Komunistyczna gazeta idzie po juany na kapitalistyczną giełdę

02.02.2012
Najważniejszy propagandowy organ Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin zbiera fundusze na rozwój portalu internetowego w najbardziej kapitalistyczno – imperialistyczny sposób, bo na szanghajskiej giełdzie. By skuteczniej sprawować rząd dusz zamierza pozyskać od inwestorów ponad pół miliarda juanów, czyli ponad 80 mln dolarów.

Giełda w Szanghaju (CC By-NC-ND thewamphyri)


Pieniędzy na ekspansję w sieci potrzebuje najważniejsza gazeta Państwa Środka – People’s Daily, czyli Dziennik Ludu, znana poza Chinami również jako Renmin Ribao. W Polsce nadal w obiegu jest nazwa Żenmin Żypao, bo tak w polskim zapisie brzmi tytuł potężnego w wymiarze politycznym i propagandowym organu chińskiej partii.

Czerwony portal chce gonić liderów

IPO organizuje spółka People’s Daily Online Co., która jest formalnym właścicielem portalu internetowego gazety. W tej chwili mniejszościowe udziały w tym przedsięwzięciu mają trzy wielkie koncerny telekomunikacyjne – dwa z „kontynentu” i jeden z Hongkongu. Jego czerwoni dyrektorzy chcą pozyskać 527 mln juanów (83,5 mln dolarów) przekształcając firmę w spółkę akcyjną i wypuszczając nowe akcje. Po debiucie, akcje sprzedane w ramach IPO będą stanowiły jedną czwartą kapitału spółki.

Ze wstępnego projektu prospektu emisyjnego, dostępnego na stronach chińskiego nadzoru (China Securities Regulatory Commission), dowiedzieć się można, że celem przedsięwzięcia jest zmniejszenie narastającego dystansu rynkowego dzielącego internetowe wydanie Dziennika Ludu od komercyjnych portali informacyjnych prowadzonych przez spółki SINA Corp. i Sohu.com. Obie firmy są notowane na nowojorskim rynku NASDAQ i od dawna korzystają z międzynarodowego kapitału, co skwapliwie zostało odnotowane w prospekcie. Według zawartych w nim informacji, z usług SINA korzysta 247 tysięcy z każdego miliona Chińczyków, a na portal Dziennika Ludu wchodzi jedynie 20 tysięcy na milion.

Z drugiej strony, w samym tylko 2010 roku zysk People’s Daily Online wzrósł czterokrotnie, do 81,6 mln juanów (12,3 mln dolarów), podczas gdy SINA, z powodu zamknięcia nieudanych inwestycji, miała w tym samym czasie stratę w wysokości 126,7 mln juanów, czyli 19,1 mln dolarów. Wydawałoby się zatem, że portal i jego komunistyczne władze nie mają prawa zbyt głośno narzekać. To jednak sprawozdawcze złudzenie.

W 2009 roku zysk netto SINA wyniósł ponad 2,7 mld juanów (411 mln dolarów), co było efektem spieniężenia innych z kolei inwestycji, a zyski Sohu.com kształtowały się przez trzy kolejne lata, od 2008 roku, na poziomie blisko 1 mld juanów (150 mln dolarów) rocznie. Zorientowane źródła na Tajwanie zwracają ponadto uwagę, że spółki-córki People’s Daily Online albo przynoszą straty, albo w dziwny sposób wychodzą dokładnie na zero, jak przydarzyło się wyszukiwarce Goso.com.

Wskazuje się również, że 30 proc. zysku netto spółki-matki to efekt działania władz, które na lata 2010 -2013 zwolniły z opodatkowywania pewne rodzaje działalności People’s Daily Online.

Inwestycja w rząd dusz

Według China Internet Network Information Center, w listopadzie 2011 roku liczba mieszkańców Chińskiej Republiki Ludowej korzystających z Internetu po raz pierwszy przekroczyła pół miliarda. Liczba użytkowników serwisów mikroblogowych wyniosła równie monumentalne 300 mln (w 2010 roku – 195 mln). Wprawdzie ze wskaźnikiem tzw. penetracji na poziomie 36 proc. daleko Chinom do bardziej zaawansowanych sąsiadów (w Japonii i Korei Płd. wskaźnik ten to niespełna 80 proc. ludności), to gonią ich bardzo szybko.

W prospekcie wybity został biznesowy aspekt planu zebrania na rynku środków na rozwój internetowej wersji najsłuszniejszej z chińskich gazet. Bliższa prawdy wydaje się jednak spekulacja, że chodzi także, a raczej przede wszystkim, o perspektywy sprawowania rządu dusz. Nawet Chińczyka trudno jest zmusić do klikania w to, co lubi i serdecznie poleca Wielka Partia.

Rozsądnym zatem sposobem zwiększania skali oddziaływania rządzących jest przyciąganie internautów sprawdzonymi usługami i sposobami marketingowymi. Konieczne jest wzbogacenie oferty o będące pod własną kontrolą, usługi imitujące Facebook, czy Twittera i wiele innych elementów pożądanych przez młodzież. Poza tym przechwytywanie przez zwykłych obywateli prawa do rozprzestrzeniania informacji bardzo denerwuje władze. Woli je mieć w garści, nawet jeśli z policyjnych metod utrzymywania wpływu na obieg informacji nie rezygnuje. Nie dalej jak w grudniu minionego roku, władze miejskie Pekinu przestrzegły mikroblogerów, że nieujawnienie w ciągu trzech miesięcy ich nazwisk spowoduje prawne konsekwencje.

Banki już nie tak skore

Obrona pozycji „na froncie propagandowym” wymaga sporych pieniędzy. I mogłoby się wydawać, że z czym jak z czym, ale ze środkami na rozwój nie ma w Chinach problemu. W obawie przed załamaniem, przypominającym w skutkach Wielki Kryzys lat 30-tych minionego stulecia, chińskie władze prowadziły jeszcze parę lat temu politykę łatwego pieniądza. Zadaniem banków było wzmożenie zasilania gospodarki i konsumentów. Ale to się skończyło. O kredyty coraz trudniej, a ciężar długów sprowadził na ziemię nie tylko bankierów, ale i rządzących.

Rezydujący od dwóch dekad w Chinach dr Carl E. Walter, dyrektor China International Capital Corporation, kiedyś doradca chińskich władz, przygotowujący np. w 1992 oku pierwsze chińskie IPO na rynku międzynarodowym, przypomina, że już w 1999 roku chiński dług publiczny we wszystkich swoich komponentach (dług odzwierciedlany w budżecie, zadłużenie władz lokalnych, pożyczki i kredyty nie uwzględniane w sprawozdaniach chińskiego ministerstwa finansów – np. zaciągane przez Ministerstwo Kolei oraz złe długi, na które nie utworzono w bankach rezerw) był wyższy niż dopuszczają europejskie standardy i wynosił ok. 5 proc. PKB. Przez ponad dekadę dług ten urósł – jego zdaniem – do 16 – 18 proc. PKB.

W szczególnie trudnej sytuacji znalazły się trzy państwowe giganty, określane jako tzw. policy banks, a finansujące wszystkie największe projekty infrastrukturalne w rodzaju Zapory Trzech Przełomów, czy superszybkiej kolei. Zgodnie ze statutem, gubernatorem najważniejszego z nich – China Development Bank, którego portfel kredytowy wynosił na koniec 2010 roku 4,6 biliona juanów, czyli 690 mld dolarów, musi być konstytucyjny minister.

Hayek mierzy się z Keynesem w Chinach

Tylko w 2009 roku chińskie banki zwiększyły swoją akcję kredytową o 9,6 bln juanów (1,5 bln dolarów). To tyle, co prawie dwukrotność indyjskiego sektora bankowego. Większość pieniędzy powędrowała do 10 tys. spółek inwestycyjnych, kontrolowanych najczęściej przez władze prowincji i mniejsze jednostki administracyjne, które nie mogą zaciągać pożyczek bezpośrednio i we własnym imieniu.

Spółki te przecierają drogi i kolejowe szlaki, przerzucają mosty, wznoszą reprezentacyjne gmachy. Brzmi to świetnie, tyle że zbyt często są to budowy na wyrost, niepotrzebne, prowadzone wyłącznie ku chwale miejscowego kacyka. Simon Cox, azjatycki korespondent The Economist, twierdzi, że łączny dług władz lokalnych wynosi 10 – 14 bln juanów, co by oznaczało, że dr Walter był zbyt skromny w swych szacunkach, bowiem jest to równowartość 25 – 36 proc. chińskiego PKB. Według chińskiego rocznika statystycznego PKB Chin wyniósł w 2009 roku 34,5 bln juanów w cenach bieżących, w 2010 r. – 40,2 bln juanów.

Zadłużeniowy garb zdecydowanie może zmienić optykę chińskich władz. Wtedy ograniczanie przez banki strumienia kredytów jeszcze się nasili. Zwraca na to uwagę Simon Cox w tekście pt. „Keynes vs Hayek in China” zamieszczonym w materiałach nowojorskiego festiwalu „The World in 2012”. W chińskim kontekście przypomniana istotę sporu dwóch tuzów ekonomii. Keynes uważał, że nieszczęściem jest nieadekwatny poziom inwestycji, który sprawia, że brakuje miejsc pracy, natomiast Hayek wskazywał, że za tani kredyt sprzyja podejmowaniu przez biznes zbyt ambitnych przedsięwzięć. Takich, które nie przyniosą owoców lub są wydawane zbyt późno, co prowadzi do marnotrawstwa zasobów.

Upadek Lehman Brothers wyzwolił w Chinach miłość do Keynesa. Obecne problemy – zdaniem Coxa – mogą ich zbliżyć do Hayeka.

Część ekspertów spekuluje, że przyszłym, nowym władcom Chin – Xi Jinping i Le Keqiang, którzy jeszcze w tym roku mają objąć stanowiska sekretarza generalnego partii i premiera, bliżej będzie do Hayeka, który odmawiał sensu interwencji państwa w gospodarce. Tzw. zdroworozsądkowcy twierdzą jednak, że bank centralny każe bankom komercyjnym powyczyszczać księgi, a potem zasili je zdrowym kapitałem, nie pozwalając na pozostawienie ich dłużników bez wsparcia.

Wywód Coxa tłumaczy też, dlaczego spółka People’s Daily Online mogła nie mieć wyjścia i mimo ideologicznych uprzedzeń została postawiona przed giełdową ścianą. Może być też tak, że czerwień Żenmin Żypao to jedynie element liturgii i ornament, więc debiut giełdowy spółki zależnej partyjnym propagandzistom nie przeszkadza. Nawet oni mieli czas przywyknąć. Już dwa lata temu chińskie giełdy wyprzedziły pod względem kapitalizacji japońskie, co dało im drugie miejsce w świecie. Poza tym IPO to wyjście bardziej do przyjęcia, niż zdanie się choćby na łaskę funduszy private equity, które coraz śmielej sobie poczynają w Chinach. W 2010 roku powstały 82 fundusze PE skupione na Państwie Środka, które zgromadziły tylko w tym roku prawie 28 mld dolarów.

Autor jest publicystą ekonomicznym, był szefem redakcji serwisów ekonomicznych PAP. Publikuje w internetowym Studiu Opinii


Tagi


Artykuły powiązane