Autor: Ignacy Morawski

Ekonomista, założyciel serwisu SpotData.

Małym razem będzie łatwiej

Polski Bus zmusił mniejsze firmy transportowe do współpracy, ekspansja zagranicznych sieci w branżach farmaceutycznej czy fitness zmusza małe punkty do budowania wspólnych strategii. Dobrze, że jest w Polsce coraz więcej przypadków łączenia sił przez mikroprzedsiębiorców. Szkoda, że robią to dopiero wtedy, gdy są przyciśnięci do muru.
Małym razem będzie łatwiej

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Małe jest piękne, ale też zwykle słabe, a trwały wzrost gospodarczy utrzymamy w Polsce tylko wtedy, jeżeli naszą gospodarkę w coraz większym stopniu będziemy opierali nie na firmach mikro i małych, lecz na średnich i dużych. To naturalnie nie znaczy, że mamy nie wspierać przedsiębiorczości, bo ona jest gruntem, na którym rośnie kapitalizm, ale powinniśmy robić to w taki sposób, by dawać małym podmiotom bodźce do wspinania się po drabinie rozwoju.

Z danych Eurostatu wynika, że mikrofirmy w Polsce mają czterokrotnie niższą produktywność pracowników (wartość dodana brutto – czyli zysk, płace, koszty finansowe i podatki – w przeliczeniu na pracownika) niż firmy duże. Działanie tych małych napotyka trzy istotne ograniczenia, które blokują wzrost ich produktywności. Po pierwsze – nie mogą korzystać z ekonomii skali, czyli obniżania jednostkowych kosztów produkcji w miarę rozszerzania skali działalności. Po drugie – brakuje im czasu i kapitału, by podejmować ryzyko wprowadzania innowacji. Po trzecie – nie mają możliwości ekspansji zagranicznej, co ogranicza kontakt z globalnymi trendami technologicznymi.

Casus busa

Dobrym przykładem jest konkurencja między Polskim Busem a małymi polskimi przewoźnikami. W lipcu głośno było o tym, że małym przewoźnikom udało się prawnie zablokować możliwość działania Polskiego Busa na linii Warszawa–Lublin. Polski Bus oferuje tanie i atrakcyjne usługi, eliminując z rynku małych przewoźników. Trudno się jednak przewadze firmy należącej do szkockiego przedsiębiorcy Briana Soutera – ma wygodny system rezerwacji biletów, duże autobusy, niskie ceny. Na trasie, którą podróżują miesięcznie tysiące osób, trudno uzasadnić dominację małych busików należących do firm, z których nie każda ma nawet stronę internetową. Na szczęście okazało się, że szukanie ochrony regulacyjnej to nie jedyny sposób walki małych firm o miejsce na rynku. Również w lipcu „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł, którego autorzy pokazali, że mali przewoźnicy w wielu miejscach Polski starają się rzucić Polskiemu Busowi wyzwanie poprzez związywanie ściślejszej współpracy, inwestycje w nową flotę, lepsze zarządzanie cenami, wprowadzenie dostępu do internetu na pokładach autobusów itd.

Jak duża zagraniczna konkurencja zmusza małe polskie firmy do współpracy, widać w wielu branżach. „Puls Biznesu” pisał niedawno, że coraz więcej aptek wchodzi w sieci, które pozwalają im na dokonywanie wspólnych zakupów (co obniża ceny). Podobne próby podejmują również firmy działające w branży fitness, zmagające się w ostatnich latach z bardzo szybką ekspansją zagranicznych sieci (np. McFit, Jatomi itp.). Coraz więcej firm o różnych specjalnościach stara się budować klastry, które będą się zajmowały m.in. promocją ich produktów na rynkach zagranicznych.

Jeżdżąc w ostatnim roku dużo po Polsce i spotykając się z mikroprzedsiębiorcami, starałem się im opowiadać o tym, jak ważna będzie w najbliższych latach umiejętność nawiązywania współpracy. Część z nich już doskonale to rozumie i wprowadza w życie, choć przyznaje, że jest to bardzo trudne; część patrzy na tego typu porady z wrogością.

Pewien przedsiębiorca z dużego miasta opowiadał mi, jak małe firmy z branży fitness próbowały stworzyć stowarzyszenie, które zajmowałoby się m.in. marketingiem i budowaniem odpowiedniego wizerunku. Niestety wszystko rozbiło się o pieniądze. W innym mieście firmy z branży kosmetycznej tworzą klaster, który ma im ułatwić wchodzenie na rynki zagraniczne. Klaster na razie finansowany jest przez instytucję publiczną i nie do końca wiadomo, czy po odcięciu tego finansowania firmy same dadzą radę utrzymać tę aktywność. W jeszcze innym mieście, tym razem małym, pewien mikroprzedsiębiorca, gdy zagadnąłem go o temat współpracy między firmami, odpowiedział, że „przymusowe kołchozy to już w Polsce mieliśmy”.

– To jest w Polsce wielkim problemem i poważnym czynnikiem ograniczającym rozwój. Brak współpracy między przedsiębiorcami czy między firmami a instytucjami –mówiła podczas niedawnego Europejskiego Forum Gospodarczego w Łodzi Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Skuteczne jednostki, nieskuteczna wspólnota

Jeszcze inny przykład. Duże sieci kawiarniane przymierzają się do zbudowania modelu biznesowego, który pozwoliłby im powtórzyć w średnich miejscowościach sukces osiągnięty w dużych miastach. Jeżeli lokalne firmy się na to nie przygotują, wkrótce część z nich może zniknąć. A jaką przewagę ma sieć nad małą firmą? Umie budować markę, rozpoznawać rynek, szybko dostosowywać produkty do zmieniających się gustów – to nie są umiejętności, których mikrofirmy działające wspólnie nie byłyby w stanie odtworzyć, to nie są technologie, których nie mamy. To jest kwestia umiejętności organizacyjnych.

Krajowa Izba Gospodarcza opublikowała niedawno bardzo ciekawy raport pt. „Reforma kulturowa”. Prof. Janusz Czapliński, psycholog, napisał w tym raporcie coś, co niby nie jest nowe, ale wciąż brzmi aktualnie – a może nawet coraz bardziej aktualnie: „Choć zostaliśmy już zaliczeni do krajów wysoko rozwiniętych, wciąż stanowimy społeczeństwo coraz bardziej efektywnych jednostek i niezmiennie nieefektywnej wspólnoty. To zaczyna tworzyć silną barierę rozwojową, chociaż wcześniej nam nie przeszkadzało”. Czy rzeczywiście jesteśmy niezmiennie nieefektywną wspólnotą? Coś chyba powoli zaczyna się zmieniać, choć trudno powiedzieć w jak szybkim tempie. Ludzie decydują się na zmianę swoich przyzwyczajeń dopiero wtedy, gdy muszą – małe firmy coraz częściej muszą, dlatego to robią.

Wyjść poza lokalny ryneczek

Pytanie, czy możemy zrobić coś na poziomie polityki gospodarczej, by ułatwić przekształcanie się firm średnich w duże? Niektórzy ekonomiści twierdzą, że wystarczy usunąć bariery regulacyjne i uprościć system podatkowy, aby uruchomić w Polsce falę inwestycji również wśród małych firm. To jednak dość naiwne podejście, przeceniające rolę państwa (charakterystyczne, że rolę przecenia ją zwykle i lewica, i prawica – pierwsza pozytywną, druga negatywną). System regulacyjny i podatkowy powinien być w Polsce zdecydowanie bardziej przejrzysty, niż jest, ale nie jest to warunek wystarczający, którego spełnienie zagwarantowałoby bodźce do budowania przez firmy mikro większych struktur. One ich nie budują, bo nie czują takiej potrzeby – spadek podatków, ich uproszczenie i likwidacja niektórych przerostów regulacyjnych nie sprawią, że nagle pojawią się chęci.

Ważniejsze są moim zdaniem miękkie bodźce, które państwo może wysyłać do małych firm na różne sposoby. Nie są to działania spektakularne, które można opisać za pomocą wymownych statystyk, ale one mogą być najbardziej skuteczne. W Polsce funkcjonuje wiele programów preferencyjnego finansowania kredytów i te programy powinny wyraźnie nastawione na wspieranie głównie tych firm, które tworzą struktury współpracy z innymi firmami (klastry, stowarzyszenia itd.), oraz tych, które są chętne do poszukiwania klientów za granicą. Istnieje również wiele instytucji publicznych, których celem jest wspieranie przedsiębiorczości, i one również jako swoje główne zadanie powinny stawiać stymulowanie współpracy – powinny przyciągać i wspierać tylko te firmy, które są w stanie wyjrzeć poza mały krąg ryneczku, na którym działają.

Ktoś powie, że pracownicy państwowych instytucji nie są w stanie stymulować rozwoju biznesu, bo to nie ich rola. Zgodziłbym się z tym, gdybym nie widział w terenie, jak wiele kreatywnych i zaangażowanych osób pracuje w takich instytucjach. To prawda, że często widać tam marazm i leserowanie, ale na każdych trzech leserów zdarza się jedna osoba wyjątkowo zdolna i zaangażowana, która jest w stanie inspirować przedsiębiorców.

Musimy też pogodzić się z faktem, że pewnych zmian nie da się gwałtownie przyspieszyć. Maciej Bukowski, ekonomista o dużej wiedzy i erudycji, mówił w niedawnym wywiadzie dla „Forbesa”: „Innowacyjność musi się pojawić na pewnym etapie rozwoju. Szacuję, że w Polsce będzie to za 10–15 lat”. Można oczywiście na tego typu szacunki patrzeć z dystansem, ale generalna myśl jest słuszna – głębokie zmiany potrzebują czasu.

 

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Rolnictwo w ślepym zaułku

Kategoria: Trendy gospodarcze
Aż 82 proc. unijnych dopłat trafia tylko do 20 proc. gospodarstw rolnych, tych największych, które nie potrzebują wsparcia. Wspólna Polityka Rolna w obecnej postaci pcha unijne rolnictwo w ślepy zaułek: prowadzi do zdominowania go przez wielkie gospodarstwa, a przez to do jego uprzemysłowienia i chemizacji, ze szkodą dla zdrowia ludzi i środowiska.
Rolnictwo w ślepym zaułku

Małe firmy więcej płacą za pieniądze

Kategoria: Usługi finansowe
Pomimo niskiej inflacji w świecie i nadpłynności w bankach koszty kredytów dla firm nie spadają. Dotyczy to zwłaszcza małych firm, które wszędzie i tak więcej płacą za pożyczone pieniądze. W Polsce nie każda firma MŚP może liczyć na kredyty, ale ich koszt nie jest wiele wyższy niż dla dużych przedsiębiorstw.
Małe firmy więcej płacą za pieniądze

5G staje się rzeczywistością, czyli zderzenie PowerPointa z Excelem

Kategoria: Analizy
Dziś technologia 5G potrzebna jest przede wszystkim producentom sprzętu telekomunikacyjnego. Jutro będzie potrzebna operatorom. Pojutrze firmom. A dla konsumentów najlepiej byłoby, gdyby w ogóle nie dostrzegli, że już z niej korzystają.
5G staje się rzeczywistością, czyli zderzenie PowerPointa z Excelem