• Obserwator Finansowy

Niemiecki eksport dławi słabszych w eurolandzie

19.08.2010
Oparcie niemieckiej gospodarki na eksporcie hamuje rozwój biedniejszych krajów Europejskiej Unii Monetarnej -  uważa szwedzki ekonomista dr Stefan de Vylder.

dr Stefan de Vylder


„Obserwator Finansowy”: W II kwartale br. Niemcy zanotowały wzrost PKB o 2,2 proc., co jest najlepszym wynikiem mierzonym kwartalnie od zjednoczenia. Dla porównania, PKB Francji w tym samym kwartale wzrósł o 0,6 proc. Niemcom udało się także zwiększyć eksport swoich towarów. Dla kanclerz Merkel to pewnie powód do zadowolenia, ale nie brakuje ekonomistów, którzy uważają, że oparta na eksporcie niemiecka gospodarka rozwija się kosztem innych państw unijnych.

Dr Stefan de Vylder: W sumie 16 państw eurolandu ma deficyt obrotów bieżących – eksport minus import – sięgający 60 miliardów euro. Wydawałoby się, że to nie jest dużo jak na imperium gospodarcze, którym jest Unia. Jednak kiedy przyjrzeć się poszczególnym państwom członkowskim eurolandu, widać olbrzymie dysproporcje. Niemcy radzą sobie bardzo dobrze. Podobnie Holandia i Austria. Wszystkie te kraje mają nadwyżkę w handlu zagranicznym. Pozostałych 13 członków Unii notuje jednak deficyty, które w sumie sięgają 220 miliardów euro. Oznacza to, że jednym z głównych problemów eurolandu jest brak konkurencyjności 13 z 16 jego członków.

Jednak ze względu na doskonałą konkurencyjność niemieckiej gospodarki euro wzmacniało się właściwie od czasu, kiedy 10 lat temu zostało wprowadzone. Osłabło dopiero kilka miesięcy temu, kiedy zaczął się kryzys w strefie euro. Okazało się przy tym, że mocne euro i rosnąca konkurencyjność niemieckiej gospodarki odbiły się niekorzystnie na sytuacji w biedniejszych krajach eurolandu, takich jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania. Ich deficyty obrotów bieżących ciągle rosły. Zresztą negatywny efekt mocnego euro i dominacji niemieckiego eksportu da się  zauważyć nawet we Francji i w innych bogatszych krajach Unii.

Czy da się jakoś osłabić tę zależność eurolandu od nastawionej na eksport niemieckiej gospodarki?

Sęk w tym, że kraje, które znalazły się obecnie w kryzysie, czyli tzw. PIIGS: Grecja, Hiszpania, Portugalia, Irlandia i Włochy, handlują głównie – 75 proc. ich eksportu – z pozostałymi krajami eurolandu i muszą konkurować z bardzo zróżnicowanym eksportem niemieckim i jeszcze kilku innych europejskich krajów. Koło się zamyka. Dlatego z jednej strony to dobra wiadomość, że euro się obecnie osłabia, z drugiej jednak strony korzystają z tego głównie niemieccy przedsiębiorcy. A to oznacza, że dopóki kraje znajdujące się w tej chwili w kryzysie pozostaną członkami strefy euro, będzie im niezwykle trudno zmniejszyć deficyt obrotów bieżących i poprawić konkurencyjność. Ta sztuka udała się ostatnio Wielkiej Brytanii, ale ona, jak wiadomo, pozostaje poza unią monetarną i mogła sobie pozwolić na osłabienie funta. Członkowie eurolandu są w pułapce.

Może jest jednak inne wyjście z tej sytuacji?

Niemcy mogłyby zacząć stymulować swój rynek wewnętrzny, który znajduje się od 10 lat, po wprowadzeniu ostrego planu zamrożenia konsumpcji za czasów kanclerza Schroedera, w stagnacji. Tymczasem konsumpcja i inwestycje powinny wzrosnąć. Rząd powinien odmrozić płace. Być może przeciętni Niemcy kupowaliby więcej produktów i usług od Portugalii, Hiszpanii czy Włoch. Wygląda jednak na to, że rząd nie stymuluje gospodarki, tylko oszczędza, koncentrując się nadal na poprawie międzynarodowej konkurencyjności. Niemcom przydałaby się również wyższa inflacja, bo dzięki temu wzrosłaby konkurencyjność innych krajów eurolandu.

27 auta produkcja polska2

Niestety, ze względów historycznych niemieccy politycy nie znoszą inflacji. Nie ma więc co liczyć na zastosowanie akurat tego instrumentu. W tej sytuacji pozostaje właściwie jedno wyjście. Kraje takie jak Portugalia czy Hiszpania, które mają gigantyczne deficyty rachunków bieżących, powinny drastycznie obniżyć nominalne płace i koszty pracy. Problem polega jednak na tym, że większość polityków europejskich jest zajęta deficytem budżetowym i o nim się dyskutuje. Międzynarodowa konkurencyjność schodzi na dalszy plan. A według mnie to jest właśnie największy problem krajów znajdujących się w kryzysie.

Trudno jednak winić Niemcy za to, że kilka europejskich krajów latami zaniedbywało swoje zdolności eksportowe i zapożyczało się na potęgę.

To prawda, ale trzeba jednak pamiętać, że nawet jeśli jeden czy drugi kraj eurolandu poprawi swoją konkurencyjność, to także stanie się to kosztem innych członków strefy, bo one handlują głównie między sobą. Mówimy zresztą o niezbyt skomplikowanych towarach rolniczych czy o usługach turystycznych. Tymczasem Niemcy sprzedają swoje technologicznie rozwinięte towary do Indii, Chin, Brazylii czy USA. Według najświeższych danych rośnie niemiecki eksport na rynki wschodzące. Niemiecka gospodarka nie jest więc tak nierozerwalnie związana z pozostałymi członkami strefy euro.

Kraje takie jak Portugalia, Grecja czy Hiszpania to jednak rynki zbytu dla Niemiec. Niektórzy ekonomiści porównują nawet relacje Niemiec z krajami PIIGS do stosunków handlowych łączących Chiny i USA. Te dwa kraje także są od siebie zależne.

To świetne porównanie. Chiny kupują amerykańskie obligacje, ale z drugiej strony USA pomagają Chinom, bo importują stamtąd mnóstwo towarów. Chińscy eksporterzy są zadowoleni. Podobnie niemieccy eksporterzy, którzy sprzedają swoje towary w eurolandzie. Ale ta sytuacja nie może trwać wiecznie.

Co może się wydarzyć?

Będziemy świadkami kolejnego kryzysu w strefie euro. Może nawet jesienią. Rynki finansowe znów zaczną kwestionować stabilność unii monetarnej w Europie i nie będą chciały kupować obligacji od krajów eurolandu pogrążonych w kryzysie. A to będzie się wiązało z olbrzymimi problemami dla EBC i dla Niemiec.

Rozmawiała Anna Gwozdowska

dr Stefan de Vylder, ekonomista, założyciel firmy konsultingowej, wcześniej profesor i wykładowca w Stockholm School of Economics i główny ekonomista Swedish International Development Authority.


Tagi


Artykuły powiązane