Lepiej być menedżerem niż kapitalistą

25.06.2012
Lech Wałęsa dołączył do licznej grupy osób sławnych i zasłużonych, bogaczy takich jak Bill Gates, czy Waren Buffett, a także autorytetów i znakomitości z różnych dziedzin, które nie widzą lub nie chciałyby widzieć przed współczesną wersją kapitalizmu zbyt długiej przyszłości. Ludziom rozumnym doskwiera m.in. narastająca rozpiętość między najwyższymi, a niskimi dochodami.
nierownosci

CC BY-NC-ND slazgrc

CC BY-NC-ND slazgrc

Proces pogłębiających się różnic w dochodach znajduje potwierdzenie w badaniach. Za podstawowy obszar swej aktywności obrali tę dziedzinę Anthony B. Atkinson (Oxford i London School of Economics), Thomas Piketty (Paris School of Economics) i Emmanuel Saez (Berkeley). Ich dziełem jest praca pt. „Top Incomes in the Long Run of History” opublikowana w 2011 r. w Journal of Economic Literature. Wielką jej zaletą jest wykorzystanie usystematyzowanych danych z 22 państw z głównych kontynentów, pochodzących nawet sprzed 130 (Norwegia), czy 120 lat (Japonia). Jest to istotne, bowiem stanowcze wnioski wyciągane są obecnie najczęściej ze statystyk sięgających najdalej lat 70. minionego stulecia, podczas gdy zasadnicze zmiany w strukturze dochodów i podziale bogactwa dokonują się w okresie wielu i bardzo wielu dekad.

Praca przynosi trzy podstawowe spostrzeżenia:

Po pierwsze: większość państw objętych badaniem doświadczyła w pierwszej połowie XX wieku bardzo silnego spadku udziału najwyższych dochodów w dochodach ogółem. Spadki te koncentrują się w czasie wojen światowych i Wielkiego Kryzysu z lat 30. W niektórych państwach spadek ten był mniej gwałtowny i bardziej stopniowy. Widać to wyraźnie na przykładach państw nie biorących udziału w II wojnie.

Pierwsza połowa ubiegłego stulecia dopiekła zwłaszcza bogaczom czerpiącym z dochodów ze zgromadzonego kapitału, który był wówczas zasadniczym źródłem dochodów osób z najwyższego percentyla. W kolejnych grupach dochodowych obejmujących cały ostatni decyl poza ostatnim, 99-tym percentylem, większy był udział dochodów z pracy i jednocześnie mniejszy spadek udziałów dochodów wysokich w relacji do dochodów ogółem. Pierwsza połowa XX wieku była zatem okresem malejącej koncentracji bogactwa wynikającego z posiadania.

Miary rozkładu statystycznego

Jest wiele precyzyjnych definicji, ale najlepiej objaśnia przykład: jeśli dochód w ostatnim, 99-tym percentylu wynosi np. 500 tysięcy rocznie, to jeden procent populacji osiąga dochód w wysokości 500 tys. i więcej, a 99 proc. ma dochody niższe od 500 tys.

Inne miary rozkładu to decyle (skoki co 10 punktów procentowych), kwartyle (skoki co 25 pp.), a zwłaszcza mediana dzieląca populacje (szeregi statystyczne) na połowy. Kwintyle dzielą populację na 5 równych części, a w cytowanej pracy używa się także pojęcia vingtyli (skoki co 5 punktów procentowych.)

Okres krótko po drugiej wojnie światowej zaznaczył się u najmajętniejszych pogłębieniem tendencji równościowych – dochody najwyższego percentyla skupiały się ciaśniej wokół dominującej wielkości, a tym samym rozpiętości między dochodami poszczególnych bogaczy były mniejsze.

Po drugie: druga polowa XX wieku przybiera na wykresach kształt litery „U”, bowiem zaraz po krótkim powojennym okresie dodatkowego wzmożenia egalitaryzmu zaczął zwyciężać elitaryzm dochodowy, jeśli można w ten sposób określić wzrosty udziałów najwyższych dochodów w dochodach ogółu społeczeństw.

Prym pod względem tempa i rozmiarów narastania nierówności dochodowych wiodły Stany Zjednoczone. Amerykanom próbowały dorównywać na tym polu wszystkie inne zamożne państwa anglojęzyczne, a także Chiny i Indie. W drugiej grupie znalazły się państwa nordyckie i południa Europy, gdzie nierówności narastały lecz nie tak intensywnie. Z kolei w kontynentalnym mateczniku Europy (Francja, Niemcy, Holandia i Szwajcaria) oraz w Japonii litera „U” obrazująca ten proces była najbardziej spłaszczona i wręcz rozlazła, a udziały najbogatszych w dochodach albo wcale nie pęczniały, albo wzrastały nieznacznie.

Po trzecie: nastąpiło niemal dokładne odwrócenie w drugiej połowie stulecia procesu toczącego się w pierwszej połowie XX wieku. Gdy 100 lat temu i kilka dekad później koncentracja bogactwa w 1 percentylu malała, to od 50 lat z okładem – ostro narasta. Podczas gdy 1 procent najbogatszych znowu bogacił się na potęgę, to następna grupa obejmująca kolejne (idąc w dół) 4 proc. oraz następne 5 proc. albo doświadczały bardzo skromnych przyrostów udziału w dochodach ogółem, albo nie było ich wcale.

Godna zapamiętania jest jednak przede wszystkim konstatacja, że głównym źródłem przyrostów dochodów osób najzamożniejszych były w drugiej połowie XX wieku i są obecnie dochody z pracy, a w tym zwłaszcza pensje i inne formy uposażenia z tytułu zatrudnienia. W konsekwencji, dochody z pracy znaczą teraz znacznie więcej także w najwyższym percentylu.

To rzuca więcej światła na pewien dzisiejszy fenomen. Sto lat temu i jeszcze dawniej społeczeństwa oburzały się przede wszystkim na czynnych kapitalistów i rentierów, a więc wielkich właścicieli wielkiego kapitału. Dziś celem ataków są natomiast przede wszystkim tzw. executives, a wśród nich najemni prezesi i wiceprezesi banków. Wrogiem publicznym numer jeden stał się zatem prezes banku na świetnej milionowej pensji, a nie jego mocodawca z miliardami w portfelu, skryty zazwyczaj za bezimiennymi pakietami akcji.

Window tax

Gdyby Charles Dickens żył dzisiaj i teraz szukał natchnienia, przeniósłby się z Londynu za Atlantyk. Udział najmajętniejszego decyla mieszkańców USA w dochodach ogółem osiągał swe szczyty najpierw tuż przed Wielkim Kryzysem, a potem w 2007 r. (na 2007 r. kończą się zweryfikowane szeregi ujęte przed autorów). W obu tych momentach udział ten zbliżył się na milimetry do 50 proc. zaś stanów najniższych wynoszących między 33 a 35 proc. doświadczał od II wojny aż po początek lat 80. minionego stulecia.

Coraz ostrzejsze są różnice w obrębie grupy najzamożniejszych obywateli USA. Udział najwyższego percentyla w dochodach całego narodu wzrósł bowiem z 8,9 proc. w 1976 r. do 23,5 proc. w 2007 r., a udział promila najmajętniejszych Amerykanów w dochodach ogółem zwiększył się w tym samym okresie nawet czterokrotnie, z 2,6 proc. do 12,3 proc. W porównaniu z okresem poprzedzającym ponure lata Wielkiego Kryzysu istotnie wzrosło jednak wśród najbogatszego promila znaczenie dochodów z wynagrodzeń w porównaniu z dochodami z kapitału.

Odpowiedzią społeczeństw na narastające przez lata różnice zasobności był podatek dochodowy, a zwłaszcza jego odmiana progresywna. Wprowadzono go na długo zanim zaczęła święcić tryumf demokracja w znaczeniu ustroju i umowy społecznej. Już pierwociny podatku dochodowego wprowadzone w 1799 r. przez Williama Pitta Młodszego w celu finansowania wojen Zjednoczonego Królestwa z Napoleonem zawierały element progresywności. Sześciopensowy podatek od każdego jednego funta płac i dożywotnich pensji płacony był przez funkcjonariuszy publicznych zarabiających do 100 funtów. Wyższe szarże urzędników Korony zarabiających od 100 do 200 funtów rocznie płaciły całego szylinga od każdego funta. Poza stawką 2,5 proc. oraz 5 proc. stosowana też była stawka 10-procentowa (2 szylingi od funta) od dochodów powyżej 200 funtów rocznie.

Pierwsze próby opodatkowania dochodów podjęte zostały jednak na Wyspach sto lat wcześniej. Spaliły częściowo na panewce, bowiem zwyciężył pogląd, że państwo nie jest od zaglądania w dochody obywateli, a zwłaszcza od gromadzenia danych na ten temat. Ponieważ potrzeba wydatków była wówczas równie wielka jak jest dzisiaj, państwo nie dało za wygraną, chwytając się fortelu. Uchwalono podatek domowo-okienny. Każdy właściciel domu płacił rocznie 2 szylingi podatku (dziś byłoby to nieco ponad 11 funtów) oraz dodatkowy haracz, gdy jego dom miał więcej niż 10 okien.  Za gmach mający od 10 do 20 okien płacono cztery szylingi ponadnormatywnego podatku rocznie, a gdy było ich ponad 20 – osiem szylingów. Ówczesnej sprawiedliwości stało się więc po części zadość, bo najbiedniejsi i tak mieszkali w kurnych chatach, dość często pozbawionych jakichkolwiek otworów poza wejściem i dziurą w dachu na dym, a więc „okienne” ich nie obejmowało.

Pogoda dla bogaczy

Dochód realny (po odjęciu inflacji) amerykańskiej rodziny rósł w latach 1976-2007 o 1,2 proc. rocznie. Jeśli jednak wyłączyć z kalkulacji 1 proc. najbogatszych osób, to dochody pozostałych 99 proc. rosły w przeliczeniu na jedną rodzinę już tylko o 0,6 proc. rocznie. Z zestawienia tych dwóch prędkości wzrostu wynika, że w ciągu 30 lat kończących się w 2007 r. najbogatszy 1 procent społeczeństwa amerykańskiego „zagarnął” dla siebie aż 58 proc. realnego wzrostu gospodarczego USA przeliczonego na statystyczną rodzinę. Rozwarstwienie dochodowe narastało szczególnie szybko w okresie ekspansji gospodarczych za prezydentur Billa Clintona (1993-2000) i George’a Busha juniora (2002-2007).

Pogoda cieszy lub martwi wszystkich, bez względu na status społeczny i majątkowy. Są jednak urządzenia, takie jak np. parasol, a zwłaszcza futro z soboli, które mogą dość skutecznie niwelować jej niepożądane wpływy. Statystyczna rodzina amerykańska doświadczyła w latach 1975-2006 powiększenia swoich dochodów realnych o bardzo solidną jedną trzecią, podczas gdy rodzina francuska musiała zadowolić się przez te lata wzrostem o 27,1 proc. Jeśli jednak wykluczyć w obu krajach z kalkulacji ostatni percentyl dochodowy, to dochód pozostałych 99 proc. amerykańskich rodzin wzrósł statystycznie już nie o 32,2 proc., a o 17,9 proc., a we Francji o prawie tyle samo co w poprzednim ujęciu, bo o 26,4 proc.

Wniosek jest jednoznaczny – we Francji rosło wszystkim (statystycznie) niemal równo, co potwierdza domysły, że od czasów zburzenia Bastylii nie przestali nad Sekwaną ciemiężyć bogaczy. Warto tu jednak wiedzieć to, co autorzy potraktowali drobnym drukiem, że międzynarodowe porównania dochodów mają walor głównie poglądowy, ponieważ są bardzo wrażliwe na dobór okresu przyjętego do badania, wybór wskaźnika cen przyjętego do szacowania wzrostu realnego i na różnice w różnych krajach w definiowaniu dochodów.

Coraz większe pole dla podatków

Wzrost zamożności najbogatszych oznacza powiększenie potencjalnego areału „upraw podatkowych”. W 1976 r., po odjęciu wszystkich podatków federalnych (indywidualne, korporacyjne, od nieruchomości, a także składki na zabezpieczenia socjalne), Amerykanie z ostatniego percentyla zatrzymali  jedynie 5,8 proc. swoich całkowitych dochodów przed opodatkowaniem. Te 5,8 proc. to było tyle, co 24 proc. całkowitej kwoty zebranych w tymże roku podatków federalnych.

W 2007 r. te same wskaźniki urosły odpowiednio do 17,3 proc. i 74 proc. W obrazowym ujęciu – najbogatszy jeden procent Amerykanów zachował w kieszeniach w 2007 r. po zapłaceniu podatków federalnych trzy czwarte tego co w tym samym roku zdołał uciułać ze wszystkich podatków rząd najpotężniejszego w każdym wymiarze państwa świata.

Najwyższy percentyl dochodowy przekładał się w 2007 r. w USA na ok. 1,5 mln podmiotów podatkowych. Na Ameryce świat się jednak nie kończy. Anthony Atkinson przyjął kilka lat temu definicję ustalającą, że bogaczami w wymiarze globalnym (globally rich) są osoby, których dochody 20-krotnie przekraczają średnią światową. W 1992 r. było to jakieś 100 tys. dolarów rocznie.

Po dość skomplikowanych kalkulacjach oszacował, że w 1992 r. musiało być ok. 7,4 mln osób bogatych w wymiarze globalnym, w tej liczbie ponad jedna trzecia w USA. W kolejnym kroku badacz ocenił, że stanowiło to 0,14 proc. ogólnoświatowej populacji. Niecałe półtora promila ludzkości otrzymało aż 5,4 proc. całego światowego dochodu. Między 1970 a 1992 r. liczba osób „globally rich” miała wzrosnąć w USA dwukrotnie, a Amerykanie stanowili ponad połowę globalnych nuworyszy, czyli nowobogackich w dosłownym znaczeniu.

Nie stosuj medyku radioterapii przy przeziębieniach

Wbrew rozpowszechnionej opinii, oddalanie się biegunów dochodowych jest też przedmiotem refleksji kreatur nazywanych ze wzgardą liberałami i – jeszcze obraźliwiej – neoliberałami. Wyrzutki te i męty zastanawiają się czasami nad skrzeczącą pospolitością, skupiając się jednak mniej na kwestiach sprawiedliwości, a bardziej na bezsensie wyuzdanej konsumpcji na poziomach w okolicach szaleństwa.

Skrajności wybujały bez wątpienia za wysoko. Jednak rozsądek nakazuje wstrzemięźliwość w uogólnieniach. Jest bardzo prawdopodobne, że znacznie większe podatki dla amerykańskich nababów uczyniłyby więcej dobrego niż złego. Czy miałyby to być głównie podatki dochodowe? To nie nasza sprawa, ale wiele jest argumentów za tym, żeby haraczem okładać raczej skrajnie przesadną konsumpcję niż dochody z pracy.

Światli, choć wyrozumiali w swej chciwości byli zaiste twórcy podatku okiennego. Nic nie stoi na przeszkodzie, by na tej samej zasadzie obciążać bez pardonu nieprzyzwoicie luksusowe samochody, rezydencje, biżuterię i wszelkie inne znamiona bogactwa. To spotkałoby się z kontrakcją w postaci kolejnej fali wzrostu najwyższych uposażeń. Jest i na to rada. Nie widać dobrych powodów, żeby społeczeństwa finansowały poprzez zakupy towarów i usług, zawarte w ich cenach bezecnie horrendalne uposażenia przypadkowych najczęściej menedżerów. Pragmatyczniej jednak „kosić” je nie osobistym podatkiem dochodowym, a u źródła np. za pomocą czegoś w rodzaju balcerowiczowskiego „popiwku”, czyli podatku od nadmiernych wynagrodzeń. Taki sięgałby wprost do kieszeni kapitalistów, a to skutecznie racjonalizuje zachowania.

Istotne jest także uświadomienie sobie, że nie wszyscy mają prawo oburzać się jednakowo. Wszelkie różnice w rosnącej grupie państw rozwiniętych są nadal bardzo duże, a nawet ogromne. Po wojnach i kataklizmie PRL Polska nadal znajduje się w fazie dość pierwotnej akumulacji kapitału. Jest w kraju mnóstwo świetnych małych i średnich firm, ale jeśli wykluczyć przedsiębiorstwa oraz instytucje finansowe założone w PRL i następnie sprywatyzowane, nie powstał u nas jeszcze ani jeden przyzwoity prywatny koncern.

W Polsce podatki nie są za niskie, za to za wysokie (w obecnych warunkach) i częściowo marnotrawne są wydatki państwa. Tak więc tak jak nie stosuje się radioterapii przy przeziębianiach, tak nie należy wniosków z Ameryki wysnuwać „z całą rozciągłością” w Polsce.

Jan Cipiur


Tagi


Artykuły powiązane