Europejskie prawo patentowe groźne dla polskiej gospodarki

28.06.2012
Ponad 80 proc. polskich przedsiębiorstw przestanie istnieć, jeżeli rząd wprowadzi jednolity europejski patent – uważa Anna Korbela, prezes Polskiej Izby Rzeczników Patentowych. Państwa zachodnie prą do nowych regulacji, bo już wzbogaciły się na darmowym ściąganiu wynalazków od innych. Teraz chcą zarobić na krajach rozwijających się, kosztem ich wzrostu gospodarczego.
(CC By IvanWalsh.com)

(CC By IvanWalsh.com)

(CC By IvanWalsh.com)

Prawie 97 proc. wszystkich patentów na świecie należy do bogatych, rozwiniętych krajów. Zwiększanie ochrony patentowej służy ich interesom. Jak podaje prof. Ha-Joon Chang z Uniwersytetu Cambridge w książce „Bad Samaritans, The Myth of Free Trade and the Secret History of Capitalism” („Źli Samarytanie. Mit wolnego handlu i sekretna historia kapitalizmu”) w latach 1850 – 1875 przeciętny czas ochrony patentowej wśród 60 najbardziej rozwiniętych wówczas krajów świata wynosił tylko 13 lat. W latach 1900 – 1975 wydłużono ten okres do 16 – 17 lat. W 2004 r. średnia wyniosła już 19 lat, a USA stawiają jako cel nawet 20-letnią ochronę.

Kto okradł Edisona

Martin Wolf, dziennikarz „Financial Times”, w książce „Why globalisation works” („Dlaczego globalizacja działa”) pisze, że narzucone przez bogate państwa prawo patentowe, to sposób na ściągnięcie przez nie haraczu od zdecydowanej większości krajów rozwijających się (jego zdaniem tylko duże państwa takie jak Indie, Chiny czy Brazylia stać na przeprowadzanie kosztownych badań i mogą one skorzystać na nowych przepisach).

Bank Światowy szacuje, że po wprowadzeniu w 1994 r. tzw. porozumienia TRIPS (Agreement on Trade-Related Aspects of Intellectual Property Rights czyli Porozumienia w Sprawie Handlowych Aspektów Praw Własności Intelektualnej), do którego Polska przystąpiła w 2000 r., wzrost kosztów z tytułu opłat za korzystanie z technologii sięgnął 45 mld dol. To tyle, ile wynosi wartość połowy pomocy jaką bogate kraje przekazują krajom rozwijającym się.

Co najciekawsze bogate dziś zachodnie kraje, które robią wszystko, by ochrona patentowa była jak najszersza, zachowywały się zupełnie inaczej kiedy to one potrzebowały technologii z innych państw. Prof. Ha-Joon Chang podaje na przykład, że do 1888 r. Szwajcaria nie miała żadnego prawa patentowego. Prawo z 1888 r. pozwalało zaś patentować tylko wynalazki, które można przedstawić w formie mechanicznego modelu. Miało to na celu uniemożliwienie ochrony prawnej chemicznych technologii, bo szwajcarski przemysł intensywnie „pobierał” je z Niemiec. Szwajcaria wprowadziła patenty na chemiczne procesy dopiero w 1907 r. pod groźbą sankcji ze strony Niemiec (a patenty na chemiczne substancje w Szwajcarii przyznaje się dopiero od 1978 r.).

Co więcej, chemiczne i farmaceutyczne substancje w większości bogatych krajów takich jak Niemcy, Francja, Szwajcaria, Japonia czy Szwecja nie podlegały patentom aż do lat 60. i 70. ubiegłego wieku. A farmaceutyki nie były chronione patentami w Hiszpanii i Kanadzie aż do początku lat 90. XX w.

Przed umową TRIPS większość rozwijających się państw nie miała patentów na produkty farmaceutyczne.

Z kolei Holandia zniosła swoje prawo patentowe w 1869 r. i aż do 1912 r. go nie posiadała. W 1891 r. powstała firma Philips, której pierwszym hitem były żarówki. Wyprodukowano je według technologii Thomasa Edisona, oczywiście nie płacąc wynalazcy nawet guldena.

Patenty hamulcem postępu

W Stanach Zjednoczonych prawo patentowe z 1790 r. wyraźnie zaznaczało, że nie będzie chronić patentów osób nie posiadających amerykańskiego obywatelstwa. Amerykanie zaczęli to robić dopiero w 1891 r., kiedy sami już eksportowali więcej technologii, niż importowali i potrzebowali ochrony swoich patentów w innych krajach. Jeden z ojców założycieli USA, Benjamin Franklin, odmówił przyjęcia patentu na swoje wynalazki (wymyślił m.in. piorunochron) oświadczając, że „skoro my szeroko korzystamy z cudzych wynalazków, powinniśmy także chętnie i bez opłat pozwalać innym korzystać z naszych”.

Warto zauważyć, że do końca XIX w. nie było wiadomo, czy patenty w ogóle będą. Istniał silny ruch antypatentowy, który popierał m.in. renomowany brytyjski tygodnik „The Economist”. Jego uczestnicy uważali, że patent jest formą monopolu i jako taki szkodzi gospodarce. Zwracali uwagę, że rewolucja przemysłowa rozpoczęła się „pełną parą” dopiero po 1785 r., bo wówczas to wygasł patent Jamesa Watta na maszynę parową.

Prawo patentowe opóźniło także rewolucję na rynku motoryzacyjnym. Mało kto wie, że w 1895 r. w USA patent na samochód napędzany benzyną przyznano prawnikowi z Nowego Jorku, specjalizującemu się w patentach, niejakiemu George’owi B. Seldonowi. Wówczas to powstało Association of Licensed Automobile Manufacturers (ALAM), czyli Stowarzyszenie Licencjonowanych Producentów Samochodów.

Seldon odmówił Henremu Fordowi udzielenia licencji na produkcję auta uznając, że „nie posiada on wystarczających kompetencji”. Prawdziwym powodem była obawa przed spadkiem cen aut oraz zysków producentów, które miałoby miejsce przy ich masowym wytwarzaniu. Ford mimo braku licencji rozpoczął produkcję, w efekcie został pozwany przez ALAM. Batalię sądową wygrał dopiero w 1911 r.

Wyłączność na huśtanie

Zwolennicy patentów uważają z kolei, że promują one innowacyjność zwiększając liczbę wynalazków. Tymczasem w 2005 r.  Petra Moser opublikowała w „American Economic Review” pracę „How Do Patent Laws Influence Innovation?” (Jak prawa patentowe wpływają na innowacje?”). Przeanalizowała w niej katalogi wynalazków z dwóch wystaw: z Londynu z 1851 r. i z Filadelfii z 1876 r. Porównała wynalazki z krajów, które wówczas nie miały prawa patentowego (Szwajcaria, Dania i Holandia) i takich, które je posiadały.

Okazało się, że w przeliczeniu na liczbę obywateli nie było różnic między obiema grupami pod względem liczby wynalazków. Były natomiast różnice w jakich obszarach powstawały wynalazki: kraje z patentami miały więcej wynalazków w dziedzinach, które podlegały ochronie patentowej, ale za to mniej w tych, które takiej ochrony nie zapewniały.

Przeciwko prawu patentowemu świadczy fakt, że jest bardzo wiele wynalazków, które zmieniły ludzkość, ale ich autorzy nic finansowo nie zyskali. Laureat Nagrody Nobla z ekonomii, prof. Milton Friedman, w książce „Kapitalizm i wolność” podaje przykład wynalazcy supermarketu, który nie mógł opatentować swojego odkrycia, ponieważ prawo patentowe takiej możliwości nie przewidywało.

Tymczasem bogate zachodnie kraje zaczynają doprowadzać ochronę patentową do granic absurdu. W książce „Innovation and Its Discontents: How Our Broken Patent System is Endangering Innovation and Progress, and What to Do About It” („Innowacja i jej mankamenty. Jak nasz wadliwy system patentowy zagraża innowacjom i postępowi, i co możemy z tym zrobić”) amerykańscy profesorowie Adam Jaffe i Josh Lerner pokazują jak rosła liczba patentów przyznawanych w USA. W latach 1930 – 1982 zwiększała się o 1 proc. rocznie, w latach 1983 – 2002 r zacząć rosnąć, aż o 5,7 proc. rocznie.

Oczywiście nie oznacza to, że nagle Amerykanie stali się sześć razy bardziej innowacyjni, tylko że poluzowano kryteria, według których przyznaje się patenty. W efekcie patentuje się sposób huśtania się na huśtawce, czy metodę na odświeżanie chleba, która polega na włożeniu go do tostera.

To może być nawet zabawne, dopóki nasza firma nie dostanie pozwu od amerykańskiej, brytyjskiej czy niemieckiej spółki z żądaniem zapłacenie wielomilionowego odszkodowania. A na przykład w USA koszty procesów dzielone są na pół, bez względu na to, kto wygra.

Prof. Ha-Joon Chang uważa, że kraje rozwijające się powinny słabiej chronić zachodnie innowacje (m.in. skracając okres ochrony patentowej) po to, by taniej pozyskiwać technologie i szybciej się bogacić. A bogate, zachodnie państwa mają moralny obowiązek im na to pozwolić. Między innymi dlatego, że same korzystały z cudzej wiedzy, płacąc mało albo wcale, kiedy się bogaciły.

Warto, żeby polscy politycy pamiętali o tym negocjując kolejną umowę o ochronie patentowej. Skutki ewentualnej niekompetencji w tym zakresie odczujemy wszyscy we własnych portfelach. Bo to tam zawsze sięgają politycy, kiedy brakuje im pieniędzy z podatków, gdy wzrost gospodarczy okazał się słabszy, niż przewidywano.

Aleksander Piński


Tagi


Artykuły powiązane