Lepiej aby nie było końca wolnego rynku

Czy grozi nam koniec wolnego rynku? Na szczęście nie. To tylko prowokacyjny tytuł książki Ryszarda Petru. Wydawanie książki o przyczynach kryzysu 6 czy 7 lat od jego wybuchu niesie w sobie ryzyko, że psa z kulawą nogą to nie zainteresuje, bo wszystko już powiedziano. Otóż nie wszystko.
Lepiej aby nie było końca wolnego rynku

Wed. Narodowe Centrum Kultury

„Koniec wolnego rynku. Geneza kryzysu” Ryszarda Petru, znanego ekonomisty, przewodniczącego Towarzystwa Ekonomistów Polski, eksponuje mniej znane interpretacje i fakty. Dominująca od kilku lat narracja, to obwinianie za kryzys braku regulacji, który sprawił, że chciwi bankierzy w porozumieniu ze skorumpowanymi agencjami ratingowymi, mogli stworzyć świat kosmicznych długów. I w pewnym momencie świat ten się zawalił, a wraz nim koniunktura gospodarcza na wiele lat.

Petru nie kwestionuje żadnego z tych zjawisk, wręcz szczegółowo je omawia, na przykład pracowicie wyliczając kolejne akty prawne w Ameryce deregulujące świat finansów. Pisze też o celach i motywacjach w działaniu menedżerów i szeregowych pracowników banków i instytucji finansowych, ich skłonności do nadmiernego ryzyka, czy o krótkim horyzoncie czasowym działania. Nadto „wszystkich sprzedawców motywuje zysk, zawsze zdarzają się tacy, którzy chcą oszukać. Niejednokrotnie widzieliśmy zapewne, jak pod wierzchnią warstwą dorodnych truskawek kryją się te lekko przegniłe. Podobnie z produktami finansowymi – nierzadko sprzedawane są produkty, w których marża jest ukryta, lub w produkcie jest zaszyte ryzyko niewidoczne dla przeciętnego kupującego” – pisze Petru, który w swoim czasie był głównym ekonomistą w bankach BPH, BRE i PKO BP.

Autor przekonuje jednak, że dominująca interpretacja nie uwzględnia wielu faktów, wydarzeń i zjawisk, co najmniej równie istotnych dla powstania kryzysowej sytuacji. „Główna myśl przewodnia tej książki sprowadza się do tego, że – parafrazując Miltona Friedmana – ostatni kryzys, podobnie jak Wielki Kryzys, został wywołany przez błędy w rządzeniu, a nie przez wrodzoną niestabilność prywatnej gospodarki”. Kryzys pokazał, że ważna jest nie liczba regulacji, lecz ich adekwatność i skuteczność. Tym bardziej, że regulatorzy zazwyczaj nie nadążają za rynkiem.

Jakie to fakty? Po pierwsze nacisk rządu amerykańskiego na realizowanie koncepcji powszechnej własności domów i dopasowanie regulacji do ideologicznego celu. W tym nakaz przejmowania ryzyka hipotecznego przez quasi-rządowe agendy (Fannie Mae, Freddie Mac), które zadłużały się na ten cel na miliardy dolarów poza oficjalnymi rachunkami długu i deficytu publicznego. Ba, administracja ustalała nawet wskaźniki, jakie powinno być ich zaangażowanie w hipoteki osób ubogich i te wskaźniki rosły przez wiele lat. Nic dziwnego, że szybko powstała grupa klientów hipotecznych banków nazywana Ninja – No income, no job/assets czyli „bez dochodów, bez pracy i bez aktywów”, którym wciskano kredyty hipoteczne zakładając, że ceny nieruchomości nie spadną i pieniądze zawsze można będzie odzyskać. Nadto, ryzyko po zapakowaniu kredytów w instrumenty pochodne, można było wcisnąć inwestorom i agendom rządowym.

Po drugie, zbyt luźna polityka monetarna banku centralnego FED, zwłaszcza w latach 2002 – 2005. Po trzecie – nieodpowiedzialność rządów i konsumentów, którzy zadłużali się bez opamiętania. Warto też zauważyć, że poszukując jak najwyższych stop zwrotu i wysokooprocentowanych produktów klienci zachęcali instytucje finansowe do inwestycji wysokiego ryzyka. Po czwarte, globalizacja rynku kapitałowego, wzajemne powiązania instytucji finansowych.

Petru stara się też sprawdzić, czy istotnie kryzys zmienił prawa ekonomii. Pierwsza konstatacja jest taka, że zbyt tani pieniądz i zbyt wiele kredytu zawsze prowadzi do wzrostu cen aktywów, który musi być skorygowany, a zatem prawa ekonomii zadziałały. Już w 2010 roku zwolennicy interwencjonizmu państwowego zobaczyli także, że zbyt duży deficyt i dług publiczny prowadzą do nierównowagi. Jej korekta jest nieuchronna i spowalnia wzrost gospodarczy.

Wartością dodaną w książce Petru nie jest jednak tylko racjonalne i kompetentne analizowanie źródeł i przebiegu kryzysu, a także opis wydarzeń z ostatnich lat. Równie ważny jest jej edukacyjny charakter, profesorskie zacięcie autora, który potrafi tłumaczyć skomplikowane zjawiska czy opisywać instrumenty finansowe na ogół językiem prostym i zrozumiałym. Petru nie boi się liczb i wykresów, definicji i ramek objaśniających niektóre pojęcia, stara się zjawiska obejrzeć z różnych stron, znaleźć to co najistotniejsze. Na przykład na pytanie, dlaczego wyjście z kryzysu trwa tak długo, opisuje koncepcję sekularnej stagnacji Larry’ego Summersa, ideę stałego impulsu fiskalnego Krugmana, a z drugiej strony krytyczne oceny tej idei Alana Taylora, czy szkoły austriackiej w ekonomii. A od siebie przypomina, że kryzys zadłużenia publicznego w Europie, wbrew ostrzeżeniom ekonomistów, próbowano rozwiązać głównie podwyżkami podatków, a nie ograniczeniem wydatków, co wydłużyło okres wychodzenia z recesji.

Petru zwraca uwagę na wydarzenia i zjawiska niedoceniane, na przykład na połączenie Citibanku z Travelers Group, które w 1998 r. stworzyły największy konglomerat finansowy na świecie. Pisze o koncepcji zagłodzenia bestii, czyli zmniejszenia wydatków publicznych za czasów prezydenta Ronalda Reagana (nie udało się jej zrealizować) i o systemie z Bretton Woods. O tym dlaczego złoto jest wyjątkowe i dlaczego ceny ropy tak się wahają.

Paradoksalnie sektor finansowy, który doprowadził do kryzysu, jest jednym z najbardziej regulowanych. Petru przypomina jak i dlaczego doszło do stworzenia globalnych regulacji finansowych (Bazylea) i jakie w nich były błędy, np. zero ryzyka dla obligacji rządowych, czy wysokie wymogi kapitałowe, które rozbudziły złą kreatywność banków w wyprowadzaniu instrumentów pochodnych poza bilans. Pisze też o tym, jak dla gospodarek ważne jest utrzymanie konkurencyjności i o negatywnych skutkach deficytu na rachunku obrotów bieżących bilansu płatniczego.

Książka, choć istotnie dotyczy ostatniego kryzysu, jest właściwie ciekawą opowieścią o współczesnej makroekonomii, wzroście gospodarczym i jego braku, ale i o spekulacji, bańkach na rynkach aktywów oraz o korzyściach i szkodach, jakie niesie państwowy interwencjonizm. Już tego wyliczenia widać, że wykład jest bardzo szeroki, ale i umiarkowanie systematyczny, co jest jego słabością.

Przedostatni rozdział poświęcony jest Polsce w czasach kryzysu. Petru dość chłodno pisze o „zielonej wyspie” pokazując przyczyny braku recesji, ale i koszty jej uniknięcia, jakie ponieśliśmy i ponosimy nadal w postaci wzrostu długu publicznego. Natomiast ostatni rozdział dotyczy możliwości uniknięcia przez Polskę pułapki średniego dochodu, czyli tematu zupełnie spoza problematyki kryzysowej.

Nie jest on optymistyczny. Polska może powtórzyć błędy, jakie popełniły kraje południa Europy prowadząc nieodpowiedzialną politykę makroekonomiczną. Miały one przeregulowane rynki produktów i pracy i nie sprzyjały przedsiębiorcom a poszukiwały przewag konkurencyjnych wyłącznie w oparciu o niskie koszty pracy. Wszystko to można dostrzec już w Polsce. Na przykład zamiast promować firmy zaawansowane technologicznie, państwo przyciąga inwestorów tworzących dużo miejsc pracy. Zamiast sprzyjać wzrostowi zatrudnienia w wyniku migracji ze wsi do miast prowadzi politykę nadregulacji sektora mieszkaniowego (co przynosi wysokie ceny mieszkań i podwyższa koszty przeprowadzki do miasta) i socjalną (KRUS), przytrzymującą mieszkańców na wsi.

Petru nie chce przekonać do swoich racji za wszelka cenę, daje natomiast materiał do zastanowienia, nie tylko dla ekonomistów, lecz także dla niedouczonych polityków i dziennikarzy o wybitnie politycznych temperamentach. Autor nie stawia wprost tytułowego pytania, a już na pewno nie odpowiada na nie pozytywnie. Przeciwnie, całość świadczy o tym, że lepiej byłoby, gdyby państwa i rządy uwierzyły w efektywność wolnorynkowej gospodarki i ograniczyły swoje pokryzysowe ADHD.

Słuchając i czytając to, co mówią politycy i dziennikarze, nie wróżę jednak Petru sukcesu czytelniczego w tych grupach. Po jego książkę być może jednak sięgną ludzie ciekawi świata, którzy nie starają się ułatwić sobie życia wiarą w czarno-białe podziały i interpretacje. Nie ulega też wątpliwości, że od początku XXI wieku narasta w Polsce fala etatyzmu, która już doprowadziła do spowolnienia gospodarczego, a w ciągu najbliższych lat zapewne rozwieje marzenia o doganianiu państw wysokorozwiniętych. Swoją pożywkę znajduje w błędnie czy cząstkowo zdefiniowanych źródłach kryzysu i interpretacjach zjawisk zachodzących w świecie finansów i gospodarki. Zatrzymać tę falę będzie trudno, ale zawsze można starać się, by i tym razem po przypływie nadszedł odpływ.

Wed. Narodowe Centrum Kultury

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Potrzebujemy gwarancji wolnego rynku, a nie zatrudnienia

Kategoria: Trendy gospodarcze
Redaktor Rafał Woś proponuje wprowadzenie gwarancji zatrudnienia. Testowaliśmy już system, w którym każdy miał gwarancję zatrudnienia bez żadnego związku z produktywnością – nazywał się „gospodarka socjalistyczna”. Nie działał.
Potrzebujemy gwarancji wolnego rynku, a nie zatrudnienia

Kryzys i ożywienie inne niż poprzednie

Kategoria: Analizy
Kolejne fale pandemii COVID-19 mają coraz mniejszy wpływ na gospodarkę światową. Odczyty danych za październik wskazują na poprawę aktywności ekonomicznej w IV kwartale. Niepewność pozostaje jednak nadal wysoka, szczególnie w Europie.
Kryzys i ożywienie inne niż poprzednie

Czy za kryzysy gospodarcze odpowiadają ekonomiści?

Kategoria: Trendy gospodarcze
Pytanie o to, czy za kryzysy gospodarcze odpowiadają ekonomiści powraca co jakiś czas w dyskursie medialnym, a także naukowym. Nie jest to zresztą pytanie odosobnione. Podobne znaki zapytania stawiane są w odniesieniu do polityków, którzy być może ponoszą część odpowiedzialności za napięcia polityczne.
Czy za kryzysy gospodarcze odpowiadają ekonomiści?