Francja podziwia Niemcy, ale gospodarki nie reformuje

20.08.2012
To jest nie do przyjęcia, żeby Peugeot zwolnił tylu ludzi – powiedział prezydent Francois Hollande w wywiadzie telewizyjnym w dniu święta narodowego Francji. Kilka dni wcześniej koncern PSA zapowiedział zwolnienie w całym kraju 8 tys. pracowników i zamknięcie fabryki w pobliżu Paryża. Wiadomość jej pracownikom ogłoszono przez megafony.

Francois Hollande i Angela Merkel (CC By-NC sagabardon)


Historia Peugeota i reakcja Hollande’a pokazują, co dręczy Francję, piątą co do wielkości gospodarkę świata. Brak konkurencyjności i państwowy dirigisme, który hamuje jej naprawę. Tymczasem tuż obok mamy przykład, jak można się wybronić podejmując właściwe decyzje we właściwym czasie.

Niespełna 10 lat temu Volkswagena nazywano chorym człowiekiem europejskiego przemysłu motoryzacyjnego. Jednak na początku stulecia Niemcy zwolnili 20  tysięcy pracowników i wydłużyli czas pracy pozostałych, bez podwyżki płac. Wybrali też właściwą strategię rozwoju – ekspansję w Chinach, gdzie mają już 10 fabryk, podczas gdy Peugeot trzy. Postawili tez na pojazdy z górnej półki. Dziś Volkswagen kwitnie. Peugeot ma rating śmieciowy, a jego akcje potaniały w ostatnich 12 miesiącach o 65 procent.

Problemy francuskiego koncernu samochodowego w pewnym stopniu odzwierciedlają słabości całej francuskiej gospodarki. W pewnym, bo choć agencja S&P obniżyła rating Francji z AAA do AA+, a Moody’s dał perspektywę negatywną, to jednak kraj nadal cieszy się zaufaniem inwestorów finansowych. Rentowność 10-letnich obligacji jest niewiele wyższa niż niemieckich (spread wynosi aktualnie ok. 65 punktów bazowych).

Niemcy w pierwszej dekadzie stulecia znakomicie poprawiły jednak swoją konkurencyjność, podczas gdy Francja traciła ją z roku na rok. Eksport francuski jeszcze 10 lat temu wynosił 55 procent niemieckiego, teraz relacja ta wynosi poniżej 40 procent. Konkurencyjny w skali świata jest francuski przemysł lotniczy, kosmiczny, technologii informatycznych i rolnictwo (zwłaszcza produkcja napojów). Francja daje sobie radę też z produkcją dóbr luksusowych, ale czy perfumami i szampanem można pociągnąć całą gospodarkę? Z resztą przemysłu, nie tylko z motoryzacją, są problemy.

Konkurencyjność to słowo-klucz do zrozumienia słabości francuskiej gospodarki. W rankingu Światowego Forum Ekonomicznego Francja jest na całkiem dobrym 18 miejscu, ale w górę ciągnięta jest właściwie tylko świetną infrastrukturą, rozmiarem rynku i zaawansowaniem technicznym. A Niemcy są na 6 miejscu. W lipcu nowy rząd francuski, po rozmowach ze związkami zawodowymi i pracodawcami, zapowiedział przygotowanie raportu na temat konkurencyjności. Zamówi go we wrześniu, będzie gotowy w pierwszym kwartale przyszłego roku.

(opr. DG/ CC BY-NC-SA Press Clipping Makedonija)

(opr. DG/ CC BY-NC-SA Press Clipping Makedonija)

Bez pośpiechu, choć pośpiech nie byłby od rzeczy. Kiedy Niemcy na początku stulecia przycinali koszty pracy i czynili swój rynek bardziej elastycznym, Francja podwyższała szybko płacę minimalną i skracała tydzień pracy, a obciążenia podatkowe i składkowe przedsiębiorstw rosły. Dziś skala redystrybucji jest we Francji najwyższa w całej Unii – ok. 55 procent produktu krajowego, a przedsiębiorcy do każdych 100 euro wypłat dla pracowników muszą dokładać kolejnych 50 euro w postaci składek ubezpieczeniowych.

Kiedy popatrzeć na makroekonomiczne statystyki Francji właściwie nie widać powodu do dramatycznego niepokoju. Deficyt handlowy wyniósł w ubiegłym roku 70 mld euro, czyli ok. 3,5 procent produktu krajowego. Deficyt w rachunku bieżącym bilansu płatniczego jest nawet mniejszy. Poprawiają go m.in. wpływy z turystyki. Nawet w listopadzie czy styczniu Paryż jest zapchany wycieczkami Amerykanów i skośnookich, Riviera kusi latem, kurorty narciarskie zimą.

Jest też wzrost gospodarczy. W 2010 roku wyniósł 1,5 proc., w 2011 r. 1,7 proc. Niedużo, ale nie było mowy o recesji. Gorzej z finansami publicznymi. Dług rośnie, gdyż deficyt zmniejsza się zbyt wolno (w ubiegłym roku obniżył się z ponad 7 do 5,2 proc. PKB, w tym roku ma wynieść ok. 4,5 procent). I choć ocena długu francuskiego nadal jest w miarę pewna, to zbliża się on do 90 procent PKB. Według badań Kena Rogoffa i Carmen Reinhart jest to granica, powyżej której w krajach wysokorozwiniętych wzrost gospodarczy traci z  powodu długu ok. 1 punkt procentowy, niezależnie od koniunktury. Tyle, że Francja już nie ma z czego tracić.

(opr. DG/ CC BY ell brown)

(opr. DG/ CC BY ell brown)

Wydaje się, że dla Francji nadszedł czas próby. Dotychczas rynek krajowy podtrzymywał wzrost gospodarczy, zwłaszcza konsumpcja indywidualna. Teraz przy wysokim, już niemal 10 proc. bezrobociu, ten silnik zwolnił, wręcz zaczyna się dławić. W ubiegłym roku konsumpcja prywatna wzrosła zaledwie o 0,4 proc. Albo zatem jej rolę przejmie eksport, albo Francji grozi stagnacja. Już w tym roku wzrost gospodarczy spadł w I kwartale do zera, w drugim był nieznacznie ujemny, podobnie zapowiada się III kwartał, a cały rok słodka Francja (la douce France) zakończy w najlepszym przypadku tylko na minimalnym plusie. Nawet rząd przyznaje, że prognozy Komisji Europejskiej z kwietnia są zbyt optymistyczne. Później – jeśli nie nastąpią przewartościowania w polityce wewnętrznej – może być tylko gorzej.

I pewnie będzie. Prezydent Nicholas Sarkozy chciał obniżyć obciążenia pracodawców finansując je podwyżką VAT. Nic z tego. Po wyborach Francois Hollande skasował ten plan. W zamian obłożył najzamożniejszych Francuzów 75-proc. podatkiem dochodowym i dołożył obciążeń wielkim koncernom. Zapowiada kolejne wzrosty podatków – w tym tak zwanego CSG, z którego finansowane są ubezpieczenia społeczne.

Z zapowiedzi programowych widać też, że rząd socjalisty Hollande’a kontynuuje francuską tradycję etatystycznych rozwiązań. Państwo ma tworzyć miejsca pracy (np. w edukacji, policji i wymiarze sprawiedliwości),  blokować redukcje zatrudnienia (obowiązek znalezienia inwestora w przypadku zamykania fabryki), narzucać stałe umowy o pracę zamiast czasowych, by poprawić status młodych pracowników itd.

Czyli wszystko odwrotnie niż w Niemczech, choć politycy francuscy wielokrotnie pokazywali niemieckie reformy rynku pracy jako przykład skuteczności. Kompleks niemiecki widać w wypowiedziach i biznesmenów jak Carlos Ghosn, szef Renault, i polityków. Ghosn mówi w wywiadzie: „Co robią Niemcy: Robią swoje produkty z górnej półki w Niemczech i małe samochody wszędzie indziej”. I dodaje: „Nie da się zrobić [taniego] Renault Logan w zachodniej Europie i być konkurencyjnym w tym samym czasie”.

A Pierre Moscovici, minister finansów i gospodarki Francji tak przemawiał kilka tygodni temu w parlamencie francuskim: „Nikt nie zaprzeczy, że aprecjacja euro w latach 2000-2010 stała się obciążeniem dla francuskiej konkurencyjności, zwłaszcza w przemyśle. Jednak to nie był jedyny czynnik ponieważ (…) inne kraje takie jak Niemcy, przeżywające ten sam kryzys i mające tę samą walutę, osiągają nadwyżki w handlu zagranicznym.”

Co innego jednak cudze chwalić, a co innego samemu tak postępować. W efekcie pod względem wolności gospodarczej Francja jest klasyfikowana w rankingu Heritage Foundation na 67 miejscu na świecie, ze względu na obciążenia podatkowe, bardzo wysoki stopień redystrybucji, sztywny rynek pracy i stan finansów publicznych (Niemcy na 26).

W rankingu Doing Business Banku Światowego Francja jest na 29 miejscu, o 10 pozycji niżej niż Niemcy, m.in przez niekorzystny klimat i przepisy dla inwestycji (w 2010 roku inwestycje zagraniczne we Francji były niewiele większe niż w Polsce,  mimo ogromnej różnicy w wielkości rynku).

Raport Komisji Europejskiej dokłada swoje: konkurencja jest słaba w handlu detalicznym i przemysłach sieciowych takich jak energetyka, telekomunikacja czy przemysł gazowy. Płace nominalne rosną szybciej niż produktywność. Stąd niska zyskowność firm francuskich, która ogranicza inwestycje.

Z grubsza wiadomo jakie reformy są potrzebne – rozluźnienie przepisów krepujących rynki pracy i produktowe, zwiększenie konkurencji, równoważenie finansów publicznych metodami jak najmniej szkodliwymi dla wzrostu gospodarczego, czyli raczej mniejsze wydatki niż wyższe podatki, a jeżeli już podatki, to raczej VAT niż dochodowe. Takie reformy próbował  rozpocząć jeszcze Nicholas Sarkozy, m.in. wydłużył wiek emerytalny, ale czynił to nieśmiało. Tym bardziej trudno spodziewać się, by w odpowiednim kierunku posuwał się socjalista Hollande. Stąd kiepskie nastroje biznesu i inwestorów.

W jakim horyzoncie nie porównywać indeksów giełdy we Franfurcie i Paryżu, niemiecki DAX zawsze prezentuje się korzystniej niż francuski CAC. Notowania w Paryżu są dziś na poziomie sprzed 10 lat, giełdy niemieckiej o 80 proc. wyżej. DAX  odpracował spadki z 2008 roku, CAC jest jedną trzecią pod kreską. Traktując opinie inwestorów jako barometr dla całej gospodarki widać, gdzie przewidują lepszą pogodę, a gdzie burze.

Marcel Bauer, burmistrz małego miasta Selestat położonego na granicy francusko-niemieckiej, mówił w marcu w reportażu New York Timesa: „Niemieccy pracownicy rozumieją, że w czasie kryzysu musza zwiększyć wysiłek i zarabiać mniej, by utrzymać miejsca pracy. U nas mamy natychmiast wojnę, strajki i bitwy uliczne”.  “Każdy kraj ma duszę. I duszą Francji jest równość” – odpowiada prezydent Hollande. Widać, że Niemcy pojmują ją jednak inaczej.

Piotr Aleksandrowicz


Tagi


Artykuły powiązane