Elastyczny rynek pracy szkodzi nie tylko pracownikom

12.09.2013
Rząd chce uszczelnić system ubezpieczeń społecznych zmuszając pracodawców by odprowadzali wyższe składki za członków rad nadzorczych i zleceniobiorców. Więcej płaciliby też samozatrudnieni. Pracodawcy i związkowcy wskazują, że to za mało. Aby uzdrowić sytuację na rynku pracy potrzebna jest gruntowna zmiana, ale głównie w systemie podatkowym.
Pracownik ochrony – typowy polski samozatrudniony (CC BY-NC-SA Kuba Bożanowski)

Pracownik ochrony – typowy polski samozatrudniony (CC BY-NC-SA Kuba Bożanowski)

Pracownik ochrony – typowy polski samozatrudniony (CC BY-NC-SA Kuba Bożanowski)

Co dziesiąty zatrudniony w gospodarce pracuje na umowie innej, niż umowa o pracę. Miejsce pracowników coraz częściej zajmują zleceniobiorcy oraz samozatrudnieni. Pracodawcy unikają wiązania się z pracownikami kodeksowymi umowami o pracę m.in z powodu kosztów generowanych przez wysokie oskładkowanie takich umów (obecnie jest to ok. jedna trzecia wysokości wynagrodzenia), obowiązku wypłaty świadczeń pracowniczych (odprawy, urlopy, świadczenia chorobowe, premie, ekwiwalenty itd.), a także problemów prawnych z rozwiązywaniem takich umów.

Jak wynika z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za I kw. 2013 r. na umowach zlecenia pracowało w Polsce blisko 816 tys. osób. To 11 proc. więcej niż w grudniu poprzedniego roku. Co istotne, wśród tej grupy aż 214 tys. ludzi było jednocześnie ubezpieczonych jako pracownicy. Statystyki te wskazują jedynie na pewien trend na rynku, gdyż nie pokazują prawdziwej skali zjawiska. Nie ma w nich ujętych m.in. umów o dzieło, od których nie odprowadza się składek na ubezpieczenia społeczne.

– Umowy cywilnoprawne wypierają w Polsce coraz gwałtowniej umowy o pracę. Jeszcze w 2011 r. roku ZUS podawał, że umów zleceń było ok. 700 tys., na koniec 2012 r. było już ich ponad 800 tys. – zauważa Barbara Więckowska ze Szkoły Głównej Handlowej, była szefowa Departamentu Analiz Strategicznych przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (KPRM), autorka rządowej analizy pt. „Źródła dochodu a składowanie na ubezpieczenia społeczne”.

Oskładkowanie-w-zależności-od-źródła-dochodu CC by money pictures

(infografika Darek Gąszczyk/CC BY moneypictures)

Również liczba osób prowadzących działalność gospodarczą wzrasta. Według ostatniego badania zatrudnionych w gospodarce narodowej wykonanego przez GUS w I kw. 2013 r. takich osób było na rynku 2 mln 872 tys.

I znowu nie są to pełne dane, bo GUS nie obejmuje badaniem przedsiębiorstw zatrudniających do 9 osób, ponieważ nie są one zobowiązane do przekazywania odpowiednich raportów. Tymczasem, mikroprzedsiębiorstwa te generują ok. 3,5 mln miejsc pracy. Zakładając, że wśród zatrudnionych tam osób co dziesiąta to zleceniobiorca (na zasadzie analogii z resztą firm na rynku), to globalna liczba zleceniobiorców rośnie o kolejne 350 tys. osób.

Na koniec tych wyliczeń warto też odwołać do statystyk inspekcji pracy. Również w nich widoczny jest trend wskazujący na rosnącą liczbę osób pracujących na umowach cywilnoprawnych. Jak pokazują wyniki ubiegłorocznej kontroli Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) w 7,8 tys. firm, 12,6 proc. zatrudnionych w nich osób pracowało na podstawie takich umów. W 2011 odsetek ten wynosił jeszcze 10,7 proc. Wzrosła też liczba interwencji dotyczących sposobu zawierania umów cywilnoprawnych. Inspektorzy pracy interweniowali w 2012 r. 9,1 tys. razy nakazując pracodawcom zamianę umowy cywilnoprawnej na umowę o pracę. W większości przypadków firmy wykonywały ich polecenie – kary za naruszenie praw pracowniczych są dość dotkliwe, w sądzie grzywny sięgają nawet 30 tys. zł. Pracodawcy wolą więc na ogół nie ryzykować procesem.

Co szósta umowa z naruszeniem prawa

Umowy cywilnoprawne są coraz popularniejsze ze względu na niższe koszty zatrudnienia. Pokusa jest tak duża, że pracodawcy robią to nawet w sytuacjach, gdy prawo tego zabrania – gdy praca jest wykonywana pod kierownictwem pracodawcy oraz w miejscu i czasie przez niego wyznaczonym. W ubiegłym roku inspektorzy PIP sprawdzili ponad 37,4 tys. umów cywilnoprawnych. Zakwestionowali ponad 16 proc. z nich, uznając, że zostały zawarte z naruszeniem prawa. W porównaniu z rokiem poprzednim było ich o 36 proc. więcej oraz o 56 proc. więcej niż w 2010 r. Zawieranie umów cywilnoprawnych zamiast umów o pracę szczególnie często występuje w budownictwie, w firmach ochroniarskich, zatrudniających osoby sprzątające oraz w handlu.

Nie jest to jednak pełen obraz skali istniejącej na rynku patologii dotyczących umów cywilnoprawnych, bo kontrole PIP w części firm przeprowadzane są na skutek informacji przekazywanych przez niezadowolonych pracowników. Ci zaś rzadko kiedy są zainteresowani ujawnianiem nieprawidłowości, również z tego powodu, że też odpowiadają za brak właściwej umowy. Tak jest w przypadku osób samozatrudnionych pracujących w warunkach umów o pracę. Muszą oni solidarnie z pracodawcą wyrównywać zaległe składki do ZUS. W grę wchodzą znaczące kwoty, niektóre osoby samozatrudnione mogą korzystać bowiem z dwuletniego przywileju opłacania składek od niższego, wynoszącego jedynie 30 proc. wymiaru podstawy oskładkowania (za najniższą podstawę oskładkowania przyjmuje się 60 proc. średniej płacy w gospodarce, czyli składki odprowadzane są w przypadku aż 85 proc. firm od kwoty 2336,55 zł).

Na tym nie koniec. Do grupy osób nie podlegających klasycznemu oskładkowaniu na zasadach takich jak pracownicy, zaliczają się również członkowie rad nadzorczych, których według danych ZUS jest obecnie ponad 20 tys. Do nich należy doliczyć jeszcze kolejną grupę 29 tys. członków rad, którzy mają dodatkowo inne umowy zatrudnienia, z których odprowadzana jest składka zdrowotna (9 proc. podstawy wymiaru).  Wszyscy oni: samozatrudnieni, członkowie rad nadzorczych a nawet zleceniobiorcy są oskładkowani w ZUS inaczej niż pracownicy. Pracodawca zawierający z pracownikiem kilka umów zleceń może bowiem wybrać, od której z nich odprowadza pełne składki. Zwykle bywa to pierwsza umowa zawierana na najniższą kwotę. Reszta umów nie jest już oskładowywana.

Nie trudno się domyśleć, że postępujące upowszechnienie umów cywilnoprawnych wiąże się z utratą wpływów do budżetu państwa z tytułu uszczuplenia wpływów z oskładkowania w ZUS. Z wyliczeń dr Więckowskiej z SGH wynika np., że praktyki polegające na oszukiwaniu ZUS, czyli oskładkowaniu jedynie najniższej kwoty z umów zleceń przynoszą straty w budżecie wysokości od 180 do 220 mln zł rocznie. Do tego, jak policzył resort pracy, należy dodać 300 mln zł z tytułu składek, które należałoby odprowadzać za członków rad nadzorczych.

Związkowcy z NSZZ Solidarność idą w swoich wyliczeniach jeszcze dalej i twierdzą, że podniesienie podstawy wysokości obliczania składek dla osób prowadzących działalność gospodarczą z obecnych 60 proc. do 100 proc. przeciętnej płacy w gospodarce, a także zrównanie w oskładkowaniu każdej (nie tylko pierwszej) umowy zlecenia, a nawet oskładkowanie umów o dzieło, przyniesie państwu aż 5,5 mld zł rocznie.

To korzyści dla budżetu na teraz, ale niektórzy ekonomiści wskazują na skutki wprowadzenia zmian w przymusowym oskładowywaniu tych grup bardziej dalekosiężne. Wprowadzenie wyższych składek do ZUS uchroni te osoby, które dziś pracują wyłącznie na umowach cywilnoprawnych od ubóstwa materialnego na starość. Ci, którzy przejdą na emerytury po długim okresie pracy na umowach cywilnoprawnych będą mieli bardzo niskie świadczenia. Wysokość świadczeń uzależniona jest od kwoty uzbieranej na koncie emerytalnym. Jeśli ktoś nie płacił składek przez długi czas, jego konto nie rośnie. A jeśli przekazuje małe środki z niskopłatnych umów-zleceń, także odczuje to po zakończeniu pracy zawodowej. Według danych opracowanych na zlecenie dr Więckowskiej w departamencie analiz strategicznych KPRM, w 2010 r. aż 99 proc. osób miało dochody ze zleceń w wysokości 3,1 tys. zł i mniej.

Rozkład-dochodów-względem-ich-źródła-–-zlecenia CC BY-SA by zakwitnij

(infografika Darek Gąszczyk/CC BY-SA zakwitnij)

– W przyszłości państwo będzie musiało więc wyrównać świadczenia tym, którzy za mało uzbierają, aby uzyskać minimalną emeryturę, która w tym roku wynosi nieco ponad 834,98 zł. Osoby te będą musiały mieć jednak odpowiedni staż ubezpieczeniowy (25 lat) okresu składkowego i nieskładkowego. Koszty pomocy tym osobom będą tak wysokie, że należałoby już powrócić do koncepcji jednej, niskiej emerytury płaconej z budżetu państwa dla wszystkich obywateli – uważa ekonomista, prof. Ryszard Bugaj.

Jerzy Żyżyński z wrocławskiej Solidarności idzie dalej niż prof. Bugaj w krytyce obecnego sytemu uelastyczniania rynku pracy. Według niego przedstawiciele pracodawców lansując elastyczne formy zatrudnienia zrobili samym pracodawcom niedźwiedzią przysługę i narobili szkód trudnych do odrobienia. Pracownicy są bowiem przez te formy zatrudnienia coraz mniej lojalni wobec swoich firm, mimo, że te zainwestowały w nich czas i pieniądze. „Część młodych ludzi chce współpracy z firmą na zasadzie samozatrudnienia, bo nie wiąże ich to z jedną firmą, a umożliwia współpracę z kilkoma podmiotami oraz generowania kosztów w swojej firmie (odliczania od podatku). Dla wielu pracodawców jest już oczywiste, że jeśli stałoby się to masowym zjawiskiem, to w gruncie rzeczy rynek pracy uległby trwałemu zepsuciu, a pracodawcy by na tym stracili”  – pisze związkowiec.

Żyżyński zwraca uwagę na pewien dysonans, mianowicie: pracodawca osiąga korzyść z dysponowania elastycznie zatrudnionym pracownikiem, a za tę korzyść powinno się zapłacić. Z drugiej strony, pracownik jest narażony na większe ryzyko utraty pracy i środków utrzymania, a pracodawca zatrudniający elastycznie generuje jednocześnie ryzyko dla rynku pracy i naraża państwo na konieczność płacenia zasiłków dla bezrobotnych, gdy ten pracownik straci pracę.

„Ryzyko zawsze wymaga zapłacenia dodatkowej marży: skoro papiery wartościowe obciążone wyższym ryzykiem mają podwyższone z tego powodu oprocentowanie, a emitent obligacji, oceniony przez agencje ratingowe jako stwarzający wyższe ryzyko, ma płacić wyższe odsetki, to dlaczego na rynku pracy miałoby być odwrotnie i ci, którzy elastycznymi formami zatrudniania generują ryzyko dla pracowników i dla państwa, mieliby jeszcze osiągać z tego finansowe korzyści? Też powinni zapłacić za ryzyko” – przekonuje Jerzy Żyżyński i proponuje by wynagrodzenia za nieelastyczne formy zatrudnienia były obciążane jakąś formą podatku, lub jak w niektórych krajach, opłatą na fundusz przeciwdziałania bezrobociu.

Z kolei w przypadku samozatrudnienia, które jest według związkowca formą ucieczki od płacenia normalnego podatku dochodowego, powinna nastąpić zmiana polegająca na odebraniu samozatrudnionym przywilejów takich, jakie mają firmy. „Każdy, rejestrując się jako firma – płaci podatek 19 proc. i może odpisywać sobie różne koszty, których zwykły pracownik, tak samo pracujący, wykonujący dokładnie tę samą pracę, nie może (bo faktycznie u nas podatek zwany dochodowym, stał się podatkiem przychodowym).

A tymczasem powinno być, jak w wielu krajach, gdzie jest wyraźny podział na podatek od osób fizycznych (individual income tax) i podatek od spółek (corporation tax). Po to, by móc skorzystać z prawa opodatkowania podatkiem od spółek, trzeba spełnić określone warunki, np. zatrudniać określoną liczbę osób. Przyjęcie takich oczywistych zasad pozwoliłoby przywrócić relacje pomiędzy pracownikami a pracodawcami do normalności i skończyć z żenującą fikcją samozatrudniania” – podsumowuje Żyżyński.

Również Witold Polkowski z Pracodawców RP przyznaje, że relacje na rynku pracy pomiędzy pracownikami a pracodawcami wymagają uzdrowienia, ale przyczyn patologii dopatruje się nie w elastycznych formach zatrudnienia, ale w samej konstrukcji Kodeksu pracy, który był tworzony jeszcze w epoce realnego socjalizmu.

– Nasze prawo pracy wywodzi się z epoki wielkich przedsiębiorstw państwowych z rozbudowanymi przywilejami pracowniczymi i formami ochrony, których nie ma już od dawna w innych państwach  w UE. Kiedy pracodawca zatrudnia nowego pracownika na umowę o pracę, musi pokryć koszty nie tylko przystosowania go do pracy i przeszkolenia, ale również posłać na obowiązkowe badania wstępne do lekarza, na kurs BHP itd. Tam gdzie to jest potrzebne, to ok, ale w każdym przypadku? To bezsens, to dlatego m.in. pracodawcy wolą zatrudniać na umowy zlecenie lub samozatrudnionych – uważa Witold Polkowski.

Próby zmian w Kodeksie pracy polegające m.in. na „wciągnięciu” do niego zleceniobiorców, spaliły jednak już jakiś czas temu na panewce. Jak pisze w „Polityce społecznej nr 7/2010” Urszula Brońska, jednym ze sposobów przeciwdziałania nadużywania umów cywilnoprawnych miało być podporządkowanie sporów wynikających z nich sądom pracy, a nie sądom cywilnym (co gwarantuje lepszą ochronę zleceniobiorców), a także wyposażenie zleceniobiorców w niektóre przywileje pracownicze (np. prawo do zrzeszania się i zakładania związków zawodowych). Takie rozwiązania jednak pogwałcałyby naczelną zasadę prawa jaką jest swoboda zawierania umów, gdyż prowadzą one do zachwiania równowagi stron, chroniąc tylko jedną z nich.

– Kodeks pracy w istocie wymaga gruntownych zmian ideologicznych, a nie tylko kosmetycznych. One niewiele dadzą. Przygotowywana obecnie przez resort pracy nowela ustawy o ubezpieczeniach społecznych nakładająca obowiązek odprowadzania wyższych składek na ZUS zarówno przez rady nadzorcze, zleceniobiorców oraz osoby samozatrudnione, da co najwyżej przychód w wysokości pół miliarda złotych rocznie, gdy tymczasem likwidacja przywilejów emerytalno-rentowych górników, służb mundurowych i rolników spowodowałaby, że w kasie państwa zostawałoby ponad 10 mld zł. – mówi dobitnie Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP „Lewiatan”.

Robert Gwiazdowski widzi pewną zbieżność stanowisk pracodawców i związkowców. Obie te grupy w gruncie chcę tego samego: mianowicie, by pracodawcom opłaciło się zatrudniać na uczciwych zasadach pracowników i by byli oni chronieni na starość. Tymczasem, według prawnika, rząd idzie w przeciwnym kierunku niż reszta wysokorozwiniętych państw, które obniżają podatki bezpośrednie a podnoszą pośrednie.

– Warunkiem korzystnych zmian na rynku pracy są reformy, ale w systemie podatkowym. Zamiast nakładać na pracodawców kolejne ciężary nie do udźwignięcia i ponosić składki od umów cywilnoprawnych czy samozatrudnionych, rząd powinien podnosić podatki konsumpcyjne – przekonuje Robert Gwiazdowski i dodaje, że kolejnym krokiem w kierunku normalności powinno być ujednolicenie stawek VAT. Stopień skomplikowania przepisów o VAT jest w Polsce tak duży, że jest to pole do wielomiliardowych nadużyć. Tu należy szukać oszczędności. – Proszę zwrócić uwagę: ketchup ma stawkę 8 proc, a musztarda już 23 proc., dlaczego? Podobnie jest z jogurtami zwykłymi i tymi z domieszką tzw. leczniczych bakterii. Tym interesom i stojącym za nimi lobbystom należy się baczniej przyjrzeć, a nie gnębić pracodawców – kwituje Gwiazdowski.

Nowa ustawa zrówna wszystkie umowy zlecenia

We wrześniu br. do konsultacji międzyresortowych trafił projekt ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Przygotował go resort pracy. Nowelizacja ta zmierza do zmiany zasad podlegania ubezpieczeniom osób, które obecnie wykonują pracę na podstawie umów cywilnoprawnych, tj. umowy agencyjnej, umowy zlecenia, czy innej umowy, do której stosuje się przepisy dotyczące stosunku zlecenia, a które posiadają kilka tytułów do ubezpieczenia.

W przygotowanym projekcie proponuje się zrównanie wykonywania umowy zlecenia z innymi tytułami powodującymi sumowanie podstaw wymiaru składek na ubezpieczenie. Podstawa ta miałaby wynosić co najmniej minimalne wynagrodzenie. Osoby wykonujące pracę na podstawie umowy agencyjnej lub umowy zlecenia albo umowy o świadczenie usług, do której zgodnie z Kodeksem cywilnym stosuje się przepisy dotyczące zlecenia, a których podstawa wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe będzie niższa niż płaca minimalna, a osoby te spełniają warunki do objęcia obowiązkowo ubezpieczeniami emerytalnymi i rentowymi z innych tytułów, miałyby podlegać obowiązkowo ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowemu również z tych innych tytułów (z każdego tytułu). Zasady tej nie stosowałoby się, gdy łączna podstawa wymiaru składek z tytułu wykonywania pracy lub na podstawie innej umowy cywilnoprawnej osiąga kwotę minimalnego wynagrodzenia.

Mówiąc bardziej po ludzku, gdy zatrudniony będzie osiągał przykładowo z umowy agencyjnej i zlecenia kwoty, których łączna suma nie będzie przekraczała płacy minimalnej, to będzie podlegać obowiązkowemu ubezpieczeniu z każdego z tych tytułów. Jednak w przypadku gdy z umowy agencyjnej nie będzie osiągał minimalnego wynagrodzenia, ale na podstawie umowy zlecenia kwota ta będzie równa tej minimalnej, to pracownik będzie podlegał ubezpieczeniu emerytalnemu i rentowemu wyłącznie z tego drugiego tytułu.

Katarzyna Gospodarowicz, radca prawny z kancelarii Schampera, Dubis, Zając i Wspólnicy Sp. k.:

Oskładkowanie-w-zależności-od-źródła-dochodu CC by money pictures
Oskładkowanie-w-zależności-od-źródła-dochodu CC by money pictures
Rozkład-dochodów-względem-ich-źródła-–-zlecenia CC BY-SA by zakwitnij
Rozkład-dochodów-względem-ich-źródła-–-zlecenia CC BY-SA by zakwitnij

Tagi


Artykuły powiązane