Gospodarki wschodzące doświadczają spowolnienia produktywności

31.01.2020
Słabnący wzrost produktywności pracy w krajach rozwijających się wynika w dużej mierze z niskiego poziomu inwestycji w tych gospodarkach. Problemom z mobilizacją kapitału towarzyszą równie duże ograniczenia w zakresie mobilności siły roboczej.


Jak wypadają współczesne innowacje w porównaniu z tymi z przeszłości? Niektórzy ekonomiści, jak choćby Robert Gordon z Northwestern University, twierdzą, że autonomiczne samochody, drukarki 3D i inne podobne wynalazki wypadają blado w porównaniu z owocami poprzednich rewolucji przemysłowych, takimi jak choćby masowa produkcja. Ich zdaniem to tłumaczy długotrwałe spowolnienie tempa wzrostu produktywności w Stanach Zjednoczonych i innych bogatych państwach, które jeszcze bardziej pogłębił niedawny kryzys finansowy.

A co z resztą świata? Kraje rozwijające się są z definicji oddalone od najnowszych osiągnięć technologicznych. Pewnym pocieszeniem w ich sytuacji jest istnienie ogromnej ilości wcześniejszych innowacji, które mogą być obecnie w większym stopniu wykorzystywane. Rozwój tych gospodarek zależy w większym stopniu od imitacji niż od innowacji. Kraj, w którym większość ludzi nadal jeździ na skuterach, nie musi się martwić, jeśli kolejna Tesla nie pojawi się na czas.

A jednak w krajach rozwijających się produktywność również rośnie wolniej. Na podstawie danych z ostatnich czterech dekad autorzy nowego raportu Banku Światowego określili obecne spowolnienie mianem „najostrzejszego, najdłuższego i najszerszego dotychczas”. PKB na pracownika w gospodarkach rozwijających się jest obecnie o prawie 14 proc. niższe niż byłoby, gdyby wzrost produktywności nie zwolnił.

Ośrodek analityczno-doradczy Institute of International Finance uważa, że rynki wschodzące zmagają się obecnie z pewną odmianą „sekularnej stagnacji” prześladującej państwa bogate. Firma konsultingowa Oxford Economics twierdzi natomiast, że rynki wschodzące utraciły swoją zmienność i wigor, co skazuje je na „drażniącą stabilność”. Inna firma konsultingowa, Capital Economics, przewiduje, że w nadchodzącej dekadzie „dobiegnie końca obserwowany w ciągu ostatnich dwóch dekad powszechny proces przyspieszonego nadrabiania zaległości rozwojowych przez rynki wschodzące”. Na większości rynków wschodzących śledzonych przez tę firmę PKB per capita rósł w ubiegłym roku wolniej niż w Stanach Zjednoczonych. Imitacja powinna być łatwiejsza od innowacji. Jednak nawet w sytuacji, gdy wiodącym gospodarkom trudniej jest wytyczać nowe ścieżki, wielu spośród ich naśladowców całkowicie zbłądziło.

Rewolucja technologiczna szybko wpłynie na produktywność

Jak do tego doszło? Niektórzy ekonomiści obawiają się, że w bogatych państwach duże firmy mają zbyt łatwe życie. Wobec braku silnej konkurencji mają niewielką motywację do wdrażania innowacji i inwestowania. Zarazem niektórzy obawiają się, że jeśli chodzi o kraje biedne, sytuacja dużych firm jest obecnie zbyt trudna. Przeprowadzone przez Bank Światowy badanie obejmujące ponad 15 tysięcy przedsiębiorstw wykazało, że w biednych krajach duże firmy są zazwyczaj bardziej produktywne od swoich mniejszych konkurentów, a także mają większe szanse na eksportowanie swoich produktów. W przeszłości firmy te były ważnymi kanałami transferu know-how i technologii, wpierw przejmowanych od zagranicznych partnerów i rywali a następnie przekazywanych krajowym dostawcom i naśladowcom. Bank Światowy twierdzi jednak, że obecnie „te drogi transferu technologii zanikają” wskutek rosnącego protekcjonizmu i zatrzymania ekspansji globalnych łańcuchów wartości.

Jednak brak transferu technologii to tylko część problemu. Za połowę spowolnienia wzrostu produktywności pracy w ostatnich latach odpowiada nie tyle niezdolność do naśladowania co niezdolność do akumulacji kapitału: w wyniku słabego poziomu inwestycji nie ma wystarczającej ilości kapitału do zwiększenia wydajności pracy. Ten niedobór inwestycji wyjaśnia całość spowolnienia tempa wzrostu produktywności w Azji Południowej, na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce, a także dwie trzecie spowolnienia w Europie i Azji Środkowej. Jest to problem poważny, ale zarazem uspokajająco konwencjonalny. O ile niskie nakłady inwestycyjne wynikają z braku dostępności kredytów lub braku zaufania, można sobie łatwo wyobrazić odwrócenie sytuacji po tym, jak zagoją się „rany finansowe” a na rynki wróci optymizm.

Problemom z mobilizacją kapitału towarzyszą równie duże ograniczenia w zakresie mobilności siły roboczej. W każdym kraju niektóre części gospodarki (jak na przykład sektor przemysłowy) są bardziej produktywne od innych (jak choćby rolnictwo). Jednak te różnice są wyjątkowo duże w krajach rozwijających się, gdzie obok siebie często funkcjonują obszary nowoczesności i średniowiecza. Tak więc co do zasady gospodarki wschodzące mogą dużo zyskać na mobilności pracowników pomiędzy sektorami, nawet jeśli produktywność w ramach danego sektora nie rośnie. W latach poprzedzających globalny kryzys finansowy w typowym kraju rozwijającym się tego rodzaju mobilność pracowników dodawała około 1,1 punktu procentowego do wzrostu. W ostatnich latach ten wkład spadł do zaledwie 0,5 punktu procentowego. W Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie ten wkład był wręcz ujemny: pracownicy przechodzili do sektorów, w których byli mniej produktywni.

Być może najprostszym wytłumaczeniem spowolnienia wzrostu produktywności jest boom, który je poprzedził. Przez pięć wyjątkowych lat, przerwanych przez globalny kryzys finansowy, Chiny notowały niezwykły wzrost gospodarczy, który pociągnął za sobą kraje eksportujące surowce. Wskutek tego sukcesu azjatyckiemu gigantowi zostało mniej przestrzeni do dalszego ekspresowego nadrabiania zaległości rozwojowych, co przyczyniło się do nieuniknionego spowolnienia tempa wzrostu chińskiej gospodarki. Jej wzrost stał się również bardziej samowystarczalny i w mniejszym stopniu zależny od surowców.

Zmiana tempa i charakteru wzrostu gospodarczego Chin okazała się katastrofą dla wielu gospodarek rozwijających się, które eksportują surowce, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie. W tych państwach wzrost produktywności załamał się. Jednak w przypadku innych gospodarek rozwijających się stwierdzenia o sekularnej stagnacji i końcu etapu „doganiania” bogatszych państw wydają się przesadzone. Tempo wzrostu produktywności w tych krajach jest zbliżone do średniej wartości z ostatnich 25 lat i jest wciąż wyższe niż w gospodarkach rozwiniętych. Wzrost produktywności jest wolny tylko w porównaniu z kilkoma wyjątkowymi latami przed światowym kryzysem finansowym i po nim.

W pracy opublikowanej 25 lat temu przez Bank Światowy ekonomista Lant Pritchett, obecnie pracujący na Uniwersytecie w Oksfordzie, podkreślał, że szybki wzrost umożliwiający doganianie lepiej rozwiniętych krajów (catch-up growth) był z perspektywy historycznej dość rzadkim fenomenem. To prawda, imitacja powinna być łatwiejsza od innowacji (a tam, gdzie brakuje kapitału, stopy zwrotu z inwestycji powinny być wysokie). Jednak często na drodze do realizacji takiego scenariusza stawały inne czynniki. W końcu, gdyby kraje ubogie co do zasady rozwijały się szybciej niż kraje bogate, to nie byłoby na świecie wciąż tak wielu państw ubogich. Jak pisał Pritchett, „dominującą cechą” współczesnej historii gospodarczej nie była wcale konwergencja między krajami bogatymi i biednymi, ale raczej „silna dywergencja”.

Pomimo wszystkich rozczarowań miniona dekada przełamywała ten historyczny trend, choć w sposób mniej imponujący niż dekada, która ją poprzedziła. Dla gospodarek wschodzących drugie dziesięciolecie XXI wieku było rozczarowaniem. Jednak mimo tego była to druga najlepsza dekada w ciągu ostatnich 50 lat.

Niniejszy artykuł ukazał się w sekcji „Finance and economics” [Finanse i ekonomia] papierowego wydania tygodnika The Economist pod tytułem „Emerging economies are experiencing a prolonged productivity slowdown”.


Tagi


Artykuły powiązane