Autor: Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii.

Newton: obrońca dobrych monet

Isaac Newton przysłużył się sadownictwu, wyjaśniając, dlaczego dojrzałe jabłka same zrywają się z gałęzi. Mąż był to bardzo wielki, bo to nie koniec zasług – miał je również na polu monetarnym – walczył z fałszerzami, także za pomocą ząbków, a najlepszego fałszerza - powiesił.
Newton: obrońca dobrych monet

Isaac Newton (©PAP)

Gdy w 1270 roku Marco Polo z Wenecji dotarł na dwór mongolskiego władcy Chin Kubilaj-chana nic nie wywarło na nim takiego wrażenia, jak papierowe pieniądze – jedyne, które tam widział.

I nie dziwota, bo zaledwie 8 lat wcześniej Kubilaj zabronił wszystkim poddanym posługiwania się złotymi i srebrnymi monetami pod karą śmierci, a do litościwych wnuk Czyngiz-chana nie należał. Miewał upodobania rzeźnickie, ale lepszy był od swych ziomków i w ogóle od swoich, jeśli chodzi o bardzo staranne wykształcenie.

Historia chińskich, papierowych pieniędzy jest o kilka stuleci starsza i wiąże się oczywiście z trudami wożenia przez kupców ciężkich ładunków monet służących do zapłaty za nabywane dobra. Ale to Kubilaj sprawił, że banknoty stały się podstawowym środkiem płatniczym w ogromnym państwie. Miał w tym swój cesarski interes, bo złoto i srebro było tylko dla niego, ale to zbyt długi wątek, by go ciągnąć.

Pierwsze papierowe pieniądze zostały wprowadzone w 1661 r. przez króla Szwecji.

Władcy w Europie nie mieli tak sprytnych ministrów i doradców jak Kubilaj. Pierwsze papierowe pieniądze z prawdziwego zdarzenia zostały wprowadzone dopiero w 1661 r. przez króla Szwecji, a mennice dominowały w naszych stronach świata nad drukarniami skarbowymi jeszcze dwa stulecia temu.

O wartości złota i srebra stanowi ich rzadkość. Ludzie chwytają ten związek w lot, ponieważ do przeżycia potrzebują żywności i wody. Chorują i giną, gdy jedno lub oba te dobra naraz stają się zbyt rzadkie. Skutecznym sposobem na braki są rabunki, kradzieże i oszustwa.

Najpowszechniejszym złodziejstwem dokonywanym na pieniądzu było kantowanie na wadze monet. Wystarczyło je nieco odchudzić i wystarczało srebra na tłustą kurę i bukłak wina. Ryzyko wpadki było dość niewielkie, bo i wagi w tamtych czasach były mało akuratne.

Złodzieje w koronach

Kradzieżą kruszcu zawartym w monetach parali się także władcy, a najbezczelniejszym z nich był angielski żonobójca Henryk VIII, któremu nie starczało pieniędzy na swawole i zbytki, a zwłaszcza – na ciężkie wojny z Francuzami i Szkocją. Podczas jego panowania w I połowie XVI wieku z jego rozkazów srebrne monety angielskie stały się przeciętnie dwa razy lżejsze niż przedtem.

Henryk zaczął produkować pieniądze z miedzi i pokrywał je dla niepoznaki cienką warstwą srebra, które jednak wycierało się w trakcie wędrówki po rynkach Anglii. Miał Henryk VIII wydatny nos, co uwzględniono wiernie w jego podobiźnie wybijanej na tych pieniądzach. Srebro na czubku nosa wycierało się najszybciej, stąd przezwisko króla – „Miedzianonosy” (ang. Coppernose).

Zmniejszanie wartości monet przez europejskich władców było powszechną praktyką.

Proceder, którym parał się ten i wielu innych władców, ma po angielsku nazwę debasement i nie doczekał się zgrabnego odpowiednika po polsku, więc mówimy o zmniejszaniu wartości monet. Praktyka była powszechna, a inne jej ekstremalne przykłady to Austria, w której monetach ubyło w wyniku wojen napoleońskich w 1812 r. aż 55 proc. srebra. W Rosji w tym samym czasie srebrne monety też schudły, choć nieco mniej, bo o ok. 40 proc.

Okrawanie monet było ordynarnym sposobem, więc chwytano się także mniej bezczelnych metod. W wiekach średnich dość powszechną praktyką była, zwłaszcza w księstwach niemieckich nad Renem, wymiana pieniędzy.

Nasi dziadkowie mają jeszcze w pamięci tę z 1950 roku (właśnie tej jesieni minęła jej 70. rocznica), kiedy władza w ten sposób pozbawiła Polaków większości i tak przecież niewielkich oszczędności zgromadzonych przez kilka najtrudniejszych lat po II wojnie. W średniowieczu odbywało się to raz, a nawet dwa razy do roku i dotyczyło z zasady drobnego bilonu (brakteatów). Trzeba było oddać mincerzowi poprzednią emisję i za np. 4 stare monety dostawało się 3 nowe. Ta czwarta była zarobkiem (często jedynym) lokalnego mincerza. W konsekwencji nie było sensu gromadzić (tezauryzować) drobnych monet na lepsze czasy. Puszczano je stale w obieg, co było impulsem do rozwoju gospodarczego opierającego się na handlu. Tak to jest w ekonomii, że i niecne praktyki obracają się (niekiedy) na korzyść.

Nurt empiryczny w traktatach o monecie Mikołaja Kopernika

Tu wypada przypomnieć zjawisko wypierania pieniądza dobrego przez pieniądz gorszy: jeśli w obiegu znajdą się równocześnie monety o jednakowej wartości nominalnej, ale jedne zawierają więcej kruszcu od drugich, to w obiegu pozostają te „odchudzone” ze srebra lub złota, a te o właściwej wadze wędrują na przechowanie pod poduchy.

W Polsce nazywa się tę prawidłowość prawem Kopernika-Greshama, bo pierwszy miał je ogłosić wszem i wobec drukiem nasz rodak z Torunia, który napisał (prawdopodobnie) w 1526 r. rozprawę „Monete Cudende Ratio” („O sposobie bicia monety”). Wyłuszczył w niej, że takie są właśnie skutki oszustw monetarnych. Oryginał jest krótki i dzięki Uniwersytetowi Mikołaja Kopernika można się z nim zapoznać w sieci.

Jednak poza akademikami zajmującymi się historią, świat nie zna tego akurat dorobku Kopernika, głównie dlatego, że kanonik warmiński raczej go skrywał niż się z nim afiszował. Prawo objaśniające skutki psucia pieniądza nosi więc imię kupca i kanclerza królowej Elżbiety – Tomasza Greshama. Anglik opisał mechanizm dopiero trzy dekady później, w pracy pt. „Information touching the fall of exchange” (“Informacja o upadku giełdy” – tłum. autora) z 1558 r.

Materiału do analiz miał Kopernik aż nadto. Wielkim psujem był np. Kazimierz Jagiellończyk. W 1459 roku starosta sandomierski Jan Rytwiański zarzucił królowi na Sejmie Piotrkowskim, że „wybijaniem lekkiej i niesprawiedliwej monety niszczy kraj, jakby pożogą jaką”.

Monety nie były z czystego srebra, zawierały mniejszą lub większą domieszkę miedzi. Stosunek obu tych metali w monetach nazywano w Polsce „ziarnem”. Władysław Jagiełło był przebiegły, bowiem psuł pieniądz, zmieniając ziarno, a bez przetopienia małe zmiany w proporcji stopu było bardzo trudno wykryć. Jego najmłodszy syn zmniejszał natomiast wagę, nie naruszając ziarna. W końcówce panowania z jednej grzywny srebra bito 285 groszy, wcześniej 274 grosze. Grzywna krakowska miała wtedy ok. 197 gramów, więc proceder był do wykrycia jedynie przez dużych kupców i wielmożów.

Koszty wojen były jedną z podstawowych przyczyn zagarniania kruszców przez władców.

Kanonik warmiński dobrze oceniał rządy wielkich mistrzów krzyżackich w Prusach, 60 lat przed bitwą pod Grunwaldem. Pisał o tych latach jako o okresie pełnowartościowej monety. Zmieniła to wielka wojna z Jagiełłą, bo koszty wojen to jedna z podstawowych przyczyn zagarniania kruszców przez władców i prób ukrywania tego złodziejstwa przed poddanymi.

Bardzo dawno temu, gdy nikt nie wiedziałby co odpowiedzieć na pytanie, czym jest poprawność polityczna, tłumaczyło się dzieciom, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie – smrodzie”. Władcy mogli zatem robić z pieniądzem, co chcieli, bo któż im zabroni czynić coś tak głupiego, jak psucie monety, ale nie daj Boże, gdy królewski monopol na oszustwa odważył się naruszać ktoś z gminu. Kary były bezwzględne, a i tak nie odstraszały. Skuteczniejszy od tortur i szubienic był postęp.

Pieniądze ząbkowane spod prasy zamiast spod młota

Do pewnego momentu uszczuplanie monet było względnie łatwe do ukrycia, ponieważ z racji ich mozolnego wybijania sztuka po sztuce ciężkim młotem, kształty miały mocno niedoskonałe, a jedna nie była super-wierną kopią drugiej. W 1550 r. francuski ambasador w Augsburgu zobaczył wynalazek, którym była prasa do produkcji monet. Maszyna była jak pralka wirnikowa Frania z PRL w porównaniu z kijanką lub tarą.

Za ostatni grosz

Najpierw kruszec równo walcowano, a potem na prasie śrubowej wytłaczano równe monety o praktycznie jednakowej wadze. Różnica w porównaniu z tradycyjnym wyrobem uzyskiwanym za pomocą młota widoczna była gołym okiem. Patent został kupiony przez Francuzów, a stamtąd pomysł przedostał się do Anglii. Pierwsze monety wytłaczane (ang. milled coins) powstały za Elżbiety I, ale upowszechnił je Karol II w drugiej połowie XVII stulecia. Tenże władca udoskonalił metodę poprzez wprowadzenie napisów na krawędziach monet. Jego jednofuntówki miały na brzegach inskrypcję łacińską zaczerpniętą z Eneidy Wergiliusza. Była to fraza „decus et tutamen”, czyli „ozdoba i zabezpieczenie”.

Tu zbliża się wreszcie czas Newtona, który jak wiadomo był Anglikiem. Koniec XVIII wieku to nie był dobry czas dla jego kraju rodzinnego, choć to właśnie wtedy przeprowadzono, bez nadmiernego (jak na tamte czasy) przelewu krwi, tzw. Chwalebną Rewolucję (ang. The Glorious Revolution). Walka o tron w połączeniu z interwencją militarną w Niderlandach kładła się wielkim cieniem na stanie państwa. W 1695 r. urzędnicy angielskiego Skarbu zważyli 500 worków z monetami. Wg ich wartości nominalnej mieć powinny razem 221 tysięcy uncji, czyli ok. 6,87 ton, a ważyły tylko połowę tego, bo 114 tysięcy uncji. Cóż, rząd musiał mieć na wydatki.

Tłoczenie i ząbkowanie monet nie odwracało biegu spraw. Tak jak ustalili Kopernik z Grishamem, monety tłoczone, mniej podatne na debasement poprzez obcinanie brzegów, wędrowały do sejfów, a w obiegu pozostawały te oszukane, coraz mniej warte. Proces tezauryzacji był tym intensywniejszy, że srebro zawarte w monetach tłoczonych było warte za granicą, ale nie tak znowu daleko bo w Amsterdamie i Paryżu, więcej od ich nominału angielskiego.

John Locke powiedział, że oszustwa na pieniądzu „więcej przyczyniły się do naszego upadku, niż mogłyby to sprawić wszystkie siły naszych wrogów”.

Twórca teorii wartości pieniądza i prekursor późniejszego monetaryzmu John Locke, w życiu publicznym odtwórca ministerstwa kolonii i odpowiedzialny w nim za północnoamerykańskie włości Korony, powiedział w 1696 r., że oszustwa na pieniądzu „więcej przyczyniły się do naszego upadku, niż mogłyby to sprawić wszystkie siły naszych wrogów”. Zgodnie z jego słowami, chaos stawał się coraz to przykrzejszy, więc w tymże roku zarządcy angielskiego Skarbu zdecydowali się wycofać z obiegu wszystkie bite monety.

Policzono, że wg nominałów były warte ok. 7 mln ówczesnych funtów, które wg dzisiejszej siły nabywczej odpowiadałyby kwocie ponad 1,14 miliarda funtów. Jeśli jednak spróbować przeliczyć 7 milionów funtów sprzed ponad 300 lat wg ich udziału w ówczesnym odpowiedniku PKB, to byłyby warte aż 236 miliardów funtów. Tak czy owak, operacja wycofania „popsutych” monet była skrojona na bardzo dużą miarę. Po przetopieniu uzyskanego kruszcu wytłoczono nowe monety. Wszystkie w obiegu były zatem równe i ząbkowane na brzegach.

Fizyk szuka oddechu od nauki

Całą operacją kierował słynny uczony dr Isaac Newton, który od kilku już lat próbował dobić się w Londynie jakiegoś godnego urzędu. Zdołał jedynie zostać na krótko zwykłym posłem, wybranym przez Uniwersytet Cambridge, i było mu tego mało. W końcu dopiął swego. Właśnie w 1696 roku ówczesny kanclerz skarbu Charles Montagu mianował Newtona Strażnikiem (jednym z zarządców) Mennicy Królewskiej (ang. Warden of the Royal Mint).

Był nim przez 5 lat, bowiem – w ostatnich dniach 1699 r. otrzymał awans i został Mistrzem Mennicy (ang. Master of the Royal Mint). Znacznie wcześniej został faktycznym mistrzem w dziedzinie matematyki, fizyki, optyki. Teraz został jednak mistrzem dla publiki i londyńskiej śmietanki ważniejszym, bo królewskim, tytularnym. Był nim aż do śmierci w 1727 roku.

Złoty ma początki prawie 500 lat temu

W przeciwieństwie do wszystkich siedemnastowiecznych poprzedników i każdego z następców, traktujących urząd Strażnika Mennicy tylko i wyłącznie jako synekurę, Newton zadziwiał aktywnością. Głównym swoim zadaniem uczynił ściganie fałszerzy pieniędzy i papierów wartościowych, np. losów wielkiej loterii królewskiej. Nie był to mało znaczący epizod i przerywnik w karierze naukowca. Dokumentów świadczących o jego poświęceniu na polu finansów państwa starczyło nawet na obszerną książkę “Newton and the Counterfeiter: The Unknown Detective Career of the World’s Greatest Scientist” Thomasa Levensona („Newton i fałszerze. Nieznana kariera detektywistyczna największego, światowego naukowca” – tłum. red.) i bardzo wiele artykułów naukowych.

Było to „mordercze” zajęcie. Za fałszowanie pieniędzy najczęściej szło się na szubienicę i Newton wielu fałszerzy wysłał na szafot. Tak surowe traktowanie było związane z przekonaniem, że solidny pieniądz jest podstawą gospodarki opartej na rozwijającym się błyskawicznie handlu z całym ówczesnym światem. Surowość kar rosła wraz z ekspansją gospodarczą.

W 1697 r., a więc za kadencji Newtona, za przestępstwa przeciw systemowi monetarnemu w Londynie powieszono 19 osób, w następnym roku 8, a w 1700 już żadnej. Skuteczności nie można Newtonowi odmówić. Zgładziłby jeszcze więcej, gdyby nie metoda pozyskiwania wiedzy za pomocą łaski dla złoczyńców, którzy skłaniani groźbą i prośbą dzielili się z Newtonem sekretami z łotrowskiej działalności swych kamratów.

Newton był oczywiście człowiekiem swoich czasów i nie można mierzyć go współczesną miarą. Nie byłoby Newtona, znalazłby się inny bezwzględny obrońca wartości i wiarygodności funta i szylinga. Bardzo niedawno, w październiku 2020 r., zmarł angielski kryminolog i historyk Clive Emsley. W pracy pt. „Crime and Society in England, 1750-1900” („Przestępstwa i społeczeństwo w Anglii w latach 1750-1900” – tłum. red.) pisał, że w okresie 1775-1784 wykonano wyroki śmierci na 59 proc. osób skazanych za włamania, zaś spośród osądzonych fałszerzy życiem zapłaciło 58 proc. W okresie 1795-1804 powieszono 14 proc. skazanych za włamania i aż 66 proc. fałszerzy.

William Chaloner, angielski fałszerz, w XVII wiecznej Anglii dorobił się wielkiego majątku, m.in. domu w londyńskim Knightsbridge, w centrum miasta. 

Najsłynniejszym i najlepszym fałszerzem pieniędzy w XVII wiecznej Anglii był William Chaloner. Pochodził z gminu, ale w swym kryminalnym fachu doszedł do takiego mistrzostwa, że dorobił się wielkiego majątku, m.in. domu w londyńskim Knightsbridge, w samym centrum miasta. Długo bogactwem się nie cieszył, stracił je szybciej niż je zdobył.

To wtedy wdał się w grę z Newtonem. Wrócił do praktyk fałszerskich, ale starał się przede wszystkim o posadę w Mennicy Królewskiej. Nie wiadomo, czy bardziej chodziło o to, żeby przebrać się jako wilk w skórę owcy, czy tylko o sowitą pensję, bo memuarów Chaloner nie zostawił. Przebiegłość planu świadczy jednak o tym, że stawka była wysoka. Rodziła się prasa drukowana, na łamach której przekonywał obywateli, że jest w stanie zwiększyć efektywność produkcji monet, ku większemu bogactwu państwa i ludu.

Doprowadził do powołania komisji parlamentarnej do oceny swych projektów. Gdy Newton wykazał wreszcie, że to kłamstwa i czcze przechwałki, posunął się do oskarżeń, że to w Mennicy zagnieździli się fałszerze i oszuści na czele z Newtonem. Ostatecznie, Chaloner przegrał rozgrywkę z Newtonem, sąd skazał go na szubienicę, więc fałszerz po wyroku udawał chorobę psychiczną, ale stryczek go nie ominął.

Taki był ten Newton – umysł największy z wielkich, ale też skuteczny, bo okrutny, obrońca dobrych monet.

Isaac Newton (©PAP)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Między melancholią i desperacją a euforią; historia Banku Anglii

Kategoria: Analizy
Do tej pory nikt nie miał odwagi spojrzeć na cały okres, w trakcie którego Wielka Brytania starała się odnaleźć w postimperialnej erze. To zadanie paraliżowało wszystkich poziomem trudności. Wreszcie podjął się go prof. Harold James, wykładający historię gospodarczą na Uniwersytecie w Princeton.
Między melancholią i desperacją a euforią; historia Banku Anglii

QE i jego felery

Kategoria: Analizy
W sprawie QE, czyli „dodruku” pieniędzy przez wielkie banki centralne na świecie, gdy już nie wiedzą, co dalej robić, są dwa dość mocne poglądy dające się obronić. Pierwszy, że nikt właściwie nie wie, jak to działa. I drugi, że mimo tej niewiedzy, luzowanie w bilionach ma mnóstwo zwolenników.
QE i jego felery

Czcza teza o „kapitałocenie” odciąga od spraw poważnych

Kategoria: Analizy
Każdy ma prawo do poglądów, ale na nietrafne szkoda czasu. Tyle słów wystarczyłoby w sprawie rzekomego „kapitałocenu” i jego straszliwych konsekwencji, gdyby nie szacunek dla tych wszystkich, którym Rafał Woś starał się namieszać w głowach – jak mniemam – bez powodzenia.
Czcza teza o „kapitałocenie” odciąga od spraw poważnych