Płac bankowców łatwo się nie ograniczy

12.07.2010
Jeśli Warren Buffet mógł źle ustawić system płac w Salomon Brothers, to jak poradzą sobie z regulowaniem wysokości wynagrodzeń bankowców urzędnicy państwowi? System płac to jeden z najtrudniejszych problemów do rozwiązania w instytucjach finansowych, mimo że zasady ogólne mogą się wydawać oczywiste - uważa prof. Reuven Brenner z Uniwersytetu McGill.
prof. Reuven Brenner, Uniwersytet McGill w Montrealu

prof. Reuven Brenner, Uniwersytet McGill w Montrealu

prof. Reuven Brenner, Uniwersytet McGill w Montrealu

Obserwator Finansowy: Parlament Europejski przyjął regulacje ograniczające płace menedżerów w bankach. Czy to jest właściwa odpowiedź na problem podejmowania nadmiernego ryzyka przez sektor finansowy?

Reuven Brenner: Nie, nie jest. Wskazują na to wyniki innych eksperymentów z administracyjnym regulowaniem wynagrodzeń w różnych branżach gospodarki. Podam przykład. W Kanadzie służba zdrowia jest państwowa. Trzeba długo czekać na wizytę u specjalisty czy na zabieg, co oczywiście nie jest zaskakujące. Władze prowincji Quebec postanowiły na dodatek, że muszą określić, ile lekarze zarabiają, przy czym w małych miejscowościach na dalekiej prowincji ma to być więcej niż w Montrealu. Władze decydują również, gdzie lekarze mają pracować – absolwenci szkoły medycznej McGill nie mogą otworzyć praktyki w Montrealu, chyba że pojadą najpierw do którejś z wyznaczonych miejscowości na wiecznie zamarzniętej północy. Taki komunizm na małą skalę – i z pewnością potrafisz przewidzieć konsekwencje. Absolwenci McGill całymi tabunami wyjeżdżają z Quebecu – w krajach komunistycznych ludzie też chcieli wyjechać, ale nie mogli.

Władze Quebecu postanowiły przeciwdziałać odpływowi lekarzy w ten sposób, że przymykają oko na otwieranie małych prywatnych klinik. Mimo to 800 tys. mieszkańców Montrealu – jedna trzecia ludności – nie ma lekarza rodzinnego. Żeby dostać się do lekarza i skrócić czas oczekiwania, uruchamiają się te same kanały co za komunizmu: znajomości i koperty z gotówką. Oscarowy film Inwazja barbarzyńców, który rozgrywa się w Quebecu, nie jest satyrą, lecz całkiem rzetelnym opisem tego, jak dziesięć lat temu funkcjonował „system”. Teraz jest gorzej. W bankowości nastąpi podobna sekwencja wydarzeń. Władze ograniczą wynagrodzenia, a potem będą bezskutecznie próbowały zatrzymać odpływ najlepszych pracowników.

Europosłowie nie zamierzają regulować wysokości zarobków bankowców, tylko ich strukturę, tak aby wynagrodzenie było ściślej powiązane z długoterminową efektywnością zarządzania. Część premii dla kadry kierowniczej miałaby być wypłacana po upływie kilku lat – kiedy już będzie jasne czy krótkoterminowy zysk nie oznacza długotermionowej straty.

Skąd urzędnicy państwowi mieliby cokolwiek wiedzieć, jak należy wynagradzać bankowców? W dzisiejszych uniwersalnych instytucjach mamy bankowców „zwykłych”, inwestycyjnych, maklerów, a nawet zarządzających funduszami hedgingowymi (formalnie muszą być odrębne, ale w praktyce tak nie jest). Potrzebna jest różna struktura wynagrodzeń – na przykład premie dla maklerów muszą być przyznawane za krótsze okresy, ponieważ oni codziennie osiągają zyski albo straty. Władze nie mają pojęcia, jak dopasować wynagrodzenia do różnych typów bankierów.

Jedna z nielicznych porażek Warrena Buffeta wynikała z faktu, że kiedy kupił bank Salomon Brothers i przywrócił zaufanie rynku do tej firmy, a tym samym dostęp do kapitału, uświadomił sobie, że musi zrezygnować z planowanej zmiany systemu wynagrodzeń. Być może zasady tego planu były szlachetne, ale najlepsi maklerzy i inni bankierzy zaczęli odchodzić. Buffet najpierw mówił, że nie będzie po nich płakał, ale w 1995 roku on i nowy prezes zarzucili ten plan, ponieważ na skutek odpływu najważniejszych ludzi spółka zaczęła tonąć.

Maklerów, bankierów inwestycyjnych, menedżerów funduszy hedgingowych trzeba różnie wynagradzać. To jeden z najtrudniejszych problemów do rozwiązania nie tylko na Wall Street, ale w każdej firmie, w każdej instytucji. Ludzie z zewnątrz – nawet tacy jak Buffet – mogą nie wiedzieć, jak to zrobić. Z tego, że ktoś genialnie lokuje kapitał, nie wynika, że będzie genialnie zarządzał instytucją finansową.

Czy to naprawdę jest wielka różnica, czy firma płaci swojemu prezesowi 5 czy 10 milionów? Nie ma zbyt wielu rzeczy, które można kupić zarabiając 10 milionów, a nie wystarczy nam na nie  gdy dostajemy 5 mln.

Porządne mieszkanie na Manhattanie, powiedzmy 2-3 sypialnie w dobrej lokalizacji, ale nic ekstrawaganckiego, kosztuje 2-6 milionów, a życie w Londynie też jest drogie. Trzeba pamiętać, że maklerzy w USA siadają za biurkiem o 4-5 rano – bo Europa już handluje. W Londynie z kolei pracuje się do zamknięcia parkietów w USA. Trzeba więc mieszkać w miarę blisko. Z pensji, o której wspomniałeś, w Nowym Jorku co najmniej 40 proc. poszłoby na podatki. Przedszkole kosztuje 10-20 tys. dolarów rocznie, szkoła 20-30 tys. Nie mówię, że cały świat powinien się użalać nad niedolą prezesów banków, ale jest duża różnica między 5 i 10 milionami.

Po drugie ludzie, którzy zarabiają takie sumy, mogą pójść pracować dla funduszy hedgingowych. To prawda, że w okresie szaleństwa z kredytami hipotecznymi subprime doszło do aberracji, prezesi Merrilla, Stearnsa i innych banków byli bardziej marketingowcami niż bankowcami, bo banki w gruncie rzeczy nie sprawdzały zdolności kredytowej klientów, tylko dawały te kredyty prawie każdemu, kto się zgłosił. Teraz to zostało skorygowane.

Kolejna rzecz – kariera maklerów jest bardzo krótka, około 35 roku życia są wypaleni. Jeśli ktoś był w dealingroomie i widział, jak przez 12 godzin siedzą przed 6 monitorami Bloomberga, to rozumie, dlaczego tak jest. Jak powiedziałem, system wynagrodzeń to jeden z najtrudniejszych problemów do rozwiązania w firmach i instytucjach, mimo że zasady ogólne mogą się wydawać oczywiste.

Co będzie, jeśli proponowany przepis wejdzie w życie?

Myślę, że europejscy bankierzy i bankowcy przeniosą się gdzie indziej. To są ludzie bardzo mobilni, chociaż nie tak mobilni jak lekarze, ponieważ finansiści bardziej potrzebują sprawnie funkcjonującej sieci znajomości. Mogą się przenieść z Londynu i Frankfurtu do Nowego Jorku, Dubaju, Singapuru czy Hongkongu. Mogą wymyślić sposoby na obchodzenie ograniczeń.

Przepisy regulujące wynagrodzenia nigdy nie są tak precyzyjne, żeby nie dało się ich obejść za pomocą jakiegoś zapisu w umowie. Na przykład banki rozwiną jakąś działalność, która nie podpada pod kategorię „bankowość” i nie podlega ograniczeniom płacowym, i bankierzy oprócz pensji będą mieli też udziały w zyskach z tej działalności.

Rozwiązanie problemu bankowości jest gdzie indziej – trzeba oddzielić bankowość depozytową od pozostałej. Jest to możliwe i takie zalecenie po raz pierwszy pojawiło się około 150 lat temu w ustawie Peela w Wielkiej Brytanii. Tylko bankowość depozytowa powinna mieć dostęp do środków banku centralnego. Pozostali finansiści mogliby się specjalizować w czym by chcieli, ale nie mieliby dostępu do płynności w banku centralnym. Jeśli tego prostego, aczkolwiek może drastycznego, rozwiązania z rozmaitych powodów nie da nie wprowadzić, to istnieje bardziej skomplikowana alternatywa – zróżnicowanie wymogów kapitałowych. Wygląda na to, że właśnie w tę stronę zmierzamy i nie jestem przekonany, czy nie siejemy w ten sposób ziaren następnego kryzysu.

Powinna obowiązywać zasada, że tylko określone instytucje mogą mieć dostęp do płynności banku centralnego, a jeśli bank centralny w jakichś szczególnych okolicznościach uzna, że musi uratować jakąś instytucję spoza tej grupy, to jej kierownictwo musi odejść z pustymi rękami – tak jak się to dzieje z kierownictwem upadających firm w innych branżach.

Rozmawiał Krzysztof Nędzyński

Reuven Brenner jest profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu McGill w Montrealu. Napisał m.in. „Force of Finance – Triumph of Capital Markets” i  „A World of Chance”.

The road to hell is paved with good intentions, Reuven Brenner [wersja angielska]


Tagi


Artykuły powiązane