• Reuven Brenner

Groźne analogie, oby tylko gospodarcze

30.12.2012
Centralizacja władzy i spadek znaczenia rynków kapitałowych to dwa najgroźniejsze podobieństwa sytuacji obecnej i tej z lat 30. ubiegłego wieku. W jaki sposób ludzie będą próbowali zracjonalizować sobie to, że żyje im się znacznie gorzej, jeśli polityka gospodarcza USA i Europy dalej iść będzie w złym kierunku? Historia minionych lat XX w. stanowi ostrzeżenie.

Franklin Roosevelt Memorial - pamiątka po Wielkim Kryzysie CC BY-NC-SA martnpro


Wielu ludzi porównuje obecną sytuacją z Wielkim Kryzysem. Mówią, że dziś mamy Wielką Recesję. Wskazują, że rzeczywiste bezrobocie jest bardzo wysokie, ponad dwa razy wyższe niż podawane przez urząd statystyczny. Bo ten nie uwzględnia faktu, że wiele osób w ogóle przestało szukać pracy i straciło w ten sposób status „bezrobotnego”.

Inni obawiają się deflacji, dewaluacji i tego, że dolar przestanie pełnić funkcję waluty rezerwowej. Jeszcze inni boją się tego, że nieliczna garstka najzdolniejszych, najbardziej obrotnych ludzi, którzy tworzą wielkie przedsiębiorstwa, nie przyjeżdża już do Stanów Zjednoczonych, lecz zostaje lub wraca do swoich krajów, które wydostały się zza Żelaznej Kurtyny w 1989 r.

Wszechogarniająca niepewność

Nikt jednak nie dyskutuje na temat najbardziej niepokojącej analogii z latami trzydziestymi ubiegłego wieku. Wówczas, tak jak dziś, ludzie byli niepewni do jakiego modelu społeczeństwa powinni dążyć. Nie wiedzieli jak postawić na nogi gospodarki swoich krajów i odbudować międzynarodowy system walutowy po nieszczęściach I wojny światowej. Próbując odpowiedzieć na te pytania, społeczeństwa postawiły na błędne rozwiązania, które jak się okazało miały długoterminowo katastrofalne skutki. Dziś być może popełniamy takie same błędy.

Przypomnijmy sobie tamte lata dwudzieste i trzydzieste: rządy Niemiec, Węgier, Austrii i Włoch przez hiperinflację zniszczyły klasę średnią i rynki finansowe w swoich krajach. Taka polityka zawsze była receptą na niestabilność polityczną i centralizację władzy. Gdy tylko rynki finansowe przestają działać, nawet jeśli nie jest to polityka celowa, rządy i banki centralne nieuchronnie przejmują funkcję alokacji kapitału w gospodarce.

Taki los stał się udziałem Austrii, która – po wielkiej ekspansji kredytowej w trakcie i po I wojnie światowej oraz bankructwie największego banku depozytowego Credit Anstalt – wstrzyknęła do gospodarki zastrzyk pieniędzy, choć problemem nie była płynność, lecz wypłacalność. Po tym ruchu Austria nadal utrzymywała wymienialność szylinga na złoto, choć dla inwestorów było oczywiste, że nie może to potrwać długo. Kiedy ucieczka kapitału nie ustawała, rząd wprowadził najpierw ograniczenia w przepływie kapitału, a w końcu zawiesił wymienialność szylinga na złoto w 1931 r.

Kryzys przyspieszyły błędy polityki gospodarczej

Błędna polityka Austrii przyspieszyła chwilę kiedy Wielka Brytania zawiesiła wymienialność funta na złoto. Zrobiła to w tym samym roku 1931. Wymienialności funta nie dało się utrzymać, gdyż Wielka Brytania w 1925 r. powróciła do standardu złota z przedwojennym parytetem, mimo że w czasie wojny panowała wysoka inflacja. Powrót do standardu złota w tych warunkach, zgodnie z przewidywaniami, doprowadził do deflacji i bezrobocia.

Francja wyciągnęła wnioski z błędu Wielkiej Brytanii. Gdy Raymond Poincaré został w 1926 r. premierem zlecił Jacques’owi Rueffowi określenie poziomu na jakim należy ustabilizować wartość franka. Choć Poincaré początkowo chciał powrócić do parytetu sprzed wojny, tak jak Wielka Brytania, Charles RistPierre Quesnay, wiceprezesi Banku Francji, przekonali go, żeby tego nie robił.

Francja przywróciła wymienialność franka na złoto po kursie stanowiącym zaledwie jedną piątą przedwojennego parytetu. Rueff wybrał ten bezpieczny poziom, bo wolał uniknąć deflacji i bezrobocia, nawet gdyby miało się okazać, że frank będzie niedowartościowany. Emile Moreau, prezes Banku Francji, przystał na propozycję Rueffa. Frank został ustabilizowany, kapitał popłynął z powrotem do Francji, nastąpiła ekspansja kredytowa i zaczął się boom bez inflacji i bezrobocia.

Francuska polityka „dewaluacji dla poprawy konkurencyjności” szybko jednak zaburzyła krótki okres spokoju w międzynarodowym systemie walutowym. Być może udałoby się utrzymać w nim porządek, gdyby Benjamin Strong, ówczesny prezes Rezerwy Federalnej, żył trochę dłużej. Ale Strong umarł w 1928 r. i rachityczne ramy współpracy międzynarodowej, jakie udało mu się sklecić w latach międzywojennych, rozpadły się. Od tamtej pory niezliczone błędy w polityce gospodarczej, popełniane na całym świecie, szybko zaczęły się kumulować, co w końcu doprowadziło do II wojny światowej.

Podobieństwo dzisiejszej sytuacji do lat 30-tych stwarza więc dużo większe zagrożenie, niż wspomniane wyżej, pozorne problemy makroekonomiczne. Dziś, tak jak wówczas, prawie nikt nie dostrzega, że błędy w polityce pieniężnej i brak międzynarodowej współpracy zmierzającej do ustabilizowania kursów walutowych, mają drastyczne skutki polityczne. Jednak te związki są oczywiste.

Rozwój gospodarczy wymaga czterech składników:

– ludzi z pomysłami i energią (talenty),

– ludzi z pieniędzmi (kapitał),

– instytucji finansowych, które potrafią rozstrzygnąć komu, ile i na jakich warunkach można powierzyć kapitał oraz

– systemu polityczno-prawnego, który gwarantuje, że wszyscy wywiązują się ze swoich zobowiązań.

Łatwo to powiedzieć, dużo trudniej zrobić. W szczególności dotyczy to czwartego punktu czyli odpowiedzialności. Żeby podmiot mały i słaby mógł zawsze liczyć na sprawiedliwość, nawet w obliczu wielkiego i potężnego, potrzebna jest skomplikowana sieć instytucji. Do niedawna takie warunki można było znaleźć tylko na Zachodzie, wszędzie indziej normą była raczej jakaś wariacja formuły „ja tu rządzę, więc lepiej nie wchodź mi w drogę”.

Gdy nie ma kapitału: bankructwo albo wojna

Społeczeństwa mają pięć źródeł kapitału:

– majątek odziedziczony po wcześniejszych pokoleniach lub bogactwa naturalne,

– oszczędności,

– dostęp do rynków finansowych,

– rząd i

– „przestępczość”.

Przez przestępczość rozumiem nie tylko zaciąganie pożyczek u mafiosa, ale także konfiskatę majątków niektórych obywateli w majestacie prawa, w tym także przez okupację innych państw przy użyciu sił zbrojnych.

W latach 1920-tych i 1930-tych, seria katastrofalnych błędów i brak współpracy międzynarodowej w dziedzinie monetarnej doprowadziły do inflacji, która zjadła oszczędności ludzi. Traktat wersalski zablokował możliwości korzystania z ważnych dla europejskiej gospodarki czynników produkcji. Splot tych okoliczności doprowadził do osłabienia rynków kapitałowych i spowolnienia handlu międzynarodowego.

Efektem były bankructwa banków, krachy na giełdach, wzrost bezrobocia, dekadencja klasy średniej. W latach trzydziestych miały miejsce kolejne fale dewaluacji. Wprowadzano coraz większe bariery dla handlu międzynarodowego. Największe szkody wyrządziła ustawa celna Smoota-Hawleya, która była bezpośrednią przyczyną krachu na nowojorskiej giełdzie w październiku 1929 r.

Tak zniknęły pierwsze trzy źródła kapitału. W tej sytuacji ludzie zwrócili się o dostęp do pieniędzy do pozostałych dwóch „instytucji”: rządu i „przestępczości” – w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu.

Ludzie potrzebują jakiegoś uzasadnienia dla tego rodzaju zmian, a „intelektualiści” są zawsze w stanie jakieś zaproponować. Idee są tanie więc produkują je zgodnie z zapotrzebowaniem, odkurzając pomysły z bibliotecznych półek.

Tak jak można było się tego spodziewać, w latach 1920-tych i 1930-tych rosło uznanie dla socjalizmu i komunizmu, które były uzasadnieniem dla coraz większej roli rządu w niektórych krajach. W innych popularność zdobywały teorie dotyczące dobroczynnych skutków robót publicznych. W końcu pojawiła się „ogólna” teoria Keynesa, która tłumaczyła dlaczego rząd na stałe powinien mieć większą rolę w mobilizowaniu i alokowaniu kapitału.

W tym samym czasie „przestępczość” przyjęła złowróżbne barwy nacjonalistyczne i rasistowskie. To zjawisko było najsilniejsze w Niemczech, gdzie popularność zdobyły teorie „uzasadniające” konfiskatę majątków „obcym”. W tym kontekście nie są niczym zaskakującym sukcesy nacjonalistycznej greckiej partii Złota Jutrzenka, dążenia do secesji w Katalonii i Szkocji oraz w wielu innych regionach Europy, gdzie ludzie zaczynają się identyfikować z dawniejszymi „plemiennymi” tożsamościami. To wszystko zdarzało się już wcześniej, aczkolwiek zaskakujące może wydać się łączenie tych zjawisk z wielkimi błędami w polityce pieniężnej, drastyczną ekspansją kredytową i brakiem współpracy międzynarodowej w dziedzinie walutowej.

Uwaga na intelektualistów

Intelektualiści zawsze świetnie radzili sobie z tym, żeby realne problemy przekształcić w kwestie moralne o podłożu religijnym, rasowym lub narodowym i za pomocą nowego żargonu uzasadnić dlaczego państwo może temu dać, a tamtemu zabrać. W latach trzydziestych XX w. był to język odwołujący się do pojęć narodu i rasy.

We wcześniejszych wiekach był to język religijny. W 1576 r. podbijając Antwerpię, wojska hiszpańskie wymusiły na rodzie Fuggerów „pożyczkę” w wysokości 8 milionów reńskich guldenów (ok. 500 do 800 mln dol. dziś, choć takie porównania są wątpliwe). Król Hiszpanii od początku nie miał zamiaru spłacać tego długu. W 1598 r. rozkazał wysokim dostojnikom kościelnym, aby „zajęli się” sprawą. Król uważał, że tylko kler może uzasadnić, dlaczego pożyczki Fuggerom nie trzeba oddawać, i że jest to moralnie OK.

A dziś? Dziś nie trzeba oddawać długów, ponieważ jest się „ofiarą” systemu. Problemem są więc niestabilne rynki kapitałowe, które pozbawione nadzoru miażdżą niewinnych, w nagłych, nieuzasadnionych wybuchach optymizmu i pesymizmu. Nic nowego na świecie – poza żargonem, który ma ukryć o czym naprawdę mówimy.

Tak jak w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, także dziś prawie nikt nie myśli o tym, żeby naprawić popełnione przed i w czasie kryzysu błędy. Zagwarantować, że nie będzie kolejnej niekontrolowanej ekspansji kredytowej w przyszłości. Zamiast tego rządy i banki centralne wchodzą w lukę pozostawioną przez rynki kapitałowe – nie podejmując wszakże prób stabilizacji kursów wymiany. Ta niestabilność dziś – tak samo jak wówczas – jest jedną z głównych przeszkód, nie pozwalających gospodarce światowej stanąć na nogi.

W krajach Zachodu, gdzie nadal funkcjonują głębokie rynki kapitałowe, stabilizacja kursów wymiany nie jest priorytetem, ponieważ dostępnych jest mnóstwo instrumentów pochodnych, które pozwalają zniwelować ryzyko kursowe. Ale dla reszty świata – krajów, których rynki finansowe dopiero się kształtują, niestabilność kursowa jest bardzo szkodliwa.

Dopóki ten trend nie zostanie odwrócony i dopóki państwa nie zaczną współpracować w celu stabilizacji kursów walutowych, dopóty obraz pożądanego modelu społeczeństwa będzie coraz bardziej rozmyty. Im rynki kapitałowe płytsze, tym mniej są one demokratyczne. Pieniędzy wystarcza tylko dla pewniaków – dojrzałych korporacji, a start-upy nie mogą pozyskać funduszy na rozwój. Gdy większość pieniędzy w gospodarce wydaje biurokracja, siłą rzeczy pogłębia się centralizacja.

Bez podziału władzy – który może zaistnieć tylko wówczas, gdy w kraju jest wiele różnych, niezależnych źródeł kapitału – wybory i pięknie napisane konstytucje mają niewielkie znaczenie, o ile w ogóle jakieś posiadają. Jeśli nie są dostępne zróżnicowane i konkurujące między sobą źródła finansowania, kończy się na tym, że biurokraci rozdzielają pieniądze, a władza jest scentralizowana – bez względu na to, co jest napisane w konstytucji i jak głosują ludzie.

Historia lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku stanowi ostrzeżenie czym to grozi.

Reuven Brenner

Autor jest profesorem McGill University w Montrealu.

Opracował Krzysztof Nędzyński

Artykuł po raz pierwszy ukazał się w The American, internetowym magazynie American Enterprise Institute. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji Obserwatora Finansowego.


Tagi


Artykuły powiązane