Nie spodziewam się wzrostu bezrobocia

Badania regulacji związanych z kontraktem o pracę w Polsce i UE wskazują, że nie mamy bardziej sztywnego rynku pracy niż przeciętna dla UE. Nasz rynek jest jednak bardziej usztywniony przez nieadekwatne i w małym stopniu zmieniane kompetencje pracobiorców. W gospodarce otwartej nie da się utrzymać niskiego bezrobocia bez systemu kształcenia ustawicznego - mówi prof. Urszula Sztanderska.
Nie spodziewam się wzrostu bezrobocia

prof. Urszula Sztanderska, fot. arch. autora

Obserwator Finansowy: W urzędach pracy zarejestrowanych jest dziś ponad 1,8 mln bezrobotnych. Czy będzie ich więcej?

Urszula Sztanderska: Nie spodziewam się istotnego wzrostu bezrobocia w najbliższym czasie. Między innymi dlatego, że obecne zmiany w koniunkturze gospodarczej nie powodują licznych zwolnień pracowników – nastąpiła stabilizacja poziomu bezrobocia, pomimo że wygasają prace sezonowe. Przewidywania dotyczące dynamiki polskiej gospodarki skłaniają ku przypuszczeniu, że prawdopodobnie wzrośnie popyt na pracę. Można wiec raczej spodziewać się pewnego, niewielkiego spadku liczby bezrobotnych.

Ale zimą, jak co roku, przybędzie bezrobotnych.

Rzeczywiście w wielu latach mieliśmy do czynienia ze zwiększaniem się liczby bezrobotnych w okresie zimy. Jednak ten wzrost nie był wysoki – podnosił stopę bezrobocia o ok. 0,5 punktu procentowego i nie wystąpił we wszystkich latach, np. w 2007-2008 bezrobocie zimą nie rosło. Okresowy wzrost bezrobocia w zimie jest związany z ograniczeniem prac sezonowych w rolnictwie, ogrodnictwie, budownictwie czy w niektórych usługach, zwłaszcza w turystyce. Ponadto zimą rejestrują się jako bezrobotne osoby, które niekoniecznie powinny znaleźć się w ewidencji urzędów pracy. Wśród nich często są emigranci, którzy sezonowo pracują za granicą. Gdy tracą zajęcie na przykład w Wielkiej Brytanii, czy w Belgii wracają nad Wisłę. Jednak pracy tu nie szukają i wiosną znów na ogół emigrują
w poszukiwaniu lepiej płatnego – niż w Polsce – zajęcia.

W przyszłym roku nastąpi otwarcie niemieckiego rynku pracy dla Polaków. Czy będzie to miało istotny wpływ na zmniejszenie bezrobocia w Polsce ?

Demografowie przewidują, że znaczna grupa Polaków wyjedzie do Niemiec. Gdyby tak się stało, to mogłoby to potencjalnie przełożyć się na zmniejszenie bezrobocia. Ale po pierwsze, ten masowy exodus nie jest pewny, a po drugie, może w ogóle nie odnosić się do osób pozostających bez pracy.

Według GUS w Niemczech już pracuje ponad 400 tysięcy Polaków. A zdaniem ekspertów drugie tyle może wyjechać do tego kraju po otwarciu rynku pracy.

Nawet gdyby tak się stało, to trzeba pamiętać, że bezrobocie w Polsce nie malało gwałtownie, nie kurczyło się w takim tempie, jak by to wynikało z dużej liczby rodaków, którzy wyjechali do pracy na Zachód po naszym wstąpieniu do Unii Europejskiej. Tak też może być w odniesieniu do Niemiec.

Potwierdzają to dane GUS. Według nich na przykład w 2005 r. na Zachód wyjechało 1,5 mln Polaków, a liczba zarejestrowanych bezrobotnych zmniejszyła się w tym czasie, nie tylko z powodu emigracji, zaledwie o 230 tys. Dlaczego tak się dzieje?

Między innymi dlatego, że wśród bezrobotnych duża część nie jest przystosowana
do podjęcia pracy i przez długie lata pozostaje w rejestrach bezrobotnych, czasem tylko na krótki czas je opuszczając. Udział osób bezrobotnych ponad rok w Polsce oscyluje wokół 50 proc. Najdłużej bezrobotni nie znajdowali pracy nawet w okresach najwyższej koniunktury, czyli z jakichś powodów są nisko „zatrudnialni” lub „niezatrudnialni” w ogóle. Jedni dlatego, że – na przykład – nie mają odpowiednich kwalifikacji. Inni nie poszukują zatrudnienia poza miejscem zamieszkania, bo są związani opieką nad starszymi członkami rodziny czy dziećmi, w czym nie wyręczą ich słabo rozwinięte instytucje opiekuńcze. Opieka nad małymi dziećmi utrudnia podjęcie pracy nawet na miejscu. Wśród bezrobotnych są też osoby niepotrafiące sprostać dyscyplinie, czy pracy grupowej.

Jeśli nie emigracja, to może wzrost gospodarczy wyraźnie zmniejszy bezrobocie. Według części prognoz w najbliższych paru latach PKB będzie się zwiększał w tempie przekraczającym 4 proc.

Sądzę, że tych wszystkich bezrobotnych, słabo „pasujących” do istniejących warunków pracy nie wchłania ani dobra koniunktura w kraju ani otwarcie rynków państw sąsiednich. Ale oczywiście wysoki wzrost gospodarczy może spowodować przyrost netto miejsc pracy – z badań poprzedniego cyklu koniunkturalnego wynika, że PKB powinno rosnąć ok. 4 proc. rocznie, żeby tak się stało. Z drugiej jednak strony  wysoki wzrost gospodarczy ujawnia niedopasowania strukturalne, w tym głównie kompetencyjne na rynku pracy. I wówczas pojawia się bariera podaży odpowiednich kandydatów do pracy. Robiliśmy badania dla PKPP Lewiatan, które dotyczyły zatrudnienia w czterech branżach w powiązaniu z edukacją. Każda z badanych branż cierpiała na niedostatek pracowników. Okazało się, że nie ma na przykład chętnych do pracy w branży odzieżowej, bo zarobki są w niej stosunkowo niskie i mało osób chce podjąć kształcenie w tym kierunku. A w branży IT brakuje pracowników, bo choć kształci się ich dużo, to zdaniem kluczowych pracodawców z tej branży, mają oni niskie kwalifikacje. Wobec tego przyrost netto miejsc pracy związany ze wzrostem gospodarczym może skutkować w wielu dziedzinach brakiem pracowników do ich obsadzenia. Prawdopodobnie z różnych powodów trudno będzie ich znaleźć wśród osób zarejestrowanych w urzędach pracy, czyli nie zawsze pojawienie się wzmożonego popytu ze strony firm, skończy się sukcesem w postaci zwiększenia zatrudnienia.  Ale oczywiste jest i to, że ewentualny rozwój wielu branż sprzyja zatrudnianiu zarówno osób wchodzących na rynek pracy, jak i bezrobotnych.

Wzrost gospodarczy i emigracja mogą nie wystarczyć aby zdecydowanie poprawić sytuację na rynku pracy. Potrzebne są także tak zwane aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu, z których ostatnio korzystało rocznie około 700 tys. osób. Część z nich uzyskuje dzięki temu stałe miejsce pracy. Tymczasem w projekcie budżetu na przyszły rok przewiduje się zmniejszenie wydatków na ten cel o 55 proc. – z 7 mld zł w tym roku do 3,2 mld zł. Co w tej sytuacji może się zdarzyć?

Powiem trochę obrazoburczo: z tego powodu nic się nie stanie. Z kilku przyczyn. Część aktywnych programów trafiała do osób, które celowo rejestrowały się jako bezrobotne, by wziąć udział w tych programach np. były wśród nich osoby
z pomysłem na własny, niewielki biznes. Uzyskanie statusu bezrobotnego pozwalało im otrzymać subwencję (kapitał) na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Ograniczenie środków na ten cel sprawi, że mniej osób będzie się rejestrować jako bezrobotne tylko dlatego, aby uzyskać finansowe wsparcie przy tworzeniu własnej firmy. W efekcie wyhamuje to nieco wzrost małych przedsięwzięć gospodarczych.
Z kolei roboty publiczne nie przynoszą żadnych skutków zatrudnieniowych poza czasowym zajęciem osób bezrobotnych. Absolwenci przychodzą często do urzędu pracy po to, aby uzyskać staż zawodowy. Nie neguję tego, że mają oni trudności
w podjęciu pracy. Tyle tylko, że staż jest formą subwencjonowanej praktyki.
A ją powinna zapewniać szkoła. Czyli oczekuję, że zmniejszy się napływ
do bezrobocia osób, które z racji swojej aktywności i tak mają szanse podjąć pracę,
a aktywne programy im to ułatwiały. Przypuszczam, że część z nich i bez udziału aktywnych programów podejmie pracę. Problemem może być zmniejszenie nakładów na szkolenia, o których wiemy, że są dość skutecznym środkiem pokonania bariery niskich lub nieodpowiednich kwalifikacji. Ale nie wszystkie szkolenia i nie dla każdej grupy bezrobotnych przynoszą ten skutek. Zatem poprawa celowości szkoleń może dać podobne efekty, jak większe środki na nie przeznaczane. Dość dobrym programem – podnoszącym szanse późniejszego zatrudnienia – są też prace interwencyjne, choć niekoniecznie te, które służą uzupełnianiu braków kadrowych w sektorze publicznym, co też się zdarza. Bez trudu można sobie wyobrazić, że te programy, które są najefektywniejsze, będą kontynuowane m.in. w ramach projektów unijnych a z pozostałych zrezygnujemy
w ramach koniecznych oszczędności. Problemem pozostaje jednak dobra ewaluacja rezultatów programów i na jej podstawie ich selekcja, zarówno tych, które są finansowane z Funduszu Pracy, jak tych ze środków unijnych. Ewaluacja musi polegać na śledzeniu na rynku pracy losów uczestników zakończonych programów i nie może ograniczać się do stwierdzenia, że nie pojawiają się oni w rejestrze urzędów pracy – to stanowczo za mało (mogli się oni bowiem zdezaktywizować, wyemigrować, podjąć pracę w szarej strefie). Słabym sposobem ewaluacji jest też stwierdzenie zatrudnienia uczestnika programu w krótkim okresie po jego zakończeniu np. po pół roku albo, co gorsza, w okresie, w którym pracodawca, wziąwszy dotację, był przez to zobowiązany do zatrudnienia danej osoby, a i to się zdarza. Dobra ewaluacja powinna też kłaść nacisk na odróżnienie samoistnej zdolności bezrobotnego do podjęcia pracy od sytuacji, kiedy pomoc jest mu niezbędna.

Przedsiębiorcy narzekają, że tworzenie miejsc pracy hamuje zbyt sztywny rynek pracy, że na przykład zwalnianie pracowników jest trudne i kosztowne. Tymczasem już 27 proc. pracowników najemnych ma umowy na czas określony. Pod tym względem wyprzedza nas tylko Hiszpania.

Robiliśmy badania porównawcze na temat zwolnień i regulacji związanych
z kontraktem o pracę w Polsce na tle Unii Europejskiej. Wynika z nich , że na pewno nie mamy sztywniejszego rynku pracy niż przeciętna we Wspólnocie przynajmniej od strony przepisów dotyczących zwolnień. Nasz rynek jest jednak usztywniony przez nieadekwatne i w małym stopniu zmieniane i uzupełniane kompetencje. W warunkach dużej zmienności rynku pracy, nieuchronnej w gospodarce otwartej, nie da się na dłuższą metę utrzymać niskiego bezrobocia, jeśli nie powstanie dostępny dla wszystkich dorosłych system kształcenia ustawicznego, pozwalający płynniej niż dziś zmieniać kompetencje i jeśli społeczeństwo nie stanie się społeczeństwem osób uczących się. Młode osoby na ogół rozumieją konieczność kontynuowania kształcenia się w trakcie kariery zawodowej. Trzeba im zaoferować dogodne ścieżki. Choć więc trudno liczyć na szybką i radykalną poprawę na rynku pracy, to jednak można oczekiwać, że stopniowo zatrudnienie będzie rosło i bezrobocie spadnie.

Rozmawiał : Janusz K. Kowalski

dr hab. Urszula Sztanderska jest profesorem na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego

prof. Urszula Sztanderska, fot. arch. autora

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Polityka rynku pracy po pandemii musi chronić kapitał ludzki

Kategoria: Trendy gospodarcze
Absolutnym priorytetem jest obecnie zachowanie poczucia przywiązania pracowników do dotychczasowych miejsc pracy. Trwała realokacja zatrudnienia po obecnym przejściowym i nietypowym wstrząsie może doprowadzić do utraty kapitału ludzkiego właściwego dla poszczególnych firm.
Polityka rynku pracy po pandemii musi chronić kapitał ludzki

Najbardziej zagrożeni na liście płac

Kategoria: Oko na gospodarkę
Z 6,4 proc. w marcu do 6,6 proc. w kwietniu wzrosła stopa bezrobocia w krajach Unii Europejskiej. Komisja Europejska w swojej najnowszej prognozie przewiduje, że sięgnie ona w tym roku 9,0 proc. Mniej optymistyczne prognozy mówią, że skutki pandemii dla rynku pracy będą jednak o wiele większe.
Najbardziej zagrożeni na liście płac

Malejąca władza pracownicza kontra rosnąca siła monopolu

Kategoria: Trendy gospodarcze
Spadek aktywności związkowej, obniżenie realnej wartości płacy minimalnej, wzrost aktywności akcjonariuszy i rozpowszechnienie się „bezwzględnej” taktyki zarządzania spowodowały redystrybucję dochodów od pracowników na rzecz właścicieli kapitału.
Malejąca władza pracownicza kontra rosnąca siła monopolu