• Marek Chądzyński

MF nie sprzeda już obligacji, ale waluty raczej tak

28.11.2011
Ministerstwo Finansów nie zamierza sprzedawać w tym roku nowych obligacji. W ciągu ostatnich miesięcy zdołało zebrać tyle gotówki, że wystarczyłaby ona na wykup obligacji zapadających w pierwszych czterech miesiącach przyszłego roku. MF ma inny problem: kurs złotego niebezpiecznie zbliża się do poziomu, przy którym dług publiczny może przekroczyć próg 55 proc. PKB. Można się spodziewać, że BGK zacznie sprzedawać waluty, by umocnić złotego.

(CC BY Images_of_Money)


O tym, że resort finansów ostatecznie zrezygnował z oferowania nowych obligacji poinformował wiceminister finansów Dominik Radziwiłł. W rozmowie z Rzeczpospolitą stwierdził, że tegoroczna aktywność MF na pierwotnym rynku długu ograniczy się do aukcji zamiany obligacji zapadających niebawem na inne, o dłuższym terminie wykupu. To będzie jedyna forma prefinansowania przyszłorocznych potrzeb pożyczkowych (tegoroczne resort praktycznie już sfinansował).

– Sfinansowaliśmy przyszłoroczne potrzeby w kilkunastu procentach i nie przewidujemy kolejnych emisji w tym roku – powiedział wiceminister.

Dla inwestorów taka deklaracja nie jest wielkim zaskoczeniem. Co prawda w planie podaży na cały czwarty kwartał ministerstwo dopuszczało możliwość zorganizowania przetargu 8 grudnia – ale był to plan warunkowy, uzależniony od sytuacji rynkowej. A ta ostatnio nie jest dobra. Analitycy rynku długu mówią, że rezygnacja ministerstwa z nowych aukcji w grudniu  jest zrozumiała: resort musiałby akceptować na przetargach niskie ceny i wysokie rentowności papierów. To pokłosie ostatnich wydarzeń na europejskim rynku długu.

Po nieudanej aukcji niemieckich obligacji (sprzedaż papierów za 3,9 mld euro z 6-miliardowej oferty) ceny obligacji większości krajów Europy zaczęły spadać. Dotyczy to również Polski, gdzie w ciągu trzech dni – 22, 23 i 24 listopada – rentowość obligacji dziesięcioletnich i pięcioletnich wzrosła o ponad 30 pkt bazowych.

Marek Kaczor, dealer rynku długu w PKO BP uważa, że ta gwałtowność spadku wzięła się stąd, że wcześniej polski rynek długu był wyjątkowo odporny na zawirowania globalne.

– Niektórzy analitycy zastanawiali się nawet, jak to jest możliwe, że cala Europa ma problem z rosnącymi rentownościami, a my nie. Jak widać byliśmy odporni – ale do czasu. Dostosowanie nastąpiło gwałtownie, bo było opóźnione. Gdyby ceny naszych papierów stopniowo spadały, nie byłoby aż takiego tąpnięcia – mówi Marek Kaczor.

Co nas czeka? Nic dobrego. Według analityka trwa tzw. skracanie pozycji, zwłaszcza przez inwestorów zagranicznych. Oznacza to, że ograniczają oni swoje zaangażowanie w polskie obligacje, bo zmniejszają ryzyko w swoich portfelach inwestycyjnych.

– Ten proces będzie kontynuowany, nic nie wskazuje, żeby miało się to szybko zmienić – mówi.

Jeśli tendencja odwrotu zagranicznych inwestorów z rynku rzeczywiście będzie się pogłębiać ministerstwo zostanie zmuszone do zmiany swojej oferty na rynku pierwotnym i zaproponowania krótkoterminowych papierów, głownie bonów. Takie instrumenty interesują banki, które mają dużą krótkoterminową nadpłynność (około 100 mld zł). MF musi się więc liczyć z tym, że w 2012 roku będzie musiało skrócić zapadalność oferowanego długu i zgodzić się na jego niższe ceny (pisaliśmy o tym: Problemy banków-córek mogą uderzyć w rynek długu).

Nacisk na wzrost rentowności może nieco zmniejszyć poduszka płynnościowa, jaką resort zgromadził w tym roku (około 45 mld zł). Teoretycznie wystarczyłaby ona, żeby wykupić papiery dłużne zapadające w styczniu (około 15 mld zł) i w kwietniu (25,5 mld zł).

O ile sytuacja na rynku długu jest jeszcze pod kontrolą, o tyle coraz większy stres w resorcie finansów może wywoływać kurs złotego. To od niego zależy, ile wyniesie wartość zagranicznej części długu publicznego i – w konsekwencji – wielkość całego długu. Tymczasem kurs złotego do euro dziś jest znacznie powyżej ministerialnych prognoz, według których na koniec roku za euro mamy płacić 4,35 zł. Za to niebezpiecznie zbliżył się do poziomu alarmowego, po przekroczeniu którego dług może przekroczyć próg 55 proc. PKB. Ekonomiści oceniają, że stanie się tak, gdy za euro będziemy musieli płacić 4,70 zł.

Na poniedziałkowym fixingu NBP euro kosztowało 4,5071 zł.

Języczkiem u wagi będą notowania z 31 grudnia. To kurs z tego dnia jest brany do wyliczeń wielkości długu. I jest jasne, że MF za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego będzie starał się wpłynąć na wartość złotego. Robił to zresztą już w ubiegłym roku. BGK dzięki kilkukrotnie sprzedawał na rynku euro, dzięki czemu udało mu się w ciągu miesiąca zepchnąć kurs euro poniżej 4 zł.

Operacja „sprzedaż walut” prawdopodobnie już się zaczęła, bo na rynek trafiły ostatnio nieoficjalne informacje pokazujące potencjalną skalę zaangażowania ministerstwa na rynku. Na początku tygodnia PAP podała – powołując się na źródło w MF – że ministerstwo ma jeszcze około 4-5 mld euro z UE, które mogłoby sprzedać. Do tego dochodzą środki pozyskane z emisji obligacji na rynku euro i dolara. To może być sygnał dla rynku, że resort finansów ma poważny oręż w ręku. A przy tym może liczyć na wsparcie NBP, który ostatnio nie stroni od interwencji walutowych (ostatnia była 23 listopada przy kursie zbliżonym do 4,50 zł za euro).

Zdaniem Krzysztofa Wołowicza z TMS Brokers kwoty, jakie resort jest w stanie zaangażować mogą i tak nie wystarczyć, jeśli złoty padnie ofiarą ataku spekulacyjnego.

– Jeśli rzeczywiście nastąpi taki atak to nie wydaje się, żeby MF było w stanie temu zapobiec. Co innego, gdy nie będzie to działanie skomasowane, tylko niewielkie próby windowania kursu. Faktem jednak jest, że od dzisiejszego kursu zbliżonego do 4,50 zł za euro do 4,70 zł za euro nie jest daleko i ministerstwo może być w trudnej sytuacji – uważa analityk.

Jego zdaniem z tego punktu widzenia propozycja MF, by do wyliczania wartości długu brać średni kurs z całego roku, a nie tylko konkretną wartość z jednego dnia – jest zrozumiała.

– To lepiej pokazywałoby sytuację rynkową z całego roku. Ale można to też interpretować i tak, że MF ucieka się do jakichś księgowych sztuczek, by zmniejszyć dług – mówi Krzysztof Wołowicz.


Tagi


Artykuły powiązane