tym, że Chińczycy adresują swoją pomoc w sposób bardzo przemyślany. Zadeklarowali na przykład chęć kupna greckiego portu w Pireusie, bo przez ten port będą mogli sprowadzać do Europy swoje produkty. Zważywszy na słabość greckiej administracji mogą liczyć na to, że napływ chińskich towarów przez Pireus nie będzie poddany restrykcyjnej kontroli.

Czy wobec tego powinniśmy tę pomoc w ogóle przyjmować? Może powinniśmy przyjmować propozycje Chińczyków wybiórczo?

To jest bardzo poważny problem, z którym Europa musi się zmierzyć. Podobnym zagadnieniem jest także kwestia transferu technologii. Amerykanie zrozumieli już, że nie powinni sprzedawać Chińczykom całej swojej wiedzy, gdyż będą w ten sposób ich wzmacniali.

Wracając do tematyki finansowej – charakterystyczny element chińskich finansów, to nie tylko gigantyczne rezerwy, ale także znikome, w porównaniu z Ameryką, czy Europą, zadłużenie.

Budżet centralny jest w dobrej kondycji, czego nie można już powiedzieć o budżetach prowincji, które zadłużyły się w celu sfinansowania inwestycji w infrastrukturę, żeby dzięki niej pozyskać inwestorów. Jednym problemem jest skala zadłużenia, które może stanowić w przyszłości zagrożenie. Drugi to taki, że władze prowincji i przedsiębiorstwa publiczne, zaciągając długi, powodują, że małe i średnie firmy nie mają dostępu do rynku kredytowego. Koszt kredytów jest w tej chwili jedną z najpoważniejszych barier blokujących rozwój mniejszych przedsiębiorstw.

Co pewien czas słychać postulaty umocnienia juana. Czy chiński rząd w końcu ulegnie tym naciskom?

Jestem przekonany, że nie, gdyż to mogłoby osłabić konkurencyjność chińskich eksporterów. Władze będą nadal kontrolować kurs juana, a w związku z tym nie sądzę też, żeby Chińczycy dążyli, aby juan stał się walutą światową.

Jaki Chińczycy postrzegają siebie wobec świata? Czy mają poczucie wyższości?

O Chińczykach możemy na pewno powiedzieć, że są bardzo rozważni, a im bardziej czegoś pragną, tym mniej o tym mówią. Nawet jeśli mają poczucie wyższości wobec świata to na pewno nigdy nie będą go otwarcie okazywać.

Jean-Marie Rousseau jest niezależnym konsultantem firmy Territorial Intelligence and Regional Innovation Strategies z Brukseli, zajmuje się głównie analizowaniem polityki innowacyjnej w Chinach, Europie i Ameryce Południowej. Pracował w Komisji Europejskiej, a także w Programie Narodów Zjednoczonych ds Rozwoju, agendzie ONZ.


Tagi


Artykuły powiązane