Autor: Jeffrey Frankel

Profesor ekonomii na Harvardzie

Monetarny populizm to ślepa uliczka

Populistyczni politycy w USA i wszędzie indziej często dziś twierdzą, że luźna polityka pieniężna szkodzi zwykłym pracownikom, a tym samym nasila nierówności dochodowe. Nierówności rzeczywiście stanowią problem, ale podniesienie stóp procentowych bynajmniej temu nie zaradzi.
Monetarny populizm to ślepa uliczka

Jeśli ktoś – zwłaszcza zaś populiści – twierdzi inaczej, jest to co najmniej dziwne. W końcu przecież niskie stopy procentowe są korzystne dla dłużników i szkodzą wierzycielom, podobnie jak inflacja, którą może pobudzić stosowanie złagodzenia ilościowego. Na przykład cała historia Stanów Zjednoczonych pokazuje, że populiści popierali zwykle luźną politykę pieniężną, uważając ją za sposób dopomożenia szaremu człowiekowi w zmaganiach z wyobcowanymi bankierami o twardych sercach, których interesują tylko duże pieniądze.

Właśnie dlatego w XIX wieku Andrew Jackson zwalczał starania Alexandra Hamiltona o powołanie banku narodowego. Tym samym argumentem posługiwał się podczas kampanii wyborczej w 1896 roku William Jennings Bryan, obiecując swojemu głównemu elektoratowi – farmerom ze Środkowego Zachodu, których mocno dotknęły wysokie stopy procentowe oraz spadek cen surowców – tańsze pieniądze. Był to również argument zwolenników ekonomii podaży, którzy we wczesnych latach 80. XX wieku sprzeciwiali się prowadzonej przez przewodniczącego Rezerwy Federalnej USA, Paula Volckera, polityce wysokich stóp procentowych. Właśnie ta argumentacja stała się dla prezydenta Ronalda Reagana bodźcem do mianowania w 1985 roku dwóch gubernatorów Fed, którzy mieli stanowić przeciwwagę Volckera.

Dziś jednak nastąpiło odwrócenie tego scenariusza – no i korzystają z niego nie tylko skrajni populiści. Na przykład brytyjska premier Therea May oświadczyła na początku października, że niskie stopy procentowe szkodzą zwykłym ludziom z klasy pracującej, korzystają zaś na nich bogaci. Spadające stopy procentowe przyczyniły się bowiem do pchnięcia w górę cen papierów wartościowych – zarówno akcji, jak i obligacji – które w zdecydowanej większości są w posiadaniu ludzi zamożnych. „ Ludzie majętni się bogacili.” – mówiła May. „A ludzie bez majątku cierpieli”.

May ma w pewnym sensie rację. W USA ceny akcji sięgają poziomu bliskiego rekordu. Do silnego odbicia na giełdzie, które zaczęło się w 2009 roku, z pewnością przyczyniła się podjęta w 2008 roku przez Fed decyzja o obniżeniu stóp procentowych właściwie do zera oraz ożywienie gospodarcze, jakie po tym nastąpiło. Mało jest jednak dowodów na to, że na utrzymujący się w latach 2012-2015 wzrost cen akcji też wpłynęły niskie stopy procentowe. Był to okres, w którym rynki przewidywały podwyżkę stóp.

Populistyczne argumenty przeciwko luźnej polityce pieniężnej są w najlepszym przypadku słabe. Takie same są jednak ich argumenty za jej zaostrzeniem. Donald Trump, naśladując Teda Cruza i innych przywódców republikańskich, nawołuje do powrotu w USA do systemu waluty złotej. Prawda jest taka, że polityka pieniężna – której celem jest wspieranie ogólnego wzrostu gospodarczego przy zachowaniu stabilności cenowej i finansowej – nie stanowi właściwej płaszczyzny do rozwiązywania problemu nierówności dochodowych. To sprawa progresywnego systemu podatkowego, powszechnej opieki zdrowotnej, reform finansowych oraz innych tego typu narzędzi.

Nie oznacza to, że polityka pieniężna nie może wpływać na nierówności. Jeśli gospodarka jest na tyle rozgrzana, że w szybkim tempie tworzy nowe miejsca pracy – co niektórzy, a ostatnio przewodnicząca Fed, Janet Yellen, nazywają „gospodarką wysokiego ciśnienia” – w końcu doprowadzi to do zwiększenia płac i dochodów realnych pracowników. Tak się właśnie zdarzyło pod koniec lat 90. XX wieku, kiedy efektem gospodarki wysokiego ciśnienia był spadek stopy bezrobocia poniżej 4 proc. Tak samo dzieje się obecnie.

Od początku 2010 roku zatrudnienie w USA rośnie w tempie sporo przewyższającym naturalne tempo przyrostu siły roboczej. Jest to najdłuższy z odnotowanych ciągów miesięcznych przyrostów zatrudnienia, a liczba miejsc pracy w sektorze prywatnym zwiększyła się o 15 mln. Ten przyrost miejsc pracy sprawił, że stopa bezrobocia spadła w zeszłym roku poniżej 5 proc. (w latach 2009-2010 przekraczała 9 proc.), a teraz skłania on do powrotu na rynek pracy osoby, które poprzednio się z niego wycofały. Dzięki rosnącemu popytowi na pracę realne płace pracowników – które w zeszłym roku zwiększyły się o 2,5 proc. – rosną w tym cyklu koniunkturalnym w tempie najszybszym od wczesnych lat 70. XX wieku.

Pełen zakres tych osiągnięć wyszedł jednak na jaw dopiero w zeszłym tygodniu, kiedy coroczna publikacja statystyczna Biura Spisowego [Census Bureau] pokazała, że mediana dochodów gospodarstw domowych zwiększyła się w 2015 roku o rekordowe 5,2 proc. (o 2 800 dol.). Poprawa była widoczna na wszystkich szczeblach rozkładu dochodów, przy czym największe przyrosty procentowe odnotowano w najniższej grupie dochodowej, a najmniejsze – w tej na samej górze. To ogromna zmiana, przynosząca istotne potwierdzenie faktu, że z ożywienia gospodarczego korzystają w końcu także rodziny o niższych dochodach.

Również niekonwencjonalna polityka pieniężna ostatnich lat przynosi pewne nowe efekty. Niskie stopy procentowe ograniczają ostatnio zyski banków. Jest to szczególnie wyraźne w Europie, ponieważ banki nie są tam w stanie przenosić ujemnych stóp procentowych na deponentów. Przykręcenie kurka bankom każdemu szanującemu się populiście powinno się podobać, zwłaszcza jeśli nadal odczuwa on wściekłość z powodu globalnego kryzysu finansowego z 2008 roku.

Tak więc tani pieniądz prawdopodobnie bardziej się w końcu przyczynia do zmniejszenia nierówności niż do ich nasilenia – to obserwacja wsparta szacunkami ekonometrycznymi. Mimo to jeśli chodzi o równoważenie dochodów, polityka pieniężna nie jest narzędziem szczególnie godnym zaufania. Nie powinno to zresztą dziwić: zapewnianie bardziej wyrównanego podziału dochodów nie jest zadaniem banku centralnego.

Fed i inne banki centralne starają się o znalezienie równowagi – ale nie między szybkim wzrostem a równością dochodową, lecz między szybkim wzrostem a ryzykiem przyszłego przegrzania gospodarki i niestabilności finansowej. Swoją pracę postrzegają jako zarządzanie gospodarką jako całością. I mają rację, że tak to widzą.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Kontrowersje wokół ujemnych stóp procentowych

Kategoria: Makroekonomia
W odpowiedzi na recesję, która po kryzysie finansowym 2008 roku objęła niemal wszystkie gospodarki świata, kilka banków centralnych w krajach rozwiniętych obniżyło stopy procentowe do poziomu bliskiego zera. Niektóre poszły dalej, obniżając stopy depozytów przyjmowanych od banków komercyjnych poniżej zera.
Kontrowersje wokół ujemnych stóp procentowych

Zbyt mało wiemy o polskich nierównościach

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Zbyt mało jeszcze wiemy o prawdziwej skali nierówności dochodowych i majątkowych w Polsce. Zbyt mało polskich uczonych się tym interesuje i bada - przekonuje dr hab. Michał Brzeziński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego.
Zbyt mało wiemy o polskich nierównościach

Historycznie zdeterminowana przyszłość stóp procentowych

Kategoria: Trendy gospodarcze
Obserwowane dziś historycznie niskie stopy globalne na świecie, to efekt trendu, który można zaobserwować co najmniej od XV wieku. Tą tezą Paul Schmelzing, ekonomista związany z Yale School of Management i Bankiem Anglii, podważa hipotezę o przyczynach „sekularnej stagnacji”.
Historycznie zdeterminowana przyszłość stóp procentowych