Lekcja pokory dla zbyt pewnego siebie księcia

23.04.2020
Zawarte przez OPEC+ w Niedzielę Wielkanocną porozumienie jest historyczne, głównie z powodu skali obniżki wydobycia ropy. Nie udało się jednak zahamować spadku cen, a porozumienie może przejść do historii z zupełnie innego powodu.
ropa-CC0-550x432

(© CC0 Pixabay)

(© CC0 Pixabay)

Porozumienie zawarły kraje OPEC+  czyli 13 państw należących do OPEC oraz takie kraje, jak Rosja czy Kazachstan. Jednak to, co się działo wcześniej, zwłaszcza w Wielki Piątek, każe postawić pytanie, jak dużo dzisiejszy OPEC ma wspólnego z założoną sześćdziesiąt lat temu organizacją? Być może tyle, co Święte Cesarstwo Rzymskie z dawnym Cesarstwem Rzymskim.

Trzymając się tej analogii można postawić kolejne pytanie – czy przypadkiem 10 kwietnia 2020 r. nie będzie dla OPEC tym samym, czym 6 sierpnia 1806 r. był dla Świętego Cesarstwa Rzymskiego? Jeszcze za wcześnie, by znać odpowiedź, ale nie ulega wątpliwości, że w wyniku wielkanocnego porozumienia musi się coś zmienić na rynku ropy. Tym czymś wydaje się postawa kluczowego gracza, czyli Arabii Saudyjskiej.

Złożoność położenia Arabii Saudyjskiej polega, a raczej polegała na tym, że jej decydenci de facto przewodniczyli dwóm organizacjom. Jedną z nich jest wspomniany OPEC, którego różnorodność na pewno nie ułatwia sprawowania roli przywódczej. Jednak przez długie lata Arabia Saudyjska pełniła także funkcję przywódcy nieformalnej organizacji, określanej często mianem Federal Reserve of Oil. Innymi słowy, cieszący się poparciem USA Rijad starał się tak postępować, by na rynku znajdowała się odpowiednia ilość ropy. Nie była to łatwa misja i na pewno wymagała dużego kunsztu ze strony saudyjskich decydentów. Nie bez przyczyny używam czasu przeszłego. Ale po kolei.

Założony w 1960 r. OPEC opierał się na sztuce dialogu. Różnice w podejściu różnych krajów do polityki wydobycia były oczywiste. Arabia Saudyjska miała przewagę ilościową, ale przełożenie tego na przewagę jakościową i odgrywanie roli rzeczywistego przywódcy wymagało dużo zaangażowania. Upływ czasu ułatwiał uzyskanie hegemonii. Najwięksi adwersarze Saudyjczyków wewnątrz OPEC zaczęli się wykruszać. Obecna pozycja Iranu czy Wenezueli jest o wiele słabsza niż pozycja, jaką zajmowały te kraje jeszcze w latach 70. ubiegłego stulecia. Innych adwersarzy zmiotła lub mocno osłabiła arabska Wiosna Ludów z 2011 r. Arabia Saudyjska mogła wygodnie rozsiąść się na fotelu nie tyle lidera, ile niemalże władcy absolutnego. OPEC stał się ugrupowaniem zrzeszającym różne kraje, ale działającym zgodnie z kaprysami lidera, który miał i ma mocniejszą pozycję niż Maradona w argentyńskiej reprezentacji piłki nożnej z 1986 r.

Nie jest chyba kwestią sporną fakt, że śmierć króla Abd Allah ibn Abd al-Aziz Al Su’ud w 2015 roku otworzyła nową kartę w dziejach monarchii. Mimo że schedę po nim przejął jego przyrodni brat Salman ibn Abdulaziz Al Saud, to prawdziwy ośrodek władzy zaczął niemal natychmiast koncentrować się wokół syna panującego króla, czyli Mohammeda ibn Salmana. Tak naprawdę to on podejmuje kluczowe decyzje.

Urodził się w sierpniu 1985 roku, w czasie, kiedy podejmowana była brzemienna w skutkach decyzja jego przodków o tym, by pod dyktando USA odkręcić kurek z ropą. Reperkusje tej decyzji były znaczące. Niszczyła ona resztki jedności wśród członków OPEC. Oczywiście sama decyzja była wymierzona w ZSRR oraz cały blok wschodni, ale rykoszetem wpłynęła na wszystkie państwa, włącznie z Arabią Saudyjską. Niskie ceny ropy naftowej zaszkodziły nie tylko ZSRR, ale także innym producentom.

Współcześnie rewolucja łupkowa w USA była wyraźnie nie na rękę Arabii Saudyjskiej, więc w głowie przywódców zrodziła się koncepcja wojny cenowej, mająca na celu unicestwienie procesów zachodzących w Ameryce. Zastosowany arsenał środków był bardzo podobny to tego, który Saudyjczycy wykorzystali, gdy Mohammed ibn Salman przychodził na świat. O ile jednak w 1985 roku ZSRR był wrogiem w całym tego słowa znaczeniu, tego samego nie można powiedzieć obecnie o USA. To w końcu strategiczny partner monarchii. Dlatego działania związane z wojną cenową były poprzedzone próbą odpowiedzi na pytanie, jak zdusić produkcję z amerykańskich łupków, zachowując jednocześnie przynajmniej poprawne relacje z Ameryką.

Działania Arabii Saudyjskiej poprzedzone były próbą odpowiedzi na pytanie, jak zdusić produkcję z amerykańskich łupków, zachowując jednocześnie przynajmniej poprawne relacje z Ameryką

Przede wszystkim prowadzenie wojny cenowej należało zacząć od budowania sojuszy. Pozostali członkowie OPEC byli albo za słabi, albo nie wchodzili w grę. Zresztą działalność Mohammeda ibn Salman prowadziła do podziałów nie tylko wewnątrz samego OPEC, ale nawet w gronie krajów półwyspu arabskiego, czego najlepszym dowodem są doświadczenia Kataru (który ostatecznie opuścił szeregi OPEC). Trzeba było więc szukać sojuszników poza OPEC. Nie było to przedsięwzięcie szczególnie trudne, gdyż niskie ceny ropy naftowej skutecznie zachęcają producentów do wzniesienia się ponad podziały. I tak powstał OPEC+, w którym główne skrzypce zaczęła odgrywać Rosja. Sojusz Moskwy z Rijadem był klasycznym sojuszem taktycznym i chyba tylko wyjątkowo naiwne osoby mogły wierzyć w jego trwałość.

Jak się okazuje, na co wskazuje między innymi David Gardner z Financial Times, sojusz z Rosją dla Muhammeda ibn Salmana miał jeszcze jedną korzyść. W przypadku wywołania nadmiernego gniewu USA, winą można było obarczyć właśnie Rosję. Taki sposób myślenia się nie sprawdził, podobnie jak i trwałość sojuszu między Rijadem a Moskwą. Po około trzyletnim okresie prób podbijania cen, Rosja zrozumiała, że kontynuacja tej polityki prowadzi do zwiększania udziałów amerykańskich producentów. Dlatego wycofała się z dalszej współpracy z Rijadem i przeszła na jasną stronę mocy.

Odpowiedzią Saudyjczyków, a dokładniej Mohammeda ibn Salmana, było odkręcenie na początku marca tego roku kurka z ropą. Saudyjczycy często odwoływali się do takiej praktyki. Nie tylko w 1985 roku, także np. w 2014. Często tego rodzaju działanie uchodziło im na sucho, jednocześnie przynosząc oczekiwane skutki. Tym razem było inaczej. Odkręcenie kurka okazało się nieskuteczne.

Trudno sobie zresztą wyobrazić gorszy moment na podjęcie takiej decyzji. Zalanie rynku ropą oraz szok popytowy wynikający z pandemii spowodowały spektakularny spadek cen ropy naftowej. Osiągnęły one taki poziom, że wielu producentom przesłało się w ogóle opłacać wydobycie. Stąd energiczne działania za strony OPEC+, by odwrócić skutki bezmyślnej decyzji ibn Salmana.

Wielu obserwatorów rynku ropy naftowej musiało przecierać oczy ze zdumienia, kiedy w rzekomo historycznym porozumieniu zmniejszenia podaży (łącznie o 9,7 miliona baryłek) więcej mówiono o Meksyku niż o samej Arabii Saudyjskiej.

Meksyku? Tak! I ten wątek zasługuje na omówienie. Niemal każdy wie, że Meksyk ze swoim wydobyciem rzędu 1,7 mln baryłek dziennie jest co najwyżej drugoligowym graczem na rynku ropy. Początkowo zaproponowano, by zmniejszył swoje wydobycie o 400 tysięcy baryłek, na co padło zdecydowane „nie”. Ewentualna dywersja ze strony Meksyku w ratyfikacji omawianego porozumienia mogłaby wywołać bunt innych sygnatariuszy, co groziłoby wielkim fiaskiem. Chcący za wszelką cenę zawrzeć porozumienie Saudyjczycy mieli zaproponować Meksykowi cięcie rzędu 350 tysięcy baryłek. Bezskutecznie. Meksyk postawił na swoim i niemal natychmiast w świat poszedł medialny przekaz, że stosunkowo mało znaczący gracz upokorzył giganta.

Powyższa historia ma swoje drugie dno. Porozumienie uratowały łącza telefoniczne między Waszyngtonem a stolicą Meksyku. Amerykański Prezydent Donald Trump postanowił wziąć na siebie dodatkowe cięcie rzędu 250 tysięcy baryłek. A prezydent Meksyku Andres Manuel Lopez Obrador (AMLO) podobno twierdził, że Trump był mu winien takie ustępstwo w zamian za koncyliacyjną postawę jego kraju podczas prac nad porozumieniem T-MEC (Tratado México-Estados Unidos-Canadá – Traktat między trzema krajami: Meksykiem, Stanami Zjednoczonymi, Kanadą). Zadziwiająca hojność ze strony Trumpa opłacała się. Dzięki porozumieniu udało mu się upiec kilka pieczeni na jednym ogniu.

Przemysł naftowy w USA w obliczu szoku cenowego

Po pierwsze za sprawą ukłonu w stronę Meksyku i wcześniejszych działań nawołujących kraje OPEC+ do działania Trump pokazał, kto tak naprawdę jest przywódcą na rynku ropy naftowej. Po drugie, co nie jest bez znaczenia, zdobył przychylność południowego sąsiada. Po trzecie wysłał wyraźny sygnał w stronę młodego władcy saudyjskiego, by ten zastanowił się nad swoim postępowaniem.

Upokorzenie Muhammeda ibn Salmana jest naprawdę duże – jako jedyny partner wyszedł z całej sytuacji z pustymi rękami. Nawet Rosja, po zerwaniu sojuszu z Rijadem dążąca do konstruktywnych działań na rzecz naprawy wcześniej wyrządzonych szkód, toruje sobie powoli drogę do zniesienia nałożonych na nią sankcji.

Najgorsze jest jednak to, że omawiane porozumienie raczej nie zakończy się sukcesem. Wiele wskazuje na to, że będzie odwrotnie i ceny ropy będą dalej spadać. A to oznacza konieczność kolejnej redukcji wydobycia. Jednak prawdopodobne fiasko porozumienia nie umniejsza zasług wymienionych wyżej graczy, a na pewno będzie pogrążać młodego przywódcę z powodu jego brawury i – chyba – lekkomyślności.

Cała historia pokazała, że król jest nagi. Nie jest tajemnicą, że Arabia Saudyjska potrzebuje cen na poziomie rzędu 85 dolarów za baryłkę, by zrównoważyć swój budżet. A to w dającej się przewidzieć przyszłości nieosiągalny poziom. Mohammed ibn Salman będzie więc musiał przemyśleć swoją politykę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Los już teraz oferuje mu szansę na stosunkowo szybką rehabilitację. W listopadzie 2020 r. Arabia Saudyjska będzie gospodarzem szczytu G-20. Po opisywanych upokorzeniach, młody książę powinien dołożyć wszelkich starań, aby organizowany przez niego szczyt zakończył się sukcesem. Czy to mu się uda?


Tagi


Artykuły powiązane